Rozmowy wśród przyjaciół

Kanadyjka

niedziela, 21 lutego 2016

   Kanadyjka

Historia, którą chcę tu opowiedzieć dzieje się w miejscowości Temple w stanie Georgia. Śledzę ją na Facebooku od dwóch miesięcy.

W połowie grudnia 2015 roku, w okolicach Temple znaleziono ciężarną sukę labradorkę błąkającą się koło szosy. Suka była bardzo chuda i zaniedbana. Została zabrana do schroniska, gdzie zrobiono przeswietlenie brzucha (patrz zdjęcie). Nawet trudno policzyć ile tam jest tych szczeniaków.

Ze schroniska została zabrana przez Kristi i Drew, którzy prowadzą organizację Life is Labs. Organizacja ta zajmuje się ratowaniem psów (głownie labradorów) ze schronisk i znajdowaniem dla nich permanentnych domów.

Bon Bon

Suka, która nazywała się Bon Bon, zaczęła rodzic 20 grudnia. Pierwszy szczeniak urodził się martwy. Bardzo szybko okazało się, że suka jest zbyt wycieńczona aby urodzić resztę szczeniaków. Została przewieziona do weterynarza, gdzie zrobiono cesarskie cięcie, którego niestety suka nie przeżyła. Urodziło się 14 szczeniaków!!

Kristi i Drew zabrali je do domu (siedziba Life is Labs). Poprzez apel na Facebook znaleziono sukę (Remi), która właśnie skończyła karmić swoje szczeniaki. Cała czternastka była karmiona częściowo butelką a częściowo przez tę sukę.

Wyobrażacie sobie, co to była za robota. Szczeniaki leżały w pojemniku wyłożonym podgrzewaną poduszką i były karmione co 2 godziny. W opiece nad maleństwami pomagała czekoladowa labradorka Coco, która lizała im brzuszki po jedzeniu, myła i czyściła wszystko co zrobiły.

Szczeniaki dobrze jadły i przybierały na wadze.

Niestety, 25 grudnia Christi zauważyła, że jeden ze szczeniaków nie reaguje na otoczenie. Mimo natychmiastowej interwencji weterynarza, szczeniak nie przeżył. Zostało 13tka.

Wszystko to śledziłam na Facebooku najpierw w Warszawie z Ciotuchną, a potem we Florencji z Ciotuchną i Włoszczyzną (patrz link to strony Life is Labs na końcu tego tekstu). 28 grudnia wróciłam (sama) do Warszawy i jak wieczorem otworzyłam komputer, to oczom nie chciałam wierzyć. Tragedia!!! Tego dnia rano szczeniaki obudziły z silnym rozwolnieniem. Początkowo Christi i Drew myśleli, że coś im zaszkodziło w pokarmie, ale po jakimś czasie kilka szczeniaków zaczęło wyraźnie tracić siły i energię. Wszystkie szczeniaki zostały przewiezione do Atlanty do kliniki weterynaryjnej. Pomimo wysiłków, jeden po drugim szczeniaki umierały. Christi i kilku wolontariuszy trzymali je na rękach, podawali im kroplówkę i usiłowali karmić. Szczeniaki były letargiczne i zdawało się, że już nic ich nie uratuje. Christi nawet podjęła decyzję, żeby je uśpić, tak beznadziejna wydawała się ta sytuacja. I nagle jeden ze szczeniaków jakby obudził się z letargu i zaczął pić mleko z pipetki. Okazało się, że 6 szczeniaków jest w lepszym stanie. Christi i Drew wrócili z szóstka do domu. W ciągu następnych kilku dni stracili jeszcze 4 szczeniaki. Przeżyli dwaj chłopcy Blue i Brown (od niebieskiego i brązowego koloru obroży), nazywani wspólnie Bon Bons. Badania zrobione na zwłokach dwóch szczeniaków wykazały zakażenie bakteryjne przewodu pokarmowego, które najprawdopodobniej przeszło od matki.

