Rozmowy wśród przyjaciół

Ciotuchna

środa, 08 czerwca 2016

   Ciotuchna

Dawno nie pisałam na Altanie, ale świat mój przewrócił się do góry nogami i musiałam go zorganizować na nowo, a to nie takie łatwe w moim wieku i po 64 latach świata we dwoje. Nie jestem pewna czy ta reorganizacja udała mi się w 100%.

Wiecie, że mój mąż był chirurgiem, ortopedą i pediatrą, ale że był organistą tego nie wiecie i tę część Jego życia chce wam opisać.

 

Mój mąż Mieczysław, zwany w tym opowiadaniu również Mietkiem, mieszkał przed wojną i w czasie okupacji na ul. Krakowskie Przedmieście na przeciwko kościoła św. Krzyża. 

W pierwszych latach okupacji był w tym kościele ministrantem. W 1941 roku za namową ks. Alojzego Niedzieli, starsi ministranci zostali przesunięci do chóru kościelnego.

Mietek śpiewał w chórze, ale bardziej interesowała i fascynowała go gra na organach. Pochwalił się kiedyś organiście, że od kilku lat uczy sie grać na pianinie, ale marzy o grze  na organach. Organista przesłuchał go i stwierdził, że ma dobry słuch muzyczny. Pokazał Mietkowi jaka jest różnica między grą na pianinie, a grą na organach. Kilka razy z nim ćwiczył i pozwolił mu ćwiczyć samemu kiedy w kościele nie było nabożeństw. Po kilku miesiącach zaproponował chłopcu grę na mszy o 6 rano. Próba wypadła pomyślnie, od tej pory Mietek grał co dzień na tej mszy.

Pewnego dnia w 1943 roku wybiegł, jak zwykle raniutko z domu i zatrzymał się przerażony. Zobaczył, że cały kościół jest otoczony przez Gestapo; z ukrycia obserwował jak z kościoła wyprowadzają wszystkich księży i personel pomocniczy. Wszystkich aresztowano.

Po kilku dniach poszedł znów do kościoła i zagrał na organach na porannej mszy.

Współpracę z kościołem św. Krzyża przerwał wybuch Powstania Warszawskiego.

 Po powstaniu, kiedy Mieczysław był wieziony na roboty do Niemiec, wraz z dwoma kolegami uciekli z transportu. Niestety zostali złapani przez patrol niemiecki i oddani w ręce  Gestapo. Po pobycie w wiezieniu we Wrocławiu odesłano Mietka do obozu koncentracyjnego Gros Rossen. Spotkał tam wśród więźniów kilku księży  z kościoła św. Krzyża, którzy bardzo mu pomogli, nie tylko ofiarowując mu pajdę obozowego chleba i cebulę, ale także powiedzieli mu jak tu się trzeba zachowywać i co robić, żeby przeżyć obóz; oni byli doświadczonymi więźniami a Mietek szesnastoletnim chłopakiem.

Po wojnie i powrocie do Warszawy zgłosił sie ponownie do swojego kościoła, gdzie organistą był prof. Rączkowski. Pomagał mu grając na wieczornych nabożeństwach. Współpraca ta została zakończona, gdy po zdaniu matury w 1948 roku, Mietek dostał się na wydział medyczny Uniwersytetu Wrocławskiego i musiał wyjechać z Warszawy.

Po 2 latach wrócił na Warszawską Akademię Medyczną i podjął pracę felczera w Szpitaliku Dziecięcym na ul. Kopernika na oddziale chirurgicznym. Praca i studia nie pozostawiały czasu na granie na organach. Czasami koleżanki lub koledzy prosili go, żeby zagrał na ich ślubach, lub innych obrzędach kościelnych. Były to tylko sporadyczne wypadki.

W 1970 roku mąż mój wyjechał na rok do pracy do Instytutu Calot w Berck Plage we Francji. W sierpniu tego roku pojechałam razem z córkami na wakacje do niego. Razem pojechaliśmy do Paryża gdzie mieszkaliśmy u polskich Szarytek. Była tam kaplica, a w niej fisharmonia, stara i zakurzona bo nie miał kto na niej grać. Mietek otworzył instrument i zagrał na mszy. Siostry były zdumione i uradowane," a może pan doktór przyjeżdżał by co niedziela grać nam na mszy?" zaproponowały. Niestety Berck Plage było za daleko na takie dojazdy.

W grudniu 1977 roku Mietek wyjechał na kontrakt do pracy do Libii, ja dojechałam do niego po 3 miesiącach. Szybko okazało się, że w Trypolisie jest kościół katolicki, który prowadzili włoscy franciszkanie. W kościele była fisharmonia na której grała zakonnica, ale robiła to z wielkim trudem, gdyż instrument był napędzany pedałami, a siostrzyczka była drobna i chuda i nie miała wiele siły potrzebnej do grania i deptania pedałów.

Mąż w okresie Bożego Narodzenia, w czasie mszy, podszedł do organistki i spytał czy może zagrać kilka polskich kolęd po nabożeństwie. Zgodziła się i mąż zaczął grać. Ludzie już wychodzili z kościoła, kiedy obecni tam Polacy usłyszeli znane melodie, cofnęli się od drzwi i szukali skąd dochodzą. Stanęli wokół fisharmonii i podjęli śpiew znanych sobie kolęd. Później mąż poszedł do zakrystii, przedstawił się proboszczowi i otrzymał pozwolenie grania dla Polaków po każdej mszy. Często zastępował siostrę organistkę, kiedy była zmęczona. Mąż grał z jej włoskich nut a ona intonowała pieśni. 


