Rozmowy wśród przyjaciół

Żona Oburzona

piątek, 11 listopada 2016

Żona Oburzona

 

Dzisiaj, w dniu, w którym w mediach pojawiła się informacja o śmierci Leonarda Cohena, mogę tylko zaznaczyć to w naszej Altanie, przypominając tę piosenkę. Banalne, ale ta wydaje mi się najbardziej odpowiednia. 

Kiedyś pisałam o Leonardzie Cohenie, czy to było tu, czy na Kurze? Nie pamiętam i nie mogę tego wpisu znaleźć. Może ktoś z Was pomoże? Znalazłam za to lekcję angielskiego Juliczki.

wtorek, 06 września 2016

 

 

 Żona Oburzona


Ciekawe, kto z Was pomyślał o książce, o której niegdyś w Kurniku było głośno? Ale zaskoczę Was, gdyż tytuł bezczelnie sobie pożyczyłam, chcąc zaprezentować zupełnie inną miłośniczkę literatury...

Wyobraźcie sobie, że wróciłam niedawno z biblioteki bogatsza o drugą (obok własnej) kartę czytelnika, upoważniającą do wypożyczania książek. Owa karta należy do mojej córeczki. Kto by pomyślał, że do biblioteki można zapisać rocznego berbecia! Tymczasem nie tylko można, a nawet trzeba, gdyż taki małoletni czytelnik w moim mieście na zachętę otrzymuje pakiet na dobry początek, zawierający m.in. książkowy prezent pt. 1 urodziny prosiaczka. 

Prezent uroczy! Reprezentuje wszystko to, co we współczesnej literaturze dziecięcej sprawia, że mam do tych książek słabość. Ciekawa kolorystyka, niebanalna fabuła, świetna grafika. A to wszystko całkowicie odmienne od estetyki, którą można chyba nazwać disneyowską, tudzież księżniczkowo-kucykową. Tak, chodzi mi o tę estetykę, która morduje oryginalnego Kubusia Puchatka...

Nawiasem mówiąc, w bibliotece tłumy. Nie do końca mam zatem jasność, co z tym fatalnym stanem czytelnictwa w Polsce. Nawet jeśli część klientów to uczniowie poszukujący lektur, to i tak budująco to wyglądało. I dzieci, i dorośli, i dorośli z dziećmi, i osoby w średnim i w podeszłym wieku - w przeciągu pół godziny do biblioteki przyszło 20 osób. W tym chłopiec, który zapłacił złotówkę za przetrzymanie Cierpień młodego Wertera. Uśmiechnęłam się do niego ze współczuciem. To nie dziwne, że zbyt dużo czasu zajęło mu czytanie tych nudziarstw...

poniedziałek, 07 września 2015

Żona Oburzona

Znam takie osoby, które mają jakiś stosunek do literatury czeskiej, ale ich znajomość czeskich autorów ogranicza się do Hrabala, Przygód dobrego wojaka Szwejka i Kundery, którego czeskość  jest akurat dyskusyjna. Jednym będzie się ta literatura podobać, innym wcale. Tymczasem Czesi nie tylko dużo czytają, ale również dużo piszą i to nie tylko o piciu piwa. Myślę, że warto sięgnąć po współczesną literaturę naszych sąsiadów.

Czytana ostatnio przeze mnie książka to naprawdę kawałek dobrej literatury. Świetnie napisana, a przy tym trudno się ją czyta. Ciekawe, prawda? Pod powierzchnią pozornie prostych słów czai się bowiem dużo więcej...

Świat ludzi dorosłych jest opisywany przez dzieci, oceniany z ich perspektywy. Narrator sprawia wrażenie, że nie rozumie, co się dzieje, przekaz jest prosty i chwilami pozbawiony emocji. A może to mechanizm obronny, dystans zapewniający jakąś równowagę psychiczną w trudnej sytuacji?

Książka zawiera trzy nowele. Poznajemy rodziny poranione, rozbite, skrzywdzone. Dzieci cierpią przez błędy dorosłych, czasami stają się narzędziem w ich rękach. Relacje między rówieśnikami, również między rodzeństwem, też nie wyglądają różowo. Można powiedzieć, że to portret rodziny pozbawiony zupełnie lukru. Dziecięce marzenia, plany i zachwyty w tym wszystkim nie wzruszają, lecz smucą.

Narrator sprawia wrażenie, że nie rozumie. A jednak potrafi tak celnie uderzyć słowem, że czytelnik dostaje gęsiej skórki.

(...)  nasze mieszkanie (...) jest jak naczynie wypełnione syropem, w którym bardzo ciężko się poruszać.
(...)
A przy tym [matka] ciągle za mną chodzi, mam wszystko, czego chcę, wszystko, o co proszę, dostaję od ręki. Ulubione dania. Może samo to nie byłoby takie złe, cała ta jej uwaga, jednak wkoło nas ciągle jest syrop.
(...)
To, że jestem pierwszy do bicia i nikogo się nie boję, trochę poprawia mi opinię, ale i tak nie mam kumpli. No i co. Nie chcę. A nawet jakbym chciał, kto by chciał się ze mną kumplować? Jestem cały lepki od syropu.

O czym są poszczególne historie, możecie przeczytać  tutaj. To nie jest łatwa książka. Ale warto.

Zniknąć  to kolejna z książek przywiezionych z Sopotu.

piątek, 28 sierpnia 2015

Żona Oburzona

Co można przywozić z podróży?

Magnesy na lodówkę  to pierwsze, co przychodzi mi do głowy. W moim rodzinnym domu pojawiły się na długo przed tym, zanim stały się podstawowym gadżetem stoisk z suwenirami. Teraz jednak już się nieco opatrzyły. Przywożę je zatem mamie. Tak, tak, na jej lodówce powoli zaczyna brakować już miejsca.

