Rozmowy wśród przyjaciół

Kattinka

poniedziałek, 17 października 2016

Kattinka   Kattinka

 Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście...

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

L'Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d'Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają. 

 Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową. 
 Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.  

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś…  Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

 Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi  – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

Aquila

 Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem:  czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce. 

Aquila

Aquila

 Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii. 

 Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów. 

Aquila

Obraz za mgłą hotelowej szyby:
nocny autobus zatrzymuje się 

na przystanku nikt nie stoi 

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma  

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem 

na papierze ryżowym*

Wiersz Kattinki: Japońska  akwarela II, 26 września 2016    

wtorek, 07 maja 2013

   Kattinka

Definicja mówi: „Zwiebelmuster” to porcelana z wzorem o chińskiej proweniencji, której produkcję na terenie Europy rozpoczęła fabryka porcelany w Miśni, ok. 1720 roku. Był to czas, gdy europejskim manufakturom nareszcie udało się zgłębić tajniki chińskiej technologii krycia glazurą dekoracji malowanej kobaltem.

Początkowo, zamiast określać ten wzór mianem „cebulowy", mówiono: „bulb" tj. bańka, cebulka (jak tulipana?). Choć wzorowana była dość ściśle na chińskich wzorach z początku panowania dynastii Ming w 1420 roku, miśnieńscy rzemieślnicy w krótkim czasie zaczęli interpretować wzór na swój własny - już czysto europejski - sposób. Dlaczego? Powód był zaskakująco prosty: w XVIII wieku Europa nie znała egzotycznych oryginałów, które służyły Chińczykom jako wzorce do opracowania ornamentu. Kwiaty i owoce z oryginalnych talerzy i misek, jakie trafiały wówczas do Europy, zostały więc „przetłumaczone” na język rodzimy, zrozumiały dla Europejczyka. I tak nieznany owoc granatu stał się powszechnie znaną cebulą! Równie znajome wydają nam się egzotyczne brzoskwinie, przetworzone na jabłka, czy motywy kwiatowe ze stylizowanych piwonii i astrów, których łodyżki powiew wiatru oplótł wokół bambusa.

  

Miśnieńscy artyści utrafili bezbłędnie w modną w owym czasie rokokową stylizację, wystarczy spojrzeć na lekko skręconą asymetrię kompozycji, która dzięki rytmicznej powtarzalności motywów zachowuje jednak porządek symetrii. Kolorystyka do dziś pozostała niezmieniona: kobaltowe cebule na tle białej porcelany. Z rzadka możemy trafić na kolekcjonerskie rarytasy o bogatszej gamie (zieleń, czerwień, róż, a nawet czerń). Wielowiekowa tradycja nadała tej porcelanie rys szlachetności, a złożyły się na nią w równej mierze, co styl i ornamentyka: wytrzymałość kwarcu, biel glinki kaolinowej, przeźroczystość skalenia i odporność, jaką porcelana zyskuje dopiero podczas wypału w temperaturze 1400º C.

  

Ale za powszechnym przywiązaniem do miśnieńskich cebul kryje się nie tylko podziw dla stylizowanych ornamentów. W swej uroczej prostocie i powściągliwości kobaltowe cebule sięgają głębiej w naszą europejską świadomość. Mówią o domu, nawiązują do rodzimej kuchni, niosąc ze sobą dobre skojarzenia z miską ciepłej strawy w zaciszu (a może: gwarze) domowej kuchni, gdzie wokół stołu zgromadzili się domownicy, by wspólnie posilić się pożywną zupą.

A skoro tak, to i my zakończmy tę opowieść przypomnieniem smakowitego przepisu. Dodam jeszcze, że jak wskazują dokumenty, zupa cebulowa znana była i popularna już w czasach rzymskich. Początkowo traktowano ją jako strawę ludzi biednych, zważywszy na obfitość cebuli i łatwość jej uprawy. Nowoczesna wersja pochodzi z Francji, z wieku XVIII, a wykonywana była (i jest do dziś) z bulionu wołowego i karmelizowanej cebuli.

Francuska Zupa Cebulowa

1. Cebula

Bogaty smak zawdzięcza przede wszystkim karmelizowanej cebuli (zazwyczaj pociętej w plasterki i lekko osolonej), która podczas bardzo powolnego smażenia na maśle (oliwie lub smalcu), przechodzi z etapu złotego ku brunatnemu i słodkiemu, dzięki karmelowi, jaki z cebuli wydobędziemy (przy czym, uwaga, objętość zmniejszy się mniej więcej o połowę). Niektóre przepisy sugerują, by trwało to pół godziny, ale wielu szefów kuchni pozwala na wielogodzinne duszenie, a wszystko po to, by wydobyć smak cukru w cebuli. Pod koniec, do cebuli możemy dodać kieliszek koniaku lub sherry, co dodatkowo „podkręci” proces karmelizacji, no i doda „francuskiej nuty”.

2. Bulion

wymaga połączenia dwóch świeżych aromatycznych bulionów, z wołowiny i z kurczaka (w proporcji 1:1). Julia Child radziła ugotować jeden wspólny bulion, ale znawcy twierdzą, że jest jednak subtelna różnica w ugotowaniu dwóch oddzielnych bulionów, a następnie połączeniu ich, przy czym pamiętajmy, że francuski bulion wołowy robi się z użyciem przyrumienionych kości wołowych, dzięki czemu zyskuje on charakterystyczny smak.