Następne kilka tygodni to już historia tych dwóch maluchów. Prawie codziennie można je było oglądać na Peryskopie filmowane na żywo. Okazało się, że setki ludzi na całym świecie śledzą ich losy. Cieszyliśmy się wszyscy, kiedy otworzyły oczy, kiedy zaczęły samodzielnie jeść, kiedy zaczęły bawić się i biegać.

Dwa przecudne białe miśki, które tyle już przeszły w swoim krótkim życiu.

Wczoraj odbyło się pożegnalne party z zaproszonymi gośćmi, balonami i specjalnym tortem dla szczeniaków, a dzisiaj jadą do swojego stałego domu. Oba zostały zaadoptowane przez rodzinę na Florydzie. Nadano im nowe imiona, Finn i Sawyer. Ale ich saga będzie kontynuowana. Mają już swoją stronę na Facebooku i ich nowa rodzina obiecała wstawiać tam zdjęcia i filmiki.

TUTAJ jest strona Life is Labs na Facebooku. Znajdziecie tam mnóstwo zdjęć i filmików.

A TUTAJ jest strona Finna i Sawyera założona przez ich nową rodzinę.

A TUTAJ jest strona Life is Labs na Katch Me, gdzie możecie oglądać wszystkie nagrania zrobione Peryskopem.

Tagi: Bon Bons
02:40, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (3) »
niedziela, 02 czerwca 2013

   Kanadyjka

A właściwie nie Darryl tylko Muff, który, jak się okazało, przeżył swojego pana tylko o 10 dni.

Darryl kiedyś mi powiedział, że Muff to jest jedyna istota, która trzyma go przy życiu. Najwyraźniej to samo czuł Muff.

Mam nadzieję, że teraz Darryl siedzi gdzieś w Pańskim zaułku i pali trawkę, a koło niego leży Muff i obgryza ogromną kość.

Dla tych co nie wiedzą kto to był Darryl i Muff, czytajcie tutaj i tutaj.

03:57, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (12) »
wtorek, 21 maja 2013

   Kanadyjka

W Ottawie odbywa się właśnie doroczny Festiwal Tulipanów. Największy tego typu na świecie, Festiwal prezentuje ponad milion tulipanów w wielu miejscach w mieście. Przez 18 dni w Ottawie odbywa sie wiele imprez, które przyciagaja rzesze turystów.

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

A historia powstania tego festiwalu jest niezmiernie ciekawa i sięga II Wojny Światowej. W 1940 roku, po zajęciu przez Niemców Holandii, księżniczka Juliana wraz z córkami Ireną i Beatrix przybyły do Kanady. Królewska rodzina zamieszkała w Ottawie, gdzie w styczniu 1943 roku księżniczka Juliana urodziła córkę Margriet. Rząd kanadyjski tymczasowo zadeklarował teren szpitala (Civic Hospital) w którym odbywał się poród jako pozaterytorialny, aby zapewnić młodej księżniczce wyłaczność obywatelstwa holenderskiego, a tym samym nie przekreślic jej szans do dziedziczenia tronu.

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

W 1945 roku, po powrocie do wyzwolonej Holandii, księżniczka Juliana podarowała Kanadzie 20 tysięcy cebulek tulipanów, w podzięce za kanadyjską gościnność oraz za rolę jaką spełnili kanadyjczycy w wyzwoleniu jej ojczyzny. Od tej pory co roku królowa Juliana (od 1948 do 1980 roku), a potem królowa Beatrix wysyłały do Kanady tysiące tulipanowych cebulek.

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

Kwitnące tulipany stały sie ottawską sensacją.  W 1953 roku, światowej sławy fotograf Malak Karsh zaproponował zorganizowanie w Ottawie Festiwalu Tulipanów, dla uczczenia wojennego symbolu łączącego Kanadę i Holandię.

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

Festiwal stał sie prawdziwą wiosenną atrakcją miasta, która przyciąga nie tylko rzesze turystów, ale i królewskich gości (królowa Juliana w 1967 roku i księżniczka Margriet w 2002 roku). 