Może lokalne specjały? Od razu wspominam lawendowy miód i dżem figowy przywieziony z Chorwacji, salami z Węgier... Ale wszystko dawno zjedzone i po pamiątce ani śladu.

A co przywieźć z miejsca, które odwiedzam w miarę regularnie? Może taki właśnie zestaw, związany nie z miejscem, a z konkretnym wydarzeniem?

W zeszłym tygodniu w Sopocie odbyła się cykliczna impreza literacka. Tym razem poświęcona czeskiej literaturze, chociaż było sporo i innych wydarzeń, nie związanych z naszymi południowymi  sąsiadami. Na zdjęciu widać choćby książkę napisaną wspólnie przez Wojciecha Tochmana, Mariusza Szczygła i Hannę Krall. Jej premiera nastąpi we wrześniu, ale tutaj była już dostępna. W moim egzemplarzu znajdują się autografy trojga autorów.

Podobała mi się atmosfera na tym festiwalu. Taki letni, wakacyjny luz, widoczny w ubiorze festiwalowych gości, słyszalny w rozmowach między wystawcami na targach, dostrzegalny w stylu prowadzenia spotkań autorskich. A kiedy poprosiłam o autograf Hannę Krall, zachęciła mnie, by w dedykacji uwzględnić moją nienarodzoną jeszcze córeczkę, po czym zaczęła dopytywać Mariusza Szczygła, co z obiecanymi lodami i czy nie mogliby już się na nie wybrać.

Z powyższego zestawu przeczytałam na razie książkę Zdarzyło się pierwszego września (albo kiedy indziej), której autorem jest słowacki pisarz Pavol Rankov. Czyta się ją doskonale. Akcja rozpoczyna się 1 września 1938. W pierwszym rozdziale poznajemy bohaterów: nastolatków mieszkających w słowackim mieście Levice, trzech chłopców i dziewczynę, o której względy rywalizują. Kolejne rozdziały to kolejne lata, ostatni to rok 1968. Historia przyjaźni trzech mężczyzn i ich miłości do pięknej Marii rozgrywa się na tle skomplikowanej historii państw Europy środkowej. Właściwie trudno nazywać historię  tłem... Wydarzenia polityczne wpływają na życie bohaterów i ich rodzin, uniemożliwiając im spokojne życie.

W książce oglądamy przede wszystkim Czechosłowację, ale jeden z bohaterów bierze udział w powstaniu na Węgrzech w 1956 roku, inny jest świadkiem budowy muru berlińskiego. Akcja przenosi się też do Izraela i Stanów Zjednoczonych.

Polecam Wam tę książkę. Pavol Rankov otrzymał za nią różne nagrody, w tym Nagrodę Literacką Środkowej Europy "Angelus", ufundowaną przez miasto Wrocław.

sobota, 04 lipca 2015

Żona Oburzona

Na razie nie muszę się martwić o czas na czytanie. Już nie tylko dwa rozdziały przed snem, jeden w tramwaju i na szybko trzy przy kawie przed zajęciami z języka obcego. Teraz mogę po przebudzeniu wylegiwać się długo z książką, potem wsadzić nos w książkę przy śniadaniu i przy obiedzie (tak! uwielbiam ten mało elegancki sposób czytania), a po  południu, gdy słońce zagląda do mieszkania już z innej strony budynku, zasiąść na leżaku na balkonie i czytać, czytać, czytać...

Są takie książki, które czyta się bez specjalnych emocji i wrażeń, by dopiero po przewróceniu ostatniej kartki uznać, że to coś świetnego. Inne pochłania się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy, a po zakończeniu odkrywa smutną prawdę, że były to książki o niczym. I są takie, jak ta, którą  teraz czytam: podziwiane od pierwszego rozdziału z głębokim przekonaniem, że to doskonały kawałek literatury. Odkryła ją dla mnie zaprzyjaźniona blogerka Eldka. Przeczytałam jej recenzję i kiedy Mąż zechciał zrobić mi jakiś prezent, obok puzzli z obrazem Kandinskiego wskazałam właśnie na tę pozycję. I nie zawiodłam się. Czytam i chociaż dopiero 1/3 za mną, już chcę Wam ją polecić.

Akcja toczy się w moim mieście i ma się wrażenie, że może się toczyć tylko tu. Wrocław ma bogatą historię, jego mieszkańcy różne przeszłości. Ci ze wschodu, tamci z zachodu... Jedna z poniemieckich kamienic po wojnie staje się domem dla osób z różnych środowisk i z różnym doświadczeniem. Na ten świat patrzy dziecko i opowiada. Jak to dziecko: opisuje to, co widzi, a czego czasem nie pojmuje. Ale Ty, czytelniku, zrozumiesz, znasz historię, wiesz, co się działo... W tym mieście, w którym prawie wszystko było poniemieckie, mieszkają ludzie, którzy tu zostali i inni, którzy się tu przeprowadzili w związku z dziejową zawieruchą. Każdy próbuje po prostu żyć, znaleźć swoje miejsce w tym tyglu, ale ocalić też coś, za czym tęskni, czego mu brakuje.

Książkę zaludniają intrygujący bohaterowie, Autor nie musi pisać, jacy są, wystarczy jedna i druga historia, byśmy wszystko wiedzieli. A to wszystko napisane lekkim językiem i z humorem, ale też czymś w rodzaju czułości dla wszystkich postaci, również dla ich przywar i błędnych decyzji.

