Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 31 października 2016

          Juliczka

     My, kołłątajowcy, zadziwiająco trwamy obok siebie przez lata - pisał Janusz Urbaniak w "Rzeczy Krotoszyńskiej" żegnając Olka.

     Marylka i Dziunia, jak ja, wyjechały z miasta, pozostały w nim Lucy i Mala, Janusz tam wrócił. Pisujemy do siebie, dzielimy się radościami, z Anny, piastującej wysokie stanowisko na jednej z poznańskich uczelni, jestem tak samo dumna, jak jej rodzice, jak Marylka i Janusz. Czasami rozmawiamy, raz na dekadę spotykamy się w klasztorze u Kornela OSB, u Stanisława na plebanii, Elżbieta P. i Leszek już z nami nie zasiądą do stołu. Z Wojtkiem niedawno połączyła mnie nić przyjaźni, skradł serce mojej mamy. Licealne koleżeństwo dba o mnie, relacjonuje, co ciekawego się wydarzyło w Krotoszynie, pozdrawia stamtąd, gdy bawi przejazdem, zapachem chleba z piekarni "Brykczyński" podtrzymuje namiastkę więzi z pozostawionym na ulicach moim cieniem.

moje  

     Tak było i z Marylką; napisała piękny list, w nim umieściła parę, wydawałby się, ulotnych zdań o krotoszyńskim cmentarzu. Przyjęłam je ze wzruszeniem, podzieliłam się refleksją z Katarzyną, impresja pozostała, wryła się w pamięć, zainspirowała.

Vivian Mayer

                                      Fot. Vivian Maier 

     "LIST ZE SKANDYNAWII, Droga J.

     /.../ Agat z miejsca rusza za tropem, a oni idą na cmentarz. Od tego zawsze zaczynają. Anna idzie przodem, ścieżką między grobami, przystaje. To tu, mówi. Potem nachyla się i małym pędzelkiem zaczyna poprawiać litery na granitowej płycie, milimetr po milimetrze, powoli, starannie. - Co robisz? - pyta Johannes, chociaż nie musi pytać, zna odpowiedź. - Poprawiam napis - odpowiada Anna. - Deszcz wymył litery - dodaje tonem usprawiedliwienia, nie przerywając pracy. Prowadzi pędzelek po liniach liter, z szarości kamienia wyłania się imię: Louise. Anna nosi to samo nazwisko: Udden. I data urodzenia ta sama. Nie miała jeszcze dwudziestu lat. Kochali ją oboje, i Anna, i Johannes, to ich trzyma przy sobie. Ale nie tylko to, ich więź jest bardziej złożona.

     Johannes przeżył śmierć Louise równie mocno, jednak otrząsnął się, okrzepł. Anna nigdy nie pogodziła się ze stratą. Dlatego on wraca na rodzinną wyspę, wraca nie do niej, tylko dla niej, dla Anny. Nie chce pozwolić, by całe życie stała w oknie.

     Anna długo nie chciała słuchać, nie potrafiła oderwać swojego życia od śmierci siostry. Gdy w końcu Johannesowi udało się ją przekonać, poczucie straty zastąpiło poczucie winy. Litery na nagrobku, które z taką starannością poprawia - wypłukane i spłowiałe, są jak wyrzut sumienia. Dowód, że jej życia nie wypełnia już tylko żałoba. Litera po literze, w niewygodnej pozycji. Johannes czeka cierpliwie, nie chce jej płoszyć. Gdyby się nie bał, może zapytałby ją o jedno, o perfumy. Portofino, odparłaby. To były perfumy Portofino.

     Gdyby zapytał."

     Katarzyna Krenz, Julita Bielak "Księżyc myśliwych", ZNAK 2015.

