Rozmowy wśród przyjaciół
czwartek, 07 lutego 2013

 wpis Heimchen

"Wielka Trójka" - to nie tylko trzy największe przedsiębiorstwa przemysłu samochodowego, stacje telewizyjne lub gwiazdy NBA w Stanach. Branża filmowa w starej Europie też tak określa swoje najważniejsze festiwaly filmowe - w Wenecji, w Cannes i w Berlinie.
Ten ostatni jest chyba najmniej prestiżowym, za to otwarty dla szerokiej publiczności, a bilety sa nawet tańsze niż normalny wtęp do kina. Już na parę dni przed otwarciem na ulicach chodzą ludzie z typowymi sezonowymi torebkami, które w tym roku tak wygladają:
:

Jedna torebka jeszcze nie czyni Berlinale, nie sposób jednak nie zauważyć, że w miejście bywa jeszcze więcej ludzie-cineastów w czarnych, skrzynkowych okularach niż zwykle, i wszędzie rozwieszone plakaty, i długie kolejki przed kasami biletowymi.

Jak na każdym festiwalu filmowym są różne sekcje. Najważniejszy to Konkurs Główny. Tu pokazują same premiery, co powoduje, że reżyserowie mają problem, na którym z tych trzech czołowych festywali pokazać nowy film. Krzysztof Kieślowski ten problem kiedyś rozwiązał, bo był w jednym roku na wszystkich - wWenecji z "niebieską", w Cannes z "czerwoną" i w Berlinie z "bialą" czescią Trylogii. Tzw. "Bärometer" ("Bär" to po niem. "niedzwiedź" czyli nagroda w tym festiwalu) miejskiego magazynu "Tip" przewiduje w tym roku sukces dla Malgorzaty Szumowskiej z filmem " W imię". Nie wiem, czy londyńsscy bukmacherzy to tak samo oceniają? Obok aspektów artystycznych, wydarzenia polityczne i "Zeitgeist" mają pewien wpływ na ranking. Prezydentem Jury w tym roku jest reżyser Wong Kar-Wai.
Filmy z konkursu i tak wcześniej lub później trafiają do kin, więc bardziej się opłaca polować na bilety z bocznych sekcji, mianowicie "Międzynarodowy Forum Młodego Filmu" lub "Panorama" (głównie kino autorskie), chociaż moje trofeum w tym roku pozostawia jeszcze wiele do życzenia:

Moja ulubiona sekcja to "Generation", filmy dla dzieci i młodzieży. Chodzi tam dużo wycieczek szkolnych, czasami jednak uczniom trudno jest skupić się na tajlandskim filmie z koreańskim lektorem i angielskimi napisami.
Oczywiście też corocznie jest retrospektywa (w tym roku "The Weimar Touch. The International Influence of Weimar Cinema after 1933") i Hommage, tym razem poświęcona Claudowi Lanzmannowi.
W czasie Berlinale Berlinczycy i turyści wszędzie mają okazję na przypadkowe spotkania z gwiazdkami, niektórzy ludzi nawet czekają godzinami przy czerwonym dywanie przed wejściem do "Berlinale Palast", jak tutaj na Meryl Streep w zeszlym roku.

Więc kurtynę podnieść czas! Na obrazku jedna z moich ulubionych - w Friedrichstadtpalast. Ale dopiero po rozwiązaniu dzisiejszej zagadki:
Organizatorzy Berlinale kiedyś odmówili jednemu filmowi udział w konkursie. Ten sam film póżniej został zasypane nagrodami, nawet dostał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczy. Otrzymał też nagrodę publiczności na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Może trafił w czuły punkt, bo w Polsce akurat temat tego filmu był bardzo "zeitgeisty". O który film i wydarzenie w Polsce mi chodzi?