Dom tęsknot  jest pełen smakowitych cytatów, fragmentów przykuwających uwagę. Ja nie skojarzę ich z tym,  co przeżyłam, na razie czytam o latach sześćdziesiątych, wtedy moi rodzice byli niewiele starsi niż  główny bohater - kilkulatek. Ale kiedy czytam, pamięć przywołuje różne historie opowiadane przez mamę i tatę. Przed oczami widzę miasto takie, jakim widzieli je niegdyś oni.

Nie wiem, kto wtedy wierzył, że Wrocław, a wraz z nim Dolny Śląsk, został na stale przyłączony do Polski, skoro od razu po wojnie polski rząd zgodził się nie tylko na wywożenie cegieł, ale nawet dworców, podpisując ze Związkiem Radzieckim  porozumienie, na mocy którego Armia Czerwona mogła zdemontować i wywieźć do siebie całą trakcję elektrycznej kolei Dolnego Śląska, pozostawiając tu jedynie parowozy. Zabrano nie tylko tabor  i wszystkie urządzenia techniczne, lecz także druty oraz linie wysokiego napięcia. To, co zostawili Rosjanie, jak na przykład trakcja między Jelenią Górą a Jakuszycami, zostało zdemontowane już przez Polaków i  wywiezione do odbudowy elektrycznej kolei Warszawy.

Przez dwa tygodnie szykowaliśmy się do tej wyprawy. Ja najmniej, bo miałem siedem lat i piłkę do spakowania. Matka wekowała słoiki, a ojciec naprawiał syrenkę. Syrenka nie była wprawdzie wówczas zepsuta, ale to ojcu nie przeszkadzało. Wtedy, w połowie lat  sześćdziesiątych, każdy właściciel  samochodu spędzał większość czasu przy jego pielęgnacji. To była taka forma adorowania pojazdu. Jak ktoś się znał, otwierał maskę i grzebał w silniku, a jak  się nie znał, otwierał bagażnik i robił w nim porządek. W dni wolne od pracy  nasza ulica zawsze wyglądała tak samo - rząd samochodów z pootwieranymi maskami lub bagażnikami i schowani do połowy mężczyźni.

Tymczasem pan Henryczek  rozgadał się na dobre i zaczął opowiadać, ile to ma roboty, bo jak tylko zmienia się przewodniczący Rady Narodowej albo sekretarz w jakimś wydziale, to od razu stara się wyjść z jakąś inicjatywą  społeczną i nazwy ulic chce zmieniać. Nadzwyczaj często im się to udaje, a to akurat panu Henryczkowi jest bardzo na rękę, bo dzięki temu wciąż nowe tabliczki z nazwami ulic może produkować. Na początku, po wojnie, to z samym Stalinem ileż było roboty,  bo ulicę Świętego Macieja przemianowano najpierw na Marszałka Stalina, ale jak tylko pan Henryczek tabliczki zrobił, to przyszła dyrektywa,  że trzeba jednak powiesić nowe z nazwą "generalissimus", bo Stalin awansował. A chwilę potem ktoś zwrócił uwagę, że "generalissimus" brzmi zbyt groźnie, a przecież powinno  brzmieć dobrotliwie, bo Stalin jest jak ojciec,  więc znów trzeba było wszystkie tabliczki zmieniać, tym razem po prostu  na Józefa Stalina. Na samym Stalinie pan Henryczek zarobił tyle, że wyremontował mieszkanie i do każdego pokoju kupił tapety  (...).

[Dziadek] miał całą szafę szykownych rzeczy, których nigdy nie nosił  -  kiedyś w przypływie szczerości przyznał, że od lat gromadzi ubrania na specjalną okazję. Miał białą koszulę ze stójką i delikatną koronką wzdłuż guzików, bo może kiedyś pójdzie z babcią do opery, ale jak już szli do tej opery, to znów odkładał koszulę na potem, może przyda się na jakąś premierę w teatrze albo na ślub Tyranii. Do tej  koszuli miał srebrne zapinki  w kształcie głowy węża, kupione u najlepszego jubilera w Krakowie, ale ani razu ich nie założył, bo szkoda byłoby je zgubić, podobnie jak spinkę do krawata z wielkim rubinem. Nigdy nie miał też na sobie kapelusza panama, angielskich sztybletów, płaszcza z wielbłądziej wełny, kamizelki z czerwonego jedwabiu i tuzina innych rzeczy gromadzonych na czas nadejścia tych ważnych dni i świąt, o których istnieniu tylko on  wiedział. Pamiętam, jak stoimy przed szafą pełną pięknych, odkładanych na potem ubrań i żałujemy, że po śmierci nie ma już żadnego "potem', nie ma "później"  albo "kiedy indziej", nie ma nawet "za jakiś czas" albo chociażby  "może kiedyś".

Niech te kilka cytatów zostanie z Wami. I inne, które można znaleźć w recenzjach, czy na okładce. Ja wracam do czytania i  truskawkowego koktajlu, który mi dzisiaj towarzyszy. A Was zachęcam do lektury.

 

niedziela, 05 kwietnia 2015

Żona Oburzona

Nie mogą się te pory roku zdecydować. Świeci słońce, za chwilę pada śnieg. Pierwsze wiosenne kwiaty, kwitnące owocowe drzewa i powracające bociany muszą jakoś sobie radzić. Im jest trudniej niż nam. Ja mogę zamknąć się w domu, otulić się kocem i tak przeczekać  ten... nazwijmy rzecz po imieniu  - brak anomalii pogodowych. Bo przecież w marcu jak w garncu, a i  kwiecień plecie swoje zimowo-letnie opowieści zgodnie z ludowym porzekadłem.