Wielkim przeżyciem był dla nas wybór Kardynała Karola Wojtyły na papieża. Nawet Arabowie przychodzili tego dnia do Polaków z gratulacjami. Mąż po pracy pojechał do kościoła dowiedzieć się jaki będzie program obchodów wyboru nowego Papieża. Franciszkanie, prawie wszyscy Włosi, mieli kwaśne miny "taka była tradycja, że papieżami byli Włosi, a tu nagle taka zmiana". No, ale Kościół to posłuszeństwo, wiec podali przybliżoną datę Mszy Koronacyjnej i związanych z nią planów. Wtedy okazało się, że na zamkniętym na stałe chórze są doskonałe organy elektryczne i można na nich grać w czasie dużych uroczystości. Mąż dawno nie grał na organach, umówił się kiedy może przyjść żeby poćwiczyć, no i ustalić repertuar. Przez kilka wieczorów mieliśmy koncerty organowe, bo i znalazły sie nuty koncertowe.

W dzień wielkiej Mszy Koronacyjnej kościół był zapełniony po brzegi Polakami. Autokary od rana zwoziły pracowników polskich firm drogowych i budowlanych, których bazy i campusy mieściły sie poza Trypolisem. Mszę celebrował polski ksiądz, było bardzo uroczyście. Kiedy na koniec mąż zaintonował Boże Coś Polskę... i huknęła pieśń z męskich gardeł, myślałam, że dach z kościoła spadnie, tyle było decybeli. Z choru patrzyłam jak ci ludzie śpiewając stali na baczność i wielu ocierało łzy.

W czasie następnych niedziel chór był już zamknięty. W obsadzie kościoła znalazł się polski ksiądz i msze dla nas były po polsku, a mąż nadal organistował.

Kiedy w 1980 roku wracaliśmy do Warszawy, kupiliśmy we Włoszech elektroniczną fisharmonię, rozkładaną, przystosowaną do przenoszenia i przewożenia.

Na Francji i Libii nie skończyły sie zagraniczne występy męża.

We Florencji jest spora grupa Polek i trochę Polaków, ksiądz polski przyjeżdża raz w roku zawsze w okolicy Bożego Narodzenia; byliśmy akurat w tym okresie u naszych bliskich. Msza celebrowana była w wynajętym kościele, ale nie było organisty a koło ołtarza stała fisharmonia. Mąż z córką poszli do zakrystii i za chwilę odezwała się muzyka. Ksiądz się ucieszył, że jest ktoś kto może zagrać i zaintonować polskie pieśni kościelne. Takie „występy” zdarzyły się chyba jeszcze dwa razy.

Był w domu instrument zwany przez młodzież "klawiszami", wieczorami mąż grał, ale postanowiliśmy, że granie to za mało, trzeba jeszcze pośpiewać. Mąż zbierał nuty, a ja teksty piosenek i tak kilka razy u nas w domu urządziliśmy tematyczne wieczory śpiewane. Były piosenki Powstaniowe, harcerskie, a nawet pieśni masowe. Oczywiście w czasie sylwestrów śpiewaliśmy kolędy.

Kilka razy fisharmonia jeździła z nami na działki do przyjaciół, gdzie śpiewaliśmy do późnych godzin nocnych.

Często, gdy mąż miał w szpitalu dyżur w sobotę i niedzielę, zabierał ze sobą instrument i grał w kaplicy szpitalnej na niedzielnej mszy dla chorych.

Każda okazja i każdy instrument klawiszowy był dla Mietka jak magnes, wszystko jedno czy to było pianino na którym zagrał „koncert na cztery ręce” dwóch pokoleń


czy malutka klawiatura wnuczki przy akompaniamencie gitary 


Niestety niedługo po przejściu męża na emeryturę spracowane ręce chirurga, często szorowane do operacji, odmówiły posłuszeństwa i nie chciały już biegać palcami po klawiaturze. Domowa fisharmonia zamilkła.


06:12, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
środa, 16 grudnia 2015

  Ciotuchna

Wywołano nas obie z Mamą z celi o 9 tej rano. Była to znacząca godzina, bo o tej porze wywoływano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby niczego ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety pozostające w celi gdzie nas prowadzą, jak się okazało cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze. Skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło. Wzięłam Mamę słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzono nas jednak do innej celi, wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia i tu wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia, rozejrzałyśmy sie po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy rzuciły się nam do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłłowiczowską, gdzie jechało dwóch gestapowców, myślałyśmy że nas przenoszą do innego więzienia, ale powiedziano "idźcie do domu"

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy co mamy ze sobą zrobić. Po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki. Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, wiec miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, więc postanowiłyśmy przeczekać, żeby nie jechać w tłoku usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko biegli przed siebie, inni odwracali głowy, a niektórzy przystawali jakby chcieli do nas podejść, ale rezygnowali odchodzili, tylko z powrotem odwracali głowy, aby się upewnić czy to naprawdę my.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze znany nam peron, a tak daleki w naszych myślach przez minione miesiące. Na peronie czekała na nas ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że widzieli nas na dworcu, ale ciocia nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było, postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i łzawe, zabrała nas do swojego domu i tam dopiero uściskom i łzom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania, przenocowałyśmy u wujków, a rano przybiegł łącznik z wiadomością, że w naszym mieszkaniu w nocy było Gestapo. Dostali raz pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że natychmiast musimy wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością.

Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy do brata Mamy Edwarda. On wiedział już o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem przez, które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności z wykupieniem Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić.

Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy długo zostać, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były też jasne dni, takim dniem był 6 czerwca 1944 roku dzień inwazji Aliantów na Francję.

Wujek wynajął nam pokój w Świdrze, gdzie było już dużo letników i można się było łatwo ukryć.

Tagi: wojna
22:59, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 grudnia 2015

   Ciotuchna

Na któreś Boże Narodzenie w czasie okupacji, nie pamiętam na które, dostałam białą apaszkę. Zwykły trójkąt białego materiału ręcznie malowany w kolorowe wzorki. Nosiłam tą apaszkę na głowie, na szyi, do palta, do bluzek, do wszystkiego. Bardzo ją lubiłam, jednak szybko się brudziła i prałam ją, a po każdym praniu ubywało jej kolorów: były nietrwałe i spierały się, ale nadal ją lubiłam.

Nic więc dziwnego, że kiedy zabierało nas z domu Gestapo ja na głowę włożyłam tę apaszkę i zawiązałam ją pod brodą.

