Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 04 stycznia 2016

          Juliczka

     - Skoro mowa o takcie... - zauważyłem - w jednym ze starych filmów Francois Trauffata jest taka scena. Kobieta mówi do mężczyzny: "Są na świecie ludzie dobrze wychowani i ludzie taktowni. Oczywiście i jedno, i drugie jest ważne, ale często takt góruje nad dobrym wychowaniem". Widział pan ten film? - Myślę, że nie. - Ona to wyjaśnia na konkretnym przykładzie. Pewien mężczyzna otwiera drzwi, a za nimi przebiera się naga kobieta. Człowiek dobrze wychowany natychmiast zamyka drzwi i mówi: "przepraszam panią". Człowiek taktowny także natychmiast zamyka drzwi, ale mówi: Przepraszam pana".

     Tyle Haruki Murakami w opowiadaniu "Niezależny organ". Tonem autora "Mężczyzn bez kobiet" współbrzmi jeden z planów wiersza Katarzyny Krenz Podróż do Krakowa:

Ł.O.R. Łaskawie Odebrać Raczy

minionej epoki zapomniany gest

na kopercie listu dzisiejszego mieszczanina

który jest już tylko obywatelem w szarej klatce

rzuconej na drugi koniec jego świata

który pamięta, jak było za nie jego czasów

jak było za czasów koronek i sztywnych kołnierzyków

przed potopem śmierci przed zalewem monotonii

 

A dziś ledwie trzy litery Łaskawie Odebrać Raczy

może jeszcze kilka, lecz nie cały alfabet

z całą pewnością - niecały pokruszony i kulawy

drobne okruchy, lecz jakże kojące

niczym plaster goryczny na łamanie w kościach

kawka o jedenastej herbatka o piątej

stolik pana mecenasa u Noworola

i srebrna zastawa pani sędziny

z herbami po bardzo starych przodkach

 

Dzwony w stu kościołach biją chórem

jakby się zmówiły, szary trzepot uderza

boleśnie o brzeg dymiącej chmury

wzlatując ponad śniedź, która dawniej była zielona

a dziś może być już tylko szara

jak gołębie pióro jak cień dzwonu

jak urzędowa koperta

z adresem pisanym na maszynie

bez owych trzech liter

z innymi literami w zamian

*

     Piękny wiersz, czyni świat eleganckim. Jak odebrana dzisiaj przesyłka z wydawnictwa ZNAK: podpisane życzenia i czarne pudło czekoladek. Czekoladek niezwykłych, Rolex wśród czekoladek. Dla mnie, dla Szanownej Pani. Czuję się wyjątkowo, kłaniam się wydawnictwu, uchylam kapelusza, doceniam gest.

moje

    Odświętnie dziękuję też Halusi i Edmundowi, "Księżyc myśliwych" dotarł tak daleko, do Northbrook, do Florianopolis, niebywałe!

m

m

         

 

 

 

 

czwartek, 31 grudnia 2015

 

          Juliczka

 

     Jest taki wiersz Katarzyny Krenz "Zima na wsi":

 

Domy unoszą się na falach ośnieżonych wzgórz

spływają łagodnie w doliny spadzistymi dachami

pod dymiącym żaglem płyną prosto do nieba

i kołysząc się n nagich gałęziach grudniowej zadymki

marzą o wiosennych roztopach w sepii i akwamarynie -

 

gdy śniegi zejdą w koryta rzek, w niecki jezior

i napełnią misę chmur ciepłym deszczem

domy uniosą się na falach młodych wzgórz

*

joanna Kraśnicka

           fot. Joanna Kraśnicka

     I jest SZUFLADA.net, internetowy magazyn kulturalno-literacki, dwukrotnie nominowany w prestiżowym plebiscycie Papierowego Ekranu na najlepszy portal internetowy o książkach. Szuflada w różnych przegródkach swoich działów chowa obiektywne recenzje oraz zupełnie subiektywne felietony, wnikliwe studia przypadku i luźne refleksje na temat wszechotaczającej nas kultury. Zaglądam tam codziennie, w poniedziałki - do pani Kingi Młynarskiej po poezję. Po wiersze ("tylko tak zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz") i słowa o nich.

     Gdzieś w innej stronie internetowych  podróży, nie pamiętam, trafiam na artykuł, w nim zdanie Piotra Śliwińskiego: "Naród w świecie pod klucz, kupowanym sobie na korzystnie rozłożony kredyt, obojętny na słowo poety, ginie. Co najmniej oddaje władzę nad sobą ludziom ponurym". Cytuję z pamięci, a ta, jak dzisiejsza współpraca z edytorem, zakulała. Fot. Germaine Krull

wtorek, 22 grudnia 2015

Wszystkim Altaniakom i Altaniaczkom życzymy Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i dobrego całego roku 2016.

