Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 13 lutego 2013

   Wlosz.czy.zna

Było lato roku … no może lepiej nie przyznawać się ile to już upłynęło lat, w każdym bądź razie było lato, przebojem sezonu była piosenka Maryli Rodowicz „Wsiąść do pociągu byle jakiego” (można jej posłuchać tu http://www.youtube.com/watch?v=zslI3XAo6eo ).

Moi Rodzice przebywali tymczasowo w tym arabskim państwie gdzie produkowaliśmy opisane kilka dni temu wino i upoważnili mnie do odebrania ich nowego mieszkania spółdzielczego i zrobienia im przeprowadzki. Nie było to proste zadanie bo już z samym odbiorem kluczy miałam wielkie problemy, ale jakoś się z nimi uporałam.

Do przeprowadzki wynajęłam firmę, która, teoretycznie rzecz biorąc, miała wszystko spakować - a musicie wiedzieć że w naszym domu były tony książek - znieść wszystko z czwartego pietra, przewieźć i wnieść na drugie piętro, wszystko oczywiście bez windy. Część rzeczy, w samotne sierpniowe wieczory, popakowałam ja, ale nad resztą, a głównie tymi książkami, musiałam jakoś zapanować w czasie przeprowadzki i przyznam się szczerze, że miałam wielka tremę. Nie o to, że coś ukradną, bo książki były w większości medyczne (biblioteka mojego Taty) i beletrystyczne (biblioteka domowa), ale o to, że będę miała w domu kręcących się jakiś obcych facetów i że tego nie ogarnę. Zaprosiłam sobie do pomocy jakieś moje przyjaciółki, ale potrzebna mi była obecność zaufanego mężczyzny. Tak więc poprosiłam mojego przyjaciela żeby przyszedł i po prostu był!

I tak o ustalonej godzinie zjawił się Jacek z ... Włochem i butelką wina. Wściekłam się, bo to nie miała być impreza z wiankiem i jakimś obcokrajowcem, ale przeprowadzka. Nie miałam wielkiego wyboru, wpuściłam ich do domu i w oczekiwaniu na firmę przeprowadzkową, która oczywiście była spóźniona, siedzieliśmy i gadaliśmy, trochę po angielsku, trochę Jacek tłumaczył na włoski. Ja byłam bardzo zdenerwowana sytuacją, wiec nie bardzo zwracałam uwagę na Włocha, ale podobno on był wpatrzony we mnie jak w obraz. 

Przeprowadzka oczywiście przeciągnęła się do późna w nocy i pod koniec, żeby przyśpieszyć ją, zabrali się za noszenie mebli mój przyjaciel i Włoch. W pewnym momencie Sandro (właśnie ten Włoch) zjawił się przed drzwiami mieszkania, na drugim piętrze, niosąc na plecach olbrzymi i ciężki fotel, a był to mebel dla którego nie było miejsca w nowym mieszkaniu i miał on być, tymczasowo, wstawiony do ... piwnicy. Nie wiedziałam jak mu to powiedzieć, bo biedak namordował się strasznie, w rezultacie do piwnicy znosili ten fotel we trzech i każdy pan w swoim języku mówił wyrazy, których nie będę tu przytaczała. 

Po zakończeniu przeprowadzki przygotowałam trochę kanapek i urządziliśmy prawdziwą parapetówkę, rozpijając alkohole z barku mojego Taty. Podobno znowu cały czas Sandro nie spuszczał ze mnie wzroku.

Następnego dnia zjawił się znowu, oczywiście w towarzystwie mojego przyjaciela, ot tak żeby zobaczyć co robię i okazało się ze była już godzina trzecia, oni byli po obiedzie u Babci Jacka, wiec dosyć obfitym, a ja jeszcze nic nie jadłam. Sandro natychmiast zaprosił mnie do restauracji na obiad i ... zjadł ze mną drugi obiad - czego się nie robi z milosci!

Po kilku dniach panowie mieli jechać, pożyczonym ode mnie samochodem, na Mazury i do Gdańska no i oczywiście przekonali mnie żebym z nimi pojechała, co też zrobiłam, bo rzeczywiście ta przeprowadzka bardzo mnie zmęczyła. Cala drogę w radiu leciał przebój lata, ta wyżej wspomniana piosenka Maryli Rodowicz, Jacek prowadził samochód, a Sandro flirtował ze mną. Po powrocie do Warszawy, na tych kilka dni urlopu, które mu jeszcze zostały, zamieszkał u mnie. Niestety była to już końcówka jego pobytu w Polsce i zaraz potem Sandro wrócił do Florencji , ale jak tylko przekroczył próg mieszkania rodziców, oświadczył że musi natychmiast wrócić do Warszawy. Teściowa tylko zapytała go czy może przed droga powrotna wziąłby prysznic i coś zjadł. 

Na początku września, równo w dniu moich imienin, przyszedł list z Florencji, w którym Sandro oświadczał mi się! List jak na miłosny był trochę dziwny. Ja nie znałam włoskiego, zaczęłam się go uczyć natychmiast, no ale czasu upłynęło niewiele i Sandro zdawał sobie z tego sprawę, tak wiec napisał list umieszczając obok wszystkich czasowników, w nawiasie, ich formę w bezokoliczniku, żeby mi było łatwiej szukać w słowniku. Również i on zaczął się uczyć polskiego i teraz zna ten język nieźle. 