 

Tagi: kino
07:17, heimchen , Heimchen
Link Komentarze (21) »
środa, 06 lutego 2013

 

 

Wpis Żony Oburzonej

Tak się składa, że słowo secesja jest związane z dwoma interesującymi mnie obszarami. Od czasu, kiedy w szkole podstawowej wpadła mi w ręce Chata Wuja Toma, w telewizji obejrzałam Przeminęło z Wiatrem, a następnie - skuszona przede wszystkim nazwiskiem idola lat dziecinnych w czołówce - serial Północ-Południe, zainteresowałam się różnymi zagadnieniami związanymi z niewolnictwem i Wojną Secesyjną w Stanach Zjednoczonych. Przymiotnik secesyjna stał się dla mnie zrozumiały, gdy poznałam przyczyny tego konfliktu zbrojnego. Nie będę się wdawać w rozważania na ten temat. Po pierwsze, na pewno świetnie je znacie, a po drugie mądrzejsi ode mnie opisali je choćby tutaj.

Dopiero niedawno natomiast dowiedziałam się, dlaczego to samo słowo określa jeden z ulubionych przeze mnie stylów w sztuce. Prawdę mówiąc, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Nurt ten pojawił się na przełomie XIX i XX wieku. Część artystów zaprotestowała przeciwko skostnieniu akademii, kształcących młodych twórców. Dokonali oni jakby buntu, odłączenia się, stąd w języku polskim, ale również np. w czeskim, wzięła się nazwa secesja. Po francusku mamy jednak Art Nouveau, w Niemczech - Jugendstil, a we Włoszech Stile Floreale. Nurt secesyjny odcinał się od tradycyjnych form w sztuce, artyści zamiast kopiować twórców antycznych, renesansowych i innych, chcieli wymyślić coś nowego. Dla secesji charakterystyczne są faliste linie, motywy roślinne i zwierzęce, ale także abstrakcyjne ornamenty. Zauważalne są w tym stylu wpływy sztuki japońskiej. Artyści chcieli, aby nurt ten był wyraźnie widoczny w wielu różnych dziedzinach: malarstwie, rzeźbie, architekturze, a także wystroju wnętrz. 

http://mw2.google.com/mw-panoramio/photos/medium/55759196.jpg

Powyższe zdjęcie pochodzi z Muzeum Secesji, które znajduje się w Płocku. Jeżeli tylko będziecie w tym mieście, musicie je koniecznie odwiedzić. Zgromadzono tam liczne zbiory: obrazy, meble, przedmioty, pokazano wnętrza mieszkań z przełomu wieków. Podobały mi się zwłaszcza bibeloty, przedmioty codziennego użytku. Szkoda tylko, że jest to bardzo tradycyjne muzeum, w którym znudzone panie chodzą za zwiedzającymi i przyglądają się, na co aktualnie gość muzeum patrzy i czy aby nie trwa to za długo...

Ciekawe secesyjne kamienice pamiętam z Bielska-Białej. Najbardziej efektowna jest chyba ta zwana Kamienicą pod Żabami. Zdobią ją nie tylko śmieszne płazy, ale również żuki umieszczone na elewacji. Kamienic zaprojektowanych w tym stylu w Bielsku-Białej jest dużo więcej. Miasto zwane było małym Wiedniem. Na przełomie XIX i XX wieku miejscowość stanowiła jeden z ważniejszych ośrodków przemysłowych Austro-Węgier, stąd jej dynamiczny rozwój i zabudowa inspirowana architekturą wiedeńską. Jeżeli chcecie obejrzeć więcej zdjęć, polecam tę stronę. Jak już zachwycicie się kamienicami z Bielska-Białej, kliknijcie na nagłówek wirtualne muzeum secesji, a wtedy będziecie mogli zapoznać się z bogatą zawartością strony pokazującej ten styl w wielu miastach Polski i Europy.