Zdjęcie: Henryk Lewkowicz

Ale to jeszcze nie wszystko. Otóż kilka lat temu miasto zamówiło kilkadziesiąt gipsowych tulipanów, które rozdało miejscowym artystom do pomalowania. Tak udekorowane tulipany zostały ustawione na ulicach centrum. Tu macie kilka przykładów.

   

  

  

  

Zdjęcia tulipanów żywych: Henryk Lewkowicz

Zdjęcia tulipanów malowanych: Kanadyjka

Tagi: Tulipany
02:28, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (4) »
środa, 15 maja 2013

Tym razem w lesie jest trillium (po polsku trójlist) - ale zbieram tylko oczami i aparatem, ponieważ trillium jest pod ochroną.

Foto: kanadyjka

Trillium, jak sama nazwa wskazuje, ma trzy płatki kwiatowe i trzy listki. Najcześciej wystepuje kwiat biały, który pod koniec kwitnienia lekko różowieje. Jest tu równiez odmiana wisniowa, ale rzadko ją można spotkać.

Foto: Kanadyjka

W okresie kwitnienia trillium ściólka leśna wygląda jak pokryta śniegiem, chociaż w tym roku jest ich zdecydowanie mniej. 

Trillim jest również kwiatem prowincji Ontario. Każda prowincja ma swój oficjalny kwiat, o czym napiszę niedługo.

Poza trillum kwitną również fiołki.

Foto: Kanadyjka

Tagi: Trillium
02:54, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (3) »
wtorek, 30 kwietnia 2013

  Kandyjka

Za moim domem rozciąga sie spory las. Od wielu lat chodzę po tym lesie z moimi psami i zbieram. Zbieram wszystko co tam rośnie. Oczywiście dzikie kwiaty, ale też i dziki czosnek, czarne maliny i grzyby. Na ostatni spacerze zebrałam takie kwiatki:

Foto: Kanadyjka

Dzisiejszy wpis poświęcam dzikiemu czosnkowi, bo pojawia się najwcześniej (kwiecien-maj).

Dziki czosnek (allium ursinum) zwany również czosnkiem niedźwiedzim rośnie w cienistych i wilgotnych lasach, często blisko kamieni lub korzeni drzew. Nazywany jest niedźwiedzim ponieważ żywią się nim niedźwiedzie po obudzeniu się z zimowego snu.

Foto: Kanadyjka

Czosnek niedźwiedzi zawiera szereg substancji czynnych, m.in. olejki eteryczne, których najważniejszym składnikiem jest siarka aktywna, odgrywająca ważną rolę w procesie przemiany materii. Aktywuje całą gamę enzymów odpowiedzialnych za odtruwanie organizmu z metali ciężkich, chemikaliów, pestycydów i innych związków toksycznych. Zapobiega również sklejaniu się płytek krwi, rozrzedza krew i poprawia jej cyrkulację w naczyniach krwionośnych. Dziki czosnek jest także stosowany jako środek obniżający cholesterol oraz ciśnienie krwi, w leczeniu trombozy, arteriosklerozy, migreny i tinnitusa; jako doskonały odtruwacz organizmu; wykorzystuje się go też do regeneracji flory bakteryjnej jelit po kuracjach antybiotykowych. No po prostu samo zdrowie.

W Polsce dziki czosnek jest pod częściową ochroną, co oznacza, że nie wolno go zbierać w lesie i na polach , ale wolno go chodować. Można go wysiać z nasion wczesną wiosną (nasiona powinny poleżeć przedtem ok. 2 tygodni w lodówce), lub posadzić cebulki. Podobno zarówno cebulki jak i nasiona są dostępne w sklepach ogrodniczych. Należy sadzić/siać w miejscach zacienionych i raczej wilgotnych, w kępkach po 2-5 cebulek. Cebulki przykryc 1-2 cm wartswą ziemi. W pierwszych 2 latach nie należy go zbierac aby się dobrze rozrósl.

Oczywiście poza walorami zdrowotnymi jest po prostu pyszny. Można go dodawać do sałatek, omletów, zup, ryb, mięsa, właściwie wszędzie tam gdzie dodajecie czosnek lub szczypiorek. Ja młody posiekany czosnek dodaję właściwie do wszystkiego. Starszy ma większe bulwy ale twardsze liście. Wtedy zachowuję same bulwy i przechowuję je w lodówce w słoiku z woda, którą zmieniam co kilka dni.