Ślub wzięliśmy 7 stycznia w roku, w którym cała Polska przekopywała się przez śnieg i 6 stycznia nie bardzo wiadomo było czy w Warszawie wyląduje jakikolwiek samolot. Na szczęście, tylko z parogodzinnym opóźnieniem, Sandro z Rodzicami przyleciał na swój/nasz ślub, w przeddzień którego poznał swoich teściów i oni jego. Na dodatek, na kilka dni przed ślubem zadzwonili z wynajętego na wesele Klubu Lekarza z wiadomością, że pękły kaloryfery i pomieszczenia nie będą ogrzewane, jak również, że jeżeli jako przystawki chcemy trochę wędliny, to musimy sami ją zdobyć! Wesele się jednak odbyło, ogrzewanie zdążyli zreperować, ale i tak wszyscy rozgrzewali się wódeczką i zabawa była na sto dwa.

Było to oczywiste szaleństwo, bo nie znaliśmy się zupełnie. Od tego pamiętnego sierpnia do stycznia widzieliśmy się 3 razy, bo dwa razy on przyleciał do Warszawy na tygodniowe pobyty i raz ja pojechałam do Florencji, bo powiedziałam ze jeżeli nie zobaczę rodziny to nie wezmę ślubu. Tak na prawdę to nie chcieliśmy brać od razu ślubu, tylko pożyć razem i poznać się, ale był to koniec lat siedemdziesiątych i trzeba było mieć paszport, wizę itp., wiec najprostszym sposobem był ślub. 

Zresztą po tygodniowej podróży poślubnej do Zakopanego, mój świeżo upieczony mąż wsiadł w samolot i wrócił do Włoch a ja zostałam w Warszawie bo musiałam najpierw zmienić dowód osobisty (wychodząc za mąż zmienił mi się stan cywilny i częściowo nazwisko), a później wystąpić o paszport, który przyznano mi dopiero w marcu. Wizy nie potrzebowałam bo zaraz po ślubie dostałam obywatelstwo włoskie. W miedzy czasie oczywiście intensywnie uczyłam się włoskiego, a Sandro we Florencji polskiego.

I tak w połowie marca, przy dźwiękach lecącej w dalszym ciągu w radiu piosenki 

„Wsiąść do pociągu byle jakiego
nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet
ściskając w ręku kamyk zielony
patrzeć jak wszystko zostaje w tyle ...”

wyruszyłam z moim mężem w drogę do Florencji i do nowego życia ... miałam oczywiście wielką tremę, ale skoro jest jeszcze moim mężem to chyba oznacza ze ten eksperyment się udał!!!

02:26, kanadyjka82
Link Komentarze (11) »
wtorek, 12 lutego 2013

Zaczynamy dzisiaj cykl wpisów pod hasłem "Jak poznałam/em...". Będziemy w nich wspominać jak poznaliśmy (my sami lub znane nam osoby) zyciowych partnerów, kogoś znanego czy po prostu interesującego. Może i Wy, goście w naszej Altanie, zechcielibyście podzielić się z nami Waszymi wspomnieniami? Przysyłajcie je na nasz adres: pharlap@gazeta.pl, Mogą byc podpisane Waszym imieniem lub nickiem.

 

  Ciotuchna

Jak  zobaczycie, że pisze Ciotuchna, złapiecie sie pewnie za głowę - znów będzie o wojnie, albo sama historia! Nie, nie, nie martwcie sie, będę pisać o tym jak poznałam swoją drugą połowę. A historia będzie, bo w niedzielę 3 lutego minęła właśnie sześćdziesiąta druga rocznica naszego cywilnego ślubu - a to historia!!!

W 1945 roku w zburzonej Warszawie ostał się jeden cały gmach szkolny. Cały, ale bez szyb, bez ścian działowych i wewnątrz zasypany ścinkami skór. Okupanci urządzili w nim jakąś fabrykę. Co z tych skór produkowali nie wiadomo, czy kabury do pistoletów, czy paski do karabinów, czy może paski do spodni, żeby im portki nie opadły jak będą uciekać - nie wiadomo? Grunt, że gmach stał, a był własnością Gimnazjum i Liceum nr.VI im Tadeusza Reytana. Budynek przez nauczycieli i uczniów został doprowadzony do jakiego, takiego ładu, tak że można było zaczynać naukę. Na mieście rozklejono na słupach, gruzach i latarniach kartki tej treści: „Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Reytana, Rakowiecka 23, wznawia zapisy uczniów do klas gimnazjalnych i licealnych".Młodzież pędziła do tej jednej ocalałej szkoły i zapisywała się na listy do klas, że tak powiem, na gębę, bo nikt nie miał żadnych papierów z lat poprzednich. Każdy po prostu mówił do jakiej klasy chce chodzić. Szkoła ruszyła w kwietniu 1945 r., a więc przed końcem wojny.