Kamienica pod Żabami

Miastem secesji jest też Bruksela, w której niedawno byłam. Znajduje się tam wiele budowli zaprojektowanych przez Victora Hortę, czyli jednego z najważniejszych europejskich architektów tworzących w tym stylu. Niektóre z nich zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Hotel Tassel

Secesja to również Wiedeń, Barcelona i wiele innych miast Europy. W Pradze zachwyciłam się wystawą z pracami Alfonsa Muchy. Czy wiecie, że artysta sławę zawdzięcza Sarze Bernhardt? Aktorka złożyła u niego pilne zamówienie na teatralny plakat. Później już tylko on projektował afisze dla sztuk, w których występowała. Są one uznawane za jedne z najważniejszych secesyjnych dzieł. W tej samej galerii udostępniono czasowo grafiki, których autorem był Salvadore Dali. Mój Mąż się nimi zachwycił... Ja jednak wolałam secesję.

Cztery Pory Roku

A na koniec zdjęcie mojego secesyjnego kubeczka. Pisałam o nim tutaj. Przyznacie, że ma swój urok, prawda?

kubek secesyjny

P.S (od Kanadyjki)

Ponieważ nie wszyscy mają konto na Facebook, na prośbę Kattinki dodaje tu zdjęcia z kolekcji pana Calouste G.w muzeum Gulbenkiana w Lizbonie.

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Lalique at Calouste Gulbenkian Museum

Tagi: sztuka
00:05, zona.oburzona , Żona Oburzona
Link Komentarze (26) »
wtorek, 05 lutego 2013

     Kattinka

Wszyscy je znamy, wszyscy jadamy, każdy z nas ma swoje ulubione wersje i odmiany: miniaturowe trójkąciki pumpernikla z kostką słodkawego gruyère’a i kawałkiem pomarańczy czy wielkie (i dość, przyznać trzeba, niewygodne w konsumpcji) nasze polskie zapiekanki, z białej bagietki cieniutko pokrojonej, upieczonej na chrupko i posmarowanej fois gras czy wielopiętrowe amerykańskie hamburgery, w które trudno się wgryźć. Kanapki, bo o nich tu oczywiście mowa, możemy zrobić czy zamówić niemal w każdym zakątku świata, od Sydney (prawda, Pharlapie?) po Chicago (Powsinogo? Jakie lubisz najbardziej?). Zabieramy je do pracy i na piknik, jemy w podróży, w szkole podczas przerwy, zamawiamy na lunch. Jemy je na zimno lub zapiekane. Pieczywo nadaje się praktycznie każde: chleb, bagietki, bułki wszelkiego kształtu. Podobnie z wypełnieniem: „wszystko” jest najlepszym wyborem, a od nas zależy, co zestawimy z czym: warzywa, mięsa i sery, ryby wędzone i jajka, pasty i sosy, owoce. 

Ja też je lubię, ale nie tylko ze względu na smak, lecz także na ich… nazwy. I nieraz, gdy wybór jest duży i decyzja trudna, to nazwa decyduje o tym, co ostatecznie zamówię. Bo skąd, na przykład, wzięła się nazwa kanapek „Gatsby”?

Mnie od razu przywiodła na myśl książki F.S. Fitzgeralda. A jednak ślad kulinarny prowadzi do Republiki Południowej Afryki, do Cape Town, gdzie pewien właściciel budki z fish-and-chipsami, który przypisuje sobie ten pomysł (nazywał się Rashaad Pandy) w 1976 roku przypadkiem stworzył kompozycję kanapkową (dość dziwną, to prawda!) z tego, co mu na koniec dnia zostało, żeby nakarmić głodnych robotników. A co mu zostało? Ryba „wyszła” cała, ale miał jeszcze bułki i… frytki. I takie zrobił te kanapki: z frytkami w środku. Inwencja w kwestii odmian Gatsbies jest dziś oczywiście nieograniczona, ale zasada pozostaje: bierzemy małą bagietkę (lub każdą inną podłużną bułkę), nacinamy ją wzdłuż, ale nie do końca, i pakujemy do niej coś z mięs (resztki kurczaka, kiełbasy, grillowanego czy pieczonego mięsa) albo kawałek ryby (pieczonej lub wędzonej), i wszystko okraszamy sporą garścią frytek, a na koniec kroimy taką bułkę na cztery części. W Cape Town do dziś kupuje się tzw. full / half / quarter Gatsbies czyli całość, połówkę lub ćwiartkę. Jednym słowem, możemy śmiało powiedzieć, że Cape Town też miało swojego Wielkiego Gatsby. Wymyślić taki dziwaczny zestaw smaków i – przejść do historii?  