Żeńskie więzienie Pawiak miało podwórko otoczone murem i na to podwórko wypuszczano nas na spacery. Chodziłyśmy w kółko najczęściej parami, zawsze tylko jedna cela. Nie pamiętam jak długo trwał ten spacer, ale to nie ważne, istotne było powietrze no i pewna rozrywka w monotonnym dniu więziennym.

Po jednym z przesłuchań, kiedy odwożono nas „budą” z Szucha na Pawiak spotkałam mojego Ojca, z którym kontakt był utrudniony. W czasie rozmowy Ojciec poprosił abym na każdym spacerze miała na sobie tą białą apaszkę, która jest widoczna z daleka, aż z okna ubikacji na męskim Pawiaku skąd widać spacerujące kobiety. Nawet kiedy było już ciepło i wychodziłam na spacer w samej sukience zawsze na szyi, albo na ramionach miałam tę apaszkę.

W więzieniu do ubikacji były wypuszczane całe cele na raz, tak w kobiecym jak i w męskim. Wszyscy na 2 piętrze męskiego Pawiaka, wiedzieli, że Ojciec ma w żeńskim więzieniu żonę i nieletnią córkę. Ktokolwiek z więźniów był akurat w ubikacji, kiedy spacerowała nasza cela, mówił korytarzowemu (korytarzowymi byli Polacy) „Powiedz w celi 207, że panienka z białą chusteczką była na spacerze”. W ten sposób Ojciec wiedział, że ja żyję i jestem zdrowa, a to było dla Niego bardzo ważne. O tym, że biała apaszka była dla Ojca sygnałem dowiedziałam się dopiero po wojnie, kiedy Ojciec szczęśliwie wrócił z obozu.

Tagi: wojna
03:58, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 03 grudnia 2015

   Ciotuchna

Po przejściu na „stałą celę” zorientowałam się, że dobór kobiet do celi 32 nie był przypadkowy. Była to tzw. cela inteligencka –żadna z nas nie miała stałego przydziału pracy. Na tym piętrze były jeszcze cele „kartoflarek”, które rano szły w szeregu na podwórze gospodarcze i obierały kartofle. Była cela szwaczek, które szyły i cerowały bieliznę gestapowska, ale gdzie to robiły, nie wiem, bo nigdy w tej celi nie byłam ani ich nie widziałam. Była jeszcze cela matek, podzielona na dwie części – w jednej stały łóżeczka dzieci, które urodziły się na Pawiaku, a w drugiej części był piec kuchenny, na którym matki gotowały jedzenie dla dzieci z produktów dostarczanych przez Patronat nad Więźniami. W tej celi byłam raz, opowiem o tym na końcu. Gdzie spały matki tych dzieci, nie wiem. Nie wiem też nic o innych celach na tym piętrze.

Nawet w 1944 roku było jeszcze kilka strażniczek –Polek, zaangażowanych w pracę konspiracyjną. To one starały się dobierać kobiety do cel tak, żeby nie było konfliktów wśród przebywających w jednym pomieszczeniu kobiet, które przecież miały powody do zdenerwowania, były w różnym wieku i różnym stanie zdrowia. W takiej ilości, a było nas w celi 26 kobiet na powierzchni około 30 m2, kultura osobista miała nas chronić od różnych incydentów. Znalazły się jednak w celi dwie chłopki, jedna z nich spokojna i przybita zmartwieniami, które przeżywała w ciszy i we łzach, druga pyskata, agresywna i wyraźnie źle nastawiona do tych z miasta. Bardzo ją drażniła nasza dbałość o higienę osobistą. Krzyczała na cały głos, abyśmy wszystkie słyszały, „chludzą się i chludzą, jakby parszywe były, a ja się nie chludzę i taka sama jestem”. Na szczęście była od nas daleko, pod oknem, a my koło drzwi, ale współczułam tym, co były blisko niej. Była jeszcze dość ordynarna młoda dziewczyna z małego miasteczka, która donośnym głosem w niewybrednych słowach komentowała różne sprawy, ale ta na szczęście była czysta i korzystała z gorącej wody.

Jak już doszłam do spraw higieny, to parę słów na ten temat. Raz w tygodniu całą celę prowadzono do łaźni. Rozbierałyśmy się do naga, a nasze rzeczy szły do „parówki” do dezynfekcji. Jak to się obywało, nie wiem. Po kąpieli dostawałyśmy z powrotem nasze ubrania, nieco pomięte, ale czyste, suche i ciepłe. W celi miałyśmy dwie miednice i dwie duże konwie na gorącą wodę, po którą o oznaczonej porze szły dwie z nas. Później rozpoczynało się mycie i była do niego kolejka. W celi były przydziałowe podpaski, ale z nich nie korzystałyśmy, bo żadna z nas nie miała miesiączki. Dyskutowałyśmy o tym w celi. Maryna, która była pielęgniarką, mówiła, że to napięcie nerwowe, w którym żyjemy, powoduje zatrzymanie okresu. Po wyjściu z więzienia dowiedziałam się od znajomej, która pracowała w Patronacie, że Niemcy dosypywali do zupy dla kobiet wyciąg z przysadki mózgowej, gruczołu zawiadującego działaniem wszystkich hormonów w organizmie.

Pawiak/Serbia

Najbardziej krępujące było załatwianie potrzeb fizjologicznych. Dwa-trzy razy na dobę wypuszczano nas do zbiorowej ubikacji – cała cela w towarzystwie strażniczek lub wachmajsterek, ale nie wszystko można załatwiać na komendę. W celi stał w kącie wielki kubeł ze szczelną pokrywą, ale na noc, kiedy rozkładało się na podłodze sienniki, kubeł miał miejsce na środku celi. Była nawet piosenka – „do kibelka kibel, do kibla kolejka, a kto głośno siusia, kupimy mu lejka”.