Szkołę podzielono na dwie części: żeńskie gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej i męskie gimnazjum im. Tadeusza Reytana. Przed wojną nie było w średnich szkołach koedukacji. No i tu koedukacja była wykluczona, na I piętrze były dziewczęta t.z. Żmichoszczanki, a na II piętrze byli chłopcy Reytaniacy. Na schodach na podeście siedział groźny pan woźny i pilnował, szczególnie na przerwach, czy sie nie robi jakaś koedukacja.

Na parterze była duża sala gimnastyczna, ale oczywiście bez żadnych przyrządów do gimnastyki, w której stał w niej zupełnie dobry fortepian. Pan od śpiewu, prof. Wacław Lachman, wielce dla Warszawy zasłużony twórcą chórów, ze słynną Harf na czele, ogłosił w szkole nabór do chóru. Pobiegłam na przesłuchanie i zostałam przyjęta. Chór był czterogłosowy, po jednej stronie fortepianu stali chłopcy śpiewający glosami tenorowymi i basowymi, a po drugiej stronie stały dziewczęta (nie mówiło się wtedy dziewczyny) sopranistki i śpiewające altem. Uczylismy się zasad śpiewu, piosenek, pieśni i...gapiliśmy się na siebie. Po próbie pierwsi do swoich klas szli chłopcy, a po jakimś czasie dziewczęta.

W grupie chłopców był uczeń, którego profesor zapraszał do fortepianu, mówiąc "mistrzu ty będziesz akompaniował, a ja będę dyrygował chórem". Ten chłopak, kiedy wracał znów do choru, ustawiał się na przeciwko mnie i nie spuszczał ze mnie oczu. Było to miłe, ale jednocześnie i krępujące. Gapił sie i gapił, ale nie mieliśmy okazji, żeby zamienić choćby słowo. Po lekcjach każdy wsiadał na swój rower i pedałował do domu. Byliśmy wtedy w IV klasach gimnazjum i mieliśmy po 16 - 17 lat.

Po jakimś czasie, gdy wychodziłam ze szkoły, a nie miałam wtedy roweru, od grupy chłopców stojących przed szkołą oderwał sie ten chłopak, podszedł do mnie, przedstawił sie" jestem Mietek" i spytał czy może mnie odprowadzić. Szliśmy w całkowitym milczeniu, bo żadne  z nas nie umiało rozpocząć rozmowy.

Od tej pory odprowadzał mnie prawie codziennie, no i juz rozmawialiśmy o rożnych sprawach szkolnych i każde z nas opowiedziało trochę o sobie. Okazało sie, że łączy nas wiele przeżyć z czasów okupacji. Ja przeszłam wiezienie Gestapo, a Mietek był w Powstaniu i w dwóch obozach koncentracyjnych. Czyli oboje" uciekliśmy grabarzowi spod łopaty".

Zbliżały sie wakacje, ja jechałam na obóz harcerski, a on do rodziny na wieś. Podał mi adres gdzie będzie w lipcu, a ja obiecałam, że napiszę i podam adres obozu harcerskiego. Napisałam do niego w pierwszych dniach obozu, ale nie dostałam żadnej kartki od niego. Jak sie później okazało moja kartka nie doszła.

We wrześniu spotkaliśmy sie w szkole, ale on mi sie ledwo ukłonił, był obrażony.Po kilku dniach szkoły zachorowałam na szkarlatynę i poszłam do szpitala zakaźnego na 6 tygodni. W tym szpitalu nie było żadnych odwiedzin. Wróciłam do szkoły po dwóch miesiącach. Moj dawny "amant" spotkał mnie na korytarzu szkolnym i przywitał takimi słowy " Żyjesz? A myśmy się nauczyli śpiewać Marsza Żałobnego Chopina, na twój pogrzeb". Teraz to ja sie poczułam dotknięta, obraziłam się i odeszłam bez słowa.

W szkole działało kółko dramatyczne i tam spotykaliśmy sie, ale nie rozmawialiśmy, bo oboje byliśmy obrażeni.To że w poprzednim okresie "mieliśmy się ku sobie" zauważyła duża cześć jego kolegów i moich koleżanek. Wszyscy byli teraz poruszeni naszym rozstaniem, bo twierdzili, że pasujemy do siebie.

Po paru miesiącach wspólnych prób teatralnych, przy wyjściu ze szkoły Mietek podszedł do mnie i spytał czy może mnie odprowadzić. Wszyscy to zauważyli i cicho się nam przyglądali. Od tego wieczoru staliśmy sie nierozłączna parą.

Byliśmy już w II klasie liceum, Mietek oprócz szkoły chodził jeszcze do konserwatorium muzycznego w klasie organów i grał na organach w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdzie również mieszkał. Często, gdy grał na wieczornych nabożeństwach, ja przychodziłam na chór kościelny i słuchałam jak gra. Takie były nasze randki.

Przed maturą dużo dyskutowaliśmy o przyszłości, o wyborze studiów. Ja chciałam iść na psychologie a Mietek marzył o medycynie. Wiedzieliśmy, że przed nami dużo pracy i czasu zanim będziemy mogli założyć rodzinę, o której marzyliśmy oboje. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy czekać na siebie niezależnie od tego co i gdzie będziemy studiować.