Wiele nazw jest równie ciekawych, zagadkowych, a nieraz zabawnych. Za każdą z nich stoi historia jakiegoś pomysłowego kucharza, właściciela baru czy kawiarni, a czasem ktoś znany, kto miał swoją ulubioną kanapkę. „Welsh rarebit”, Francesinha, Monte Cristo, Strammer Max, Reuben, Rachel. Albo… “Elvis”. Tak, była to ulubiona kanapka Elvisa Presleya. Stanowi zestaw zaskakujący, ale, kto wie, może wart jest wypróbowania? A zatem spróbujmy:

 

Bierzemy:

- 2 kromki pieczywa tostowego  
- masło orzechowe, 
- 1 banan 
- 1-2 plasterki bekonu 

Kromki chleba tostujemy, smarujemy masłem orzechowym, na wierzchu układamy plasterki banana (można też rozgnieść banana widelcem), na to kawałek przypieczonego bekonu. Niektórzy dodają miodu lub galaretki z winogron (grape jelly), inni smażą to wszystko na patelni.

Przepis na tę kanapkę pojawia się w wielu książkach kucharskich i czasopismach. Znawcy biografii Elvisa są zgodni co do zestawienia masła orzechowego z bananami, spierają się natomiast co do bekonu. Ale w książce poświęconej Elvisowi i jego matce, Gladys Presley, czytamy, że jednak bekon był oraz musiał być usmażony na chrupko. Ale są też domysły, że plasterki banana lepiej smakowały skarmelizowane (opieczone w cukrze na patelni?), a całość podana na kromkach chleba… hawajskiego (?), który mama Presleyowa opiekała na tłuszczyku po smażeniu bekonu.   

Zanim zaczęto je nazywać „sandwichami”, były to po prostu „kromki chleba z mięsem” albo “bułki z serem”. Zanim – to znaczy, dopóki na scenie kulinarnej nie pojawił się lord Sandwich (John Montagu, 4th Earl of Sandwich). Ale o tym opowiemy w następnym odcinku. 

02:22, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 04 lutego 2013

   Wpis Kattinki 

Kilka dni temu moja przyjaciółka przysłała mi tak zatytułowany mail: Projekt Poetycki. Był tam podany link do strony: http://thepoetryproject.ie/

Projekt okazał się pomysłem irlandzkim, realizowanym pod auspicjami tamtejszego Ministerstwa Kultury i Unii Europejskiej. Od dzisiejszego poniedziałku i ja również mogę zacząć poranny przegląd poczty mailowej od lektury wiersza jednego ze współczesnych poetów irlandzkich, zestawionego z warstwą wizualną w postaci autorskiego filmu video jednego z młodych irlandzkich reżyserów.
 
Piękny pomysł, piękna myśl: rozpocząć tydzień dobrze oznacza tutaj rozpocząć go od małego 3-minutowego spotkania ze sztuką. Właśnie tak: spotkania małego i niezobowiązującego. Bo poezja ma w sobie coś z intymnej rozmowy, prowadzonej ściszonym głosem, przez chwilę. Aby poezja - nawet ta najcichsza, pisana intymnym "szeptem" - przetrwała, potrzebni są nie tylko poeci, ale i my - czytelnicy.

Mam nadzieję, że irlandzcy poeci nie będą nam mieli za złe, że postanowiliśmy przenieść ich fantastyczny pomysł na nasz teren. Dobre pomysły mają to do siebie, że inni chętnie je przejmują i przesadzają do swoich ogrodów niczym wiosenne flance. A że do wiosny już niedaleko...

Powtórzmy zatem za Irlandczykami:
A poem for a Monday morning...
What better way to start the week, wherever you are in the world?
Be moved, inspired, enthralled.