3. Grzanki

W klasycznej wersji nie może zabraknąć grzanek, tzw. croûtes. Są to kromki bagietki, bez skórki, posmarowane z obu stron oliwą z oliwek lub sklarowanym masłem i usmażone na chrupko. Dopiero teraz nasze croûtes zostają zwieńczone szwajcarskim Gruyèrem, a następnie zapieczone wraz z zupą, tuż przed wydaniem na stół.

Żródła: wikipedia oraz http://www.zwiebelmuster.com/story1.htm

03:54, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

   Kattinka

Wystarczyłoby powiedzieć: kocham cię i bez ciebie żyć nie mogę. Koniec, kropka, fakt stwierdzony.

Ale sprawa ma się zupełnie inaczej, gdy o miłości opowiada poetka. Adriana Calcanhotto, brazylijska artystka, podczas ostatniego koncertu w portugalskim mieście Castelo Branco, śpiewała o miłości delikatnie, kameralnym przyciszonym głosem, lirycznie i nostalgicznie, ale też nieraz z przymrużeniem oka, szczyptą ironii i humoru. To trudne zadanie, „unieść” taki koncert solo, śpiewając i grając na gitarze pełne dwie godziny. Bez przerwy i, co jeszcze trudniejsze, bez wielkiej oprawy, zmian kostiumów, grupy muzyków, bez tego całego sztafażu, jakim otaczają się wielkie gwiazdy. A jednak… Jakie musiało być zdumienie Adriany, gdy po kilku piosenkach zorientowała się, że mieszkańcy tego odległego miasta, gdzieś na północy Portugalii, gdzie Adriana występowała po raz pierwszy - znają  wszystkie jej piosenki na pamięć i cała sala śpiewa razem z nią. Aż zdjęła słuchawki, żeby się przekonać, że się nie myli. Nic dziwnego, że koncert przedłużył się i skończył dopiero po północy. Posłuchajcie TUTAJ.

http://www.lastfm.com.br/music/Adriana+Calcanhotto/+images/16994397

Ale wróćmy do miłości. Słowa piosenek i głos Adriany: „Kocham cię i żyć bez ciebie nie mogę”. Fakt stwierdzony. Jakże inaczej – piękniej! – brzmią te same słowa, gdy o miłości śpiewa poetka. Posłuchajcie TUTAJ.

 Oryginalny tekst piosenki  Polskie tłumaczenie znalezione TUTAJ Nasze tłumaczenie

Fico Assim Sem Você

Taka jestem bez ciebie

Taka jestem bez ciebie

Avião sem asa

Fogueira sem brasa

Sou eu, assim, sem você

Samolotem bez skrzydła

Ogniskiem bez żaru

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie 

Jak samolot bez skrzydeł

Palenisko bez płomienia

Taka jestem bez ciebie

Futebol sem bola

Piu-piu sem Frajola

Sou eu, assim, sem você...

Futebolem bez piłki

Piu-piu bez Frajola (kot z kreskówki?)

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie

Jak piłkarz bez piłki

i kot bez mleka

Taka jestem bez ciebie

Porque é que tem que ser assim?

Se o meu desejo não tem fim

Dlaczego musi być właśnie tak?

Jeżeli moje pragnienie nie posiada końca

Dlaczego tak musi być

Skoro pragnę cie bez końca?

Eu te quero a todo instante

Nem mil auto-falantes

Vão poder falar por mim...

Pragnę ciebie w każdej chwili

Ani tysiąc głośników

Nie będzie mogło mówić za mnie

Pragnę cie w każdym momencie

Tak mocno, że nawet tysiąc głośników

Nie zdoła tego wyrazić za mnie

Amor sem beijinho

Buchecha sem Claudinho

Sou eu, assim, sem você

Miłością bez pocałuneczka

Buchecha bez Claudinho (piosenkarze)

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie

Jak miłość be zcałusa

Jak Tońcio bez Szczepcia

Taka jestem bez ciebie

Circo sem palhaço

Namoro sem amasso

Sou eu, assim, sem você...

Cyrkiem bez pajaca

Chodzeniem ze sobą bez uścisków

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie...

Jak cyrk bez pajaca

I miłość bez uścisków, 

Taka jestem bez ciebie 

Tô louco pra te ver chegar

Tô louco pra te ter nas mãos

Szaleję aby ujrzeć cię przychodzącego

Szaleję aby tylko mieć ciebie w ręcach

 Szaleję, by znów cię zobaczyć

 Szaleję, by wziąć cię w ramiona 
(
Szalona, nosić cię na rękach )


Deitar no teu abraço

Retomar o pedaço

Que falta no meu coração...

Położyć się w twoim objęciu

Ponownie wziąć kawałek

Brakujący w moim sercu...

Zasnąć w twych objęciach

W sercu dziurę załatać

By znów całe się stało

Eu não existo longe de você

E a solidão, é o meu pior castigo

Eu conto as horas pra poder te ver

Mas o relógio tá de mal comigo...

Nie istnieję daleko od ciebie

A samotność jest najgorszą z kar

Liczę godziny aby móc cię ujrzeć

Ale zegarek boczy się na mnie...

Z dala od ciebie nie istnieję

Samotność to kara najcięższa

Liczę godziny, gdy znów ujrzę ciebie

Lecz zegar słuchać mnie nie chce

Por que? Por que?

Dlaczego? Dlaczego?

Dlaczego? Dlaczego?

Neném sem chupeta

Romeu sem Julieta

Sou eu, assim, sem você

Niemowlęciem bez smoczka

Romeuem bez Juliety

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie

Jak dziecię bez smoczka

Jak bez Julietty Romeo 

Taka jestem bez ciebie

Carro sem estrada

Queijo sem goiabada

Sou eu, assim, sem você...