Całujemy wszystkich mocno

Ciotuchna, Kanadyjka i Włoszczyzna - wszystkie razem we FlorencjiChoinka 2015

21:56, kanadyjka82
Link Komentarze (2) »
środa, 16 grudnia 2015

  Ciotuchna

Wywołano nas obie z Mamą z celi o 9 tej rano. Była to znacząca godzina, bo o tej porze wywoływano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby niczego ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety pozostające w celi gdzie nas prowadzą, jak się okazało cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze. Skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło. Wzięłam Mamę słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzono nas jednak do innej celi, wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia i tu wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia, rozejrzałyśmy sie po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy rzuciły się nam do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłłowiczowską, gdzie jechało dwóch gestapowców, myślałyśmy że nas przenoszą do innego więzienia, ale powiedziano "idźcie do domu"

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy co mamy ze sobą zrobić. Po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki. Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, wiec miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, więc postanowiłyśmy przeczekać, żeby nie jechać w tłoku usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko biegli przed siebie, inni odwracali głowy, a niektórzy przystawali jakby chcieli do nas podejść, ale rezygnowali odchodzili, tylko z powrotem odwracali głowy, aby się upewnić czy to naprawdę my.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze znany nam peron, a tak daleki w naszych myślach przez minione miesiące. Na peronie czekała na nas ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że widzieli nas na dworcu, ale ciocia nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było, postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i łzawe, zabrała nas do swojego domu i tam dopiero uściskom i łzom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania, przenocowałyśmy u wujków, a rano przybiegł łącznik z wiadomością, że w naszym mieszkaniu w nocy było Gestapo. Dostali raz pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że natychmiast musimy wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością.

Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy do brata Mamy Edwarda. On wiedział już o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem przez, które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności z wykupieniem Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić.

Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy długo zostać, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były też jasne dni, takim dniem był 6 czerwca 1944 roku dzień inwazji Aliantów na Francję.

Wujek wynajął nam pokój w Świdrze, gdzie było już dużo letników i można się było łatwo ukryć.

Tagi: wojna
22:59, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 grudnia 2015

   Ciotuchna

Na któreś Boże Narodzenie w czasie okupacji, nie pamiętam na które, dostałam białą apaszkę. Zwykły trójkąt białego materiału ręcznie malowany w kolorowe wzorki. Nosiłam tą apaszkę na głowie, na szyi, do palta, do bluzek, do wszystkiego. Bardzo ją lubiłam, jednak szybko się brudziła i prałam ją, a po każdym praniu ubywało jej kolorów: były nietrwałe i spierały się, ale nadal ją lubiłam.

Nic więc dziwnego, że kiedy zabierało nas z domu Gestapo ja na głowę włożyłam tę apaszkę i zawiązałam ją pod brodą.

Żeńskie więzienie Pawiak miało podwórko otoczone murem i na to podwórko wypuszczano nas na spacery. Chodziłyśmy w kółko najczęściej parami, zawsze tylko jedna cela. Nie pamiętam jak długo trwał ten spacer, ale to nie ważne, istotne było powietrze no i pewna rozrywka w monotonnym dniu więziennym.

Po jednym z przesłuchań, kiedy odwożono nas „budą” z Szucha na Pawiak spotkałam mojego Ojca, z którym kontakt był utrudniony. W czasie rozmowy Ojciec poprosił abym na każdym spacerze miała na sobie tą białą apaszkę, która jest widoczna z daleka, aż z okna ubikacji na męskim Pawiaku skąd widać spacerujące kobiety. Nawet kiedy było już ciepło i wychodziłam na spacer w samej sukience zawsze na szyi, albo na ramionach miałam tę apaszkę.

W więzieniu do ubikacji były wypuszczane całe cele na raz, tak w kobiecym jak i w męskim. Wszyscy na 2 piętrze męskiego Pawiaka, wiedzieli, że Ojciec ma w żeńskim więzieniu żonę i nieletnią córkę. Ktokolwiek z więźniów był akurat w ubikacji, kiedy spacerowała nasza cela, mówił korytarzowemu (korytarzowymi byli Polacy) „Powiedz w celi 207, że panienka z białą chusteczką była na spacerze”. W ten sposób Ojciec wiedział, że ja żyję i jestem zdrowa, a to było dla Niego bardzo ważne. O tym, że biała apaszka była dla Ojca sygnałem dowiedziałam się dopiero po wojnie, kiedy Ojciec szczęśliwie wrócił z obozu.

Tagi: wojna
03:58, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (4) »
niedziela, 06 grudnia 2015

Pharlap  Pharlap

Trzy tygodnie temu Księżyc Myśłiwych dotarł do Melbourne...