Ale od dawien dawna podejmowano działania, by jednak aura się zdecydowała, zima poszła precz, a  umęczoną mrozami ziemię uratowało ciepło  wiosennego słońca. Marzanna czy morena była słowiańską boginią, która symbolizowała zimę i śmierć. Gdy kończyła się zima palono słomianą kukłę Marzannę, aby przywołać wiosenne bóstwo Jaryłę. Różne zwyczaje kultywowane przez nas  w  trakcie Wielkanocy kiedyś były niczym innym jak  witaniem się z wiosną, przywoływaniem szczęścia i pomyślności w nadchodzących miesiącach.

A co mogę zrobić ja? Marzanny nie spalę i nie utopię, bo zbyt wiele wiem o tym, jak zanieczyszczone są rzeki. Mogę jednak zrobić zieloniutkie ciasto. Może to pomoże?

Przepis na nie znalazłam na czeskim portalu. Kolejny dowód na to, że warto uczyć się języków. Wygląd ciasta bardzo mnie zachwycił, ale i zaintrygował. Do tej pory wierzyłam, że kiwi absolutnie nie nadaje się do takich celów, gdyż uniemożliwia tężenie żelatyny. A jednak można. Być może sekretem jest gotowanie owoców? W smaku sernik, zwany w oryginalnym przepisie tortem, jest doskonały, zachowuje bowiem równowagę pomiędzy słodyczą a kwasotą owoców i cytryny.

Spód

W przepisie spód jest przygotowany ze zwykłych herbatników maślanych. Ja jednak jestem fanką ciastek zbożowych. Polecam więc użycie ciastek pełnoziarnistych lub owsianych. Kruszymy je np. wałkiem lub w robocie kuchennym i mieszamy ze 100  g miękkiego masła. Masą wylepiamy spód tortownicy o średnicy 24 cm i wkładamy do lodówki.

Masa serowa

400  g twarogu mielonego  (ja użyłam takiego miękkiego z wiaderka)
100 g cukru pudru (w przepisie było 150, jednak moim zdaniem to za dużo, może po prostu dosłodźcie sobie wg potrzeb)
350 ml śmietany kremówki (ja użyłam 36%)
2 łyżki soku wyciśniętego z cytryny
żelatyna

Kwestia żelatyny prezentuje się następująco. W przepisie było podane, aby użyć 6 listków. Niestety nie udało mi się takiej żelatyny dostać. Użyłam więc 6 łyżeczek żelatyny z firmy Oetker, o takiej, i rozpuściłam ją w 4 łyżkach gorącej wody. Jest bardzo wygodna w użyciu,  bez problemu się rozpuszcza.

Aby przygotować masę, ucieramy ser z cukrem pudrem, mieszamy z sokiem z cytryny. Kremówkę ubijamy. Bierzemy  kilka łyżek ubitej śmietany, mieszamy ją dokładnie z rozpuszczoną i przestudzoną żelatyną. Pamiętajcie, że duża różnica temperatur  może spowodować zbicie się żelatyny w grudki. Śmietanę z żelatyną dodajemy do pozostałej ubitej kremówki, a następnie łączymy z serem.  Wylewamy na schłodzony spód. I teraz wykonujemy pewien sprytny zabieg, który sprawi, że ciasto będzie wyglądało inaczej niż wszystkie inne serniki na zimno, które robiliście  do  tej pory. Bierzecie miseczkę, mniejszą niż tortownica. Owijacie ją dokładnie folią spożywczą i umieszczacie w masie serowej, na środku, ale tak, aby między miską a ciasteczkowym spodem była jeszcze warstwa sera. Tortownicę wkładacie do lodówki.

Masa kiwi

1 kg kiwi (okazuje się, że pełne kiwi pudełka, które można nabyć w  warzywniakach, zawierają właśnie kilogram tych owoców)
żelatyna
200 g cukru pudru
zielony barwnik spożywczy (opcjonalnie)

Z żelatyną w tym wypadku sprawa się nieco skomplikowała. Tym razem przepis nakazywał użycie 8 listków. Wzięłam więc 8 łyżeczek tej samej żelatyny. I chyba mogłam wziąć jeszcze  dwie, bo masa co prawda stężała, ale mogłaby być bardziej zwarta. Żelatynę w 5 łyżkach wody. Kiwi należy obrać, zmiksować, zagotować i gotować 10 minut na niedużej mocy palnika. To jest moment, kiedy być może w Waszej głowie będziecie przeprowadzać proces myślowy podobny do mojego. Popatrzycie na kolor i uznacie, że przecież barwa jest zwyczajnie brzydka, miało być zupełnie inaczej. Zrozumiecie, że barwnik spożywczy  na liście składników nie znalazł się tam bez przyczyny. Co prawda, barwniki to chemia, ale jednak... Ja się poddałam i barwnika dodałam.

Do przestudzonej, ale jeszcze ciepłej masy, wlewamy rozpuszczoną żelatynę i  dokładnie mieszamy. Kiedy masa wystygnie i zacznie tężeć, usuwamy z masy serowej miseczkę z folią,  wlewamy masę kiwi. Rozprowadzamy z wierzchu sernika. Można go jeszcze dodatkowo ozdobić plasterkami owoców i bitą śmietaną. Moje zdjęcie nie wygląda może zbyt atrakcyjnie, ale zajrzyjcie tutaj. Zrozumiecie, dlaczego postanowiłam to ciasto zrobić. A kiedy klikniecie na fotografię dodaną do artykułu, zobaczycie przydatną instrukcję robienia sernika w obrazkach. Smacznego!