Samochodem bez drogi

Serem bez marmelady z gojaby

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie...

Jak auto bez autostrady

A ser bez marmolady

Taka jestem bez ciebie

Porque é que tem que ser assim?

Se o meu desejo não tem fim

Dlaczego musi być właśnie tak?

Jeżeli moje pragnienie nie posiada końca

Dlaczego tak musi być?

Skoro pragnę cie bez końca?

Eu te quero a todo instante

Nem mil auto-falantes

Vão poder falar por mim...

Pragnę ciebie w każdej chwili

Ani tysiąc głośników

Nie będzie mogło mówić za mnie...

I pragnę cię wciąż tak mocno

że tysiąc głośników powiedzieć

tego za mnie nie zdoła... 

Eu não existo longe de você

E a solidão, é o meu pior castigo

Eu conto as horas pra poder te ver

Mas o relógio tá de mal comigo...

Nie istnieję daleko od ciebie

A samotność jest najgorszą z kar

Liczę godziny aby móc cię ujrzeć

Ale zegarek boczy się na mnie...

Z dala od ciebie nie istnieję

Samotność to kara najcięższa

Liczę godziny, gdy zjawisz się znów

Lecz zegar słuchać mnie nie chce...

 

Uwaga! Redakcja Altany w polskim tłumaczeniu nic nie zmieniała ani nie poprawiała. Ale wszyscy już wiemy, co nam chodzi po głowie, prawda? Taka piękna piosenka, tak urocza i dowcipna, aż się prosi, by po polsku zabrzmiała równie romantycznie. Zapraszamy do zabawy (pracy) translatorskiej!

02:24, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (24) »
czwartek, 18 kwietnia 2013

   Kattinka

Nostalgia (gr. νóστος powrót do domu, oraz λγος ból) potocznie rozumiana jako doskwierająca tęsknota za ojczyzną, miejscem urodzenia, domem rodzinnym, ale też ogólnie jako tęsknota za czymś, co minęło, a utrwaliło się w pamięci. Nostalgia jest pojęciem szerokim. Dotyczy wielu dziedzin na pograniczu psychologii, filozofii czy kultury i sztuki, ale przede wszystkim dotyczy naszego życia, podsuwając odległe nieraz wspomnienia i jeszcze dalsze skojarzenia.

Po długiej mrocznej zimie, która w tym roku całkiem skutecznie próbowała pokonać wiosnę, pierwszego pogodnego dnia trudno nam było usiedzieć w domu. Nogi same poniosły – na pola, na łąki. A pola i łąki, jak wiadomo, wszędzie są takie same. a przynajmniej bardzo podobne: czy to na górskich zboczach w Serra da Estrelaw Portugalii, czy na Kaszubach, w północnej Polsce. Wystarczyło trochę słońca, i już myśli same powędrowały na Kaszuby, do Wdzydz Kiszewskich, gdzie w samym sercu mieści się Muzeum Parku Etnograficznego im. Teodory i Izydora Gulgowskich, potocznie zwanego Skansenem.

Nikt bardziej nie zasłużył na to, by jego imieniem nazwać to miejsce. Kim byli Teodora i Izydor? To fascynująca historia wielkiej miłości od pierwszego wejrzenia, która dała początek… No właśnie, zacznijmy od początku:

ON

Izydor Gulgowski urodził się 4 kwietnia 1874 roku w Iwicznie. Po ukończeniu seminarium nauczycielskiego w Tucholi  nauczycielem najpierw w Dzierżążnie, a potem w Konarzynach. Pewnego letniego dnia 1898 roku, płynąc czółnem Jeziorem Wdzydzkim na odpust Matki Boskiej Pocieszającej do Wiela, ujrzał na brzegu piękną kobietę w białej sukni. Siedziała na granitowym głazie i malowała krajobraz. Podpłynął w jej kierunku, a wtedy ona zawołała: „Chcesz? Namaluję ci miłość”. W tym samym roku, kilka miesięcy po pamiętnym spotkaniu nad jeziorem, jesienią 1898 roku, Izydor na własne żądanie został przeniesiony do Wdzydz Kiszewskich. Objął stanowisko nauczyciela w miejscowej 4-klasowej szkole powszechnej i trudno to było nazwać awansem. Ale jemu to nie przeszkadzało, dzięki temu był blisko Teodory.

 ONA

Teodora Fethke urodziła się 24 września 1860 roku. Pochodziła z rodziny nauczycielskiej w Wielkich Chełmach koło Brus, w powiecie chojnickim. Po ukończeniu szkoły średniej studiowała malarstwo, grafikę, hafciarstwo i zdobnictwo w Szkole Lettego w Berlinie. Gdy pamiętnego lata 1898 roku, przebywając z wizytą u brata (proboszcza w Wielu), malowała nad brzegiem jeziora, ujrzała płynącego czółnem Izydora i zakochała się bez pamięci. Zrezygnowała ze studiów i zamiast z końcem wakacji wyjechać ponownie do Berlina, została u brata. Wbrew woli rodziny, która związek Teodory, kobiety wykształconej, o określonej pozycji towarzyskiej, z wiejskim nauczycielem, uważała za mezalians, przyjęła oświadczyny Izydora.

Co było dalej? Przeczytajcie w piatek, 19 kwietnia.

Przepraszam za pomyłkę. Ciąg dalszy będzie w sobotę 20 kwietnia, bo piatek jest dniem kulimarnym i będziemy gotować szparagi.