Księga ptaków, Katarzyna Krenz

Moje oczy milczą od urodzenia.
W zamian moje palce nauczyły się widzieć.foto: Kattinka

Dziś przeczytały:

Aby napić się wody, zimorodek 
zniża lot nad rzeką lub jeziorem
i uderzając brzuszkiem o
powierzchnię, rozbija płynne
lustro, zmienia je w lotne krople.

Na chwilę woda staje się ptakiem.

Lot zimorodka jest prostolinijny i
szybki, a zawołania ostre: w ciszy
chłodnej wiosny między zmierzchem
a grząską grudą topniejącego śniegu 
słychać przeciągłe "tije".

Na chwilę cisza staje się dzwonkiem.

Czasami głos ptaka przypomina też 
przenikliwy gwizd "tiiith" lub
powtarzalne "tut-tut". Lecz tylko
wtedy, gdy pragnie on nagle ostrzec
swych braci lub ogłosić światu, że
zima w końcu minęła, tut-tut.

Bo wkrótce minie, na pewno minie, tut-tut.

 

Tagi: poezja
02:45, kanadyjka82
Link Komentarze (5) »
niedziela, 03 lutego 2013

Wpis pharlapa

Tydzień temu, 26 stycznia, obchodziliśmy Australia DayUpamiętnia on lądowanie Pierwszej Floty w obecnym Sydney. Lądowanie nastąpiło 26 stycznia 1788 roku. Przypominam, że "prawidłowe" odkrycie Australii przez kapitana Cooka wydarzyło się 18 lat wcześniej, w 1770 roku, a którego dnia? Polecam TEN wpis, który może pomóc odpowiedzieć na to pytanie.

Pierwsza Flota pod dowództwem kapitana Artura Philipa składała się z 11 statków, na których przywieziono 753 skazanych (548 mężczyzn, 188 kobiet i 17 dzieci) oraz 277 wolnych osób - większość z nich stanowili strażnicy. Podczas podróży, która trwała ponad 8 miesięcy, zmarło 48 osób i urodziło się 28 dzieci. Wydaje mi się, że był to bardzo dobry rezultat, kolejne transporty skazańców nie miały tyle szczęścia. Uwaga: wszystkie liczby są przybliżone, w zlinkowanej stronie wikipedii można znaleźć conajmniej trzy różne zestawienia liczby osób.
Dlaczego rozpoczęto kolonizację od zsyłki więźniów? Kilka lat wcześniej Anglia utraciła 13 kolonii na kontynencie północno-amerykańskim. W Anglii brak było więzień dla szybko rosnącej liczby przestępców, wielu trzymano na statkach na Tamizie. Wysłanie ich tak daleko, że będzie można o nich na zawsze zapomnieć wydawało się być bardzo dobrym rozwiązaniem.

Kapitan Cook przycumował swoje statki w Botany Bay nazwanej tak na cześć botaników - Józefa Banksa i Daniela Solandera (ucznia Linneusza), którzy jak na naukowców przystało, w bardzo krótkim czasie zidentyfikowali ponad 800 gatunków nieznanych dotąd roślin. 
Botany Bay okazała się niezbyt dobra do rozładowanie 11 okretów z dość nietypowym ładunkiem. Kapitan Plilip poszukał stosowniejszej zatoki - znalazł ją wkrótce i nazwał Sydney Cove. Nazwa Sydney była ukłonem w stronę Lorda Sydney pełniącego wówczas obowiązki Home Secretary, odpowiednika ministra spraw wewnętrznych. Dwie nazwy - Zatoka Botaników i Zatoczka Sydney - oto różnica między naukowcem a politykiem. Przypomina mi to promieniownie X nazywane w Polsce, niezgodnie z życzeniem odkrywcy, promieniowaniem Roentgena.
Pierwsza rzecz, jaką zrobił kapitan Philip to wbicie brytyjskiej flagi i deklaracja przynależności nowej kolonii do imperium brytyjskiego. Odbyło się to rankiem 26 stycznia 1788 roku i tę właśnie datę celebrujemy. Nieoficjane celebracje rozpoczęły się w 1808 roku, oficjalne w roku 1818, ale dopiero w 1935 roku datę tę uznały wszystkie stany Australii.  