Wiosno, naprawdę teraz nie masz wyjścia...

piątek, 06 lutego 2015

Żona Oburzona

W 2010 roku bardzo dużo czasu spędzałam w pociągach. Delegacje tu i tam... Już kilka lat wcześniej doszłam do wniosku, że warto korzystać z okazji. Skoro nocuję w jakimś miejscu, to może warto wyściubić nos z hotelu i zobaczyć, co ciekawego miasto oferuje?  Tym sposobem po raz pierwszy obejrzałam Łódź, czy Międzyzdroje. Ale najczęściej wyjazd służbowy oznaczał Warszawę. A tu atrakcji moc: cmentarze i inne ślady historii miasta, spacery po miejskich parkach i nad Wisłą, muzea. I teatr.

Właśnie do teatru udałyśmy się z koleżankami, by uprzyjemnić sobie cały tydzień spędzany w stolicy. Jedna z nas  wybrała sztukę "Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej w  reżyserii  Grzegorza Jarzyny. Do dzisiaj bardzo się z tego wyboru cieszę. Co prawda nie jestem fanką tej  pisarki (prawdopodobnie dlatego, że jej pisarstwa nie rozumiem), ale sztuka zrobiła na mnie duże wrażenie. Osoby, które nie miały  okazji  jej zobaczyć, mogą obejrzeć filmową adaptację. Była pokazywana na ostatnim festiwalu w Gdyni, teraz puszczana jest jeszcze w kinach o ambitniejszym repertuarze. Sztuka mówi coś bardzo ważnego o polskości i Polakach, urodzonych w różnych momentach historii  XX wieku. Jedną z głównych ról  w sztuce gra rewelacyjnie Danuta Szaflarska.

Tamtego roku po obejrzeniu sztuki udałyśmy się z koleżankami na małą kolację i lampkę wina. Wybrałyśmy  przyjemny lokal mieszczący się tuż obok  teatru  o nazwie - o ile dobrze pamiętam - nawiązującej na  nazwy teatru. Okazało się, że w tej samej  restauracji stolik  miała zarezerwowana ekipa: aktorzy i realizatorzy sztuki. Miałyśmy zatem okazję zobaczyć Danutę Szaflarską  na żywo nie tylko w aktorskiej kreacji, ale również w  sytuacji  niemalże prywatnej. Co brzmi jakoś nieodpowiednio, zważywszy na to, jak mało mówi się o jej prywatności. W każdym bądź razie zauroczone wpatrywałyśmy się w jej uśmiech, podziwiałyśmy energię i naturalność, z jaką rozmawiała i zaśmiewała się z aktorami o kilkadziesiąt lat od niej  młodszymi. Dopiero następnego dnia zaskoczona dowiedziałam się z internetu, ile lat ma Danuta Szaflarska, wcześniej myślałam, że o kilkanaście mniej...

Dziś Danuta Szaflarska, doskonała aktorka teatralna i filmowa, kończy 100 lat. I jak  tu składać życzenia?

Danuta Szaflarska

sobota, 15 listopada 2014

Żona Oburzona

W 1898 Stephanie Tatin prawdopodobnie w roztargnieniu do formy na tartę kładzie najpierw jabłka, ciasto w związku z tym ląduje na wierzchu. Efekt jest oszałamiający.

W 1881 Oscar Pischinger ułożył zaskakujący tort z wafli! Dał  w ten sposób imię wszelkim wafelkowym przekładańcom.

A Tiramisu...

Ech, przecież o tym już było. O Torcie Sachera. I o Melbie,  Pavlovej... Ale nie słyszeliście jeszcze zapewne historii ciasteczek o  dźwięcznej nazwie "notakale", prawda? Dzisiaj Wam ją przybliżę. Pomyślałam o tym, gdy wyciągałam z piekarnika blaszkę pełną cieplutkich i pachnących notakali. Ich  nazwa jest taka melodyjna...

Wyobraźcie sobie chłodne listopadowe popołudnie, gdzieś w środkowej Europie. Już zrobiło się ciemno, z  uchylonego okna ciągnie ziąb. Na kanapie siedzi Ona. Popija  kawę i zastanawia  się, co  robić. Obejrzeć jakiś film? Może przykryć się kocem i resztę dnia spędzić na czytaniu? Rozmyślania przerywa telefon, głos w słuchawce  oznajmia niespodziewaną wizytę w przeciągu godziny.

Och, jak Ona nie lubi niespodziewanych gości! Ale jeszcze bardziej nie lubi takich  wizyt, podczas których nie jest w stanie podać gościom (nawet tym niezapowiedzianym!) własnoręcznie upieczonych słodkości. Decyzję podjęła więc błyskawicznie: upiecze muffinki.

No tak, ale skończyły się papilotki. Od biedy mogłaby każdy dołek wysmarować tłuszczem i posypać bułką tartą, ale to zdecydowanie wydłuża czas produkcji.  To może w takim razie jakieś ciasteczka?

No tak, ale przecież... nie kupiła mąki! Jak upiec cokolwiek, skoro nie ma mąki?

No tak, ale na szczęście jest spora ilość płatków owsianych. Normalnych, solidnych  płatków. To może w takim razie  zrobić tzw. kryzyski? Smak dzieciństwa zamknięty w czekoladowych kulkach na bazie płatków owsianych?

No tak, ale kryzyski potrzebują trochę czasu, nie ma szans, by  poczęstować nimi  gości. Ten pomysł odpada. Pójście po mąkę do sklepu wykluczone, oznacza stratę czasu.

Kolejne pomysły  również upadają ze względu na brak mąki.