Księżyc na Fed Square

Przez ten czas zdążyłem przeczytać wiele pochlebnych recenzji na temat książki. Nie zaskoczyły mnie. Kattinkę i Juliczkę poznałem w blogosferze ponad 3 lata temu. Pisaliśmy wspólnie, nawet odbyliśmy kilka wspólnych wycieczek - po plaży i ulicach Sopotu, w centrum Melbourne, w Lizbonie. Przede wszystkim jednak czytałem ich wpisy - poetyckie, delikatne, nastrojowe. Nie zdziwiłem się, że nawiązały tak bliskie porozumienie, że zaowocowało. Napisały razem książkę. Napisały razem książkę? - zdziwiłem się.

Recenzje są bardzo pochlebne - nie zdziwiłem się. Większość z nich poświęca sporo uwagi oryginalnej genezie książki - powstała na odległość, utkana w globalnej sieci łączącej Lizbonę z Gdańskiem. Wymiana myśłi w listach. Z jednej strony wydaje mi się to oczywiste, z drugiej - czy z tego może powstać książka? - prawie niemożliwe. 

Czytam...

Nie potrafię analizować dzieła sztuki - książki, sztuki teatralnej, filmu, utworu muzycznego - odbieram je egoistycznie i subiektywnie. Jeśli chodzi o książki to albo w nich jestem, albo mnie nie ma.
Na osobnej półce leży kilkadziesiąt książek, w których znajduję sobie miejsce. Spoglądam na nie codziennie z pewną tęsknotą - już tak dawno nie byłem w Egipcie z biblijnym Józefem, z Hansem Castorpem w Davos, z Marlowem w Kongo, na dworze Piotra Wielkiego, lista jest dość długa.  

Rzeczywistość atakuje - powstaje tak wiele świetnych książek. Wydaje mi się, że współcześni autorzy książek piszą lepiej niż ich poprzednicy, ale to dla mnie nie wszystko - pozostaje pytanie: czy jest tam dla mnie miejsce?

Z recenzji dowiedziałem, że akcja książi rozgrywa się na wyspie Sylt. Zmroziło mnie. Na przełomie lat 1950/60 wyświetlano w Polsce film Urlop na wyspie Sylt - KLIK. Film o burmistrzu największego miasta na wyspie - Westerland - Heinzu Reinefahrt - kacie Powstania Warszawskiego. Kilkanaście lat później czytałem książkę Krzysztofa Kąkolewskiego - Co u pana słychać? - KLIK. Kulturalna rozmowa z kulturalnym Niemcem - w czasie wolnym gra na fortepianie utwory Mozarta i Beethovena. 
Kilka miesięcy temu znowu mnie zmroziło - w programie POLSAT News bardzo inteligetna i sympatyczna reporterka, pani Małgorzata Ziętkiewicz, zapowiedziała - proszę o uwagę, te informacje nie były nigdy publikowane - informacje o wojennej i cywilnej karierze H. Reinefahrta.
Nie były nigdy publikowane? Teraz mnie to nie dziwi. Piszę wspomnienia i często poszukuję informacji o wydarzeniach z lat 1950-80. Nie ma - czasy słusznie zapomniane.
Czy Kattinka i Juliczka wiedzą o Reinefahrcie? Na pewno wiedzą, ale poczułem się nieswojo - dlaczego na wyspie Sylt?
Od czasów lektury Robinsona Cruzoe jeśli w wyspa to tylko w tropikach. Kattinka narzekała na upały w Portugalii - marzyła żeby się przenieść na chłodną wyspę. Dlaczego na wyspę Sylt?

Spojrzałem na mapę...

 Sylt mapa

Dziwna w kształcie wyspa między Niemcami a Danią. Dziwna w kszałcie? Spojrzałem na mapę z właściwej dla mnie pozycji - od wschodu...

Sylt - meduza

Czy to wygląda jak wyspa? Raczej jak parząca meduza, albo jak trujący grzyb. Do tego ten haczyk po prawej stronie - wydało mi się, że kościsty palec zastukał w moje plecy.

Dlaczego na wyspie Sylt? Pora zajrzeć do książki...

Kobieta po przejściach, mężczyzna z przeszłością. Spokój, rezygnacja. Tak pewnie powinno być jesienią na wyspie nad Morzem Północnym.
Nagle list - pisze B do J - Wniosek? Na wyspie brakuje Dziewczyny.

Aż podskoczyłem. Umberto Echo napisał, że jedyną absolutnie pewną prawdą jest fikcja literacka. Autor jest bogiem-stwórcą , który o stworzonym przez siebie świecie wie absolutnie wszystko, niczego tam nie może brakować. A tu jakieś naradzanie się?
Być może to przyzwyczajenie do idei, że bóg jest mężczyzną - zaplanował na 6 dni i z niemiecką precyzją wykonał w terminie. A gdyby bóg był kobietą? Pewnie by się nieco spóźnił(a) a na pewno by się doradził(a) sąsiadki albo teściowej.

A więc w książce są cytowane listy.
Nie lubię zaglądać do cudzych listów. Jedynym wyjątkiem są Listy do pani Z, Kazimierza Brandysa. Bo też według mnie nie są to prawdziwe listy. Wprawdzie na początku autor się zastrzega, że: "Myśl, że mógłbym pisać dla siebie, napełnia mnie obrzydzeniem". I pisze, nie dla siebie, dla czytelników, ale listy pisane są chyba do siebie.