A co na to wszystko Aborygeni? 

Dzień Inwazji - Invasion Day - tak określają datę 26 stycznia niektóre środowiska aborygeńskie.

Wiemy, że przyjęli oni niezbyt przyjaźnie statki kapitana Cooka. Z flotą kapitana Philipa było zapewne podobnie, ale nie zanotowano żadnych istotnych incydentów. 
Po pierwsze  wszelkie ceremonie Brytyjczyków nie miały dla Aborygenów żadnego znaczenia. Po drugie nie zdawali sobie na pewno sprawy, że oto zaczęła się okupacja ich ziemi.

Kapitan Philip pamiętał o istotnym punkcie instrukcji kolonizacji nowego terytorium - szukać porozumienia w tubylcami. Aby to wykonać.. kazał swoim żołnierzom porwać przywódcę miejscowego plemienia - Bennelonga. Bennelong dobrze zaasymilował się w angielskim środowisku, zaprzyjaźnił się z kapitanem Philipem, nawet dokonali ceremonii wymiany imion. Bennelog otrzymał imię - Gubernator, a kapitam Philip  imię Bennelonga - Woollarawarre. Wikipedia podaje, że Bennelong zapoznał Brytyjczyków ze zwyczajami swojego plemienia. Ale czy Brytyjczycy wyjaśnili mu, co oznacza wzięcie wschodniego wybrzeża pod panowanie brytyjskie? Wątpię. 
Po kilku miesiącach Bennelong uciekł. Jego następne spotkanie z kapitanem Philipem nastąpiło w buszu i kapitam Philip został zraniony dzidą. Ciekawostką jest, że ten incydent nie spotkał się z odwetem. Być może kapitan Philip uznał, ze jest to sprawiedliwa odpłata (payback) za porwanie Bennelonga?

Jak dotąd wygląda to na sielankę. Sytuacja zmieniła się gdy do Australi zaczęli przybywać wolni osadnicy, którzy dostawali w wieczystą dzierżawę "królewskie" grunty. Wtedy zaczęły się walki o ziemię, w których Aborygeni nie mieli żadnych szans.

Nie będę wplątywał się w niemożliwy do rozwikłania węzeł australijsko-aborygeńskich zależności i niesprawiedliwości. Faktem jest, że przeniesienie na nowy, praktycznie niezależny od Anglii grunt zaowocowało stworzeniem całkiem nowego społeczeństwa. Australijczycy odrzucili podziały klasowe, wyrobili w sobie instynkt niezależności i współpracy. Trzeba przyznać, że pomogło im w tym brytyjskie poczucie sprawiedliwości. Skazańcy, po odbyciu wyroku, dostawali "ticket of leave" , stawali się wolnymi ludźmi. Ich przeszłość była zapomniana i nie przeszkadzała im w robieniu kariery w nowej ojczyźnie.

Pora wrócić do rzeczywistości - do Dnia Australii, który obchodziliśmy 8 dni temu. Po pierwsze, święto w sobotę (lub niedzielę) to nie święto (wyjątkiem jest Wielkanoc). Musi zostać zrekompensowane dniem wolnym od pracy. W tym przypadku był to poniedziałek - 28 stycznia. Po drugie, w oficjalnych uroczystościach uczestniczą głównie nowi migranci. Dwa lata temu zajrzałem na uroczystości w centrum Melbourne - Hindusi, Filipińczycy, nawet Falun Gong...

 

Nie zauważyłem wielu Australijczyków ani ustabilizowanych grup migrantów - Włochów, Greków. Nie słyszałem też, aby Polonia australijska organizowała jakieś obchody.
Po trzecie - istotnym elementem obchodów jest wybór Australijczyka Roku. W tym roku tytuł zdobyła Ita Buttrose - redaktorka pism kobiecych.

VB

 

 

Po czwarte i najważniejsze -  jak przebiegają nieformalne celebracje? Przy barbeque - lamb chops (kotlety jagnięce) i piwo. A dla rozruszania się - krykiet.