Tom Ford

Franchman

 

     Nieporadnie próbuję sobie przypomnieć słowa Jerzego Pilcha o przeciwległym stoku i nadciągającej stamtąd watasze. Pod ręką mam "Miasto utrapienia", z zadziwiającą dedykacją autora: Andrzejowi z wielką sympatią, Warszawa, Marzec 2004, ale to nie tu, tutaj jest fragment o tym, jak stanął na parapecie, by do końca, do skonu, do zgonu rozbawić towarzyszki swej ostatniej szampańskiej zabawy. Dławią inne słowa, o oddaleniu i rodzącej się świadomości, że po ciebie idą, jeszcze ich nie słychać, nie widać. W pewnym momencie zaczynasz słyszeć kroki, słyszysz, jak śpiewają. Na razie są jeszcze bardzo daleko, ale wiesz, że zaraz ich zobaczysz. Nie pomaga ironizowanie o braku muzycznego słuchu, jedynie pamięć do nut, nie uspokaja drwina o coraz słabszym wzroku.

     Coraz częściej, zamiast pod nogi, spoglądasz za horyzont.

blue

    

sobota, 29 października 2016

          Juliczka

     Przyszedł do mnie wiersz wyczekiwany, finezyjnie wycieniowany okruch liryczny, labirynt tajemniczy i niepokojący. Towarzyszyła mu ulotna nuta żalu - gdybyś była bliżej spotkalibyśmy się w małej kafejce, rozmawialibyśmy także o pisaniu. Ale jesteś daleko.

fala poprzecznaFot. Fala Poprzeczna

     I kawiarnie inne. Kawiarnia najpierw powstaje, istnieje, potem staje się tradycją, potem staje się poczuciem tradycji, wreszcie niknie. Pierwszą warszawską był mały lokalik za Żelazną Bramą Ogrodu Saskiego. Z początku bywała tam niemal wyłącznie niemiecka służba dworska. W 1763 roku otwarto na Starym Rynku przy Krzywym Kole kawiarenkę, której właścicielkami było siedem sióstr. Bardzo popularna była kawiarnia pani Okuniowej i jeszcze inna, należąca do pani Neybertowej. Lokal, noszący nazwę "Wiejska Kawa" znajdował się na miejscu dzisiejszej ulicy Wiejskiej, mniej więcej tam, gdzie stanął gmach "Czytelnika" ze swoją kultową kawiarnią literacką w podziemiu. W  kawiarni "Lajkonik" przy Placu Trzech Krzyży prezydował Otto Axer, a stolik gromadził ludzi najrozmaitszych zawodów, przychodzili plastycy, pisarze, adwokaci, ludzie teatru i zawsze kilka ładnych dziewczyn. W kawiarniach stajni PIWu oraz w "Nowym Świecie"  wlekły żywot inne znane stoliki, gdzie siadywali Antoni Słonimski, Adam Ważyk, Gustaw Holoubek, Janusz Morgenstern, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Jastrun. Do stolików dopuszczano lub nie, panowały przy nim jedyne w swoim rodzaju niepisane i niegłoszone obyczaje. Nie mówiło się zbyt poważnie o rzeczach poważnych, za to zwięźle i dowcipnie z wymogiem unikania komunałów (na przykład, że Szekspir jest wspaniały albo, że abstrakcja się przeżyła). Opowiadano dowcipy, byle były dobre z zakazem relacji snów, treści powieści, sztuk i streszczeń filmów. Wolno też było milczeć, byle inteligentnie.

Facet i kuchnia

                             Fot. Szymon Kubicki

      Przy kawiarnianym stoliku powstał projekt założenia pewnego stowarzyszenia. W marcu lata temu w "Udziałowej" Stanisław Ossorya-Bochocki zainicjował zebranie założycielskie, na które przyszli o godzinie 12.00 punktualnie - Jerzy Boczkowski, Anda Kitschman, Jan Stanisław Mar, Konrad Tom, Julian Tuwim, Kazimierz Wroczyński - o wpół do drugiej przybiegł Jerzy Wrzos - Tadeusz Żeromski, przepraszając za spóźnienie, ale miał 5 lekcji i nie mógł się wcześniej wyrwać... Za to przyniósł wiadomość, że Jan Brzechwa, Władysław Lin, Benedykt Hertz, Artur Tur i jeszcze kilku innych z góry zgłaszają akces do mającej powstać organizacji, która ma bronić praw twórców. Tak kawiarniana muza stanęła u kolebki jakże dzisiaj szacownego ZAiKSu.