No tak, ale przecież można zmielić płatki owsiane! I na ich bazie upiec ciasteczka...  Tym  bardziej, że w kącie szafy nasza bohaterka znajduje pół tabliczki czekolady i zupełnie zapomniane opakowanie suszonych śliwek. O, i jeszcze płatki migdałowe zauważyła, opakowanie otwarte już jakiś czas temu.  Dorzuciła je więc do płatków i również zmieliła. Następnie zagniotła ciasto i przygotowała ciasteczka do upieczenia. Aby nie zepsuć wszystkich, upiekła najpierw jedno ciasteczko testowe. Udało się perfekcyjnie, można było zatem upiec resztę. W domu zapachniało ciastem. Goście byli zachwyceni  efektem.

Składniki  na około  40-50  notakali:

3 szklanki  płatków owsianych
1 szklanka mielonych orzechów
200  g masła
1 jajko
pół szklanki cukru
płaska łyżka kakao
pół  tabliczki gorzkiej czekolady posiekanej
100 g  pokrojonych na kawałeczki suszonych owoców, co znajdziecie w szafce (rodzynki, morele, daktyle, śliwki...)
płaska łyżeczka proszku do pieczenia (myślę, że nie jest niezbędna)

2 szklanki płatków mielimy w blenderze. Jeżeli stwierdzacie, że: no tak, ale nie mam mielonych orzechów, tylko całe - dorzucacie do  blendera i też mielicie. No tak, ale nie macie żadnych orzechów - mogą być migdały (nawet lepiej!), a może znajdą się jakieś  zapomniane wiórki kokosowe? Zmielone składniki wrzucamy do miski, dodajemy masło, cukier i siekamy. Polecam takie ustrojstwo, bardzo ułatwia zagniatanie ciast, nawet z bardzo zimnym masłem prosto z lodówki!

Dodajemy resztę składników, zagniatamy ciasto. Lepimy kulki wielkości orzecha, lekko rozpłaszczamy  i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia.

Notakale pieczemy w temperaturze 180  stopni około 13 minut. Po upieczeniu są mięciutkie, trzeba dać im chwilę i dopiero po kilku minutach przełożyć  na kratkę do studzenia.

No tak, ale nie mam kratki do studzenia! Nie szkodzi, można je przełożyć po prostu na talerz :)

Notakale upiekłam już z daktylami, śliwkami i w wersji wieloowocowej. Wszystkie były przepyszne. Nie za słodkie, idealne do kawy lub herbaty. Rozpływające się w ustach, dzięki czekoladzie i suszonych owocach. A jeśli wolicie chrupiące, wrzućcie posiekanych orzechów. I nie oszukujcie się, że są zdrowe... Są tak wciągające,  że zjada się ich nieprzyzwoicie dużo.

Jestem z nich bardzo dumna, nieczęsto zdarza się przecież wymyślić naprędce przepis, który sprawdza się idealnie. Recepturą podzieliłam się już z wieloma osobami, ale nikt jeszcze nie skorzystał. Może ktoś z Was spróbuje? Czekam na recenzje!

Gdyby moja historia rozbudziła w Was apetyt na cukiernicze historie, zerknijcie raz jeszcze  tu i tu. Koniecznie czytajcie komentarze!

wtorek, 30 września 2014

 


Żona Oburzona

 

30 września niektórzy w Polsce  obchodzą Dzień Chłopca. To takie półoficjalne święto. Składanie życzeń i wręczanie drobnych upominków jest zapewne kultywowane głównie w szkołach, chociaż i w mojej korporacji się z tym spotkałam. Chociaż i w "Trójce", moim ulubionym radiu, również się o tym mówi, więc może jednak popularność tego święta jest znacznie większa, niż mi się wydaje.

Chłopiec, chłopczyk, chłopak, chłopię - każde z tych słów ma nieco inne znaczenie. A z czym kojarzy Wam się przymiotnik  "chłopięcy"? Może z łobuziakiem? Niesfornym uczniem? Beztroskim dzieciństwem?

Zapraszam Was dzisiaj do zabawy  z okazji Dnia Chłopaka. Postanowiłam przypomnieć mój  ulubiony rodzaj literackich zagadek. Poniżej prezentuję Wam kilka cytatów.Jaki bohater kryje się pod literką X w  poszczególnych fragmentach?

Oczywiście każda z przytoczonych postaci to jakiś chłopiec. Ale - uwaga! -  chłopięctwo nie zawsze traktuję dosłownie.

1.  "Harry Potter i kamień filozoficzny" J. K. Rowling

Być może miało to coś wspólnego z mieszkaniem w ciemnej komórce, ale Harry był bardzo mały i  chudy  jak na swój wiek.  A sprawiał wrażenie jeszcze mniejszego i szczuplejszego  niż w rzeczywistości,  bo nosił wyłącznie stare ubrania po Dudleyu, który  był prawie cztery razy od niego większy. Harry miał drobną buzę, kościste kolana, czarne włosy  i jasne, zielone oczy. Nosił  okrągłe okulary, zawsze poklejone celuloidową taśmą,  bo  od czasu do czasu Dudley'owi udawało się jednak trafić go  w nos.


2. "Forest Gump" Winston Groom

Większość chłopaków już podziękowała i wróciła na miejsce. Wreszcie słyszę swoje nazwisko. "Forest Gump" - mówi facet do mikrofonu,  a Forest Gump to ja, więc wstaję,  idę na środek sceny, biorę złotą piłkę,  pochylam się do mikrofonu  i mówię "dziękuję". Wszyscy podrywają się na nogi i  głośno klaszczą. Myślę sobie: pewno ktoś im powiedział, że jestem idiota i  dlatego starają się być tacy mili. Rozglądam się zdziwiony, a ponieważ nie wiem, co robić,  nic nie robię. Po jakimś czasie tłum się ucisza  i facet przy mikrofonie pyta się, czy chciałbym coś dodać. Więc dodaję:
-Chce mi się siku.