Takie przyrzeczenie okazało się konieczne, bo ja zdałam do Wyższej Szkoły Higieny Psychicznej w Warszawie, a Mietek po trudach i wielkich nerwach dostał się na medycynę ale...we Wrocławiu. Tak się rozpoczął korespondencyjny okres naszego narzeczeństwa. Mamy z tego czasu 500 listów moich do niego i jego do mnie.Kiedy Mietek mógł się przenieść na studia do Warszawy, ja wyjechałam na drugi fakultet do Łodzi.

Wspomniany na początku ślub cywilny był zabezpieczeniem dla mnie przed "przydziałem pracy". Kończyłam w Łodzi Pedagogikę Społeczną i władze uznały, że absolwenci tego kierunku będą doskonałymi pracownikami kulturalno-oświatowymi w domach wczasowych.

Ślub z Mietkiem, który studiował i pracował w Warszawie zabezpieczał mnie przed takim przydziałem pracy. No i tak już zostało, na razie 62 lata.

02:07, kanadyjka82
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Jako Niemka przedstawiam dziś niemiecki wiersz niemy. Jadnak tymrazem nie do końca niemy, bo jest dzielem nieniemego autora - z lewej interpretowany, z prawej dosłownie przetłumaczony przez niemego na jeden z niemieckich języków migowych. 

A to wolna interpretacja Googla-przetłumacza:

Jazda w deszczu
Bębnienie na dachu samochodu
(Wiadomości z deszczem?)
ożywia opowieści
na ziemi jak to.
Mieszkańcy śpią.
Tylko koty oczy na drodze,
Billboardy, i żaby poszedł mieszkania.
Dziwny głos w radiu
(wyładowania atmosferyczne),
Wiadomości z Mariboru
W języku moich przodków.

Tagi: języki
07:53, heimchen , Heimchen
Link Komentarze (12) »
niedziela, 10 lutego 2013

     powsinoga

Niespodzianka! - sceny rodzinne państwa rudzików.

Otwórz dzióbek.. 

Dziobek

 No, czekam..

czekam

Przecież już zjadłeś!

Zjadles 

 Poleciała. Jak długo można czekać?

 Poleciała

Tagi: fauna
05:57, pharlap
Link Komentarze (15) »
sobota, 09 lutego 2013

Powsinoga

 

   

    Powsinoga

  

Wrobel

Wrobel

Wróbelek jest mała ptaszyna, 
Wróbelek istota niewielka. 
On brzydką stonogę pochłania, 
Lecz nikt nie popiera wróbelka.

Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek to druh nasz szczery?
Kochajcie wróbelka, dziewczęta.
Kochajcie, do jasnej cholery!

K.I.Gałczyński - Wróbelek.

 

Jedną z zalet altany jest - jak wiadomo - roztaczający się z niej widok na ogród. Dla mnie rolę altany musi pełnić kuchenne okno, jedyne wychodzące na mój malutki ogródek w środku miasta.
W ciepłej porze roku mam przed oczami dużo zieleni i kwiatów. A od późnej jesieni, kiedy wszystko zasycha, do wiosny, kiedy znów robi się kolorowo, z mojej "altany" oglądam ptaki, przylatujące do regularnie wypełnianego karmnika. Oprócz tłumnie obleganej przez wróble rurki z ziarnem wywieszam kostkę z pokarmu zalanego smalcem (tzw. suet) w drucianej klateczce. Ale naprawdę widowiskowa jest rurka i jej bywalcy...

Rurka

Wróbelek istota niewielka, pisał poeta. Tak, ale kiedy wróbelków jest dużo, to naprawdę jest co oglądać. Jestem pewna, że jest i czego słuchać, ale zza podwójnych okien nie słychać, a jeżeli się wyjdzie, to po wróbelkach natychmiast ani śladu.
Przylatują najczęściej całymi stadami, po kilkadziesiąt głodnych dziobów. Rurka ma tylko sześć dziurek z patyczkiem. A więc sześć najszybszych, najsprytniejszych wróbli zajmuje z rozbiegu dostępne miejsca, a reszta... 
Jak widać na załączonym obrazku, większość obsiada krzak bzu i sztachety w płocie, czekając cierpliwie na swoją kolej. Te rozsądne i pokorne sfruwają na ziemię i "zbierają, co Milczkowi z nosa spadło". Natomiast najbardziej energiczne, pełne wyzwolonej głodem agresji, atakują z powietrza swoich pobratymców, którzy dorwali się do żłobu. Atakują całą rozpędzoną masą ciała, a nawet dziobem. Zajmują miejsce wypędzonych i przez chwilkę jedzą, zanim same staną się przedmiotem ataków.
Na ziemi (na śniegu) pod "stołówką" też duży ruch. Często zjawiają się gołębie i synogarlice. Dla wszystkich wystarczy.
Wróble jedzą długo, ale w pewnym momencie - bez widocznej dla mnie przyczyny - następuje błyskawiczne furknięcie i cała kilkudziesięcio"osobowa" hałastra odlatuje jak w popłochu, zawsze w tym samym kierunku. Ale wracają, wracają....