04:08, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (6) »
sobota, 06 kwietnia 2013

   Kattinka

Figa z makiem. Figa z makiem z pasternakiem. Figa marynowana. Tak się kiedyś mawiało, i nadal – jeśli mamy na myśli «nic a nic, zupełnie nic» – tak właśnie powiemy. I jeszcze: Kto sieje na świętą Jadwigę, ten zbiera figę. Lepiej o tym pamiętać. Wprawdzie porzekadło nie wskazuje, o którą Jadwigę powinno nam chodzić, czy o św. Jadwigę Śląską (Jadwiga z Andechs, 1178-1243) czy też raczej o św. Jadwigę Andegaweńską (1373/74-1399), która była królową Polski, ale dni obchodów imienin naszych patronek, które przypadają na 14 kwietnia, 17 lipca, 16 października, mówią same za siebie. Bo jak tu siać w kwietniu, zwłaszcza w obliczu tegorocznych anomalii, gdy aura może nam jeszcze mocno popsuć szyki, no i dostaniemy przysłowiową figę? Przednówek to czekanie na wiosnę – jeszcze nie siejmy, jeszcze poczekajmy!

Czekanie to dobry czas na kwerendy wszelkiej maści: biblioteczne, historyczne, kulinarne. Figa z makiem i z pasternakiem? Czy to tylko przysłowie, czy też drzewiej ten zestaw ingrediencji był częścią tradycyjnego jadłospisu? Czy to w ogóle jest jadalne – osobno na pewno, ale czy razem? Spróbujmy to sobie wyobrazić. Mak i figi pasują całkiem nieźle: struktura ziarenek w figowych owocach jak nic przypomina ziarenka maku, choć może osobiście wolałabym, by w tej konfiguracji mak został uprzednio namoczony i ugotowany w mleku, a następnie zmielony (jak na kutię). Ale pasternak? Co tu robi pasternak? Czy tylko stanowi przednówkowy „składnik odżywczy” i „wypełniacz” wygłodniałego żołądka – zamiast np. ziemniaków czy marchewki?

Pasternak zwyczajny (Pastinaca sativa L.), gatunek rośliny należący do rodziny selerowatych (Apiaceae Lindl.), to bliski krewniak marchewki. Etymologia nazwy „Pastinaca” nie jest w pełni potwierdzona, ale przypuszcza się, że pochodzi z łaciny od słowa „pastino”, co znaczy „przygotować grunt pod winnice” lub od „pastus” – „pożywienie”. W etymologii ludowej doszukuje się zbieżności z takimi słowami jak „parsley” i „turnip”. W starożytnym Rzymie znany był i lubiany na tyle, że cesarz Tyberiusz zezwolił, by część obowiązkowej daniny płaconej przez Germanów była realizowana pod postacią dostawy pasternaku. W Europie był źródłem cukru, na długo przed burakami i trzciną cukrową. U dzikich roślin korzeń jest cienki i wcześnie drewniejący, natomiast u odmian uprawnych – gruby, o białym, silnie pachnącym, jadalnym miąższu, w czym przypomina pietruszkę, i to przypomina na tyle, że ponoć handlarze na targach nieraz oszukują, sprzedając pasternak zamiast pietruszki. W Polsce jako roślina dzika jest bardzo pospolity, a mimo że jego odmiany nadal uprawia się jako warzywo, współcześnie niemal całkowicie zniknął z polskich jadłospisów, chociaż w dawnych czasach, zwłaszcza na Podhalu, w okresie przednówkowym był codzienną potrawą, a w Skandynawii, Anglii czy Irlandii „parsnip” (nie mylić z „turnip” czyli brukwią) wciąż pojawia się w przepisach kulinarnych, jako obowiązkowy składnik menu na Boże Narodzenie. Zawiera dużo białka, skrobię, pektyny, surowy korzeń ma długą listę zalet, jak witaminy z grupy B oraz C (30 mg % – sporo!), E i K, jak również liczne minerały, w tym: wapno 36 mg (4% dziennego zapotrzebowania), żelazo 0.59 mg (5%), magnez 29 mg (8%), mangan 0.56 mg (27%), fosfor 71 mg (10%), potas (aż!) 375 mg (8%), sód 10 mg (1%), cynk 0.59 mg (6%). Pożyteczny jako roślina lecznicza: surowcem zielarskim jest korzeń (Radix Pastinacae) i owoc (Fructus Pastinacae), z którego wytwarza się olejek pasternakowy (Oleum pastinacae). No i nie tuczy, w 100 g ma zaledwie 314 kJ tj.75 kcal. Jako że większość witamin znajduje się pod skórką, korzeń należy obierać bardzo cienko albo – jeszcze lepiej! – obierać po ugotowaniu czy upieczeniu. Pasternak można piec, gotować (również na parze), grillować, smażyć, dusić z jarzynami, dodać do zupy, gulaszu, Irish Stew czy innych Eintopfów; pokrojony w słupki lub cieniutkie plasterki, a następnie usmażony w głębokim oleju – da nam znakomite frytki i chipsy. Możemy też zrobić z niego wino, podobno w smaku przypominającym Maderę. Rzymianie wierzyli, że jest skutecznym afrodyzjakiem. Jeśli jednak posiadacze ogrodów warzywnych przetrzymają korzenie w ziemi do pierwszych mrozów, otrzymają warzywo znacznie słodsze, co przesunie nasz pasternak na skali słodyczy ze składnika zup i roli jarzyny towarzyszącej głównemu daniu (jako dodatek do purée z ziemniaków czy marchwi, z łyżką śmietany, tartego parmezanu i masła) – ku potrawom słodkim. I znów otwierają się przed nami dziesiątki sposobów i możliwości, my jednak powrócimy do początkowego pytania: jak smakuje pasternak z figą i makiem, zwłaszcza że w Południowej Europie na drzewach figowych już pokazały się pierwsze liście i zawiązki owoców.