3. "Piotruś Królik" Beatrix Potter

Pan McGregor, na czworakach, sadził młodą kapustę, lecz natychmiast się zerwał i pobiegł za Piotrusiem,  wymachując grabiami i wykrzykując:
-Stój złodzieju!
Piotruś był strasznie przerażony; popędził przez calutki ogród, ponieważ zapomniał, jak trafić z powrotem do furtki.  Zgubił  jeden  trzewiczek pomiędzy kapustą, a drugi  -  pośród ziemniaków.
Kiedy zgubił trzewiczki,  pobiegł na  czterech nogach znacznie szybciej, tak że mógłby już - jak sądzę - uciec na dobre, gdyby nie wpadł, niestety, w siatkę  osłaniającą agrest i nie zaczepił o nią dużymi guziczkami swojego kubraczka. To był  błękitny kubraczek z mosiężnymi guzikami, całkiem nowy.

4. ...Pięknie to było  z twej strony,  X, żeś się rzucił matce na szyję, wróciwszy z lekcji religii. Istotnie! Usłyszałeś od nauczyciela wielkie i  pocieszające słowa! Bóg, który nas sobie rzucił w objęcia, nigdy  nas już nie rozłączy, synu! Gdy będę umierała,  gdy i ojciec twój  będzie umierał, nie wyrzeczemy do ciebie tych  strasznych słów rozpaczy: "Już cię nigdy więcej nie zobaczę!".  Bo my  się zejdziemy, bo się zobaczymy w innym, nowym  życiu,  w którym ten, co tu  cierpiał, pocieszony będzie, a kto  miłował na ziemi,  odnajdzie  drogie sobie duchy w świecie, gdzie nie ma winy  ni płaczu, ni  śmierci.

5. "W Dolinie Muminków" Tove Jansson

Muminek obudził się i  leżał  przez dłuższą chwilę,  patrząc w sufit,  zanim zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje.  Spał sto dni i sto nocy, w głowie wirowały mu jeszcze sny,   usiłując wciągnąć go ponownie w swoją krainę.
Ale gdy odwrócił się na drugi bok, chcąc znowu ułożyć się przyjemnie do dalszej  drzemki, zobaczył coś, co  sprawiło, że otrząsnął się ze snu natychmiast  - łóżko Włóczykija było puste!
Muminek siadł na łóżku.  Tak, kapelusza Włóczykija także nie było.  "Niech mnie gęś  kopnie" - pomyślał Muminek i podreptał do  otwartego okna. Oczywiście  - Włóczykij posłużył się drabinką linową!  Muminek wgramolił się na parapet, po czym  na swych krótkich  nóżkach  ostrożnie zszedł po drabince...

6. Wieczorem, kiedy mały X  kładł się już spać, wdrapał się na krzesło przy oknie  i spojrzał przez małą dziurkę; właśnie spadło parę płatków śniegu  i jeden z nich największy,  zawisł  na brzegu skrzynki z kwiatami; rósł coraz bardziej i bardziej...

7. "Mikołajek ma  kłopoty" René Goscinny i Jean-Jacques Sempé

Zostałem czwarty z klasówki z historii. Mieliśmy Karola Wielkiego, a to umiałem,  szczególnie ten numer z Rolandem i jego mieczem, który się nie chciał złamać. Moi rodzice
bardzo się ucieszyli, kiedy im o tym powiedziałem, a tata wyjął portfel i dał mi, no, zgadnijcie
co? Dziesięciofrankowy banknot!
-Masz, chłopie  - powiedział  - jutro kupisz sobie, co będziesz chciał.
-Ależ... Ależ, kochanie  -  powiedziała mama -  nie sądzisz, że to za dużo pieniędzy dla małego?
- Skądże  -  odpowiedział tata. - Czas, żeby Mikołajek poznał wartość pieniądza. Jestem pewien, że wyda te dziesięć franków w rozsądny sposób. Prawda, chłopie?
Powiedziałem, że tak, ucałowałem tatę i mamę  - oni są strasznie fajni! - a banknot
włożyłem do kieszeni, przez co musiałem jeść kolację jedną ręką, bo drugą ciągle sprawdzałem, czy tam jest. To prawda, że jeszcze nigdy nie miałem takiego grubego banknotu tylko dla siebie. Oczywiście, mama daje mi czasem dużo pieniędzy, żebym zrobił zakupy w sklepie pana Companiego na rogu ulicy, ale to nie są moje pieniądze i mama zawsze mówi, ile pan Compani powinien mi wydać reszty. Także to zupełnie co innego.

8."Bracia Lwie Serce" Astrid Lindgren

Jonatan rzeczywiście wyglądał jak królewicz z bajki. Jego włosy błyszczały jak złoto, miał ciemnoniebieskie cudne oczy, bardzo świecące, śliczne biały zęby i całkiem proste nogi. I nie tylko to. Był też miły i silny, wszystko potrafił, wszystko rozumiał, był najlepszy w klasie i wszystkie dzieci  z  podwórza biegały za nim wszędzie, gdzie szedł  i chciały  być z nim, a on obmyślał im różne zabawy i chodził z nimi na różne wyprawy pełne przygód, a ja nigdy nie mogłem brać w tym udziału, bo leżałem całymi dniami  na  kanapie w kuchni. Ale Jonatan o wszystkim mi opowiadał  po powrocie do domu, o wszystkim co robił, co widział, słyszał czy przeczytał. Mógł bez końca siedzieć przy mnie na brzegu  kanapy i opowiadać. Jonatan też spał w kuchni, na łóżku, które przynosił ze składziku. A jak już leżał, dalej  opowiadał mi bajki i różne historie, aż wreszcie mama wołała z pokoju:
-Cicho już! Karol musi spać!
Ale trudno  spać, jak się wciąż kaszle. Czasem  Jonatan wstawał  w środku nocy i robił mi wodę z miodem na złagodzenie kaszlu. Taki był kochany.