Przylecialy

 

 

Tagi: fauna poezja
00:27, pharlap
Link Komentarze (10) »
piątek, 08 lutego 2013

   Włosz.czy.zna

Z oka mojego balkonu widzę cały rok przepiękna mimozę. Jest to drzewko, które rośnie w ogródku sąsiedniego domu i ze wszystkich stron jest otoczone niewysokimi budynkami, co stwarza mu specyficzne warunki wegetacji. W tym mikroklimacie kwitnie dosyć wcześnie. Na zdjęciu, które zrobiłam kilka dni temu, nie jest jeszcze w pełnym rozkwicie, normalnie dochodzi do niego na początku marca.

Foto: Maria

Za jakieś dwa trzy tygodnie, jeżeli w miedzy czasie nie spadnie śnieg i jej nie zmrozi, będzie miała piękne puszyste żółte kwiatki. Mogąc ją obserwować cały rok zauważyłam, że zaraz po przekwitnięciu owocuje malutkimi strączkami  

i jak tylko one spadną to natychmiast zawiązują się malutkie kuleczki, które dojrzewają przez wiele miesięcy i później są pięknymi kwiatami. Mimoza we Włoszech jest kwiatem, który ofiarowuje się kobietom 8 marca, bo jest ona wtedy w pełnym rozkwicie. 

Pisząc o mimozie zastanawiałam się nad jakimś związkiem mimozy z literatura, na pewno jest tych powiązań wiele, ale niedawno czytałam książkę Elizabeth Adler „Tajemnica Willi Mimoza”, thriller romantyczny, który czyta się wartko i warto ja przeczytać.

A teraz cos słodkiego dopasowanego do tematu.

Tort mimoza

Przede wszystkim potrzebne jest ciasto biszkoptowe, które można zrobić ucierając prawie do białości 6 jajek z 225g cukru i szczyptę soli. Następnie dodajemy 225g maki i wanilie. Wlewamy wszystko do tortownicy, natłuszczonej masłem i posypanej mąką, tak żeby ciasto w czasie pieczenia nie przywarło. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku (180°) przez 25/30 minut. Tak upieczone ciasto odstawiamy żeby ostygło. 

Następnie odkrawamy wieczko, a podstawę drążymy i lekko nasączamy likierem. Ciasto, które uzyskaliśmy z wydrążenia kroimy w drobniutka kostkę i jeszcze trochę kruszymy; posłuży nam do udekorowania tortu. 

Wydrążoną podstawę faszerujemy kremem, który robi się tak: ucieramy 3 żółtka ze 150g cukru, następnie dodajemy 25g maki i zalewamy 250 ml wrzącego mleka, do którego dodaliśmy pół laski wanilii. Wstawiamy wszystko na malutki gaz i ciągle mieszając zagęszczamy. Pod koniec dodajemy mały kawałeczek masła i odstawiamy do ostygnięcia. 

Do schłodzonego kremu dodajemy 200 ml bitej śmietany, delikatnie mieszamy i wypełniamy podstawę tortu. Przykrywamy odciętą górną częścią tortu, cały tort smarujemy 200 ml bitej śmietany i posypujemy rozdrobnionym ciastem biszkoptowym, tym uzyskanym przy drążeniu, tak żeby uzyskać efekt mimozy i delikatnie posypujemy cukrem pudrem. Rezultat powinien być taki jak na załączonym zdjęciu. 


Zamiast likieru można użyć do namoczenia ciasta, syropu ananasowego i do kremu dodać pokrojone w kostkę ananasy. 

Tagi: ciasta flora
01:50, kanadyjka82 , Włoszczyzna
Link Komentarze (8) »
czwartek, 07 lutego 2013

 wpis Heimchen

"Wielka Trójka" - to nie tylko trzy największe przedsiębiorstwa przemysłu samochodowego, stacje telewizyjne lub gwiazdy NBA w Stanach. Branża filmowa w starej Europie też tak określa swoje najważniejsze festiwaly filmowe - w Wenecji, w Cannes i w Berlinie.
Ten ostatni jest chyba najmniej prestiżowym, za to otwarty dla szerokiej publiczności, a bilety sa nawet tańsze niż normalny wtęp do kina. Już na parę dni przed otwarciem na ulicach chodzą ludzie z typowymi sezonowymi torebkami, które w tym roku tak wygladają:
:

Jedna torebka jeszcze nie czyni Berlinale, nie sposób jednak nie zauważyć, że w miejście bywa jeszcze więcej ludzie-cineastów w czarnych, skrzynkowych okularach niż zwykle, i wszędzie rozwieszone plakaty, i długie kolejki przed kasami biletowymi.