W ogóle dużo śpiewałyśmy w ciągu dnia. Śpiewały wszystkie, kto znał jakąś piosenkę, uczył inne słów i melodii. Omijałyśmy pieśni patriotyczne i harcerskie, żeby nie narazić się na interwencje. Rano i wieczorem wspólna modlitwa i śpiewanie pieśni kościelnych.

Rano o godzinie 6 otwierano cele, które musiały już być przez nas posprzątane. Więźniarki ustawiały się rzędem przy drzwiach, wchodził wach majster i jedna z nas meldowała celę po niemiecku, podając numer celi i ilość więźniarek, a on nas liczył, czy żadnej nie brakuje. To był apel i zaraz potem śniadanie. Pod drzwi podciągano kocioł z czarną, paskudną zbożową kawą, którą lano nam w miski aluminiowe i każda dostawała kromkę czarnego gliniastego chleba. Zamykano drzwi, po śniadaniu koło 8 otwierano je znowu i wachmajsterka wywoływała osoby na przesłuchanie, a reszta szła do ubikacji. Koło 9 było ponowne wywoływanie, na transport do obozu lub, co gorsza, na rozstrzelanie. Kiedy minęła ta godzina, wszystkie oddychałyśmy z ulgą, że dla nas dzień będzie chyba spokojny.

Później wtykała głowę przez drzwi któraś z funkcyjnych, Polka albo Niemka, i mówiła, do jakiej pracy potrzebna jest jaka ilość kobiet. Czasami wachmajsterka wołała „ta matka z córką treppen putzen” – chodziło o mamę i o mnie, a my z radością szłyśmy myć schody. Schody były metalowe, wytłaczane w kwadraciki, a myło się je wilgotnym piaskiem zmieszanym z jakimś chemicznym proszkiem. Robota była lekka, siedziało się na jednym stopniu i myło drugi. Ciągle ktoś się po tych schodach kręcił, a to kolumna sanitarna, czyli więźniarki, które sprawdzały czystość głów, a to lekarka lub pielęgniarka, czasami panie z Patronatu. Czasem któraś z Polek rzuciła słowo o tym, co na froncie wojennym, czasami dostałam jabłko, kiedyś mamie przekazano gryps… Chętnie chodziłyśmy na to mycie schodów. Kiedyś wachmajsterka otworzyła drzwi i łamaną polszczyzną powiedziała - „śtyry kopyta do koszul”. Poderwała się Maryna – „do koszul to ja!” Po pół godzinie wróciła ledwie żywa, bo to „koszul” to był kocioł pełen zupy i bardzo ciężki, a Maryna była chuda i drobna.

Koło południa otwierano drzwi cel i do misek lano nam zupę. Straszna była grochówka, bo groch był robaczywy, ale również paskudny był krupnik, bo żeby uchronić kaszę przed robakami, mieszano ją z dużą ilością kminku, co po ugotowaniu było trudne do zjedzenia. Był jeszcze jeden posiłek – kolacja składająca się znowu z czarnej kawy i czarnego chleba. Na szczęście dostawałyśmy od rodziny i od znajomych paczki, a jeśli któraś nie dostawała paczek, to Patronat przysyłał jej prowiant. W paczkach zawsze były boczek i cebula, były też inne potrzebne rzeczy i produkty. Na boczek już żadna z nas nie mogła patrzeć, próbowałyśmy więc zmieniać jego smak. Kroiłyśmy boczek i cebulę w drobną kostkę (w celi był schowany nóż) – mieszało się to razem w misce i zostawiało na noc. Było to dość dobre, ale boczku nie jadłam potem przez 20 lat – nie mogłam go przełknąć. Po 20 latach uraz minął.

Kiedyś po zrobieniu takiej mieszanki cebulowo-boczkowej któraś powiedziała, że „w celi matek, przez ścianę z nami, jest kuchnia, może pozwolą nam to usmażyć.” Wanda F., gdańszczanka, mówiąca świetnie po niemiecku, podjęła się pertraktacji z wachmajsterką. Ta się zgodziła, ale zastrzegła – „niech pójdzie córka tej matki”. I tak poszłam do celi matek, które same tę mieszankę usmażyły, a ja obejrzałam dzieci, w tym te słynne bliźnięta, o których się pisze w każdej książce o Pawiaku.

Wyobrażacie sobie pewnie, że wszystkim nam nadzwyczajnie smakował ten smalec z boczku i cebulki? Ale nie! Nie mógł się z tego zrobić smalec, bo zjadłyśmy go w stanie ciepłym i płynnym. Pycha!!!

piątek, 27 listopada 2015

  Ciotuchna

W marcu 1944 roku aresztowało nas Gestapo, nas to znaczy Mamę, Ojca i mnie, wówczas czternastolatkę. Po całej nocy spędzonej w tzw. tramwajach w podziemiach Gestapo na ulicy Szucha w Warszawie, zapakowano nas do „budy” samochodu-więźniarki, każdego osobno i gdzieś wieziono. Może do więzienia? Może na rozstrzelanie? Nic nie było wiadomo. Wysadzono nas na więziennym podwórzu i stanęliśmy obok siebie przedzieleni strażnikami niemieckimi.

Był słoneczny, cichy, mroźny poranek, wokół morze gruzów. Domyśliłam się, że to Pawiak, który stał w środku zburzonego doszczętnie Getta Warszawskiego.

Doznałam wtedy dziwnego uczucia, uczucia spokoju. Wszystko, czego się od początku pracy konspiracyjnej bałam: wpadki i uwięzienia, to wszystko właśnie się stało, stąd ten spokój. Wiedziałam, że przede mną przesłuchania, bicie, poniewierka lub śmierć, ale na to wszystko byłam przygotowana, tego się nie bałam. A śmierć to wybawienie, sprawa ostateczna i już nie sprawa z Gestapo.