Znalazłam w Internecie kilka ciekawych przepisów z wykorzystaniem dzikiego czosnku:

Foto: KanadyjkaPasta z liści dzikiego czosnku

2-3 garście liści dzikiego czosnku
dobra oliwa
sól, świeżo zmielony pieprz

Liście bardzo dokładnie umyć i dobrze osuszyć. Pokroić na drobne kawałki.  Dodać oliwę, sól i pieprz i dobrze zmiksować.

Zupa z dzikiego czosnku

30 dkg dzikiego czosnku
1 litr wywaru (z kury lub jarzyn)
1 duża cebula
100 ml śmietanki
łyżka masła

Pokrojoną drobno cebulę przesmażyć na miękko na maśle. Dodać  pokrojony dziki czosnek i smażyc jeszcze przez ok. 5 minut. Dodać wywar, pieprz i sól do smaku i gotować na małym ogniu przez 30 min. Dodać śmietankę i zmiksować zupe na krem.

Nalewka na dzikim czosnku

Drobno pokrojone liście lub cebulki zalać wódką 40 % i odstawić na 14 dni w ciepłe miejsce, po czym przecedzić. Zażywać 3 razy dziennie po 15 kropli z wodą.

Wino z dzikiego czosnku

Garść drobno pokrojonych liści zalać 1 /4 l dobrego białego wina, krótko zagotować, przecedzić, ostudzić i do smaku osłodzić miodem. Pić dziennie parę łyków.

A dzisiaj zrobiłam kluski z sosem czosnkowym i krewetkami. Była to wariacja na podstawie przepisu Jamie Olivera, bo nie miałam wszystkich skadników. Było pyszne!

4 garście dzikiego czosnku (bulwy i liście)Foto: Kanadyjka
makaron fusili (ja nie miałam, użyłam penne rigatte)
oliwa
cytryna
śmietanka
krewetki surowe

Czosnek bardzo dobrze umyc. Odkroić i posiekać bulwy. Nastawić wode na makaron i jak sie zacznie gotować, posolić i wrzucić na 2 minuty liście czosnku. Liście wyjąć i do wody wsypać kluski. W czasie gdy kluski się gotują, włożyć liście czosnku do blendera, dodać oliwę, trochę startej skórki cytryny, sól i pieprz. Zmiksować na gładką masę. Na patelni rogrzać oliwę, wrzucić posiekane bulwy czosnku i lekko podsmażyć. Dodać obrane krewetki i smażyc aż zrobią się różowe. Dodać nieco śmietanki i mieszając gotować jeszcze 2 minuty.

Ugotowane kluski przecedzić, zostawiając w garnku łyżke stołową wody. Wrzucić kluski z powrotem do garnka, dodać masę z liści i dobrze wymieszać, aby kluski zrobiły sie zielone. Przełożyć kluski na duży talerz, na wierzchu posypać krewetkami.

Myślę, że na takie kluski można położyć i inne rzeczy, np. upieczone warzywa i wtedy jest potrawa wegetariańska, albo kawałki podsmażonej kury. Jamie Oliver podaje również, ze jeżeli nie mamy dzikiego czosnku, to taki zielony sos można zrobić z regularnego czosnku i zblanszowanych w wodzie liści szpinaku.

04:01, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (3) »
czwartek, 11 kwietnia 2013

  Kanadyjka

Kiedy znajoma przysłała mi te zdjęcia, od razu wiedziałam, że muszę się z Wami nimi podzielić. Wiem, że do Halloween jeszcze daleko, ale pogoda w tym roku jest taka zwariowana, że dlaczego by nie mieć Halloween w kwietniu.

Ray Anthony Willafane jest amerykańskim artystą, który specjalizuje się w rzeźbie w dyni, piasku i śniegu. Sami zresztą popatrzcie.





Możecie również odwiedzic stronę R. A. Willafane tutaj.