Jak na każdym festiwalu filmowym są różne sekcje. Najważniejszy to Konkurs Główny. Tu pokazują same premiery, co powoduje, że reżyserowie mają problem, na którym z tych trzech czołowych festywali pokazać nowy film. Krzysztof Kieślowski ten problem kiedyś rozwiązał, bo był w jednym roku na wszystkich - wWenecji z "niebieską", w Cannes z "czerwoną" i w Berlinie z "bialą" czescią Trylogii. Tzw. "Bärometer" ("Bär" to po niem. "niedzwiedź" czyli nagroda w tym festiwalu) miejskiego magazynu "Tip" przewiduje w tym roku sukces dla Malgorzaty Szumowskiej z filmem " W imię". Nie wiem, czy londyńsscy bukmacherzy to tak samo oceniają? Obok aspektów artystycznych, wydarzenia polityczne i "Zeitgeist" mają pewien wpływ na ranking. Prezydentem Jury w tym roku jest reżyser Wong Kar-Wai.
Filmy z konkursu i tak wcześniej lub później trafiają do kin, więc bardziej się opłaca polować na bilety z bocznych sekcji, mianowicie "Międzynarodowy Forum Młodego Filmu" lub "Panorama" (głównie kino autorskie), chociaż moje trofeum w tym roku pozostawia jeszcze wiele do życzenia:

Moja ulubiona sekcja to "Generation", filmy dla dzieci i młodzieży. Chodzi tam dużo wycieczek szkolnych, czasami jednak uczniom trudno jest skupić się na tajlandskim filmie z koreańskim lektorem i angielskimi napisami.
Oczywiście też corocznie jest retrospektywa (w tym roku "The Weimar Touch. The International Influence of Weimar Cinema after 1933") i Hommage, tym razem poświęcona Claudowi Lanzmannowi.
W czasie Berlinale Berlinczycy i turyści wszędzie mają okazję na przypadkowe spotkania z gwiazdkami, niektórzy ludzi nawet czekają godzinami przy czerwonym dywanie przed wejściem do "Berlinale Palast", jak tutaj na Meryl Streep w zeszlym roku.

Więc kurtynę podnieść czas! Na obrazku jedna z moich ulubionych - w Friedrichstadtpalast. Ale dopiero po rozwiązaniu dzisiejszej zagadki:
Organizatorzy Berlinale kiedyś odmówili jednemu filmowi udział w konkursie. Ten sam film póżniej został zasypane nagrodami, nawet dostał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczy. Otrzymał też nagrodę publiczności na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Może trafił w czuły punkt, bo w Polsce akurat temat tego filmu był bardzo "zeitgeisty". O który film i wydarzenie w Polsce mi chodzi?

 

Tagi: kino
07:17, heimchen , Heimchen
Link Komentarze (21) »
środa, 06 lutego 2013

 

 

Wpis Żony Oburzonej

Tak się składa, że słowo secesja jest związane z dwoma interesującymi mnie obszarami. Od czasu, kiedy w szkole podstawowej wpadła mi w ręce Chata Wuja Toma, w telewizji obejrzałam Przeminęło z Wiatrem, a następnie - skuszona przede wszystkim nazwiskiem idola lat dziecinnych w czołówce - serial Północ-Południe, zainteresowałam się różnymi zagadnieniami związanymi z niewolnictwem i Wojną Secesyjną w Stanach Zjednoczonych. Przymiotnik secesyjna stał się dla mnie zrozumiały, gdy poznałam przyczyny tego konfliktu zbrojnego. Nie będę się wdawać w rozważania na ten temat. Po pierwsze, na pewno świetnie je znacie, a po drugie mądrzejsi ode mnie opisali je choćby tutaj.

Dopiero niedawno natomiast dowiedziałam się, dlaczego to samo słowo określa jeden z ulubionych przeze mnie stylów w sztuce. Prawdę mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nurt ten pojawił się na przełomie XIX i XX wieku. Część artystów zaprotestowała przeciwko skostnieniu akademii, kształcących młodych twórców. Dokonali oni jakby buntu, odłączenia się, stąd w języku polskim, ale również np. w czeskim, wzięła się nazwa secesja. Po francusku mamy jednak Art Nouveau, w Niemczech - Jugendstil, a we Włoszech Stile Floreale. Nurt secesyjny odcinał się od tradycyjnych form w sztuce, artyści zamiast kopiować twórców antycznych, renesansowych i innych, chcieli wymyślić coś nowego. Dla secesji charakterystyczne są faliste linie, motywy roślinne i zwierzęce, ale także abstrakcyjne ornamenty. Zauważalne są w tym stylu wpływy sztuki japońskiej. Artyści chcieli, aby nurt ten był wyraźnie widoczny w wielu różnych dziedzinach: malarstwie, rzeźbie, architekturze, a także wystroju wnętrz. 

http://mw2.google.com/mw-panoramio/photos/medium/55759196.jpg

Powyższe zdjęcie pochodzi z Muzeum Secesji, które znajduje się w Płocku. Jeżeli tylko będziecie w tym mieście, musicie je koniecznie odwiedzić. Zgromadzono tam liczne zbiory: obrazy, meble, przedmioty, pokazano wnętrza mieszkań z przełomu wieków. Podobały mi się zwłaszcza bibeloty, przedmioty codziennego użytku. Szkoda tylko, że jest to bardzo tradycyjne muzeum, w którym znudzone panie chodzą za zwiedzającymi i przyglądają się, na co aktualnie gość muzeum patrzy i czy aby nie trwa to za długo...