Rodzice patrzyli na mnie z trwogą, a ja oczami dawałam im znak, że jestem silna i gotowa na wszystko, co deklarowałam, rozpoczynając pracę konspiracyjną i składając przysięgę. Co z tego, że miałam czternaście i pół roku, te lata konspiracji odsunęły mój wiek na bok – aby podjąć taką pracęe trzeba być dojrzałym psychicznie, a ta dojrzałość nie idzie w parze z metryką. Dojrzałość to suma przeżytych stresów i umiejętność wychodzenia z nich. Chyba już wtedy miałam zadatki na psychologa, bo potrafiłam zrobić sobie autentyczną autopsychoterapię.

Wróćmy jednak na pawiackie podwórze.

Rodzice oddali to, co mieli cennego przy sobie, do więziennego depozytu, Ojca oddzielono od nas i poprowadzono w stron męskiego Pawiaka, żegnały go nasze zaniepokojone oczy, które bardzo chciały ukryć łzy.

Po nas przyszły dwie wachmajsterki i zaprowadziły nas na kobiecy oddział Pawiaka, zwany Serbia. Skąd się ta nazwa wzięła, tego do dzisiaj nie wiem.

Po krótkich formalnościach otwarto przed nami drzwi celi nr 2, weszłyśmy i ciężkie żelazne drzwi zatrzasnęły się za nami.

Okropny dźwięk i okropny moment, moment przecięcia tym trzaskiem drzwi całego dotychczasowego życia. Od tej chwili, jeżeli przeżyję, nic nie będzie tak jak dawniej…

Tamto życie tymi drzwiami się zamknęło!

Przed nami wąska mała cela i sześć par oczu wpatrzonych w nas, a my obie „wrośnięte” w podłogę, bez możliwości zrobienia ruchu, czy powiedzenia słowa, stoimy przy tych drzwiach – bezwładne.

Nieduża, drobna kobieta wstała z siennika i podeszła do nas. „Nazywam się Maryna”, powiedziała. Kilka zdawkowych słów, uśmiech, dotknięcie ręki, wskazała nam miejsce na sienniku pod ścianą, usiadłyśmy i odrętwienie minęło.

Ta cela przeznaczona była dla dwóch osób, wskazywały na to dwie żelazne prycze przyczepione do ściany jedna nad drugą, obie zamknięte, żeby nie zajmowały miejsca, a mieściło się tu razem z nami osiem kobiet. Wysoko małe okienko zakryte żelaznym koszem i oczywiście z kratami. Na podłodze sienniki położone jeden na drugim i na nich w dzień można było siedzieć. Na noc sienniki rozkładało się w dwóch rzędach, jeden obok drugiego, ciasno, żeby się wszystkie zmieściły. Sienniki kiedyś miały w sobie słomę, ale od częstego używania ze słomy zrobiła się sieczka, miały jeszcze trochę kurzu i trochę pcheł, i to stanowiło nasze spanie. Co w nocy miałyśmy pod głowami, tego nie pamiętam, przykrywałyśmy się własnymi paltami.

Cela była tak mała, że jeżeli któraś z więźniarek coś cicho mówiła, wszystkie pozostałe ją doskonale słyszały. Kobiety w trudnych sytuacjach albo mówią niewiele, lub w zdenerwowaniu mówią prawie bez przerwy, byle co, aby mówić. To je uspokaja, ale denerwuje pozostałe osoby zmuszone do słuchania, które w ciszy chciałyby przemyśleć swoje osobiste kłopoty.

Duszą celi była Maryna, w „cywilu” naczelna pielęgniarka jednego z warszawskich szpitali. Organizowała różne gry, zgadywanki, były kostki zrobione z chleba i karty z kartonów z paczek.

Ta mała cela to kwarantanna, gdzie każdą więźniarka musiała przebywać dwa tygodnie. Niemcy bardzo bali się chorób zakaźnych i przez te dwa tygodnie miały się one ewentualnie ujawnić.

Każdego dnia, koło południa otwierały się drzwi celi i stawała w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej w towarzystwie korytarzowej i oznajmiała „gorąca woda”. Ta z kobiet, która była najbliżej drzwi, brała konewkę i pod opieka kolumny sanitarnej szła do łaźni i przynosiła gorącą wodę do mycia dla całej celi. Pewnego dnia kobieta która stanęła w drzwiach, gestem dłoni wskazała Mamę i powiedziała, „pani pójdzie po wodę”.

Mama wzięła konewkę i zniknęła za drzwiami, zostałyśmy w celi zdumione i milczące. Po kilkunastu minutach Mama wróciła z pełną konewka, ale twarz miała białą jak kreda. Nie zadawalam żadnych pytań, ale wiedziałam, że coś się wydarzyło. Po pewnym czasie, kiedy siedziałyśmy blisko siebie nad miską zupy, mama mi szepnęła: „w łaźni podeszła do mnie kobieta, która podała dawno już ustalone hasło i spytała, co trzeba usunąć z naszego mieszkania. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu w mieszkaniu byli chłopcy i zabrali, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie wiedzą, co jeszcze trzeba usunąć”. Mama tak się zdenerwowała, że z trudem zebrała myśli i odpowiedziała.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas. Wiadomość ta bardzo podniosła nas na duchu. Może nie wszystko stracone – nie jesteśmy sami na świecie.

Tagi: wojna
05:16, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 19 listopada 2015

  Ciotuchna

Nawet w największym nieszczęściu może się przydarzyć odrobinka szczęścia. Taki szczęśliwy traf przeżyliśmy wszyscy troje w niecodziennych okolicznościach.

Na Pawiaku w czasie trwania kwarantanny najczęściej nie wzywano na przesłuchania do siedziby Gestapo na Szucha. Przez ten czas obie z Mamą dużo rozmawiałyśmy o tym, o co mogą nas pytać na przesłuchaniach. W kilku wypadkach miałyśmy wątpliwości, jak na takie pytania odpowiedzieć. Między sobą ustaliłyśmy odpowiedzi, ale jak to przekazać Ojcu, zamkniętemu w oddalonym męskim Pawiaku?