Lamb chops.. jeśli na barbeque, to mój przepis jest prosty - nie marynować, nie cudować - rzucić mięso na płytę lub grill. Ale to jednak musi być australijska owca. 

 

Źródło zdjęcia - Dan Murphy page

Tagi: Australia
04:19, pharlap , Pharlap
Link Komentarze (8) »
sobota, 02 lutego 2013

    Wpis Wlosz.czy.zny

Ponad 30 lat temu, jak byłam razem z moim Ojcem w pewnym arabskim państwie, gdzie nie sprzedawali żadnego typu alkogasior do winaholu, mój tatuś postanowił wyprodukować wino. Przepis był szalenie prosty, ale z realizacją było trochę problemów.  Otóż wino zostało wyprodukowane z kupionego w miejscowym sklepie soku z winogron. Żeby jednak wino fermentowało potrzebne są skórki z tychże winogron, a sok był czysty, wiec dosypaliśmy specjalnie przywiezione z Polski drożdże, już nie pamiętam czy były one do robienia wina, czy takie normalne do pieczenia, ale chyba jakieś specjalne, bo normalne można przecież było kupować w miejscowym sklepie, a ja pamiętam ze je wiozłam z Warszawy dokładnie schowane w bagażu.

W normalnych warunkach i w Polsce wino nastawia się w szklanym gąsiorze zatkanym korkiem ze specjalną rurką odprowadzającą nadmiar gazu. Oczywiście ani o gąsiorze ani o rurce nie było mowy, ale od czego pomysłowość. Ponieważ byliśmy w towarzystwie lekarskim, rurkę zastąpił kit do transfuzji, a gąsior - plastikowy kanister. Pamiętam, że w mieszkaniu mieliśmy balkony na trzy strony świata i od rana do wieczora przestawialiśmy ten kanister, tak żeby stał zawsze na słońcu w ciepełku ? to był marzec i jeszcze nie było upałów. O jakim smaku wyszło wino tego zupełnie nie pamiętam, albo po prostu nie doczekałam końca ?produkcji? i wróciłam do kraju.

Jak się robi prawdziwe wino można sobie poczytać obszernie w sieci a ciocia Wiki informuje nas ze: ?Enologia (z gr.: oínos = wino + lógos = nauka) ? dział nauki zajmujący się kwestiami związanymi z produkcją wina; inaczej ojnologia lub winoznawstwo.
Obejmuje m.in. uprawę winorośli, sposoby określania składu poszczególnych gatunków wina, produkcję, sposoby przechowywania, zasady degustacji. W niektórych krajach (np. we Francji i we Włoszech) enologia jest przedmiotem studiów na uczelniach.?

Ja tu opowiem legendę związaną z winem Est!Est!!Est!!! z Montefiascone w okolicach Viterbo. W roku 1111 Henryk V jechał z Niemiec do Rzymu by zostać ukoronowany na cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego. W jego licznej świcie był także biskup Iohann De Fugger, którego w legendzie dla uproszczenia nazywano najpierw Deuc a następnie Defuk. Biskup był prawdopodobnie bardziej zainteresowany ziemskimi rozkoszami niż życiem niebieskim. Uwielbiał dobre wina i w tym celu wysyłał do przodu swojego sługę Martina by w napotkanych po drodze tawernach i piwnicach próbował i sygnalizował dobre wina. W jaki sposób? Bardzo prosto, wystarczyło napisać na drzwiach miejsca Est, po łacinie, co oznaczało, że tu jest dobre wino. Jeżeli wino było naprawdę super, Martino pisał Est Est. W Montefiascone podano mu dobre świeże białe wino i napisał na drzwiach Est! Est!! Est!!! dla podkreślenia wyjątkowości wina. Nazwa ta jest do dziś używana w tej wytwórni win. Nie wiadomo czy naprawdę historia tak się potoczyła, pewne jest jednak, że biskup, zakończywszy swoją misję w Rzymie, po koronacji cesarza Henryka V, wrócił do Montefiascone, zamieszkał w pięknym pałacu i pil aż do śmierci. Złośliwi mówią, że zapił się dobrym winem. Spoczywa w kościele San Flaviano i co roku, w sierpniu, na jego cześć, jest organizowany festyn z orszakiem w kostiumach z epoki. W ten sposób obywatele z Montefiascone dziękują swojemu najstarszemu sponsorowi wina.