Poeksperymentujmy zatem! Na początek zaproponuję swój wariant i będzie to pełna improwizacja, ale spodziewam się, że w komentarzach pojawi się cała seria innych wariantów i propozycji:

Improwizacja pasternakowo-figowo makowa I

Weźmiemy:

- pasternak (2 korzenie, upieczone lub ugotowane w całości)

- figi suszone (wypłukane we wrzątku)

- mak (ugotowany w mleku i zmielony)

i może jeszcze:

- 2 łyżki miodu

- 1 łyżka masła

- 2 żółtka + 1 łyżka cukru

- garść włoskich orzechów

- garść uprażonych płatków migdałów

Korzenie pasternaku obierzemy i pokroimy w grubą kostkę, podobnie figi po umyciu i odcięciu ogonków – w kostkę. W rondlu rozpuścimy miód z masłem, wrzucimy pasternak z figami i orzechy. Jak miód z masłem się spieni, możemy zestawić rondel z ognia, dłuższe gotowanie nie jest konieczne. Osobno utrzemy kogel-mogel i połączymy ze zmielonym makiem – to będzie nasz sos do polania potrawy. Już w miseczkach deserowych, w ostatniej chwili posypiemy uprażonymi płatkami migdałów.

Post Scriptum: Podczas zbiorów należy zachować ostrożność, nie doradza się również robienia bukietów z dziko rosnących (atrakcyjnych) roślin. Chodzi o nadziemne części zielone, liście i łodygi, których sok jest toksyczny, wywołać też może silne i trudno gojące się oparzenia skóry. Taki problem może wystąpić zwłaszcza w słoneczne dni (tzw. phytophotodermatitis).

Powsinoga podała w komentarzach przepis na zupę z pasternaku. Oto on:


1/2 kg pasternaku, 
1/2 kg ziemniaków, 
1/4 kg cebuli, 
6 łyżek posiekanej naci pietruszki, 
1 łyżka masła, 
1/2 szklanki śmietany, sól 

Pasternak i ziemniaki umyć, dokładnie oczyścić, opłukać, pokrajać i włożyć do wrzącej, osolonej wody. Gotować pod przykryciem. Cebulę obrać, opłukać, lekko poddusić z masłem, dodać do wrzącej zupy i ugotować do miękkości. Przetrzeć przez sito lub zmiksować. Połączyć zupę z pietruszką i śmietaną. Przyprawić solą do smaku. Podawać z dodatkiem grzanek z serem. Radzę spróbować. Pyszności! 

Tagi: figa
04:04, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (11) »
czwartek, 28 marca 2013

   Kattinka

Pascha to trudna sprawa, jeśli nie mamy odpowiedniego twarogu.

Ale kilka dni temu przypomniał mi się pewien przepis, który kiedyś wynotowałam z książki o serach produkowanych w domu. Niestety, książki tutaj nie mam, a w Internecie nie udało mi się jej namierzyć, niech więc autorzy mi wybaczą. Zapamiętałam tylko tyle, że była to stara receptura zakonna. Składniki i proporcje podstawowe podam wg przepisu oryginalnego, ale moja produkcja domowa znacznie się różniła: ilości z przepisu zmniejszyłam, a samych składników wzięłam więcej. Efekt okazał się znakomity!

Przepis oryginalny był taki:

1 litr mleka
1 kg< twarogu (mielonego)
10 dag masła
2 żółtka
2 łyżeczki soli
2 łyżeczki octu
1 łyżeczka sody

Mój wariant „z dala od polskiego twarogu”:

1/4 litra mleka
1 op. (250 g) twarożku nazywanego tutaj śniadaniowym (ale jednak takim do krojenia, a nie typu Filadelfia)
1 op. (250 g) jogurtu greckiego naturalnego
1 op. (250 g) śmietany crème fraîche
10 dag masła
2 żółtka
2 łyżki soku z cytryny (czyli więcej niż octu)
1 łyżeczka sody

Wszystkie białe składniki dobrze wymieszałam w garnku, doprowadziłam do wrzenia i gotowałam 2-3 min. Po zestawieniu z pieca, dodałam masło, wymieszałam, a do żółtek wlałam kilka łyżek ciepłego płynu, wymieszałam i połączyłam z masą w garnku, na koniec dodałam sok z cytryny i sodę. Soda sprawiła, że masa bardzo się „wzburzyła”, ale odczekałam chwilę, cały czas energicznie mieszając, a jak nieco opadła, postawiłam garnek z powrotem na gazie i gotowałam jeszcze 2-3 minuty (cały czas mieszając!). Jak płyn zaczął się ścinać w twarogowe grudki, wystawiłam garnek na balkon (zimno!) i odczekałam, aż masa wystygła. Potem wylałam masę na sito wyłożone gazą, a jak większość serwatki odciekła, przycisnęłam ser deseczką.

Serek, jaki otrzymaliśmy, nie jest typowym polskim twarogiem, który robi się z kwaśnego mleka, tylko delikatnym żółciutkim serkiem typu ricotta. Ale taki właśnie jest nam potrzebny do paschy. W tym roku, zamiast przepisowej kostki masła, śmietany 30% i tuzina żółtek, o jakich mowa w tradycyjnym przepisie, użyjemy serka mascarpone (a żółtka mamy już w serku, więcej nie potrzeba). Pomysł jest taki: 1 op. mascarpone + szklankę cukru pudru utrzemy na gładką masę, a następnie stopniowo dodamy po łyżce naszego twarożku. Na koniec: siekane migdały i skórka pomarańczowa. Mamy nadzieję, że pascha będzie „prawie jak w domu”.