Otworzyłem książkę na chybił trafił:
"... był także pod moimi drzwiami, w starym domu (w Łodzi) na rogu Sienkiewicza i Przejazdu. - Pamiętam Twoją matkę - uśmiecha się - i konfitury ze śliwek. 
...'Niedźwiedzie na ulicach Krotoszyna' - kto tu zostawił dzisiejszą gazetę? Tytuł u dołu szpalty, a pod nim napisane, ze niedźwiedzie uciekły z klatki w cyrku. Jeden zaatakował przechodzącego księdza, milicja musiała do nich strzelać. Krotoszyn mógłby się obejść bez niedźwiedzi; niedźwiedzie, a pewnie nie ma księgarni. - Tak, pamiętam - mówię kładąc paczkę Virginii w odpowiednim miejscu szpalty - doskonale pamiętam smak tych konfitur" -  Kazimierz Brandys - Listy do pani Z, część II - 1959-60, list IV.

Juliczko - słowo harcerza - ta książka sama z własnej woli otworzyła się właśnie w tym miejscu, na informacji z bliskiego Twemu sercu Krotoszyna.

Teraz już z ciekawością czytałem kolejny list - "...pojawiła się Dziewczyna. W żółtej sukience i niebieskich trampkach."
No nie - jak można wybrać się jesienią w żółtej sukience na daleką wyspę z jakąś niejasną misją? I do tego w trampkach? W jasnej sukience i trampkach? Do tego niebieskich?
Oj ta dzisiejsza młodzież.
Żółty i niebieski mogą iść w parze, jak na szwedzkiej fladze, ale żeby niemiecka dziewczyna? Jedyne usprawiedliwienie jakie znalazłem to fascynacja autorek (i Dziewczyny) szwedzką kinematografią.

Szwedzka kinematografia i literatura. Znowu trudny kąsek do przełknięcia. Tak - Siódma pieczęć zrobiła na mnie duże wrażenie, ale to było głównie w kategorii grozy. Literatura - Cudowna podróż - Selmy Lagerloff - tak, tak.
W Księżycu Myśłiwych pojawia się brutalne przestępstwo - nasuwa mi się skojarzenie z Millenium Stiega Larssona - nie nie! Tylko nie to!

Gdzie ja teraz jestem?
Acha, na wyspie Sylt w towarzystwie osób, z którymi nie mam nic wspólnego, do tego w październiku. Bo tylko w październiku można mieć nad głową Księżyc Myśliwych (hunter's moon)...

Kziężyc Myśłiwych

Za dnia rozglądam się za jakimś punktem zaczepienia. Oczywiście - bar Johannesa. Jest! Punkt zaczepienia - Rose - Angielka - dżinsy, bury sweter, botki do kostek, niesznurowane. Ta dziewczyna przynajmniej wie jak się ubrać na wyspę Sylt. Bo innnych rzeczy raczej nie wie - boże, co za gapa.
Skąd ja ją znam? Nie wiem, ale wiem, że znam. Nareszcie czuję się w swoim żywiole. 

Tymczasem karty książki zaludniają się, zapominam trochę, że to książka, wydaje mi się, że słyszę rozmowy naszych znajomych. Znajduję więcej znanych mi osób. Jest i kilka nieznanych - patrzę na nie nieco podejrzliwie. Atrakcyjny mężczyzna, ale jakiś taki kręty i gładki, jak... wydra (otter), do tego nasmarowana oliwą. Stary, solidny Niemiec, który w wolnym czasie gra na fortepianie utwory Schuberta. Solidny Niemiec gra na fortepianie... to już było w tym wpisie - Heinz Reinefahrt - to nazwisko pojawia się wreszcie na kartach książki, oddycham z ulgą - autorki wiedzą to co ja. 

Wątek kryminalny - jest, ale tak jakoś na drugim planie. Zresztą w tej książce wszystko jest na drugim planie. Nie ma ostatecznych rozstrzygnięć, ani w wątkach sensacyjnych, ani w relacjach między bohaterami powieści. Przypomina mi się to co pisałem o autorze-bogu. Gdyby bóg był kobietą dał(a)by ludziom trochę luzu na ułożenie swoich spraw, na poznanie się, dogadanie. Najlepiej przy poisłku. Już słyszę tę krzątaninę w kuchni i  to niecierpliwe prychnięcie - puy - pewnie niesforna grzywka znowu spadła na oczy.

Wychodzę na plażę... 

... na wydmie bliskiej o krok
zawsze dalekiej
przyglądam się źdźbłu trawy
które pozbawione słońca
staje sie granatowe jak morze
w cieniach wieczoru... 

Katarzyna Krenz - Szukam Cię Morze- verde e azzuro.