      "Szumiały mu echa kawiarni" wykonywał w "Mirażu" Stanisław Ratold. "W kafejce widzimy się/ Przy oknie stolik nasz/ Gest, rozmowa, śmiech/ Spojrzenia cały czas/ Za oknem jak niemy film/ Przechodzi obok świat/.../" śpiewa w "Prostej piosence" Kuba Badach. Zmieniają się kursy polityczne, zmieniają się politycy, zmieniają wydawcy, przeobrażają się kawiarniane stoliki, same kawiarnie. Na miasta nachodzą nowe, tamtym nieznane.

magda rusocka

                             Fot. Magda Russocka

 

      I wiersz. Wiersz Janusza Urbaniaka mówi o sobie sam, istnieje.

TO CO ZAMKNIĘTE

Tak mało wiem i nie powinienem

więcej nie powinienem chcieć

czegoś co poza granicą zdarzeń

i języków ja ciało z ciała

krew wędrująca

z dłoni utworzony ptak

który szuka innych ptaków

zapominając że ciemność jest

natury stanem a jasność?

 

niepodobna rozumieć wszelkości

która roztacza się przez czasy i

przestrzenie granic za którymi

pojawia się następna wszystkość

a jednak ciągle porywają pytania

i wtedy stając naprzeciw drzewa

zmawiam modlitwę-wiersz

 

pieśń wykluczonego to skowyt

bez znaczenia wobec gromkości

istot której znakiem była

mnogość nieogarnięta słowem

bo słowa są zamknięte

bo ciała są zamknięte

i historia jest zamknięta

*

4.10.2012

 

 

    

    

wtorek, 18 października 2016

    

      Kattinka

     Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych 30 sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Ravenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

     (jeszcze raz początek znakomitego tekstu Kattinki, podczas edycji umknął awatar, jak apostrof w nazwie miasta - program nie chce przyjąć, przepraszamy Autorkę)

 

      

    

    

16:09, julitczka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 17 października 2016

Kattinka   Kattinka

 Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście...

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

L'Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d'Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają. 

 Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową. 
 Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.  

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś…  Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

 Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi  – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

Aquila

 Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem:  czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce. 

Aquila

Aquila

 Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii. 

 Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów. 

Aquila

Obraz za mgłą hotelowej szyby:
nocny autobus zatrzymuje się 

na przystanku nikt nie stoi 

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma  

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem 

na papierze ryżowym*

Wiersz Kattinki: Japońska  akwarela II, 26 września 2016    

sobota, 24 września 2016

     Juliczka

     W ramach literackiego festiwalu Pióro i Pazur, polonijne blogerki nominowały "Księżyc myśliwych" autorstwa Katarzyny Krenz oraz mojego do tytułu "Książka bez granic", "... bo przecież dobra książka przekracza granice, nie zna ograniczeń" pisze na blogu "Czytanie Edyty" jedna z jurorek. I dodaje, że w wielu miejscach na świecie, gdzie mieszkają Polacy, są czytane polskie książki. Głównie z zaintrygowania tym, co powstaje w kraju, ale i z tęsknoty za polskim słowem - tym mówionym i tym pisanym, pięknie i poprawnie używanym.

     Doceniam ogromne wyróżnienie "Księżyca...", naszych literackich, filmowych i muzycznych fascynacji. Wyróżnienie ważne, bo pochodzące od dziewczyn szukających swojego szczęścia gdzieś daleko w świecie, a jednocześnie dbających o piękno polskiego słowa w domach, tej alegorycznej wyspie każdej z nas. Życie wymusza określanie programu na przyszłość, wpisywanie go w ramy, wyznaczanie dróg realizacji planów. Wiążą się z nimi konkretne miejsca i ścieżki prowadzące do tych miejsc. Wraz z postępem technicznym i zmieniającymi się warunkami kurczą się mapy. Wystarczy krótka podróż, by znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Dla spokoju, zapomnienia, odnalezienia siebie, wykreowania - bo tak naprawdę nie odnajdujemy siebie, a tworzymy. Także poprzez trudną do wytłumaczenia pasję, z jaką sięga się po symboliczne pióro.