Na koniec dwie uwagi: 1/ w przepisie oryginalnym cedzenie odbywa się po etapie „białym” i dopiero potem dodaje się resztę (masło, żółtka, sól, ocet i sodę), a potem znów gotuje przez 2-3 min. I ponownie cedzi się, formuje i przyciska deseczką. Ale myślę (muszę to jeszcze sprawdzić), że efekt będzie bliższy „żółtego” sera niż białego twarożku; 2/ serwatka jest tak doskonała, że szkoda mi było ją wyrzucić, upiekłam więc na niej pyszne drożdżowe bułeczki.

Tagi: pascha
01:46, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (7) »
czwartek, 21 marca 2013

   Kattinka

Wywodzą się podobno z tradycyjnych rosyjskich pisanek. Ale o ile o pisankach już wkrótce będziemy mogli powiedzieć, że piękne, magiczne i symboliczne, a i o zaletach samych jajek dorzucić to i owo (ab ovo), na przykład, że pyszne w każdej postaci, że zdrowe (cholesterol udaje, że tego nie słyszy!) i pełne wartości odżywczych, to jednak trudno o nich powiedzieć, że – słynne. A te są zdecydowanie i w pełni zasłużenie – słynne. Zaczął je produkować pod koniec XIX w. petersburski jubiler Peter Carl Fabergé, Rosjanin o hugenockich korzeniach, którego ojciec pochodził z terenów dzisiejszej Estonii. A choć mówi się, że osobiście nie stworzył żadnego ze swoich słynnych jaj, gdyż autorami tych arcydzieł byli pracownicy jego firmy, jak Erik Kollin, Michał Perchin, Henryk Wigström, Alma Pihl, to od jego nazwiska pochodzi nazwa, pod którą znane są na całym świecie.

Pierwsze jajko wielkanocne w pracowni Fabergé powstało w roku 1884 na zlecenie cara Aleksandra III, jako prezent dla żony Marii. Po śmierci

 Aleksandra III jego syn, Mikołaj II, kontynuował tradycję zamawiania co roku jednego jajka na Wielkanoc. W środku cennej skorupki kryła się zazwyczaj niespodzianka, która aż do momentu otworzenia podarunku była objęta ścisłą tajemnicą. Jaja – ze złota i srebra, kamieni szlachetnych, kości słoniowej, masy perłowej, zdobione emalią – początkowo wykonywane były wyłącznie na zamówienie carskiego domu Romanowów. Fabergéinspirował się wydarzeniami historycznymi, takimi jak wojny (zapewne zwycięskie dla Rosji) czy otwarcie kolei transsyberyjskiej. Zdobił swoje dzieła miniaturami carskich rezydencji, wizerunkami członków rodziny. Dekoracja jajka koronacyjnego, ofiarowanego przez Mikołaja II żonie Aleksandrze w 1897 roku, nawiązywała do sukni koronacyjnej carycy (ornament siatki). W środku ukryta była, wykonana ze złota, miniatura karety koronacyjnej, z siedzeniami z rubinu, szybkami z górskiego kryształu i koroną na dachu.

Z czasem jaja Fabergé stały się tak słynne i poszukiwane, że zaczęli je kupować inni arystokraci i dostojnicy, powiedzmy to szczerze, na tyle bogaci, że było ich zwyczajnie stać na te skarby. W 1900 roku Fabergé zaprezentował swoją kolekcję na Wystawie Światowej w Paryżu, za co, w dowód uznania, otrzymał Legię Honorową. Do wybuchu rewolucji, na zamówienie carów Rosji, powstały 54 jaja, do dziś zachowały się 42. 28 listopada 2007 na aukcji w domu aukcyjnym Christie’s jajko z zegarem i kogutem, wykonane w 1902 roku dla jednego z Rotszyldów, zostało sprzedane za sumę 18,5 milionów dolarów. Z jajka co godzinę wyskakuje miniaturowy kogut, który sygnalizuje godzinę.

Tyle Historia. A teraz… inna historia:

Baronowa była kobietą niezwykłej urody i wielkiego wdzięku, bogatą i elegancką, a co więcej – koncertującą pianistką. I oto ta wielka dama pewnego dnia zjawia się w muzeum w San Francisco, by ukraść trzy inkrustowane klejnotami słynne jaja Fabergé’go. Z powodu swego uczynku baronowa cierpi moralnie, ale nie ma innego wyjścia, takiego okupu bowiem zażądali porywacze, którzy uprowadzili jej narzeczonego i wywieźli gdzieś do Ameryki Południowej. Chcąc, nie chcąc, dalej postępuje według instrukcji: z cennym łupem w torbie wsiada do wskazanego samolotu, gdzie ma nastąpić tzw. przejęcie. Na pokładzie spotyka przystojniaczka spod ciemnej gwiazdy, który z miejsca okazuje jej żywe zainteresowanie, ci dziwnego więc, że baronowa jest przekonana, iż ma do czynienia z jednym z porywaczy. Wątpliwości obudzi dopiero pojawienie się na horyzoncie (już po wylądowaniu) tajemniczego mężczyzny w prochowcu, który będzie usiłował ją zabić, na szczęście bez powodzenia, gdyż na ratunek pośpieszy jej przystojny towarzysz podróży. Niestety, nie będzie to koniec tarapatów i zagadek: baronowa i jej anioł stróż staną się obiektem pościgu, a następnie uwięzienia przez meksykańskich bandytów, o których trudno powiedzieć, czy są wykonawcami planu pod jajecznym kryptonimem, czy może realizują jakiś swój własny plan. Trudno się połapać, komu zależy na skradzionym skarbie, trudno zgadnąć, kto ostatecznie przechytrzy kogo, a co najważniejsze – co się stanie z bezcennymi jajkami? Ale czy to ma jakieś znaczenie? Jak zawsze, liczy się tylko miłość…

Poprosimy o podanie nazwiska pani baronowej.