Więc to już wieczór? Wydaje mi się, że słyszę muzykę, jazz. Pasuje do tej książki. Autorki zgrabnie żonglują czasem i kolejnością wydarzeń - jak w muzyce synkopowanej.
Krzysztof Komeda - Astigmatic - KLIK.
Astygmatyzm - nieostry, zniekształcony obraz. Tak właśnie widzę to co było i to co jest. Spoglądam teraz na wyspę Sylt z innej strony, od zachodu, tak jak mogła ją widzieć Angielka Rose...

 Kotwica

Teraz przypomina mi kotwicę. A ten palec, ten po lewej, tak niemiły gdy był po prawej stronie, wydaje się kiwać przyjażnie - przyjdź bliżej, przyjdź.

Chętnie będę tu zaglądał. Dziękuje Wam Kattinko i Juliczko.

czwartek, 03 grudnia 2015

   Ciotuchna

Po przejściu na „stałą celę” zorientowałam się, że dobór kobiet do celi 32 nie był przypadkowy. Była to tzw. cela inteligencka –żadna z nas nie miała stałego przydziału pracy. Na tym piętrze były jeszcze cele „kartoflarek”, które rano szły w szeregu na podwórze gospodarcze i obierały kartofle. Była cela szwaczek, które szyły i cerowały bieliznę gestapowska, ale gdzie to robiły, nie wiem, bo nigdy w tej celi nie byłam ani ich nie widziałam. Była jeszcze cela matek, podzielona na dwie części – w jednej stały łóżeczka dzieci, które urodziły się na Pawiaku, a w drugiej części był piec kuchenny, na którym matki gotowały jedzenie dla dzieci z produktów dostarczanych przez Patronat nad Więźniami. W tej celi byłam raz, opowiem o tym na końcu. Gdzie spały matki tych dzieci, nie wiem. Nie wiem też nic o innych celach na tym piętrze.

Nawet w 1944 roku było jeszcze kilka strażniczek –Polek, zaangażowanych w pracę konspiracyjną. To one starały się dobierać kobiety do cel tak, żeby nie było konfliktów wśród przebywających w jednym pomieszczeniu kobiet, które przecież miały powody do zdenerwowania, były w różnym wieku i różnym stanie zdrowia. W takiej ilości, a było nas w celi 26 kobiet na powierzchni około 30 m2, kultura osobista miała nas chronić od różnych incydentów. Znalazły się jednak w celi dwie chłopki, jedna z nich spokojna i przybita zmartwieniami, które przeżywała w ciszy i we łzach, druga pyskata, agresywna i wyraźnie źle nastawiona do tych z miasta. Bardzo ją drażniła nasza dbałość o higienę osobistą. Krzyczała na cały głos, abyśmy wszystkie słyszały, „chludzą się i chludzą, jakby parszywe były, a ja się nie chludzę i taka sama jestem”. Na szczęście była od nas daleko, pod oknem, a my koło drzwi, ale współczułam tym, co były blisko niej. Była jeszcze dość ordynarna młoda dziewczyna z małego miasteczka, która donośnym głosem w niewybrednych słowach komentowała różne sprawy, ale ta na szczęście była czysta i korzystała z gorącej wody.

Jak już doszłam do spraw higieny, to parę słów na ten temat. Raz w tygodniu całą celę prowadzono do łaźni. Rozbierałyśmy się do naga, a nasze rzeczy szły do „parówki” do dezynfekcji. Jak to się obywało, nie wiem. Po kąpieli dostawałyśmy z powrotem nasze ubrania, nieco pomięte, ale czyste, suche i ciepłe. W celi miałyśmy dwie miednice i dwie duże konwie na gorącą wodę, po którą o oznaczonej porze szły dwie z nas. Później rozpoczynało się mycie i była do niego kolejka. W celi były przydziałowe podpaski, ale z nich nie korzystałyśmy, bo żadna z nas nie miała miesiączki. Dyskutowałyśmy o tym w celi. Maryna, która była pielęgniarką, mówiła, że to napięcie nerwowe, w którym żyjemy, powoduje zatrzymanie okresu. Po wyjściu z więzienia dowiedziałam się od znajomej, która pracowała w Patronacie, że Niemcy dosypywali do zupy dla kobiet wyciąg z przysadki mózgowej, gruczołu zawiadującego działaniem wszystkich hormonów w organizmie.

Pawiak/Serbia

Najbardziej krępujące było załatwianie potrzeb fizjologicznych. Dwa-trzy razy na dobę wypuszczano nas do zbiorowej ubikacji – cała cela w towarzystwie strażniczek lub wachmajsterek, ale nie wszystko można załatwiać na komendę. W celi stał w kącie wielki kubeł ze szczelną pokrywą, ale na noc, kiedy rozkładało się na podłodze sienniki, kubeł miał miejsce na środku celi. Była nawet piosenka – „do kibelka kibel, do kibla kolejka, a kto głośno siusia, kupimy mu lejka”.