W kilka dni po przejściu na „stałą celę” wywołano nas obie na przesłuchanie. Strach ścisnął nam serca, ale na nic nie było czasu. Obie starałyśmy się robić dobrą minę na pocieszenie tej drugiej. Poprowadzono nas na męski Pawiak, gdzie stała tak zwana „buda” czyli samochód do przewożenia więźniów. Miał on nie tylko duże pomieszczenie ale jeszcze dwie lub trzy tak zwane izolatki. Do jednej z nich wepchnięto Mamę i mnie, i zatrzaśnięto drzwi. Nie widziałyśmy, czy ojca też wzięli na przesłuchanie. Dopiero na Szucha zobaczyłyśmy, że Ojciec też jest, ale każde z nas zostało zamknięte w osobnej celi tak zwanego tramwaju. Słyszałyśmy tylko charakterystyczny kaszel Ojca. Siedzieliśmy na Szucha w tych tramwajach i żadnego z nas nie przesłuchano. Po południu wywołano całą długą listę więźniów. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas zawiozą. Na podwórzu stała buda, wsiadłyśmy jako jedne z pierwszych do ogólnego pomieszczenia, jako jeden z ostatnich, gdy buda była już bardzo zatłoczona, wszedł Ojciec. Ojciec zakaszlał, dając nam znać, że jest, na co Mama cicho zagwizdała naszą domową melodyjkę, używany od wielu lat sygnał rodzinny. W tym strasznym tłoku Ojciec przepchnął się do nas. W ciągu dość długiej jazdy ulicami Warszawy wymieniliśmy się naszymi przemyśleniami i wątpliwościami, ustaliliśmy też wspólne odpowiedzi na wiele pytań. Czasu mieliśmy tyle, że przed dojazdem do Pawiaka opowiedzieliśmy sobie, co dostaliśmy w paczkach otrzymywanych „z wolności”.

W czasie następnych przesłuchań okazało się, że nasze przemyślenia były trafne i przewidzieliśmy pytania, które nam zadawano. Przesłuchiwano nas osobno, ale nasze odpowiedzi choć czasami kłamliwe, były zgodne, co bardzo nam pomogło, bo wzmogło naszą wiarygodność.

No, czyż to nie był szczęśliwy traf, decydujący o naszym życiu?

Tagi: wojna
06:06, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 listopada 2015

  Ciotuchna

W Zielonce, w jej części wyżynnej, na morenowej wydmie była tak zwana Kolonia Kolejarska.

Dyrekcja Kolei okręgu Warszawskiego (nie jestem pewna nazwy) zakupiła od gminy pewien teren, podzieliła go na działki i po niższej cenie sprzedawała je swoim pracownikom z przeznaczeniem  na budowę domków jednorodzinnych. Teren był częściowo zalesiony i piaszczysty. Nie wiem czy kolej pomagała i jak przy budowie domów, ale w roku 1932, kiedy my zamieszkaliśmy w Zielonce Kolonia była już zabudowana i tętniła życiem.

Poniżej tej kolonii był spore torfowisko, które podzielono na małe działeczki i każdy właściciel domu na kolonii miał swoje miejsce na torfowisku z pozwoleniem na eksploatacje torfu.

Przed wojna nikt się tym torfowiskiem nie interesował, mieszkańcy palili w piecach węglem. Węgla starczyło jeszcze na ostrą zimę 1939/40 r., ale od wiosny na torfowisku rozpoczął sie ruch. Sznurkami zostały wygrodzone poszczególne działki i właściciele ich rozpoczęli przygotowania do eksploatacji.

Teren był zarośnięty różnymi dzikimi krzaczkami, które trzeba było wykarczować, aby kopać torf.

Rodzice moi mieli na Kolonii Kolejarskiej znajomych, którzy byli już ludźmi starszymi i na kopanie torfu nie mieli siły. Zaproponowali więc żebyśmy kopali ich torf i podzielą się z nami po połowie. Przystaliśmy na taką propozycje, ustalono że torf będzie odwożony na ich posesję, tam ułożony w pryzmy do suszenia. Połowę wysuszonego torfu  zabieraliśmy do naszej piwnicy.

Ojciec z powierzchni torfowiska usunął wszystkie krzaki razem z korzeniami, które porąbane też się nadawały do spalenia. Całe lato roku 1940 (4 - 5 dni w tygodniu) obie z Mamą kopałyśmy torf łopatami, tworząc kawałki podobne kształtem i wielkością do cegły, a Ojciec taczką odwoził "urobek" na miejsce składowania i suszenia.

torf

Wożenie było ciężką pracą, bo droga od torfowiska biegła częściowo pod górę. Samo kopanie nie było bardzo ciężkie, trzeba było tylko wyrobić sobie sposób kopania i formowania, torf jest lżejszy od ziemi.

Trudność sprawiała nam woda podskórna, która po wykopaniu torfu podchodziła na wolne miejsca. Pracowałyśmy w kaloszach i rękawiczkach.

Potrzeba jest matką wynalazku, Ojciec chcąc ulżyć ciężkiej pracy wożenia taczka, wyciągnął z piwnicy stary rower i dwa kotły do gotowania bielizny (dziś już zupełnie nie znane naczynia), przymocował je grubym drutem z obu stron roweru, w kotły kładł cegły torfowe i tak prowadził rower, odpadło mu dźwiganie taczki.

Z wodą, która zalewała torfowisko był kłopot, ale w ciepłe, letnie dni woda szybko parowała i wsiąkała w grunt, należało tylko zawiesić pracę na 2 - 3 dni i już wody nie było. Kopaliśmy tak przez letnie miesiące od lata 1940 do 1943, kiedy to złoże się wyczerpało.

Cała Zielonka paliła torfem, bo takich torfowisk było kilka, a z kominów leciał dym o charakterystycznym zapachu.W czasie wojennych zim mieszkaliśmy zawsze w jednym pokoju, gdzie stawiało się tak zwaną kozę która ogrzewała pokój i w której paliliśmy własnoręcznie wykopanym torfem, na kozie też gotowało się posiłki. W pozostałych pomieszczeniach mieszkania suszył sie torf z jesiennego kopania.