Prawidlowej odpowiedzi udzielila Powsinoga:

Piękna baronowa Caroline DuLac, którą w filmie "Love Among Thieves" zagrała Audrey Hepburn.

Tagi: Faberge
02:42, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (16) »
wtorek, 19 marca 2013

  Kattinka

Specjalny dodatek od naszej wysłanniczki do Londynu – z najlepszymi życzeniami wiosennymi dla Ciotuchny.

Opactwo westminsterskie (ang. Westminster Abbey). Według legend pierwsza świątynia powstała w roku 616 na miejscu, które nazywano wówczas Thorney Island, za datę powstania pierwszego klasztoru uważa się jednak dopiero rok 800. Prawie 250 lat później Edward Wyznawca, który z powodów politycznych nie mógł dotrzymać ślubów udania się na pielgrzymkę do Rzymu, w zamian za zwolnienie z tych ślubów, zgodnie z sugestią papieża, postanowił przebudować opactwo.

Przebudowa (w stylu romańskim) miała miejsce w latach 1045-1050, ale nowe opactwo konsekrowano dopiero 15 lat później, 28 grudnia 1065, na tydzień przed śmiercią króla Edwarda, który został tam pochowany. W roku 1066 odbyła się pierwsza koronacja – na tronie zasiadł wówczas Wilhelm Zdobywca. Od tamtej pory w murach tych – na tronie koronacyjnym św. Edwarda z 1301 r. – koronowano 33 królów (tj. wszystkich, poza dwoma) i 34 królowe. W czasie koronacji Jerzego II Hanowerskiego, w 1727 roku, Jerzy Fryderyk Haendel wykonał cztery hymny koronacyjne, w tym słynny hymn nr 1 „Zadok the Priest”, który odtąd powtarzany jest na każdym kolejnym nabożeństwie koronacyjnym.

Tu znajdują się: grobowiec królowej Elżbiety I, Zakątek Poetów (Poets' Corner) i Grób Nieznanego Żołnierza, kaplica św. Jerzego, poświęcona pamięci miliona Brytyjczyków poległych w wojnach, i kaplica Królewskich Sił Powietrznych, z witrażami poświęconymi Dywizjonom 303 i 302, na których widać polskie orły i polską flagę.

Na terenie opactwa pochowanych jest ok. 3300 wybitnych poetów i pisarzy, kompozytorów iaktorów, uczonych (jak Isaac Newton, Karol Darwin, Lord Kelvin), polityków i architektów. Pierwszym poetą, pochowanym w Westminster Abbey, był Geoffrey Chaucer w roku 1400, a są tu też groby: Bena Jonsona, Davida Garricka, Samuela Johnsona, Karola Dickensa, Roberta Browninga, Rudyarda Kiplinga, wśród nagrobków muzyków są m.in. te, gdzie spoczywają Georg Friedrich Händel i Henry Purcell. Co ciekawe (i pouczające), wielu poetów i pisarzy ma tutaj tylko tablice pamiątkowe, ponieważ pochówku odmówiono z braku uznania za życia albo z powodu… mało przykładnego życia, jakie prowadzili. A decyzja ta dotyczyła, bagatela! takich twórców, jak: William Szekspir, William Blake, Benjamin Britten, Robert Burns, John Keats, George Gordon Byron, Percy Shelley, David Herbert Lawrence, William Wordsworth, William Makepeace Thackeray i Thomas Hardy.

03:15, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 18 marca 2013

   Kattinka

Dom na wsi

                                    dla T.B.

 

Trzciny szeleszczą

szumią, szczecinieją

od jesiennej wilgoci,

 

która zabrała dal.

 

Mocne ręce wpisuja

brunatną czcionkę włókien

w poszycie dachu,

 

skryte pod brzęczącą lipą.

 

Wkrótce przyjdzie zima,

zima zawsze przychodzi

nie w porę, choć pora życia

 

zawsze wtedy ta sama.

01:21, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (5) »
piątek, 15 marca 2013

   Kattinka

Jadąc porannym pociągiem w tunelu mgły i deszczu, na peryferiach Lizbony zauważyłam plakat reklamowy: Inverno é psicológico. Zima jest stanem psychologicznym. Otuliłam się szczelniej szalem i schowałam zmarznięte dłonie w rękawy swetra. To prawda, zima nastraja nas na inną nutę i wkrótce po pierwszych zachwytach bielą płatków śniegu i strukturą mroźnych kwiatów na szybach, stwierdzamy ze skruchą, że zimno nas pokonało. Tak, zima to stan naszej duszy i naszego umysłu. A zima tego roku daje nam się we znaki. Nie żeby była straszliwie sroga (bywały sroższe), ale przyznać trzeba, że jest dokuczliwa, nękliwa, zaskakująco kapryśna. I długa...