W ogóle dużo śpiewałyśmy w ciągu dnia. Śpiewały wszystkie, kto znał jakąś piosenkę, uczył inne słów i melodii. Omijałyśmy pieśni patriotyczne i harcerskie, żeby nie narazić się na interwencje. Rano i wieczorem wspólna modlitwa i śpiewanie pieśni kościelnych.

Rano o godzinie 6 otwierano cele, które musiały już być przez nas posprzątane. Więźniarki ustawiały się rzędem przy drzwiach, wchodził wach majster i jedna z nas meldowała celę po niemiecku, podając numer celi i ilość więźniarek, a on nas liczył, czy żadnej nie brakuje. To był apel i zaraz potem śniadanie. Pod drzwi podciągano kocioł z czarną, paskudną zbożową kawą, którą lano nam w miski aluminiowe i każda dostawała kromkę czarnego gliniastego chleba. Zamykano drzwi, po śniadaniu koło 8 otwierano je znowu i wachmajsterka wywoływała osoby na przesłuchanie, a reszta szła do ubikacji. Koło 9 było ponowne wywoływanie, na transport do obozu lub, co gorsza, na rozstrzelanie. Kiedy minęła ta godzina, wszystkie oddychałyśmy z ulgą, że dla nas dzień będzie chyba spokojny.

Później wtykała głowę przez drzwi któraś z funkcyjnych, Polka albo Niemka, i mówiła, do jakiej pracy potrzebna jest jaka ilość kobiet. Czasami wachmajsterka wołała „ta matka z córką treppen putzen” – chodziło o mamę i o mnie, a my z radością szłyśmy myć schody. Schody były metalowe, wytłaczane w kwadraciki, a myło się je wilgotnym piaskiem zmieszanym z jakimś chemicznym proszkiem. Robota była lekka, siedziało się na jednym stopniu i myło drugi. Ciągle ktoś się po tych schodach kręcił, a to kolumna sanitarna, czyli więźniarki, które sprawdzały czystość głów, a to lekarka lub pielęgniarka, czasami panie z Patronatu. Czasem któraś z Polek rzuciła słowo o tym, co na froncie wojennym, czasami dostałam jabłko, kiedyś mamie przekazano gryps… Chętnie chodziłyśmy na to mycie schodów. Kiedyś wachmajsterka otworzyła drzwi i łamaną polszczyzną powiedziała - „śtyry kopyta do koszul”. Poderwała się Maryna – „do koszul to ja!” Po pół godzinie wróciła ledwie żywa, bo to „koszul” to był kocioł pełen zupy i bardzo ciężki, a Maryna była chuda i drobna.

Koło południa otwierano drzwi cel i do misek lano nam zupę. Straszna była grochówka, bo groch był robaczywy, ale również paskudny był krupnik, bo żeby uchronić kaszę przed robakami, mieszano ją z dużą ilością kminku, co po ugotowaniu było trudne do zjedzenia. Był jeszcze jeden posiłek – kolacja składająca się znowu z czarnej kawy i czarnego chleba. Na szczęście dostawałyśmy od rodziny i od znajomych paczki, a jeśli któraś nie dostawała paczek, to Patronat przysyłał jej prowiant. W paczkach zawsze były boczek i cebula, były też inne potrzebne rzeczy i produkty. Na boczek już żadna z nas nie mogła patrzeć, próbowałyśmy więc zmieniać jego smak. Kroiłyśmy boczek i cebulę w drobną kostkę (w celi był schowany nóż) – mieszało się to razem w misce i zostawiało na noc. Było to dość dobre, ale boczku nie jadłam potem przez 20 lat – nie mogłam go przełknąć. Po 20 latach uraz minął.

Kiedyś po zrobieniu takiej mieszanki cebulowo-boczkowej któraś powiedziała, że „w celi matek, przez ścianę z nami, jest kuchnia, może pozwolą nam to usmażyć.” Wanda F., gdańszczanka, mówiąca świetnie po niemiecku, podjęła się pertraktacji z wachmajsterką. Ta się zgodziła, ale zastrzegła – „niech pójdzie córka tej matki”. I tak poszłam do celi matek, które same tę mieszankę usmażyły, a ja obejrzałam dzieci, w tym te słynne bliźnięta, o których się pisze w każdej książce o Pawiaku.

Wyobrażacie sobie pewnie, że wszystkim nam nadzwyczajnie smakował ten smalec z boczku i cebulki? Ale nie! Nie mógł się z tego zrobić smalec, bo zjadłyśmy go w stanie ciepłym i płynnym. Pycha!!!

środa, 02 grudnia 2015

 

          Juliczka

 

     Zadzwoniła dzisiaj Marylka z Gorzowa: "Byłam w Matrasie, pan księgarz długo szukał "Księżyca myśliwych", nie tu, tu także nie, o, jest! W zakamarku piątej półki w trzecim rzędzie. Zróbcie coś z tym!".