03:08, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 października 2015

   Ciotuchna

Po dłuższym milczeniu znów was będę męczyła historią, ale trudno musicie to znieść, bo jestem już jednym z niewielu świadków tej historii.

W 1939 roku, kiedy zaczęła się II wojna światowa, Ojciec miał wówczas 44 lata, i nie został powołany do wojska, ale z obydwoma braćmi Mamy poszli w kierunku wschodnim szukać wojska. W Zielonce stały baterie armatek przeciwlotniczych, nie było więc bezpiecznie. Obie z Mamą przeniosłyśmy się do znajomych, którzy mieli dom w lesie, ale z tego domu wojsko polskie kazało wszystkim wyjść. Brat Mamy, Edward, który poszedł razem z Ojcem, mieszkał z rodziną w Zielonce na górce - tam stał dom, a ogród był w dole, a schodziło się ścieżką trawersującą dość strome zbocze. W tym zboczu pod ścieżką była wykopana jama, zamknięta solidnymi drzwiami, która służyła jako zimna piwnica. Tam przed nadejściem Niemców i ewentualnym bombardowaniem schroniło się kilka kobiet z dziećmi, w tym Mama i ja. Drzwi wejściowe były dobrze zamaskowane.

Nikt nie wiedział, jak się będą zachowywać Niemcy, jak długo będzie trwała bitwa o Warszawę, która przetaczała się nad naszymi głowami. Pamiętam, kiedy nad nami słychać było biegnących po ścieżce żołnierzy niemieckich, wszystkie zamarłyśmy ze strachu, nawet malutkie dziecko przestało płakać – taki nastrój panował w tej piwnicy. Kiedy Warszawa została zajęta, front wojenny przesunął się, wyszłyśmy z piwnicy i wróciłyśmy do domu, broniąc go przed zajęciem go na kwatery dla żołnierzy niemieckich. Obecność dość znacznej gromadki dzieci, z których ja byłam najstarsza, trochę odstraszało frontowe wojsko. Jedynie moja Mama znała język niemiecki i to ona pertraktowała z wojskiem. Mama była osobą odważną i dobrze zorganizowaną, przeżyła I Wojnę Światową, była członkiem POW (Polskiej Organizacji Wojskowej) i chyba najstarszą z mieszkających tam kobiet. Było nas około 30 osób, rano gotowało się gar kawy, do tego pajdy chleba i masło, dla dzieci – kakao. Obiad to był kocioł zupy z mięsem (najczęściej drobiem), na kolację znowu kawa i do tego chleb z serem.

W październiku 1939 roku wrócili bracia Mamy. Mama bardzo niepokoiła się, czy Ojciec nie dostał się do niewoli sowieckiej, już wtedy przeczuwała, że sowieckie więzienie, to miejsce, z którego trudno wrócić. Na szczęście w połowie października wrócił Ojciec w mundurze polowym, cały i zdrowy, wróciliśmy więc do naszego mieszkania. Oboje Rodzice prędko znaleźli kontakt z ludźmi, którzy organizowali opór przeciwko Niemcom.

Znaleźli organizację, która odpowiadała im ideologicznie. W jakiś czas później organizacja ta weszła w skład Związku Walki Zbrojnej, który to Związek w 1942 r. przekształcił się w grupującą mniejsze organizacje, Armię Krajową.

W początkowej fazie pracy konspiracyjnej moich Rodziców, byłam sporadycznie proszona o drobne pomoce, a miałam wtedy 11-12 lat. „Zanieś to pod taki a taki adres, ale nie rozmawiaj z nikim co robisz i gdzie idziesz”. To były pierwsze lekcje konspiracji, które mimo młodego wieku dobrze rozumiałam, bo wychowanie w szkole i w domu przygotowało mnie do takiej pracy.

W 1942 roku, kiedy obowiązków miałam już sporo, postanowiono, że jestem na tyle dorosła, że można mnie zaprzysiąc, nadać pseudonim, włączyć do patrolu i szkolić w sprawowaniu funkcji łączniczki. Dzień zaprzysiężenia był dla mnie wielkim przeżyciem, byłam jakby nobilitowana i traktowana jak dorosła.

Tagi: wojna
02:43, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 września 2013

   Ciotuchna

Foto: Kanadyjka

Na prześlicznych Kanadyjskich Kaszubach poznałam Panią, nazwijmy ja B.Pani ta urodziła się na wschodnich kresach Polski, w 1939 roku została jako dziecko razem z matka wywieziona w głąb Rosji do łagru. Razem z Wojskiem Polskim utworzonym na terenie Rosji wyjechała na Bliski Wschód i do Afryki.Nie wiem dokładnie kiedy dzieci w wieku szkolnym zostały przewiezione w Afryce do Rodezji, gdzie utworzono szkoły polskie i internaty. Wiecej można przeczytać TUTAJ

Tam tez się znalazła B. Ukończyła polską szkołę w Rodezji i po wojnie wyjechała do Kanady, tu się osiedliła. Po jakimś czasie wyszła za maż za Polaka i urodziła dzieci.

Kiedy ja poznałam, w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia i usłyszałam jak mówi po polsku, poprostu się zachwyciłam. W Jej polskim języku słychać było charakterystyczny "zaspiew" z kresów wschodnich i jednocześnie nikły nalot języka angielskiego. Tworzyły te dwa akcenty niepowtarzalny język, w którym odbijała się historia Jej życia. Bardzo chciałam nagrać to co mówiła i jak mówiła. Niestety magnetofon tak ją peszył, że gdy tylko usłyszała dźwięk włączenia nagrywania, natychmiast milkła. Żadne prośby i błagania nie pomagały - magnetofon tak Ją blokował, że zrezygnowałam z nagrywania.

Mówiła dużo o sobie i bardzo ciekawie, przytoczę tu jedno z Jej opowiadań z czasów gdy była w sowieckim łagrze. 

Niedaleko gdzie stały baraki w których mieszkali zesłańcy była wieś i pole do niej należące, obsadzone  dorodną, dojrzałą kapustą, której zesłańcom, pod srogimi karami nie wolno było zrywać.