     Mawiają, że nie musimy całe życie mieszkać nad konkretnym morzem. Wszędzie jest takie samo, odbija to samo niebo. Wszędzie - jak życie - jest szaradą, obietnicą przygody, dramatem, powrotem, wypoczynkiem, drogą, złudzeniem, nadzieją. Podróżą do miejsc dalekich, gdzie dotarł i "Księżyc...", zyskał uznanie, niezwykłą wartość dodaną.

Visby

03:03, julitczka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 września 2016

 

 

 Żona Oburzona


Ciekawe, kto z Was pomyślał o książce, o której niegdyś w Kurniku było głośno? Ale zaskoczę Was, gdyż tytuł bezczelnie sobie pożyczyłam, chcąc zaprezentować zupełnie inną miłośniczkę literatury...

Wyobraźcie sobie, że wróciłam niedawno z biblioteki bogatsza o drugą (obok własnej) kartę czytelnika, upoważniającą do wypożyczania książek. Owa karta należy do mojej córeczki. Kto by pomyślał, że do biblioteki można zapisać rocznego berbecia! Tymczasem nie tylko można, a nawet trzeba, gdyż taki małoletni czytelnik w moim mieście na zachętę otrzymuje pakiet na dobry początek, zawierający m.in. książkowy prezent pt. 1 urodziny prosiaczka. 

Prezent uroczy! Reprezentuje wszystko to, co we współczesnej literaturze dziecięcej sprawia, że mam do tych książek słabość. Ciekawa kolorystyka, niebanalna fabuła, świetna grafika. A to wszystko całkowicie odmienne od estetyki, którą można chyba nazwać disneyowską, tudzież księżniczkowo-kucykową. Tak, chodzi mi o tę estetykę, która morduje oryginalnego Kubusia Puchatka...

Nawiasem mówiąc, w bibliotece tłumy. Nie do końca mam zatem jasność, co z tym fatalnym stanem czytelnictwa w Polsce. Nawet jeśli część klientów to uczniowie poszukujący lektur, to i tak budująco to wyglądało. I dzieci, i dorośli, i dorośli z dziećmi, i osoby w średnim i w podeszłym wieku - w przeciągu pół godziny do biblioteki przyszło 20 osób. W tym chłopiec, który zapłacił złotówkę za przetrzymanie Cierpień młodego Wertera. Uśmiechnęłam się do niego ze współczuciem. To nie dziwne, że zbyt dużo czasu zajęło mu czytanie tych nudziarstw...

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

  Ciotuchna

15 sierpnia 1939 roku pojechałam z Rodzicami z Zielonki do Ossowa na doroczne obchody Cudu nad Wisłą, czyli Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Uroczystości rozpoczynała Msza Polowa. Wokół murowanej wnęki, gdzie stał ołtarz był duży zielony, trawiasty teren otoczony masztami z długimi biało-czerwonymi chorągwiami ustawionymi pionowo i napiętymi między górną i dolną poprzeczką.

Tłum ludzi gęstniał, między cywilami widać było sporo mężczyzn w wojskowych mundurach - kilka tygodni wcześniej ogłoszono mobilizację. Orkiestra odegrała hymn i rozpoczęła się Msza. Po mszy kazanie wygłaszał ksiądz w mundurze wojskowym. Mówił o historii tego miejsca, o bitwie w 1920 roku, o męstwie żołnierzy polskich i doskonałej taktyce wojskowej. Mówił też o czasie aktualnym, o ewentualnie czekającej nas obronie naszego Państwa.


Wiał coraz silniejszy wiatr, chorągwie łopotały na masztach, ksiądz mówił o oporze, który wojsko musi stawić wrogowi… a wiatr ciągle się wzmagał. Aż szarpnął tak mocno chorągwiami, że się zerwały i na dolnych poprzeczkach zostały tylko biało-czerwone strzępy. Ludzie wstrzymali oddech i jak grom runął zbiorowy płacz i szloch… To było jak symbol losu, który miał niebawem nadejść, jak przepowiednia strasznych okupacyjnych czasów.

14:33, kanadyjka82
Link Komentarze (3) »
środa, 08 czerwca 2016

   Ciotuchna

Dawno nie pisałam na Altanie, ale świat mój przewrócił się do góry nogami i musiałam go zorganizować na nowo, a to nie takie łatwe w moim wieku i po 64 latach świata we dwoje. Nie jestem pewna czy ta reorganizacja udała mi się w 100%.

Wiecie, że mój mąż był chirurgiem, ortopedą i pediatrą, ale że był organistą tego nie wiecie i tę część Jego życia chce wam opisać.

 

Mój mąż Mieczysław, zwany w tym opowiadaniu również Mietkiem, mieszkał przed wojną i w czasie okupacji na ul. Krakowskie Przedmieście na przeciwko kościoła św. Krzyża. 

W pierwszych latach okupacji był w tym kościele ministrantem. W 1941 roku za namową ks. Alojzego Niedzieli, starsi ministranci zostali przesunięci do chóru kościelnego.

Mietek śpiewał w chórze, ale bardziej interesowała i fascynowała go gra na organach. Pochwalił się kiedyś organiście, że od kilku lat uczy sie grać na pianinie, ale marzy o grze  na organach. Organista przesłuchał go i stwierdził, że ma dobry słuch muzyczny. Pokazał Mietkowi jaka jest różnica między grą na pianinie, a grą na organach. Kilka razy z nim ćwiczył i pozwolił mu ćwiczyć samemu kiedy w kościele nie było nabożeństw. Po kilku miesiącach zaproponował chłopcu grę na mszy o 6 rano. Próba wypadła pomyślnie, od tej pory Mietek grał co dzień na tej mszy.

Pewnego dnia w 1943 roku wybiegł, jak zwykle raniutko z domu i zatrzymał się przerażony. Zobaczył, że cały kościół jest otoczony przez Gestapo; z ukrycia obserwował jak z kościoła wyprowadzają wszystkich księży i personel pomocniczy. Wszystkich aresztowano.

Po kilku dniach poszedł znów do kościoła i zagrał na organach na porannej mszy.

Współpracę z kościołem św. Krzyża przerwał wybuch Powstania Warszawskiego.

 Po powstaniu, kiedy Mieczysław był wieziony na roboty do Niemiec, wraz z dwoma kolegami uciekli z transportu. Niestety zostali złapani przez patrol niemiecki i oddani w ręce  Gestapo. Po pobycie w wiezieniu we Wrocławiu odesłano Mietka do obozu koncentracyjnego Gros Rossen. Spotkał tam wśród więźniów kilku księży  z kościoła św. Krzyża, którzy bardzo mu pomogli, nie tylko ofiarowując mu pajdę obozowego chleba i cebulę, ale także powiedzieli mu jak tu się trzeba zachowywać i co robić, żeby przeżyć obóz; oni byli doświadczonymi więźniami a Mietek szesnastoletnim chłopakiem.

Po wojnie i powrocie do Warszawy zgłosił sie ponownie do swojego kościoła, gdzie organistą był prof. Rączkowski. Pomagał mu grając na wieczornych nabożeństwach. Współpraca ta została zakończona, gdy po zdaniu matury w 1948 roku, Mietek dostał się na wydział medyczny Uniwersytetu Wrocławskiego i musiał wyjechać z Warszawy.

Po 2 latach wrócił na Warszawską Akademię Medyczną i podjął pracę felczera w Szpitaliku Dziecięcym na ul. Kopernika na oddziale chirurgicznym. Praca i studia nie pozostawiały czasu na granie na organach. Czasami koleżanki lub koledzy prosili go, żeby zagrał na ich ślubach, lub innych obrzędach kościelnych. Były to tylko sporadyczne wypadki.

W 1970 roku mąż mój wyjechał na rok do pracy do Instytutu Calot w Berck Plage we Francji. W sierpniu tego roku pojechałam razem z córkami na wakacje do niego. Razem pojechaliśmy do Paryża gdzie mieszkaliśmy u polskich Szarytek. Była tam kaplica, a w niej fisharmonia, stara i zakurzona bo nie miał kto na niej grać. Mietek otworzył instrument i zagrał na mszy. Siostry były zdumione i uradowane," a może pan doktór przyjeżdżał by co niedziela grać nam na mszy?" zaproponowały. Niestety Berck Plage było za daleko na takie dojazdy.

W grudniu 1977 roku Mietek wyjechał na kontrakt do pracy do Libii, ja dojechałam do niego po 3 miesiącach. Szybko okazało się, że w Trypolisie jest kościół katolicki, który prowadzili włoscy franciszkanie. W kościele była fisharmonia na której grała zakonnica, ale robiła to z wielkim trudem, gdyż instrument był napędzany pedałami, a siostrzyczka była drobna i chuda i nie miała wiele siły potrzebnej do grania i deptania pedałów.

Mąż w okresie Bożego Narodzenia, w czasie mszy, podszedł do organistki i spytał czy może zagrać kilka polskich kolęd po nabożeństwie. Zgodziła się i mąż zaczął grać. Ludzie już wychodzili z kościoła, kiedy obecni tam Polacy usłyszeli znane melodie, cofnęli się od drzwi i szukali skąd dochodzą. Stanęli wokół fisharmonii i podjęli śpiew znanych sobie kolęd. Później mąż poszedł do zakrystii, przedstawił się proboszczowi i otrzymał pozwolenie grania dla Polaków po każdej mszy. Często zastępował siostrę organistkę, kiedy była zmęczona. Mąż grał z jej włoskich nut a ona intonowała pieśni. 


Wielkim przeżyciem był dla nas wybór Kardynała Karola Wojtyły na papieża. Nawet Arabowie przychodzili tego dnia do Polaków z gratulacjami. Mąż po pracy pojechał do kościoła dowiedzieć się jaki będzie program obchodów wyboru nowego Papieża. Franciszkanie, prawie wszyscy Włosi, mieli kwaśne miny "taka była tradycja, że papieżami byli Włosi, a tu nagle taka zmiana". No, ale Kościół to posłuszeństwo, wiec podali przybliżoną datę Mszy Koronacyjnej i związanych z nią planów. Wtedy okazało się, że na zamkniętym na stałe chórze są doskonałe organy elektryczne i można na nich grać w czasie dużych uroczystości. Mąż dawno nie grał na organach, umówił się kiedy może przyjść żeby poćwiczyć, no i ustalić repertuar. Przez kilka wieczorów mieliśmy koncerty organowe, bo i znalazły sie nuty koncertowe.

W dzień wielkiej Mszy Koronacyjnej kościół był zapełniony po brzegi Polakami. Autokary od rana zwoziły pracowników polskich firm drogowych i budowlanych, których bazy i campusy mieściły sie poza Trypolisem. Mszę celebrował polski ksiądz, było bardzo uroczyście. Kiedy na koniec mąż zaintonował Boże Coś Polskę... i huknęła pieśń z męskich gardeł, myślałam, że dach z kościoła spadnie, tyle było decybeli. Z choru patrzyłam jak ci ludzie śpiewając stali na baczność i wielu ocierało łzy.

W czasie następnych niedziel chór był już zamknięty. W obsadzie kościoła znalazł się polski ksiądz i msze dla nas były po polsku, a mąż nadal organistował.

Kiedy w 1980 roku wracaliśmy do Warszawy, kupiliśmy we Włoszech elektroniczną fisharmonię, rozkładaną, przystosowaną do przenoszenia i przewożenia.

Na Francji i Libii nie skończyły sie zagraniczne występy męża.

We Florencji jest spora grupa Polek i trochę Polaków, ksiądz polski przyjeżdża raz w roku zawsze w okolicy Bożego Narodzenia; byliśmy akurat w tym okresie u naszych bliskich. Msza celebrowana była w wynajętym kościele, ale nie było organisty a koło ołtarza stała fisharmonia. Mąż z córką poszli do zakrystii i za chwilę odezwała się muzyka. Ksiądz się ucieszył, że jest ktoś kto może zagrać i zaintonować polskie pieśni kościelne. Takie „występy” zdarzyły się chyba jeszcze dwa razy.

Był w domu instrument zwany przez młodzież "klawiszami", wieczorami mąż grał, ale postanowiliśmy, że granie to za mało, trzeba jeszcze pośpiewać. Mąż zbierał nuty, a ja teksty piosenek i tak kilka razy u nas w domu urządziliśmy tematyczne wieczory śpiewane. Były piosenki Powstaniowe, harcerskie, a nawet pieśni masowe. Oczywiście w czasie sylwestrów śpiewaliśmy kolędy.

Kilka razy fisharmonia jeździła z nami na działki do przyjaciół, gdzie śpiewaliśmy do późnych godzin nocnych.

Często, gdy mąż miał w szpitalu dyżur w sobotę i niedzielę, zabierał ze sobą instrument i grał w kaplicy szpitalnej na niedzielnej mszy dla chorych.

Każda okazja i każdy instrument klawiszowy był dla Mietka jak magnes, wszystko jedno czy to było pianino na którym zagrał „koncert na cztery ręce” dwóch pokoleń


czy malutka klawiatura wnuczki przy akompaniamencie gitary 


Niestety niedługo po przejściu męża na emeryturę spracowane ręce chirurga, często szorowane do operacji, odmówiły posłuszeństwa i nie chciały już biegać palcami po klawiaturze. Domowa fisharmonia zamilkła.


06:12, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 maja 2016

          Juliczka

     I wtedy dowiedziałam się, że napisałyśmy powieść sylwiczną. Wtedy też przyszło załamanie pogody, noc zamieniła blisko 30-stopniowy upał w sztormowy chłód. O świcie na zalany deszczem peron wtoczył się pociąg relacji Gdynia-Kraków w wersji dla ascetów; w składzie nie było WARSu. w przedziałach panowała rześkość poranka wzmocniona pytaniem kelnera: "Gazowana czy niegazowana?" Krople deszczu na szybach, butelki z wodą w zziębniętych dłoniach. - Jak już dotrzemy na miejsce, będziemy pić gorącą kawę, co godzinę, do rana - obiecywałam Katarzynie. Chłopak pod oknem uśmiechnął się, po chwili znowu zasnął.

     Potem już było tylko pięknie. Spotkanie autorskie, wizyta w Radiu Kraków, spacer po mieście, rozmowa ze studentami z Koła Naukowego Antropologów Literatury UJ, do tej pory układam odpowiedź na pytanie Tomka Wawera o sensualność "Księżyca myśliwych", przedzieram się przez projekt Pracowni Poetyki Historycznej IBL PAN "Sensualność w kulturze polskiej".Buduję nowy Kraków, księżycowy.

[...] kawka o jedenastej herbatka o piątej

stolik pana mecenasa u Noworola

i srebrna zastawa pani sędziny

z herbami po bardzo starych przodkach

*

Fragment wiersza Katarzyny Krenz "Podróż do Krakowa".

     W Szufladzie (Szuflada.net) znalazłam piękny artykuł pani Kingi Młynarskiej zatytułowany "Kraków to pryzmat, przez który pięknieje Ojczyzna" i fragment wiersza "Suplement" Elizy Segiet. Dodaję do krakowskiego obrazka.

jest miejsce, do którego jedziemy

i chętnie wracamy.

Suplement do "bycia-w-świecie"!

*

     Nie pictures a stills - jakże trafne określenie zaczerpnęłam z "The price of salt" Patricii Highsmith - coś nieruchomego, co pozostaje z człowiekiem.

m

m

m

m

m

m

 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

          Juliczka

[...]

Ach, czy wszystko, co się zda,

Jak sen we śnie jeno trwa?

*

Allan Edgar Poe, "Sen we śnie" - fragment wiersza.

Tłum. Włodzimierz Lewik

     Recytuję półgłosem strofy, na biurku leżą w nieładzie czytane "Listy Tove Jansson", "Księgi Jakubowe", "Millenium, Stieg i ja", "Moja walka". Jest i ponownie kartkowany "Nocny pociąg do Lizbony" oraz wspomnienie o Wiesławie Dymnym, przeczytane, ale wciąż jest. Między tomy, w wymagające sąsiedztwo, trafił plik z debiutancką powieścią Poli Rewako "Chili".

     Zaczynają się rysować kontury pomieszczenia. Wszystko pojawia się powoli w swojej kolejności. Krawędź za krawędzią, kontur za konturem, róg za rogiem, kreska za kreską. Ktoś maluje przede mną ten pokój. Czarny pędzel został właśnie zastąpiony szarym, nieco bardziej widocznym i wypełnia obraz. Pojawia się zakurzona szafa. Kanapa. Drzwi. Kredens. Schody. Kolejne drzwi. Wieszak. Krzesło. Kolejne drzwi. Fotel. Okno. Znowu drzwi. Tym razem uchylone. A ja stoję. Obserwuję kreujące się wokół mnie rysy pokoju. Gdzie ja jestem? Co tu robię?

Agata Kulawiec                                  fot. Agata Kulawiec

     Autorka powieści wprowadza nas w świat głównej bohaterki różnymi drogami, także poprzez sen. Opisywany, relacjonowany doktorowi Wasilewskiemu, poddawany psychoanalizie, interpretowany. Mea Chubin, studentka psychologii, o marzeniach sennych, o podklejaniu amorficznej nieświadomości pod okruchy z dnia, mówi świadomie, przytacza podręcznikowe opinie. Uważa, iż jeśli coś istnieje w psychice, zawsze musi istnieć "po coś", musi mieć swoją funkcję. Nic w życiu psychicznym nie zachodzi przypadkowo. A w realnym? Mea czuje się niepotrzebna, pozbawiona bliskości i należytego zainteresowania rodziców: "Non stop pracujecie, w ogóle ze sobą nie rozmawiamy, a teraz, gdy macie kilka dni wolnego, nagle chcecie bawić się w wesołą rodzinkę? Spasuję". Nie akceptuje też form przyjaźni - zdawkowej, przypadkowej, ograniczającej się do wypicia butelki piwa i płytkich rozmów. Jedynie Gaweł Pawliński okazuje się być bliską duszą. Nie raz w dni młodej dziewczyny ( określanej wprawdzie przez autorkę jako nastolatka, ale - przepraszam - dziewiętnastolatka czy dwudziestka to już nie nastolatka, stara jest), wkracza kolega z uczelni Tomek Gerocki, piękny, jak z reklamy perfum albo innego banku.  Pojawiają się postaci ochroniarzy, z nimi - zniszczone przystanki na gdańskich ulicach, połamane ławki, podpalone śmietniki, rozbite automaty biletowe i szyby samochodów.

     Bo Mea, jako Bellona, zakłada Grupę Demolka, skierowaną przeciw niemoralności, złu, bezprawiu, niemocy, cierpieniu, bólowi. Nie chce żyć w świecie pozbawionym radości z małych rzeczy. Marzenia, spełnianie marzeń to był jej cel w życiu, organizowanie koncertów znanym zespołom.

     Skłamałabym, gdybym powiedziała, że "Chili" Poli Rewako nie wciąga, mimo, że nie jest błyskotką. Pozwala czytelnikowi spojrzeć z dystansu na otaczającą go rzeczywistość, dać mu do myślenia. Wszystko pomiędzy filtrowanymi fragmentami rzeczywistości. Na pewno zaciekawi miłośników Gdańska, zaintryguje wyznawców instruktywnych teorii psychologicznych, przeciwników nakręcania złych wydarzeń przez media. Nie raz, nie dwa zgrzyta, pracownikowi ochrony na widok nieznajomej nie przypisywałabym słów: "Tak bardzo jej pragnął", a konkretne, żołnierskie. Nie raz budzi nadzieję na rozbudowanie wątków, jak tych z akcją usadowioną na uczelni czy w domu bohaterki. Zastanawialiście się kiedyś, jak niewielu autorów przybliża w fabule środowisko akademickie?

Zdania są proste, lekkie, kryją w sobie przesłanie ujawniające się czasem podczas powtórnej lektury. Pojawiają się wulgaryzmy - Ależ proszę pani, wszyscy teraz tak mówią - wyjaśnił mi znajomy fizykoterapeuta o pseudonimie Magister. Zdaniem Freuda, szczęście, zgodnie z planem stworzenia, nigdy nie miało być stanem stałym. Choć to wynikające z radości czytania - powinno.

E.G.Kalminskaya

                     fot. E.G.Kalminskaya 

    

15:17, julitczka
Link Komentarze (2) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Tagi