Ba.

Marylka dołączyła do klubu posiadaczy "Księżyca myśliwych". Obiecała fotografię książki w niezwykłych gorzowskich okolicznościach przyrody, na ulicach miasta, w jej ogrodzie. "Ale to jak spadnie śnieg, bo teraz w nim nie ma". Zdjęciem podeprze działanie Wojtka, uradował mnie niespodzianką.

Wojtek

     Księżyc wisi zatem i nad Cieplicami. W Berlinie u Ewy Marii, w Malborku u Krysi i Andrzeja, u Joanny w Bielkówku, u Janusza w Krotoszynie, u Krysi w Ełku, u Zosi i Eliszki w Warszawie, u Krzysztofa w Gdyni, u Basi, Agi i Gosi. U Ciotuchny, Włosz.czy.zny, Kanadyjki, bo to nie tylko papierowe wydanie, ale i e-booki.

     Po naszym spotkaniu autorskim rozbłyśnie też nad domami wspaniałych gości, którzy je uświetnili swoją obecnością, dodali spotkaniu splendoru, nadali wyjątkową rangę.

moje

     "Dzień dzisiejszy na wyspie - listopadowo mroczny, a za chwilę już grudniowy i przenikliwy - coraz częściej obrasta przeszłością., tak jak muszlami obrasta kadłub statku pod wodą. Przeszłość pojawia się pod różnymi postaciami, rzadko jednak widzimy ją wyraźnie jako całość. Częściej obraz jest fragmentaryczny i zatarty, tym trudniej odczytać tropy, rozpoznać ślady. Jeszcze trudniej odtworzyć chronologię zdarzeń.

     Ślady, ślady."

     - fragment "Księżyca myśliwych", który powędrował również za morza i oceany. Do Niny w Ameryce, do Edmunda w Brazylii, na Wyspy Brytyjskie, a nawet do Australii.

Lech Milewski

     - Jaka szkoda, że nie będę obecny na waszym spotkaniu autorskim- napisał Pharlap (cytuję z pamięci, która to...). Ależ byłeś, Pharlapie, fanki szalały, kwiaty, kwiaty.

moje

 

      

    

 

piątek, 27 listopada 2015

  Ciotuchna

W marcu 1944 roku aresztowało nas Gestapo, nas to znaczy Mamę, Ojca i mnie, wówczas czternastolatkę. Po całej nocy spędzonej w tzw. tramwajach w podziemiach Gestapo na ulicy Szucha w Warszawie, zapakowano nas do „budy” samochodu-więźniarki, każdego osobno i gdzieś wieziono. Może do więzienia? Może na rozstrzelanie? Nic nie było wiadomo. Wysadzono nas na więziennym podwórzu i stanęliśmy obok siebie przedzieleni strażnikami niemieckimi.

Był słoneczny, cichy, mroźny poranek, wokół morze gruzów. Domyśliłam się, że to Pawiak, który stał w środku zburzonego doszczętnie Getta Warszawskiego.

Doznałam wtedy dziwnego uczucia, uczucia spokoju. Wszystko, czego się od początku pracy konspiracyjnej bałam: wpadki i uwięzienia, to wszystko właśnie się stało, stąd ten spokój. Wiedziałam, że przede mną przesłuchania, bicie, poniewierka lub śmierć, ale na to wszystko byłam przygotowana, tego się nie bałam. A śmierć to wybawienie, sprawa ostateczna i już nie sprawa z Gestapo.

Rodzice patrzyli na mnie z trwogą, a ja oczami dawałam im znak, że jestem silna i gotowa na wszystko, co deklarowałam, rozpoczynając pracę konspiracyjną i składając przysięgę. Co z tego, że miałam czternaście i pół roku, te lata konspiracji odsunęły mój wiek na bok – aby podjąć taką pracęe trzeba być dojrzałym psychicznie, a ta dojrzałość nie idzie w parze z metryką. Dojrzałość to suma przeżytych stresów i umiejętność wychodzenia z nich. Chyba już wtedy miałam zadatki na psychologa, bo potrafiłam zrobić sobie autentyczną autopsychoterapię.

Wróćmy jednak na pawiackie podwórze.

Rodzice oddali to, co mieli cennego przy sobie, do więziennego depozytu, Ojca oddzielono od nas i poprowadzono w stron męskiego Pawiaka, żegnały go nasze zaniepokojone oczy, które bardzo chciały ukryć łzy.

Po nas przyszły dwie wachmajsterki i zaprowadziły nas na kobiecy oddział Pawiaka, zwany Serbia. Skąd się ta nazwa wzięła, tego do dzisiaj nie wiem.

Po krótkich formalnościach otwarto przed nami drzwi celi nr 2, weszłyśmy i ciężkie żelazne drzwi zatrzasnęły się za nami.