Trzy dziewczynki, w tym najmłodsza B., postanowiły jednak wejść na to zakazane pole, gdzieś w jego środek, tak żeby nie od razu zobaczono ubytek główek kapusty. Wybrały się tam w ciemna noc. Trochę szły, trochę się czołgały, aż dotarły do upatrzonego miejsca. Wyrwały po jednej kapuście i chyłkiem wróciły do baraku, nikt ich nie zauważył. Wyobrażam sobie, że matki były przerażone, widząc zdobycz w rękach dziewczynek, one zaś dumne z siebie i postanowiły, że za jakiś czas powtórzą eskapadę.

Oczywiście jak się raz udało, to czemu nie może się udać jeszcze raz i znowu w jakąś ciemna noc poszły i wróciły szczęśliwie z kapusta i znowu było co jeść, bo głód w lagrze był okropny. Po pewnym czasie znowu się skrzyknęły i umówiły, że pójdą jeszcze raz, ostatni raz. Kiedy dotarły na miejsce, najstarszą z nich opadły wątpliwości, "jesteśmy tu trzeci raz, a mówi się do trzech razy sztuka. Mam pomysł musimy uczynić ślub i cos przyrzec Panu Bogu jeżeli ten trzeci raz się powiedzie". Po namyśle uczyniły ślub, że jeżeli  się uda i nikt ich nie złapie, to każda z nich przeczyta od początku do końca książeczkę do nabożeństwa, którą każda mama miała ze sobą. Uniosły po dwa palce w górę  i przysięgły. Kapustę udało się donieść do baraku i teraz trzeba było przystąpić do spełnienia ślubu - tylko nasza mała B. zapomniała, że nie umie czytać bo miała 5 lat. Umiała za to pacierz, który zawsze zaczynał się od Ojcze Nasz, koleżanki pokazały jej w książeczce gdzie jest napisana ta modlitwa i B. usiadła z książeczką, mówiła słowa modlitwy po jednym słowie i szukała jak to jest napisane, rozkładała słowa na litery i tak rozpoczęła naukę czytania. Dalej były i inne znane modlitwy i w ten sposób przeczytała całą książeczkę spełniła ślub i nauczyła się płynnie czytać. 

Takie opowiadanie przytoczyła mi dorosła już Pani B. Jakże inaczej na pewne sprawy patrzą oczy dziecka i o tym powinniśmy pamiętać wychowując swoje dzieci.

02:52, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
środa, 07 sierpnia 2013

  Ciotuchna (chwilowo w Kanadzie)

Podczas naszej nieobecności młodzież dokonała zamiany mieszkań i przeprowadzek. Kiedy obudziliśmy sie, po odespaniu drogi powrotnej, powitał nas mój Ojciec, który już na dobre zadomowił się w naszym mieszkaniu.

Spokój i cisza nie długo trwały. 15 lipca urodziła sie nam pierwsza WNUCZKA, córeczka Małgosi i Andrzeja. Była prześlicznym dzieckiem, nie wiem może tylko w oczach zachwyconej babci. Trzeba było trochę pomagać Małgosi, bo była po cesarskim cięciu. Był to rok dużych trudności  zaopatrzeniowych. Wszystko trzeba było zdobywać, a nie kupować!

W połowie sierpnia wypadała nasza  dwudziesta piąta rocznica ślubu, czyli Srebrne Wesele. Oczywiście grono znajomych i przyjaciół zaprosiliśmy na uroczystą kolację, w której przygotowaniu dzielnie pomagała mi Maria, a mąż był zaopatrzeniowcem. Kupiliśmy sobie sami rocznicowy prezent: piękny, duży, pierwszy dywan.

To jednak nie koniec atrakcji tego roku. Ogłoszono konkurs na dyrektora Ośrodka Ortopedyczno - Urazowego Dla Dzieci i Młodzieży na Bystrym, koło Zakopanego.

Piękny ośrodek, w którym byliśmy w poprzednim roku w zimie. Mnie najbardziej się podobało służbowe mieszkanie dyrektora, bo była to stara góralska chata, ale z nowoczesnym wnętrzem. To nie był normalny konkurs polegający na egzaminie, to był konkurs papierów, dokumentów, poparć, opinii i innych cennych papierków.

Mąż postanowił stanąć do tego konkursu i rozpoczął zbieranie papierów. Jeździł po całej Polsce, bo we wszystkich ośrodkach byli profesorowie, którzy znali i cenili jego dorobek i zgodzili sie wydać o nim opinie. Ostatnia opinia jaką mąż dostał była od prof. Degi z Poznania. Profesor przeczytał wszystkie dokumenty i powiedział " No Mieciu z takimi papierami to masz stanowisko w kieszeni"

Niestety mąż przegrał ten konkurs, bo oprócz opinii sław i znakomitości polskiej medycyny, trzeba było mieć jeszcze legitymację w czerwonej okładce, a takiej legitymacji mąż nigdy nie miał. I tak prysnęła nadzieja na samodzielne poprowadzenie dużego szpitala.

Była juz późna jesień i lekki smutek, że sie nie udała sprawa z Bystrym, kiedy wezwał męża jego szef, prof. Weiss i oznajmił, że w przyszłym roku mąż musi jechać do Libii, bo ekipa z Konstancina, która tam pracowała, nie może sie dogadać z arabskimi szefami szpitala i powstały jakieś ostre zatargi. "Ty znasz Arabów i pogodzisz wszystkich. To wyjazd na dwa lata”.

No i zaczęły się w domu dyskusje jak to wszystko pogodzić i zorganizować, bo tu dom i chory Ojciec i dzieci, którym trzeba pomagać. Czy mąż ma jechać sam, a ja będę kursować i trochę będę tam, a trochę w Warszawie, czy dam radę? Na dyskusjach w rożnych gronach uczestników czas nam zeszedł do Sylwestra i końca 1976 roku !

Sami oceńcie jaki to był rok, bo ja sadzę, że mógł nam wystarczyć na kilka lat?

03:44, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi