Rozmowy wśród przyjaciół
wtorek, 19 kwietnia 2016

pharlap  Pharlap

 

Wasza śmierć i nasza śmierć to dwie inne śmierci.
Wasza śmierć - to mocna śmierć,
szarpiąca na ćwierci.
Wasza śmierć śród szarych pól
od krwi i potu żyznych.
Wasza śmierć - to śmierć od kul
dla czegoś - ...dla Ojczyzny.
Nasza śmierć - to głupia śmierć,
na strychu lub w piwnicy,
nasza śmierć przychodzi psia
zza węgła ulicy.
Waszą śmierć odznaczy krzyż,
komunikat ją wymienia,
naszą śmierć - hurtowy skład,
zakopią - do widzenia.
Wasza śmierć - wy twarzą w twarz
witacie się w pół drogi,
nasza śmierć - to skryta śmierć  kopana w masce trwogi.
Wasza śmierć - zwyczajna śmierć,
człowiecza i nietrudna,
nasza śmierć - śmietnicza śmierć,
żydowska i - paskudna.
Nasza śmierć jest waszej śmierci
daleką biedną krewną.
Gdy spotka wasza - naszą śmierć,
nie wita jej na pewno.
I w czarną noc przez smugi mgieł  nad miastem - w mroków piekle,
dwie śmierci przeklinają się,
złorzecząc sobie wściekle.

Na murku - patrząc w strony dwie,
podgląda kłótnię skrycie
to samo chciwe, sprytne, złe
i jednakowe Życie.

Władysław Szlengel - rok 1942
.

73 lata temu żydowska śmierć pokazała swoją moc. 
Autor wiersza zginął w kwietniu 1943  podczas Powstania w Getcie

12:54, pharlap
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 marca 2016

          Juliczka

 

     *** (Wiosna przyszła...) Andrzej Poniedzielski

Wiosna przyszła z tą swoją zielenią

blade toto, niemrawe, brudzi

zanim jakie kwiatki wystrzelą

to nastęka się, namarudzi

No i co, że ptacy wrócili?

No i co, że fruwają w parkach?

- tyle, że w jakich drzewach czy hebziach

z przeproszeniem złożą swe jajka

Te zajączki, króliczki, kacuszki

wszędzie - w lasach, po łąkach, po domach

Mam się cieszyć, że "budzi się życie"

- mam się cieszyć, że budzi się komar?

Przyszła wiosna z tą swoją nadzieją

blade toto, niemrawo się dłubie

Pytam - czemu na szczęście?

Pytam - czemu najbardziej?

Pytam - czemu ja tak to lubię

*

     Wraz z wiosną nadchodzi Wielkanoc, która to już w Altanie? A wcześniej u Ewy Marii na dwóch Kurach, Kurze i Qrze? Piękny wynik! Życzę równie pięknych Świąt, spokojnych, rodzinnych, pogodnych.

 

wojciech karpiński

          Vincent van Gogh, Martwa natura z otwartą Biblią, 1885 

     Otwartą na początku pięćdziesiątego trzeciego rozdziału Księgi Izajasza. Wypalona świeca. I, jako kontrapunkt, zaczytana powieść Emila Zoli La joie de vivre, dwa światy.

piątek, 18 marca 2016

 

          Juliczka

     - W Holandii mamy takie wyrażenie - powiedział, wskazując na mój tobołek. - Tropikalne lata. Bo widzisz, kiedy Holendrzy kolonizowali Indonezję, służba wojskowa liczyła się podwójnie. A trzeba ci wiedzieć, że było tam przeraźliwie gorąco. Do tego malaria, choroby i tym podobne. Więc odbywało się to tak, że jeden rok służby wojskowej w tropikach liczył się za dwa lata. Nazywali to tropikalnymi latami. Tak samo jest z posiadaniem dzieci, rozumiesz?

Elisa Albert "Od urodzenia", Wydawnictwo kobiece, 2016.

    

     Na naukę zawodu poświęcamy lata: szkoła, studia jedne, drugie, specjalizacja, kursy, szkolenia. Czytamy literaturę fachową. Zgłębiając tajniki matematyki, najpierw uczymy się prostego dodawania i odejmowania, potem procentów, a w końcu przechodzimy do bardziej abstrakcyjnych obliczeń algebraicznych i geometrycznych. Nie uczymy się konkretnych liczb, lecz zachodzących pomiędzy nimi związków. Każde działanie rodzi przeciwdziałanie. I na tym właśnie rzecz polega. Jeśli nie pojmie się zasady mnożenia, to nauczenie się na pamięć tabliczki mnożenia może, co najwyżej, dopomóc w rozwiązywaniu kolejnego testu. Zadziwiająco lekko, bez przygotowania, bez matematycznego myślenia, jak jazzman na jam-session, wchodzimy w rolę rodzica. Powielamy wyniesione z domu wzory, bądź - wprost przeciwnie - odwracamy je o 180 stopni. Jeśli nawet kosmonauci w przestrzeni kosmicznej bez trudu mogą się porozumieć z Centrum Kontroli Lotów w Houston, to dlaczego jako rodzice borykamy się z problemami? Nadajemy na falach długich, gdy odbiór nastawiony jest na krótkie? Czy w takiej sytuacji można odebrać jakikolwiek przekaz?

     Na tym właśnie polega problem: nikt nas niczego nie uczy. Jak szyć, zdobywać jedzenie, przechowywać jedzenie, budować, naprawiać, rozpalać ognisko, rodzić dzieci, opiekować się dziećmi, karmić dzieci, iść przez życie, starzeć się, umierać, przeżywać żałobę, zmieniać się, siedzieć spokojnie, w ciszy.

wydawnictwo kobiece

     Elisa Albert wie, o czym pisze. Wszechstronnie wykształcona, absolwentka prestiżowego Columbia University, zarządzającego Nagrodą Pulitzera oraz Brandeis University z siedzibą w Waltham, finalistka Nagrody Sami Rohr, wstawia bohaterów książki "Od urodzenia" w środowisko akademickie Utrechtu w stanie Nowy Jork. Ari, matka rocznego Walkera, jest doktorantką, jej mąż - profesorem uniwersyteckim. Każdy, kto właśnie został ojcem lub matką i rozpoczyna swa podróż przez rodzicielstwo, z drżeniem wchodzi do tej dzikiej dżungli. Jeśli przedtem bywało się tam tylko po to, by zgładzić pytona czy piranię,  to człowiek raczej nie zdaje sobie sprawy, że może być inaczej. Jak to zwykle bywa z pieszymi wędrówkami, kilka pierwszych kilometrów niebezpiecznego szlaku zawsze jest pod górkę. Zdarza się, że całkiem nieoczekiwanie trzeba stoczyć walkę z jakąś groźną bestią. Tym dla Ari jest traumatyczne wspomnienie przyjścia na świat jej pierworodnego.

     Przecięli mnie na pół, wyciągnęli dziecko z mojego bezwładnego, ziejącego pustką, skauteryzowanego brzucha. Bezlitosne światła szpitalne, zasłona przed nosem. Skuteczny sposób na wyjście z siebie. Zapach przypalanego mięsa. Zostałam zszyta przez grupę ludzi, których nie znałam i którym nie przyszło do głowy, żeby spojrzeć mi w oczy, żadnemu, ani razu. Leżałam rozcięta od biodra do biodra, unieruchomiona, ogłupiona, zacewnikowana, przywiązana do łóżka, i słyszałam rozdzierający krzyk mojej ptaszyny, kiedy wywozili ją gdzieś, do jakiegoś piekła.

   Mimo mądrej bliskości Paula, chaotycznie brnie przez macierzyństwo, przez niekończące się potrzeby synka, cierpi na huśtawki nastrojów, snuje się po domu w pidżamie, nie dosypia: "Przez większość czasu siedziałam na kanapie i karmiłam, jak to z noworodkami bywa - karmi się i karmi, i karmi". Szuka oparcia w telefonicznych rozmowach z teściową, mistrzynią sztuk kobiecych i pasjonatką patchworku. Znajduje zapewnienie, że poradzi sobie sama. Zmęczony umysł przywołuje obrazy z dzieciństwa, analizuje relacje z matką (matka jadała spalone tosty, w świetle życiowej filozofii Teri Hatcher, wyłożonej w książce "Spalony tost" - nigdy, przenigdy nie powinna była tego robić - w poczuciu przegranej demonstracyjnie rezygnować z rzeczy dobrych), ocenia stare przyjaźnie.

elisa albert

     Obserwuję Ari, słucham i porównuję z Betsy Sternberg z "Domu przy Alei Rothschildów" autorstwa Stefanie Zweig. Kobiety dzielą pokolenia, dzieli też poczucie względności życia wyrażające się w ocenie przyczyn i skutków. A także podejście do pojęcia intymności, dyskrecji i rozumienia roli gospodyni, żony i matki. Łączy poczucie humoru, zapisane w książce Stefanie Zweig jako krótka rozmowa Betsy z mężem: " - Podoba mi się twoja nowa sukienka - powiedział. - Tę sukienkę dwa lata temu uszyła mi Bachmaierowa na letnią zabawę w Ogrodzie Palmowym. Ale fryzurę mam nową. Od czwartku. Nic nie szkodzi. Nie musi ci być wstyd. Mamy przecież dopiero niedzielę".

     Na szalkach wagi zwanej życiem przypadek stawia naszej bohaterce Minę Morris, poetkę, dawną gwiazdę rocka, teraz - świeżo upieczoną mamę Zeva. I koncept na znalezienie pokrewnej duszy, wraz z nią -  nadzieję na stworzenie dla siebie nowej przestrzeni. By nie stracić z oczu tego, co jest ważne. Dlatego warto mieć swój plan B na wyboistą drogę, konfrontować go z ideałem, uczyć się nie tylko zawodu, ale i bytu, otoczenia oraz ...siebie. Ludziom "się przydarza" i w jednej chwili, bezpowrotnie, zmieniają się ich losy. Jak się dźwignąć, jak znowu pewnie stanąć na nogi, o tym jest ta książka. Trzeba się wsłuchać, co słyszy autorka "Od urodzenia", co słyszy jej bohaterka. Elisa Albert wierzy w czytelnika, uruchamia wyobraźnię i zaciekawienie. Opowiada potocznym, współczesnym językiem, czasami dalekim od decorum, przekraczającym granice, anachronicznego dziś dla wielu, pojęcia dobrego smaku. Czy mogę powiedzieć, że znam życie, czy wolno mi - uważam, że tak. Ogólnikowo stwierdzę - bywało różnie. Nie szukam niektórych z tych - excuse le mot - "różności" w książkach, filmach, obrazach, w teatrze: przeżyte raz wystarczą. Inne, z tej samej półki, na tę samą półkę odkładam. Nie mam potrzeby mówienia wprost i w sztuce unikam nazywania rzeczy po imieniu. Szukam może i nieprawdy, ale ładnie wymyślonej, wymyślonej mądrze i czemuś, w poszukiwaniu piękna, służącej. Rozumiem jednak potrzebę twardej, trochę zwariowanej, a trochę poważnej, płynącej prosto z serca, prawdy. Prawdy "Od urodzenia".

     Zgadzam się pójść z Miną do sklepu. Zev ma już sześć tygodni i ładnie się zaokrąglił. Zmienił się przez te kilka dni, kiedy go nie widziałam. Siedzimy w milczeniu w kawiarni. No dobrze. Dobrze. Dobrze. Dobrze.



wydawnictwo kobiece

Dziękuję Wydawnictwu kobiecemu za udostępnienie książki.

"Od urodzenia" Elisa Albert

Tłumaczenie: Aleksandra Weksej

Data premiery: 29.03.2016



   

     

     

     

     

     

     

     

    

     

    

niedziela, 21 lutego 2016

   Kanadyjka

Historia, którą chcę tu opowiedzieć dzieje się w miejscowości Temple w stanie Georgia. Śledzę ją na Facebooku od dwóch miesięcy.

W połowie grudnia 2015 roku, w okolicach Temple znaleziono ciężarną sukę labradorkę błąkającą się koło szosy. Suka była bardzo chuda i zaniedbana. Została zabrana do schroniska, gdzie zrobiono przeswietlenie brzucha (patrz zdjęcie). Nawet trudno policzyć ile tam jest tych szczeniaków.

Ze schroniska została zabrana przez Kristi i Drew, którzy prowadzą organizację Life is Labs. Organizacja ta zajmuje się ratowaniem psów (głownie labradorów) ze schronisk i znajdowaniem dla nich permanentnych domów.

Bon Bon

Suka, która nazywała się Bon Bon, zaczęła rodzic 20 grudnia. Pierwszy szczeniak urodził się martwy. Bardzo szybko okazało się, że suka jest zbyt wycieńczona aby urodzić resztę szczeniaków. Została przewieziona do weterynarza, gdzie zrobiono cesarskie cięcie, którego niestety suka nie przeżyła. Urodziło się 14 szczeniaków!!

Kristi i Drew zabrali je do domu (siedziba Life is Labs). Poprzez apel na Facebook znaleziono sukę (Remi), która właśnie skończyła karmić swoje szczeniaki. Cała czternastka była karmiona częściowo butelką a częściowo przez tę sukę.

Wyobrażacie sobie, co to była za robota. Szczeniaki leżały w pojemniku wyłożonym podgrzewaną poduszką i były karmione co 2 godziny. W opiece nad maleństwami pomagała czekoladowa labradorka Coco, która lizała im brzuszki po jedzeniu, myła i czyściła wszystko co zrobiły.

Szczeniaki dobrze jadły i przybierały na wadze.

Niestety, 25 grudnia Christi zauważyła, że jeden ze szczeniaków nie reaguje na otoczenie. Mimo natychmiastowej interwencji weterynarza, szczeniak nie przeżył. Zostało 13tka.

Wszystko to śledziłam na Facebooku najpierw w Warszawie z Ciotuchną, a potem we Florencji z Ciotuchną i Włoszczyzną (patrz link to strony Life is Labs na końcu tego tekstu). 28 grudnia wróciłam (sama) do Warszawy i jak wieczorem otworzyłam komputer, to oczom nie chciałam wierzyć. Tragedia!!! Tego dnia rano szczeniaki obudziły z silnym rozwolnieniem. Początkowo Christi i Drew myśleli, że coś im zaszkodziło w pokarmie, ale po jakimś czasie kilka szczeniaków zaczęło wyraźnie tracić siły i energię. Wszystkie szczeniaki zostały przewiezione do Atlanty do kliniki weterynaryjnej. Pomimo wysiłków, jeden po drugim szczeniaki umierały. Christi i kilku wolontariuszy trzymali je na rękach, podawali im kroplówkę i usiłowali karmić. Szczeniaki były letargiczne i zdawało się, że już nic ich nie uratuje. Christi nawet podjęła decyzję, żeby je uśpić, tak beznadziejna wydawała się ta sytuacja. I nagle jeden ze szczeniaków jakby obudził się z letargu i zaczął pić mleko z pipetki. Okazało się, że 6 szczeniaków jest w lepszym stanie. Christi i Drew wrócili z szóstka do domu. W ciągu następnych kilku dni stracili jeszcze 4 szczeniaki. Przeżyli dwaj chłopcy Blue i Brown (od niebieskiego i brązowego koloru obroży), nazywani wspólnie Bon Bons. Badania zrobione na zwłokach dwóch szczeniaków wykazały zakażenie bakteryjne przewodu pokarmowego, które najprawdopodobniej przeszło od matki.

Następne kilka tygodni to już historia tych dwóch maluchów. Prawie codziennie można je było oglądać na Peryskopie filmowane na żywo. Okazało się, że setki ludzi na całym świecie śledzą ich losy. Cieszyliśmy się wszyscy, kiedy otworzyły oczy, kiedy zaczęły samodzielnie jeść, kiedy zaczęły bawić się i biegać.

Dwa przecudne białe miśki, które tyle już przeszły w swoim krótkim życiu.

Wczoraj odbyło się pożegnalne party z zaproszonymi gośćmi, balonami i specjalnym tortem dla szczeniaków, a dzisiaj jadą do swojego stałego domu. Oba zostały zaadoptowane przez rodzinę na Florydzie. Nadano im nowe imiona, Finn i Sawyer. Ale ich saga będzie kontynuowana. Mają już swoją stronę na Facebooku i ich nowa rodzina obiecała wstawiać tam zdjęcia i filmiki.

TUTAJ jest strona Life is Labs na Facebooku. Znajdziecie tam mnóstwo zdjęć i filmików.

A TUTAJ jest strona Finna i Sawyera założona przez ich nową rodzinę.

A TUTAJ jest strona Life is Labs na Katch Me, gdzie możecie oglądać wszystkie nagrania zrobione Peryskopem.

Tagi: Bon Bons
02:40, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 lutego 2016

Pharlap  pharlap

Przepraszam, już luty, obudziłem się o kilka dni za późno.

A raczej odwrotnie - przysnąłem. Powróciły wspomnienia zim z dawnych lat. Wokół mnie lato, z Europy dobiegają informacje o odwilży. Przypadkiem natrafiłem na wiersz oddający mój dzisiejszy nastrój .

W styczniu

Co też można w styczniu,
kiedy dni wznoszą się ledwie do twych kolan
i całą niemal dobę zawadzasz głową o gwiazdy,
jakbyś się kręcił po strychu pełnym starych uniformów.

 W styczniu, kiedy świat przepełnia żywy śnieg,
który cię wita radośnie, jak pies, co szczeka do okien,
i jak pies, ogromny i przyjacielski, leży posłusznie
u wszystkich drzwi, pies, co przychodzi i chce polizać szorstkim językiem 
twe dłonie.

W styczniu,
gdy wszystko zamknięte, gdy drogi zamurowane cementem,
możesz wyjść, robić w nim dziury obiema nogami,
uczynić niemal wszystko. Wyjść albo pozostać w spokoju,
uporządkować szufladę,
znaleźć w niej niebo, obrazki z dawnej młodości,
które możesz spopielić - lub jeszcze trochę poczekać.

Wziąć książkę, zdmuchnąć kurz,
przekartkować, pozwalając stronom, niczym płatkom śniegu,
opaść spokojnie na miejsce. Listy
ze sztywną pisaniną, uścisk dłoni
ponad oceanem, z którego przyszliśmy, tu,
do tej krainy bez dźwięku,
gdzie wszystko jest takie samo, wszystkie twarze płaskie
jak tarcze zegarów, unoszą brwi,
jeśli tylko zdradzisz jakąś niecierpliwą myśl.

Co jeszcze można w styczniu,
gdy wszystkie słowa zamarły
i leżą rozrzucone wokół jak zmięte gazety,
gdy wszystkie rany starannie obandażowane,
gdy zatarł się wszelki ślad,
możesz chodzić w kółko słuchając skrzypienia podłogi
i delikatnych pomruków z pieca trawiącego swe pożywienie.

Rolf Jacobsen, Z norweskiego przełożył  Kiljan Halldórsson - źródło tutaj - KLIK.

wtorek, 19 stycznia 2016

 

          Juliczka

 

     Rose Auslander, Poddaj się

 

     Sen

     żyje

     moim życiem

     do końca

     *

     tłum. Ryszard Wojnakowski

 

           fot. Marc Riboud

MarcRiboud

poniedziałek, 04 stycznia 2016

          Juliczka

     - Skoro mowa o takcie... - zauważyłem - w jednym ze starych filmów Francois Trauffata jest taka scena. Kobieta mówi do mężczyzny: "Są na świecie ludzie dobrze wychowani i ludzie taktowni. Oczywiście i jedno, i drugie jest ważne, ale często takt góruje nad dobrym wychowaniem". Widział pan ten film? - Myślę, że nie. - Ona to wyjaśnia na konkretnym przykładzie. Pewien mężczyzna otwiera drzwi, a za nimi przebiera się naga kobieta. Człowiek dobrze wychowany natychmiast zamyka drzwi i mówi: "przepraszam panią". Człowiek taktowny także natychmiast zamyka drzwi, ale mówi: Przepraszam pana".

     Tyle Haruki Murakami w opowiadaniu "Niezależny organ". Tonem autora "Mężczyzn bez kobiet" współbrzmi jeden z planów wiersza Katarzyny Krenz Podróż do Krakowa:

Ł.O.R. Łaskawie Odebrać Raczy

minionej epoki zapomniany gest

na kopercie listu dzisiejszego mieszczanina

który jest już tylko obywatelem w szarej klatce

rzuconej na drugi koniec jego świata

który pamięta, jak było za nie jego czasów

jak było za czasów koronek i sztywnych kołnierzyków

przed potopem śmierci przed zalewem monotonii

 

A dziś ledwie trzy litery Łaskawie Odebrać Raczy

może jeszcze kilka, lecz nie cały alfabet

z całą pewnością - niecały pokruszony i kulawy

drobne okruchy, lecz jakże kojące

niczym plaster goryczny na łamanie w kościach

kawka o jedenastej herbatka o piątej

stolik pana mecenasa u Noworola

i srebrna zastawa pani sędziny

z herbami po bardzo starych przodkach

 

Dzwony w stu kościołach biją chórem

jakby się zmówiły, szary trzepot uderza

boleśnie o brzeg dymiącej chmury

wzlatując ponad śniedź, która dawniej była zielona

a dziś może być już tylko szara

jak gołębie pióro jak cień dzwonu

jak urzędowa koperta

z adresem pisanym na maszynie

bez owych trzech liter

z innymi literami w zamian

*

     Piękny wiersz, czyni świat eleganckim. Jak odebrana dzisiaj przesyłka z wydawnictwa ZNAK: podpisane życzenia i czarne pudło czekoladek. Czekoladek niezwykłych, Rolex wśród czekoladek. Dla mnie, dla Szanownej Pani. Czuję się wyjątkowo, kłaniam się wydawnictwu, uchylam kapelusza, doceniam gest.

moje

    Odświętnie dziękuję też Halusi i Edmundowi, "Księżyc myśliwych" dotarł tak daleko, do Northbrook, do Florianopolis, niebywałe!

m

m

         

 

 

 

 

czwartek, 31 grudnia 2015

 

          Juliczka

 

     Jest taki wiersz Katarzyny Krenz "Zima na wsi":

 

Domy unoszą się na falach ośnieżonych wzgórz

spływają łagodnie w doliny spadzistymi dachami

pod dymiącym żaglem płyną prosto do nieba

i kołysząc się n nagich gałęziach grudniowej zadymki

marzą o wiosennych roztopach w sepii i akwamarynie -

 

gdy śniegi zejdą w koryta rzek, w niecki jezior

i napełnią misę chmur ciepłym deszczem

domy uniosą się na falach młodych wzgórz

*

joanna Kraśnicka

           fot. Joanna Kraśnicka

     I jest SZUFLADA.net, internetowy magazyn kulturalno-literacki, dwukrotnie nominowany w prestiżowym plebiscycie Papierowego Ekranu na najlepszy portal internetowy o książkach. Szuflada w różnych przegródkach swoich działów chowa obiektywne recenzje oraz zupełnie subiektywne felietony, wnikliwe studia przypadku i luźne refleksje na temat wszechotaczającej nas kultury. Zaglądam tam codziennie, w poniedziałki - do pani Kingi Młynarskiej po poezję. Po wiersze ("tylko tak zdobędziesz dobro, którego nie zdobędziesz") i słowa o nich.

     Gdzieś w innej stronie internetowych  podróży, nie pamiętam, trafiam na artykuł, w nim zdanie Piotra Śliwińskiego: "Naród w świecie pod klucz, kupowanym sobie na korzystnie rozłożony kredyt, obojętny na słowo poety, ginie. Co najmniej oddaje władzę nad sobą ludziom ponurym". Cytuję z pamięci, a ta, jak dzisiejsza współpraca z edytorem, zakulała. Fot. Germaine Krull

wtorek, 22 grudnia 2015

Wszystkim Altaniakom i Altaniaczkom życzymy Wesołych Świąt Bożego Narodzenia i dobrego całego roku 2016.

Całujemy wszystkich mocno

Ciotuchna, Kanadyjka i Włoszczyzna - wszystkie razem we FlorencjiChoinka 2015

21:56, kanadyjka82
Link Komentarze (2) »
środa, 16 grudnia 2015

  Ciotuchna

Wywołano nas obie z Mamą z celi o 9 tej rano. Była to znacząca godzina, bo o tej porze wywoływano więźniów na rozstrzelanie, powiedziano nam, żeby niczego ze sobą nie zabierać, co utwierdziło kobiety pozostające w celi gdzie nas prowadzą, jak się okazało cela modliła się przez trzy dni za nasze dusze. Skinęłam ręką na pożegnanie pozostałym więźniarkom, bo żadne słowa nie przechodziły mi przez gardło. Wzięłam Mamę słaniającą się na nogach, mocno pod rękę i starając się trzymać głowę wysoko uniesioną szłam za wachmajsterką.

Nie zaprowadzono nas jednak do innej celi, wyszłyśmy na zewnątrz i poszłyśmy na Pawiak do kancelarii więzienia i tu wręczono nam kartki z niemieckim napisem, że zwalniają nas z więzienia, rozejrzałyśmy sie po pomieszczeniu, ale byłyśmy same, Ojca nie było. Łzy rzuciły się nam do oczu.

Wywieziono nas przez ruiny Getta samochodem na ulicę Daniłłowiczowską, gdzie jechało dwóch gestapowców, myślałyśmy że nas przenoszą do innego więzienia, ale powiedziano "idźcie do domu"

Byłyśmy oszołomione, nie wiedziałyśmy co mamy ze sobą zrobić. Po chwili namysłu poszłyśmy w kierunku dworca, żeby pojechać do Zielonki. Mamie oddano jakieś pieniądze z depozytu więziennego, wiec miałyśmy za co kupić bilety. Była godzina największego ruchu, więc postanowiłyśmy przeczekać, żeby nie jechać w tłoku usiadłyśmy w poczekalni. Przechodziło przed nami dużo znajomych ludzi, których reakcja była różna. Jedni poznawali nas i szybko biegli przed siebie, inni odwracali głowy, a niektórzy przystawali jakby chcieli do nas podejść, ale rezygnowali odchodzili, tylko z powrotem odwracali głowy, aby się upewnić czy to naprawdę my.

Po kilku godzinach zdecydowałyśmy się jechać do Zielonki. Po krótkiej jeździe ze wzruszeniem wysiadłyśmy na tak dobrze znany nam peron, a tak daleki w naszych myślach przez minione miesiące. Na peronie czekała na nas ciocia Hala z bochenkiem chleba i chustką przy zapłakanych oczach. Ludzie ją uprzedzili, że widzieli nas na dworcu, ale ciocia nie chciała wierzyć, poszła jednak na stację i cierpliwie czekała przepuszczając kolejne pociągi, w których nas nie było, postanowiła czekać do godziny policyjnej.

Powitanie było krótkie i łzawe, zabrała nas do swojego domu i tam dopiero uściskom i łzom nie było końca. Nie pozwolono nam iść do naszego mieszkania, przenocowałyśmy u wujków, a rano przybiegł łącznik z wiadomością, że w naszym mieszkaniu w nocy było Gestapo. Dostali raz pieniądze i chcieli dostać jeszcze. Jasne było, że natychmiast musimy wyjechać z Zielonki, żeby nikogo nie narażać swoją obecnością.

Wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Warszawy do brata Mamy Edwarda. On wiedział już o naszym uwolnieniu, bo był pierwszym ogniwem przez, które szły pieniądze na wykupienie nas. Powiedział, że są trudności z wykupieniem Ojca i to jeszcze musi potrwać. Bardzo nas to zaniepokoiło, ale nic nie mogłyśmy temu zaradzić.

Tu dowiedziałyśmy się, że koło Wielkiej Nocy przez komórkę konspiracyjną na Pawiaku przyszła wiadomość, że nas wszystkich rozstrzelano. Rozpacz w rodzinie była wielka, ale po pewnym czasie wujek dowiedział się, że żyjemy.

U Edwardów też nie mogłyśmy długo zostać, byłyśmy jak ścigana zwierzyna. W takiej rozpaczliwej sytuacji były też jasne dni, takim dniem był 6 czerwca 1944 roku dzień inwazji Aliantów na Francję.

Wujek wynajął nam pokój w Świdrze, gdzie było już dużo letników i można się było łatwo ukryć.

Tagi: wojna
22:59, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
Tagi