Okropny dźwięk i okropny moment, moment przecięcia tym trzaskiem drzwi całego dotychczasowego życia. Od tej chwili, jeżeli przeżyję, nic nie będzie tak jak dawniej…

Tamto życie tymi drzwiami się zamknęło!

Przed nami wąska mała cela i sześć par oczu wpatrzonych w nas, a my obie „wrośnięte” w podłogę, bez możliwości zrobienia ruchu, czy powiedzenia słowa, stoimy przy tych drzwiach – bezwładne.

Nieduża, drobna kobieta wstała z siennika i podeszła do nas. „Nazywam się Maryna”, powiedziała. Kilka zdawkowych słów, uśmiech, dotknięcie ręki, wskazała nam miejsce na sienniku pod ścianą, usiadłyśmy i odrętwienie minęło.

Ta cela przeznaczona była dla dwóch osób, wskazywały na to dwie żelazne prycze przyczepione do ściany jedna nad drugą, obie zamknięte, żeby nie zajmowały miejsca, a mieściło się tu razem z nami osiem kobiet. Wysoko małe okienko zakryte żelaznym koszem i oczywiście z kratami. Na podłodze sienniki położone jeden na drugim i na nich w dzień można było siedzieć. Na noc sienniki rozkładało się w dwóch rzędach, jeden obok drugiego, ciasno, żeby się wszystkie zmieściły. Sienniki kiedyś miały w sobie słomę, ale od częstego używania ze słomy zrobiła się sieczka, miały jeszcze trochę kurzu i trochę pcheł, i to stanowiło nasze spanie. Co w nocy miałyśmy pod głowami, tego nie pamiętam, przykrywałyśmy się własnymi paltami.

Cela była tak mała, że jeżeli któraś z więźniarek coś cicho mówiła, wszystkie pozostałe ją doskonale słyszały. Kobiety w trudnych sytuacjach albo mówią niewiele, lub w zdenerwowaniu mówią prawie bez przerwy, byle co, aby mówić. To je uspokaja, ale denerwuje pozostałe osoby zmuszone do słuchania, które w ciszy chciałyby przemyśleć swoje osobiste kłopoty.

Duszą celi była Maryna, w „cywilu” naczelna pielęgniarka jednego z warszawskich szpitali. Organizowała różne gry, zgadywanki, były kostki zrobione z chleba i karty z kartonów z paczek.

Ta mała cela to kwarantanna, gdzie każdą więźniarka musiała przebywać dwa tygodnie. Niemcy bardzo bali się chorób zakaźnych i przez te dwa tygodnie miały się one ewentualnie ujawnić.

Każdego dnia, koło południa otwierały się drzwi celi i stawała w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej w towarzystwie korytarzowej i oznajmiała „gorąca woda”. Ta z kobiet, która była najbliżej drzwi, brała konewkę i pod opieka kolumny sanitarnej szła do łaźni i przynosiła gorącą wodę do mycia dla całej celi. Pewnego dnia kobieta która stanęła w drzwiach, gestem dłoni wskazała Mamę i powiedziała, „pani pójdzie po wodę”.

Mama wzięła konewkę i zniknęła za drzwiami, zostałyśmy w celi zdumione i milczące. Po kilkunastu minutach Mama wróciła z pełną konewka, ale twarz miała białą jak kreda. Nie zadawalam żadnych pytań, ale wiedziałam, że coś się wydarzyło. Po pewnym czasie, kiedy siedziałyśmy blisko siebie nad miską zupy, mama mi szepnęła: „w łaźni podeszła do mnie kobieta, która podała dawno już ustalone hasło i spytała, co trzeba usunąć z naszego mieszkania. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu w mieszkaniu byli chłopcy i zabrali, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie wiedzą, co jeszcze trzeba usunąć”. Mama tak się zdenerwowała, że z trudem zebrała myśli i odpowiedziała.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas. Wiadomość ta bardzo podniosła nas na duchu. Może nie wszystko stracone – nie jesteśmy sami na świecie.

Tagi: wojna
05:16, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (4) »
środa, 25 listopada 2015

 

          Juliczka

 

     Pozwólcie się zaprosić.

/.../ Tutaj najlepiej jej się myślało, z tym widokiem, który znała na pamięć, o każdej porze dnia i nocy: z furtką w niskim kamiennym ogrodzeniu na pierwszym planie i drogą, asfaltową i niezbyt uczęszczaną, za którą, patrząc na prawo, można było zobaczyć dom starego pana Meyera. Dalej zaczynało się pasmo białych wydm, porośniętych zwartymi kobiercami rozchwianych traw, za nimi pas plaży i pas morza, a jeszcze dalej: niebo. Bo nad morzem niebo nie jest wysoko, tylko - daleko, za morzem. Przynajmniej jej się tak zawsze wydawało.

Fragment powieści Katarzyny Krenz i Julity Bielak "Księżyc myśliwych".

 

Jacek Krenz

                                 

                                  Plakat aut. Jacek Krenz 

Tagi