Ciekawe secesyjne kamienice pamiętam z Bielska-Białej. Najbardziej efektowna jest chyba ta zwana Kamienicą pod Żabami. Zdobią ją nie tylko śmieszne płazy, ale również żuki umieszczone na elewacji. Kamienic zaprojektowanych w tym stylu w Bielsku-Białej jest dużo więcej. Miasto zwane było małym Wiedniem. Na przełomie XIX i XX wieku miejscowość stanowiła jeden z ważniejszych ośrodków przemysłowych Austro-Węgier, stąd jej dynamiczny rozwój i zabudowa inspirowana architekturą wiedeńską. Jeżeli chcecie obejrzeć więcej zdjęć, polecam tę stronę. Jak już zachwycicie się kamienicami z Bielska-Białej, kliknijcie na nagłówek wirtualne muzeum secesji, a wtedy będziecie mogli zapoznać się z bogatą zawartością strony pokazującej ten styl w wielu miastach Polski i Europy.

Kamienica pod Żabami

Miastem secesji jest też Bruksela, w której niedawno byłam. Znajduje się tam wiele budowli zaprojektowanych przez Victora Hortę, czyli jednego z najważniejszych europejskich architektów tworzących w tym stylu. Niektóre z nich zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Hotel Tassel

Secesja to również Wiedeń, Barcelona i wiele innych miast Europy. W Pradze zachwyciłam się wystawą z pracami Alfonsa Muchy. Czy wiecie, że artysta sławę zawdzięcza Sarze Bernhardt? Aktorka złożyła u niego pilne zamówienie na teatralny plakat. Później już tylko on projektował afisze dla sztuk, w których występowała. Są one uznawane za jedne z najważniejszych secesyjnych dzieł. W tej samej galerii udostępniono czasowo grafiki, których autorem był Salvadore Dali. Mój Mąż się nimi zachwycił... Ja jednak wolałam secesję.

Cztery Pory Roku

A na koniec zdjęcie mojego secesyjnego kubeczka. Pisałam o nim tutaj. Przyznacie, że ma swój urok, prawda?

kubek secesyjny

P.S (od Kanadyjki)

Ponieważ nie wszyscy mają konto na Facebook, na prośbę Kattinki dodaje tu zdjęcia z kolekcji pana Calouste G.w muzeum Gulbenkiana w Lizbonie.

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Tagi: sztuka
00:05, zona.oburzona , Żona Oburzona
Link Komentarze (26) »
wtorek, 05 lutego 2013

     Kattinka

Wszyscy je znamy, wszyscy jadamy, każdy z nas ma swoje ulubione wersje i odmiany: miniaturowe trójkąciki pumpernikla z kostką słodkawego gruyère’a i kawałkiem pomarańczy czy wielkie (i dość, przyznać trzeba, niewygodne w konsumpcji) nasze polskie zapiekanki, z białej bagietki cieniutko pokrojonej, upieczonej na chrupko i posmarowanej fois gras czy wielopiętrowe amerykańskie hamburgery, w które trudno się wgryźć. Kanapki, bo o nich tu oczywiście mowa, możemy zrobić czy zamówić niemal w każdym zakątku świata, od Sydney (prawda, Pharlapie?) po Chicago (Powsinogo? Jakie lubisz najbardziej?). Zabieramy je do pracy i na piknik, jemy w podróży, w szkole podczas przerwy, zamawiamy na lunch. Jemy je na zimno lub zapiekane. Pieczywo nadaje się praktycznie każde: chleb, bagietki, bułki wszelkiego kształtu. Podobnie z wypełnieniem: „wszystko” jest najlepszym wyborem, a od nas zależy, co zestawimy z czym: warzywa, mięsa i sery, ryby wędzone i jajka, pasty i sosy, owoce. 

Ja też je lubię, ale nie tylko ze względu na smak, lecz także na ich… nazwy. I nieraz, gdy wybór jest duży i decyzja trudna, to nazwa decyduje o tym, co ostatecznie zamówię. Bo skąd, na przykład, wzięła się nazwa kanapek „Gatsby”?

Mnie od razu przywiodła na myśl książki F.S. Fitzgeralda. A jednak ślad kulinarny prowadzi do Republiki Południowej Afryki, do Cape Town, gdzie pewien właściciel budki z fish-and-chipsami, który przypisuje sobie ten pomysł (nazywał się Rashaad Pandy) w 1976 roku przypadkiem stworzył kompozycję kanapkową (dość dziwną, to prawda!) z tego, co mu na koniec dnia zostało, żeby nakarmić głodnych robotników. A co mu zostało? Ryba „wyszła” cała, ale miał jeszcze bułki i… frytki. I takie zrobił te kanapki: z frytkami w środku. Inwencja w kwestii odmian Gatsbies jest dziś oczywiście nieograniczona, ale zasada pozostaje: bierzemy małą bagietkę (lub każdą inną podłużną bułkę), nacinamy ją wzdłuż, ale nie do końca, i pakujemy do niej coś z mięs (resztki kurczaka, kiełbasy, grillowanego czy pieczonego mięsa) albo kawałek ryby (pieczonej lub wędzonej), i wszystko okraszamy sporą garścią frytek, a na koniec kroimy taką bułkę na cztery części. W Cape Town do dziś kupuje się tzw. full / half / quarter Gatsbies czyli całość, połówkę lub ćwiartkę. Jednym słowem, możemy śmiało powiedzieć, że Cape Town też miało swojego Wielkiego Gatsby. Wymyślić taki dziwaczny zestaw smaków i – przejść do historii?  


Wiele nazw jest równie ciekawych, zagadkowych, a nieraz zabawnych. Za każdą z nich stoi historia jakiegoś pomysłowego kucharza, właściciela baru czy kawiarni, a czasem ktoś znany, kto miał swoją ulubioną kanapkę. „Welsh rarebit”, Francesinha, Monte Cristo, Strammer Max, Reuben, Rachel. Albo… “Elvis”. Tak, była to ulubiona kanapka Elvisa Presleya. Stanowi zestaw zaskakujący, ale, kto wie, może wart jest wypróbowania? A zatem spróbujmy:

 

Bierzemy:

- 2 kromki pieczywa tostowego  
- masło orzechowe, 
- 1 banan 
- 1-2 plasterki bekonu 

Kromki chleba tostujemy, smarujemy masłem orzechowym, na wierzchu układamy plasterki banana (można też rozgnieść banana widelcem), na to kawałek przypieczonego bekonu. Niektórzy dodają miodu lub galaretki z winogron (grape jelly), inni smażą to wszystko na patelni.

Przepis na tę kanapkę pojawia się w wielu książkach kucharskich i czasopismach. Znawcy biografii Elvisa są zgodni co do zestawienia masła orzechowego z bananami, spierają się natomiast co do bekonu. Ale w książce poświęconej Elvisowi i jego matce, Gladys Presley, czytamy, że jednak bekon był oraz musiał być usmażony na chrupko. Ale są też domysły, że plasterki banana lepiej smakowały skarmelizowane (opieczone w cukrze na patelni?), a całość podana na kromkach chleba… hawajskiego (?), który mama Presleyowa opiekała na tłuszczyku po smażeniu bekonu.   

Zanim zaczęto je nazywać „sandwichami”, były to po prostu „kromki chleba z mięsem” albo “bułki z serem”. Zanim – to znaczy, dopóki na scenie kulinarnej nie pojawił się lord Sandwich (John Montagu, 4th Earl of Sandwich). Ale o tym opowiemy w następnym odcinku. 

02:22, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 04 lutego 2013

   Wpis Kattinki 

Kilka dni temu moja przyjaciółka przysłała mi tak zatytułowany mail: Projekt Poetycki. Był tam podany link do strony: http://thepoetryproject.ie/

Projekt okazał się pomysłem irlandzkim, realizowanym pod auspicjami tamtejszego Ministerstwa Kultury i Unii Europejskiej. Od dzisiejszego poniedziałku i ja również mogę zacząć poranny przegląd poczty mailowej od lektury wiersza jednego ze współczesnych poetów irlandzkich, zestawionego z warstwą wizualną w postaci autorskiego filmu video jednego z młodych irlandzkich reżyserów.
 
Piękny pomysł, piękna myśl: rozpocząć tydzień dobrze oznacza tutaj rozpocząć go od małego 3-minutowego spotkania ze sztuką. Właśnie tak: spotkania małego i niezobowiązującego. Bo poezja ma w sobie coś z intymnej rozmowy, prowadzonej ściszonym głosem, przez chwilę. Aby poezja - nawet ta najcichsza, pisana intymnym "szeptem" - przetrwała, potrzebni są nie tylko poeci, ale i my - czytelnicy.

Mam nadzieję, że irlandzcy poeci nie będą nam mieli za złe, że postanowiliśmy przenieść ich fantastyczny pomysł na nasz teren. Dobre pomysły mają to do siebie, że inni chętnie je przejmują i przesadzają do swoich ogrodów niczym wiosenne flance. A że do wiosny już niedaleko...

Powtórzmy zatem za Irlandczykami:
A poem for a Monday morning...
What better way to start the week, wherever you are in the world?
Be moved, inspired, enthralled.

Księga ptaków, Katarzyna Krenz

Moje oczy milczą od urodzenia.
W zamian moje palce nauczyły się widzieć.foto: Kattinka

Dziś przeczytały:

Aby napić się wody, zimorodek 
zniża lot nad rzeką lub jeziorem
i uderzając brzuszkiem o
powierzchnię, rozbija płynne
lustro, zmienia je w lotne krople.

Na chwilę woda staje się ptakiem.

Lot zimorodka jest prostolinijny i
szybki, a zawołania ostre: w ciszy
chłodnej wiosny między zmierzchem
a grząską grudą topniejącego śniegu 
słychać przeciągłe "tije".

Na chwilę cisza staje się dzwonkiem.

Czasami głos ptaka przypomina też 
przenikliwy gwizd "tiiith" lub
powtarzalne "tut-tut". Lecz tylko
wtedy, gdy pragnie on nagle ostrzec
swych braci lub ogłosić światu, że
zima w końcu minęła, tut-tut.

Bo wkrótce minie, na pewno minie, tut-tut.

 

Tagi: poezja
02:45, kanadyjka82
Link Komentarze (5) »
Tagi