I jeszcze kilka przepisów na dynię (z komentarzy):

Placki z dyni - potrawa okupacyjna, ale bardzo smaczna (Ciotuchna)

Surową dynię obraną i pozbawioną luźnego miąższu należy zetrzeż]c na tarce. Do startej pulpy dodać trochę soli i mąki tak, żeby nie była kluchowata, a raczej luźna. Dobrze wyrobić (nie dodawać jajka). Smażyć na oleju na złoto. Podawać z cukrem albo syropem klonowym. Pyszne i tanie!!! SMACZNEGO.

Chleb z dynią (Kattinka)

Na 1/2 kg mąki 1/4 płynu + 2,5 dag drożdży. Jeśli dynia wyjdzie nam dość sucha, to dodaję ją zamiast 1/3 mąki, a jeśli płynna - to zastępuję 1/3 część płynu (wody albo mleka). I dalej postępuję wg przepisu. Chleb wychodzi pyszny (wilgotny) i taki ładny w kolorze.

Tagi: dynia
04:36, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (9) »
środa, 20 marca 2013

   Kanadyjka

„Powiedz mi co jest w twoim iPodzie, a powiem Ci kim jesteś”. Zaczęłam się zastanawiać nad tym stwierdzeniem i doszłam do wniosku, że to co mam w moim iPodzie zmienia się z czasem, bo zmieniają się moje gusty muzyczne. Ale dla ciekawości zajrzałam do iPoda i oto co w nim znalazłam:

* Nie moge podac linku do YouTube do tych dwóch zespołów, bo Blox myśli,że to spam.

Jak więc widzicie słucham piosenek w 5 językach, a muzyki z różnych zakątków świata. Czy coś ten wybór o mnie mówi?

Uwielbiam włóczyć się po YouTube i próbować różnych nagrań. To się stało teraz takie łatwe. Często jak słucham jakiegoś utworu, to YouTube podsuwa nazwiska artystów wykonujących podobną muzykę. Gdybym miała czas, to mogłabym tak spędzić cały dzień. Wielu nowych artystów odkrywam też dzięki wpisom na blogach, poleceniom znajomych, czy recenzjom w gazecie. Nie wszyscy trafiają do mojego iPoda, ale samo poszukiwanie jest fascynującym zajęciem. Mam nadzieję, że kogoś zainspirowałam tą moją listą. Napiszcie i wy kogo słuchacie, może znajdę nowego faworyta.

Tagi: muzyka
01:17, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (9) »
wtorek, 12 marca 2013

  Kanadyjka

Kiedy dowiedziałam się, że Mariza przyjeżdża do Toronto na jedyny koncert w Kanadzie, w czasie jej obecnej tury, wiedziałam, że musze na tym koncercie być. Od dawna jestem wielką fanką Marizy, mam jej wszystkie albumy, 3 lata temu byłam na jej koncercie w Montrealu.

Mariza, portugalska pieśniarka fado, w ciągu niespełna 12 lat stała się najpopularniejszą portugalską artystką od czasów Amalii Rodrigues. Puryści oburzają się, że Mariza nie śpiewa prawdziwego fado i że jej styl jest zbyt populistyczny, ale właśnie dzięki temu stylowiprzybliżyła fado milionom ludzi na całym świecie. Tradycyjnie fado śpiewane było w tawernach, małych salkach lub wręcz na świerzym powietrzu. Wykonawca prawie się nie ruszał, nie używał też żadnych środków ekspresyjnych. Mariza na estradzie to wybuch energii. Nie tylko śpiewa, modulując głos, aby podkreślić sens piosenki, ale także tańczy i gestami podkreśla akcję, klaszcze i zachęca publiczność do udziału. Posłuchajcie TUTAJ

Tak więc jestem wiec w Toronto i stoję przed wejściem do Massey Hall gdzie odbędzie się koncert. Massey Hall, zbudowany w 1894 roku, ma piękną, nastrojową salę, która świetnie dopełni atmosfery tego koncertu. Sala powoli sie zapełnia, w atmosferze podniecenie i wyczekiwanie. Głównie słychać język portugalski, ale również i rosyjski, francuski, polski no i angielski. Wreszcie gasną światła, ale przez dłuższa chwilę nic sie nie dzieje. A potem z daleka, gdzieś zza kurtyny rozlega się śpiew, który stopniowo się przybliża. Na scenę wchodzi Mariza, ale sala w skupieniu słucha do końca piosenki zanim przywita ja burzliwymi oklaskami.

Mariza, niezaprzeczalna gwiazda współczesnego fado, porywa nas w magiczny świat portugalskiej piosenki i urzeka swoją osobowością. Jest ciepła, entuzjastyczna, widać, że fado to jej pasja. Ma świetny kontakt z publicznością, pomiędzy piosenkami komentuje to co śpiewa, raz po portugalsku, raz po angielsku. Między innymi wspomina, że długo nic nowego nie nagrała i nie koncertowała, ale w ciągu ostatnich kilku lat, nie tylko wyszła za mąż, ale także urodziła syna.

Patrzę z zachwytem na jej smukłą, eteryczna sylwetkę, odziana w ściśle przylegająca do ciała suknię w kolorze szampana, ozdobioną gdzieniegdzie cekinami. Mariza zawsze sama projektuje swoje stroje i zawsze są wspaniale i oryginalne.

Piosenki, które śpiewa są mi znane, ale ich interpretacja jest trochę inna. Jakby cichsza, bliższa tradycyjnej formie fado. Szczególnie zachwyca piosenka "Barco Negro" śpiewana jedynie przy akompaniamencie perkusji (TUTAJ nagranie z koncertu w Sofii w grudniu 2012 roku)

Marizy akompaniuje czwórka muzyków, José Manuel Neto na gitarze portugalskiej, Pedro Joia na gitarze klasycznej, Nando Araujo na gitarze basowej oraz Vicky Marques na perkusji i bębnach. Oni też dają popisy prawdziwej wirtuozerii, szczególnie w Guitarradzie, która pozwala Marizy zejść ze sceny i odpocząć(można posłuchać TUTAJ). Takich muzycznych numerów jest kilka, co w trwającym bez przerwy dwu godzinnym koncercie dawało piosenkarce chwilę wytchnienia.

Jak zawsze w czasie swoich koncertów, Mariza śpiewa jeden utwór bez mikrofonu. Posłuchajcie TUTAJ.

Koncert dobiega końca, ze zdziwieniem patrzę na zegarek - to juz prawie dwie godziny!

Jeszcze tylko kilka bisów, ale wszyscy czekają na ten ostatni, który stal sie juz tradycją koncertów Marizy - O Gente da Minha Terra (Ludzie z mojej ziemi) - posłuchajcie TUTAJ. Mariza schodzi ze sceny i zawsze śpiewa tę piękna piosenkę przechadzając się wśród publiczności.

Wracam powoli do hotelu, a w głowie długo jeszcze brzmią dźwięki fado.

28 marca Mariza zaczyna europejski etap swego turne. Francja, Niemcy, Anglia, a 27 maja da koncert w Sali Kongresowej w Warszawie. TUTAJ można zobaczyć daty jej europejskich koncertów. Jeżeli będziecie mieli okazję, gorąco namawiam. A jeżeli okazji nie będzie, to TUTAJ możecie zobaczyć nagranie całego koncertu z Londynu, z marca 2003 roku.

Tagi: Fado
01:47, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (14) »
czwartek, 28 lutego 2013

  Kanadyjka

Moja historia poznania męża nie jest tak romantyczna jak dwie poprzednie. Ale obiecałam, że napiszę....

W latach 70-tych studenci zarabiali pieniądze na tzw. chałturach. Jedną z bardziej intratnych chałtur były ankiety socjologiczne, a w szczególności ich kodowanie. Żmudna ale dobrze płatna robota. Moja przyjaciółka zaprowadziła mnie pewnego dnia na zebranie, gdzie miły pan Andrzej rekrutował do takiej właśnie pracy. Wysłuchałam instrukcji, zapisałam się na robotę i poszłam do domu nic nie zauważywszy. A okazało się, że panu Andrzejowi wpadłam w oko. Potem spotykałam się z nim kilka razy przy okazji odbierania i oddawania roboty, ale były to dla mnie czysto biznesowe spotkania. Uważałam go nawet za trochę nudnego, no i był dużo starszy.