Jakich innych chłopięcych bohaterów literackich lub filmowych pamiętacie?

Przy okazji wszystkim mężczyznom życzę dużo radości i chłopięcej beztroski. Szczególne życzenia ślę Pharlapie do Ciebie :)

sobota, 08 lutego 2014

 

 Żona Oburzona

 

Pamięć niekiedy płata figle. Kojarzycie wpisy o Paskalci i jej szczeniakach? Bardzo mi się te historie podobały. Zdjęcia coś mi przypominały, nie wiedziałam co, ale szybko przestałam o tym myśleć.

Aż tu nagle na jednej z lekcji czeskiego wszystko stało się jasne. Rozmawialiśmy o Karelu Čapku i kiedy tylko lektorka zapytała, co o nim wiemy, odruchowo powiedziałam: Daszeńka! Od razu przypomniałam sobie zarówno książeczkę z dowcipnymi rysunkami, jak i telewizyjną bajkę, w której historię dzieciństwa foksterierki czytał ciepły, męski głos.

Daszeńka, czyli żywot szczeniaka. Dla dzieci napisał, zilustrował, sfotografował i na własnej skórze doświadczył Karel Čapek. W tej książeczce znajdziemy opowieść o szczeniaczku - Daszeńce, która rodzi się, rośnie i rozwija, uczy się ważnych rzeczy o świecie. Ale też jest maluszkiem, należą się jej więc bajeczki, aby mogła zasnąć. Powiastki zostały dowcipnie przez autora zilustrowane. Ciekawa jestem, czy historia Daszeńki spodobałaby się Waszym dzieciom i wnukom?

Daszeńka

Oczywiście to nowe oko było sprawą najważniejszą. Dotąd Daszeńka mogła tylko pyszczkiem szukać, gdzie mamusia ma te cudowne guziczki, z których cieknie mleczko. A gdy próbowała łazić, musiała wysuwać przed siebie czarny, lśniący nosek, by namacać, co ma przed sobą. Ho, ho, moi drodzy, takie oko, choćby nawet jedno, to przecież cudowny wynalazek: mrugniesz - i już widzisz: aha, tutaj jest ściana, tutaj jakaś przepaść, a to białe to jest mama... A kiedy chcesz spać, oczko się zamyka i - dobranoc, do widzenia państwu! No, a gdy trzeba się obudzić? Otwiera się jedno oko... i pomyślcie - nagle otwiera się także i drugie, chwilkę mruga, a potem szeroko się otwiera... (...)

Właśnie w tej chwili odezwał się znowu głos natury: "Słuchaj Daszeńko, skoro już masz oczyska, to patrz przed siebie i próbuj chodzić". Więc Daszeńka ruszyła uszkiem na dowód, że słyszy i rozumie, i spróbowała chodzić. Wysunęła najpierw prawą przednią nóżkę naprzód... No i co dalej? "A teraz lewa tylna naprzód!" - napominał głos natury. Hura, udało się!... "No, teraz tę drugą tylną - radził głos natury. - Tylną, powiadam, tylną, nie przednią! Oj, ty głuptasku, przecież ci jeszcze jedna nóżka została z tyłu! Poczekaj, nie możesz iść dalej, póki jej nie dociągniesz. Radzę ci: prawą tylną podciągnij pod tyłeczek. Nie, to nie jest nóżka, to ogonek, a za pomocą ogonka nie da się chodzić. No, zapamiętaj sobie, Daszeńko: o ogonek już ty się nie martw, on sam pobiegnie za nóżkami. No i co? Masz już wszystkie cztery łapki razem? Świetnie, więc teraz dalej.: wysuń prawą przednią, główkę trochę wyżej, żeby było miejsce na nóżki. O tak, dobrze. Teraz lewą tylną i prawą tylną (ale nie tak z daleka od ciała, Daszeńko, musisz je podciągnąć pod siebie, bliżej, żeby ci się brzuszek nie wlókł po ziemi), tak, a teraz lewą przednią. Doskonale! No i widzisz, że jakoś to idzie. Teraz chwileczkę odpocznij, a potem znowu: raz - dwa - trzy - cztery, do góry głowa, raz - dwa - trzy - cztery".

Książka zawiera również zdjęcia Daszeńki. Karel Čapek żył w latach 1890-1938, zdążył więc zafascynować się fotografią. Daszeńka i jej mama były bardzo wdzięcznymi obiektami, a jednak trzeba talentu, by zrobić właśnie takie zdjęcia.

Daszeńka

Oczywiście bajki dla dzieci to tylko ułamek twórczości tego autora. Pisał powieści (można je chyba zaklasyfikować jako science-fiction), felietony, reportaże, zajmował się też teatrem. Jak na stosunkowo krótkie życie pozostawił naprawdę spory dorobek. Prawie otrzymał Nagrodę Nobla, nominowano go siedem razy. Mariusz Szczygieł w jednym ze swoich felietonów przytacza opinię, że  Karel Čapek pisał zbyt straszne rzeczy, by komisja w Szwecji go nagrodziła. Tymczasem autor przewidział i postępującą technicyzację życia, i zło wyrządzone przez faszyzm...

A wiecie, jaka jest największa ciekawostka dotycząca Karela Čapka? No przynajmniej największa dla mnie...

 
1 , 2 , 3
Tagi