Do kalendarzowej wiosny, na szczęście, już tylko tydzień, może jakoś przebrniemy, doczekamy. Potem jeszcze Wielkanoc, jeszcze kilka nawrotów niskich temperatur i gwałtownych zmian pogody, ale przednówek niesie już w sobie czytelną zapowiedź i wyraźnie wyczuwalną nadzieję, że wiosna wkrótce powróci. A potem przyjdzie lato i jesień, i... znów zima, w którą na pewno (na pewno, jesteśmy o tym przekonani!) wejdziemy silniejsi i zdrowsi, z większą energią i zapasem witamin. Na przednówku i rak – ryba, powiada przysłowie, i nie jest to wcale metafora (choć jako taka jest równie nośna i otwarta na interpretacje). To przysłowie jest dowodem na zmysł obserwacji, jakim obdarzeni byli nasi przodkowie, a ściślej: ich jakże uważnej obserwacji cyklu życia i cyklu przyrody. Mówi o czasie, gdy lód ścina tafle jezior i zatrzymuje nurty rzek, powodując "bezrybie", a ziemia leży uśpiona. Stąd ta cisza Natury, oczekiwanie. A my, co dzieje się z nami w tym czasie? Zmęczeni długotrwałym mrokiem i monotonną dietą, zakopani pod ciepłymi kocami w przegrzanych pomieszczeniach odczuwamy (mimo kolejnej porcji czekolady) wszechogarniający brak energii. Ale skąd tu wziąć energię, skoro wiatr znów poświstuje za oknem, naganiając po raz kolejny pierzynę dziwnie niebieskich chmur – na śnieg. Albo szarych i przesyconych mgłą – na kolejny deszcz.



Spróbuj „nie dać się”, proponuje Mii Krogulska, bo „właśnie teraz, na przednówku, mogą cię dopaść wampiry energetyczne. Chroń się!” Brzmi to dość złowrogo, dlatego zagłębiam się w lekturę:

„Gdy Słońce wkracza w znak Ryb, zaczyna się pora roku, zwana przednówkiem. Choć dnia przybywa, to czujemy się wyczerpani i przemęczeni. [...] Nasze słabości łatwiej wykorzystują osoby, które lubią podkradać innym życiową energię. [...] Jak się bronić?

  • Ubieraj się w żywe, radosne kolory. [...] Barwa czerwona najlepiej odstrasza energetyczne wampiry, dlatego mądrzy Chińczycy uznali ją za przynoszącą szczęście i chroniącą przed pechem. Unikaj czerni, brązów, zgniłej zieleni, bo osłabiają aurę. Dla twoich wrogów wyglądają jak komunikat, że jesteś mały i słaby.
  • Noś talizmany i amulety. Niebieskie kamienie, takie jak turkus lub lapis-lazuli, zadbają o twoje nerwy w trudnej sytuacji. Po ciężkim dniu dodaj do kąpieli trochę soli, aby wyczyściła twoją aurę.
  • Czosnek w biurku lub w torebce? Dlaczego nie? Od wieków uznawany był za doskonałą magiczną ochronę. Schowaj go najlepiej we wtorek, a żeby zwiększyć moc, zawiń w czerwoną wstążeczkę.
  • Ktoś na ciebie krzyczy, a ty musisz potulnie stać i się uśmiechać? Wyobraź sobie, że gdy spoglądasz na tę osobę z góry, ten ktoś ma ośle uszy lub lisi ogon. To prosta i skuteczna technika, która pozwala energetycznie odciąć się od prześladowcy i nie brać sobie złych słów do serca.
  • Po trudnej rozmowie umyj ręce na znak zmycia z siebie złych intencji i przykrych słów.
  • W niedzielę zapal złotą świecę w intencji siły i radości, które towarzyszyć ci będą w następnym tygodniu. Za świecą postaw małe lusterko, aby odbijało światło i sprawiało, że dobro wróci do ciebie w dwójnasób – nikt ci go magicznie nie podkradnie.”



Mądre rady – wszystkie i na każdy temat – kończą się (a może zaczynają?) zawsze w tym samym miejscu: w kuchni. Zima wymagała potraw o smakach i barwach rozgrzewających. Dynia, ziemniak i marchew, gorczyca, czosnek i curry. Czekolada. Pierniki korzenne i miodowe. Ciepło! Przednówek, jakkolwiek jeszcze głodny i chłodny, wnosi do naszej kuchni aurę świeżości, nutę zieleni. Biorę pęczek pietruszki (lub dwa), siekam z ziołami, jakie akurat udało mi się dostać na rynku lub w pobliskim warzywniaku. Dziś jest to bazylia, świeże oregano i tymianek. Całą zieleninę opłukuję pod bieżącą wodą, osączam w czystej ściereczce, a potem obrywam listki z łodyżek i siekam je tak drobno, jak tylko potrafię ja i mój bardzo profesjonalny „nóż szefa”. Dodaję kilka kropli soku z cytryny, pół łyżeczki skórki cytrynowej, szczyptę soli i świeżo zmielonego pieprzu, mieszam z 3 łyżkami najlepszej oliwy i tak przygotowaną przednówkową zieleninę pakuję do słoiczka (w lodówce może postać kilka dni). Z czym jemy, jak i kiedy? Wciąż i do wszystkiego! Do twarożku, sałat i sałatek, dodane pod koniec pieczenia, gotowania i duszenia mięs i jarzyn albo do gotowanych ziemniaków. Albo po prostu jako „pasta” na kromce świeżego chleba z masłem. W tym tygodniu z pietruszki, bazylii, oregano i tymianku. W przyszłym – może z listków botwinki i pokrzywy albo selera, lubczyku i szpinaku…

A zatem – czerwień magii i zieleń ziół. Przednówek oznacza, że od dziś, każdego dnia będzie już tylko cieplej i jaśniej.

Byle do wiosny!



Cyt. za: http://www.astromagia.pl/magia/rytualy/ochrona/6469-wzmocnij-swoje-pole-ochronne

Tagi: wiosna
01:16, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (14) »
 
1 , 2
Tagi