Wkrótce potem skończył się rok akademicki i wyjechałam na 2 miesiące do Szwecji. Po powrocie Mama zawiadomiła mnie, że wydzwaniał jakiś pan L. dopytując się kiedy wrócę. Zadzwoniłam i pan Andrzej (bo to był on) powiadomił mnie, że ma dla mnie następną chałturę. Bardzo się ucieszyłam, umówiliśmy się na rozmowę. Ale tym razem A. już nie popuścił i przystąpił do ataku. Wkrótce poszliśmy na naszą pierwszą randkę, do kina Moskwa na film "Psy wojny". Niewiele pamiętam z tego filmu, dopiero po wielu latach, jak przeczytałam książkę (moją pierwszą po angielsku) to się naprawdę dowiedziałam o co tam chodziło. No a reszta to już trzydziestoparoletna historia.

Dawno nie było żadnych zagadek, a więc macie tu kilka fragmentów opisujących spotkania. Z jakich książek one pochodzą?



1.

Naraz obok niego ukazała się X. Podeszła niepostrzeżenie i usiadła tuż przy nim. Było jeszcze bardzo wcześnie, poranny chłód jeszcze nie złagodniał. X miała na sobie swój biedny, stary płaszczyk i zieloną chustkę. Twarz jej, chudsza, bledsza, wymizerowana, nosiła ślady przebytej świeżo choroby. Życzliwie i radośnie uśmiechnęła się do niego, ale swoim zwyczajem nieśmiało wyciągnęła rękę.
Zawsze wyciągała do niego rękę nieśmiało, czasem nawet nie podawała jej całkiem, jak gdyby w obawie, że on ją odepchnie. Y zawsze brał jej dłoń jakby z obrazą, witał ją zawsze jakby z irytacją, czasami milczał uporczywie przez całą jej wizytę. Bywało, że truchlała przed nim i odchodziła głęboko zasmucona. Teraz jednak ich ręce się nie rozłączały; szybko, przelotnie spojrzał na nią, nic nie powiedział i wbił oczy w ziemię.

2.

- Myślałam, że jesteś maminsynkiem i mazgajem – wyznała X pogodnie.
- Dziękuję ci uprzejmie – obraził się Y. – Zapomniałaś tu wspomnieć o paranoi.
- Ej, przestań stary, no, czego się nadymasz! Przecież ci mówię, że się omyliłam!
- Zresztą ja też myślałem, że jesteś zupełnie inna – kapryśnie rzekł Y.
- Tak? – X zrobiła się czujna.
- Myślałem, że jesteś wścibska histeryczka o nieprzyjemnym charakterze. Myślałem, że jesteś wredna. I, że jesteś trochę głupawa. 
- Czytałam gdzieś, że każdy widzi świat na swoje podobieństwo – powiedziała X ze słodyczą.
- Teraz zmieniłem zdanie – oświadczył Y.
- No, no. [...]- Było to w chwili, gdy jechaliśmy taksówką do szpitala.
- A niby czemu wtedy?
- Nie wiem. Potem, już w szpitalu, patrzyłem na ciebie i wiedziałem, że się nie mylę. Jak kto się do ciebie uśmiechnie, to ty się cała rozpromieniasz.

3. 

Przez chwilę trwała cisza, potem on odrzekł nadzwyczaj cichym tonem:
- Kocham cię bardziej niż cokolwiek na świecie.
- No to czemu u licha nie mówiłeś od razu? – zawołała, a jej irytacja była tak wielka, że wbiła paznokcie w jego nadgarstek. – Zamiast pleść o wiankach, odkurzaczach i lwach i dręczyć mnie całymi tygodniami. [...]
- Ty głuptasie! – mówiła. – Tak cię pragnęłam. A ty, skoro też mnie pragnąłeś, dlaczego nie...?
- Ależ,... – zaczął protestować, a gdy ona rozplotła ręce odstąpiwszy od niego, pomyślał, że zrozumiała to, czego on jeszcze nie zdążył wyrzec. Gdy jednak odpięła swój biały patentowany pas myśliwski i powiesiła go starannie na poręczy fotela, zaczął podejrzewać, że się omylił. [...]
- Kochanie! Kochanie! Gdybyś był tylko powiedział! – Wyciągnęła ramiona.
Y zamiast też powiedzieć "kochanie" i wyciągnąć swoje ramiona, cofnął się przerażony, machając nad nią rękami, jak gdyby próbował odpędzić jakieś napastujące go niebezpieczne zwierzę.

01:24, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 18 lutego 2013

   Kanadyjka

Kiedy patrzę przez okno na pokryty śniegiem ogród, myślę zawsze o mojej ukochanej piosence Loreeny McKennitt, Snow (Śnieg). Dopiero niedawno dowiedziałam się, że słowa do tej piosenki napisał Archibald Lampman, który mieszkał i tworzył w Ottawie w końcu XIX wieku. Lampman, niedoszły nauczyciel, pracownik poczty, pisał piękne wiersze o swoim mieście i otaczającej go przyrodzie. 

Posłuchajcie wiec tej przepięknej piosenki i przeczytajcie wiersz. Polskie tłumaczenie jest dziełem naszej Altanowej rodziny.

Snow

by Archibal Lampman
 

White are the far-off plains, and white 
The fading forests grow;
The wind dies out along the height,
And denser still the snow,
A gathering weight on roof and tree,
Falls down scarce audibly.
The road before me smooths and fills
Apace, and all about
The fences dwindle, and the hills
Are blotted slowly out;
The naked trees loom spectrally
Into the dim white sky.
The meadows and far-sheeted streams
Lie still without a sound;
Like some soft minister of dreams
The snow-fall hoods me round;
In wood and water, earth and air,
A silence everywhere.
Save when at lonely intervals
Some farmer's sleigh, urged on,
With rustling runners and sharp bells,
Swings by me and is gone;
Or from the empty waste I hear
A sound remote and clear;
The barking of a dog, or call
To cattle, sharply pealed,
Borne echoing from some wayside stall
Or barnyard far afield;
Then all is silent and the snow falls
Settling soft and slow
The evening deepens and the grey
Folds closer earth and sky
The world seems shrouded, far away.
Its noises sleep, and I secret as
Yon buried streams plod dumbly on and dream


Śnieg

Archibald Lampman
tłumaczenie zbiorowe zespołu Altany

Białe są odległe doliny, i białe
niknące lasy się stają.
Wiatr zamiera na wyżynie
i śnieg wciąż gęstnieje.
Ciężar na dachu i drzewie osiadły
osuwa się niemal bezdźwięcznie.
Droga przede mną coraz gładsza
niknie w oczach, a wszędzie wokół
płoty znikają pod śniegiem i wzgórza
z wolna rozpływają się w nicość.
I nagie drzewa majaczą widmowo
na bielą zasnutym niebie.
Łąki i lustra strumieni
spoczywają, nieruchome i milczące;
niczym cichy władca snów
padający śnieg mnie otula.
W lesie, nad wodą, na ziemi, w powietrzu:
wszędzie nic tylko cisza
z rzadka przerywana odgłosem
wiejskiego zaprzęgu, co rozpędzony
z szumem płóz i ostrym dzwonkiem
przemyka obok mnie i znika;
Albo gdy dźwięk z pustkowia płynący
słyszę, odległy i czysty:
szczekanie psa lub ostro brzmiące
bydła nawoływanie,
niesione echem od przydrożnych chałup
czy zagród w dali leżących.
Lecz wnet wszystko milknie i tylko śnieg pada,
osiadając miękko i powolnie.
Wieczór zapada i szary mrok
otula ciaśniej niebo i ziemię,
Aż zdaje się, że świat całkiem spowity, odległy,
jego odgłosy uśpione, a ja, ukryty jak te
strumienie zasypane, brnę w milczeniu przed siebie i śnię.


 

 

01:20, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (48) »
Tagi