Montefiascone

Tagi: wino
03:31, kanadyjka82 , Włoszczyzna
Link Komentarze (12) »
czwartek, 31 stycznia 2013

Witamy ponownie Wierne Kury ze Starej Grzędy i wszystkich Ciekawych Świata Qrzan, którzy w ciągu ostatnich dwóch lat odbyli z nami niejedną wędrówkę od Berlina, Florencji i Warszawy, przez Wrocław, Ottawę i Lizbonę po Chicago i Melbourne.
Na początek proponujemy zmianę miejsca: przenieśmy się z salonu literackiego do... altany, gdzie niezależnie od pory roku (no, może poza mroźną zimą) spotykają się przyjaciele, rodzina, znajomi, przypadkowi goście, którzy zawitali do nas z bliska i z daleka. Wspominają stare czasy, dzielą się wrażeniami z niedawno odbytej podróży, namawiają do spróbowania ostatnio odkrytego przepisu. A czasami milkną i w zadumie popijają wino czy kawę i pogryzają ciasteczka. To dobra sceneria dla naszych myśli i rozmów. Zapach kawy już unosi się w powietrzu, a zatem siądźmy przy wspólnym stole i posłuchajmy, poczytajmy, porozmawiajmy...

 

W naszym gronie redakcyjnym nadal są, działają i piszą dla Was, tak jak poprzednio:

 

Kanadyjka z Ottawy, czyli Małgorzata. Wielka miłośniczka psów, ogrodów i... makowców domowej (własnej) roboty. Właścicielka (z wyboru) tego bloga, bo zgodziła się nadzorować stronę techniczną zarządzania nim (jakieś CSS, HTML, tagi, i inne tego typu tajemnicze sprawy!). Dzięki niej poznamy lepiej przyrodę, tradycje i, miejmy nadzieję, także kulinaria odległej Kanady.

 

Pharlap z Melbourne to erudyta, humanista, nasza prywatna "kopalnia" (excusez-moi ce mot, Pharlapie) wiedzy o świecie i Naturze, historii cywilizacji, muzyki i medycyny. Poza tym, świetny narciarz, zamiłowany rowerzysta, dziadek swoich wnuków, a jakby tego było mało - jaki kucharz! 

 

 

 

 

Żona Oburzona z Wrocławia, pracuje (za dużo!) w korporacji, co zabiera jej cenny czas, który (gdyby mogła) przeznaczyłaby na czytanie książek. Jeśli chcecie wiedzieć, co w księgarniach piszczy i co się obecnie czyta - czytajcie teksty Żony Oburzonej! Żona ma też złote ręce, kto tego nie wie lub nie pamięta, niech poczeka cierpliwie, a sam się przekona.  

 

Ciotuchna, nasza ulubiona Seniorka i "talizman" z czasów Qrzańskich, która dzięki doskonałej pamięci pięknie łączy przeszłość z czasem teraźniejszym. Jest warszawianką nie tylko z urodzenia, ale i głębokiego przywiązania, jakim darzy to miasto, w którym przeżyła czasy okrutne (okupacji), ale i chwile piękne, kiedy to jako młoda studentka psychologii chodziła ulicami, rozmarzona może nie tyle widokiem odbudowującej się stolicy, ile zakochana w pewnym studencie medycyny, który potem zoperował i uratował niejedno dziecko w szpitalach w Konstancinie, Francji i Libii.

 

Włosz.czy.zna tak naprawdę ma na imię Maria i mieszka we Florencji, dzięki czemu zna to miasto od podszewki, i chętnie dzieli się z nami swoją wiedzą. Tradycje i kuchnia florencka to jej specialité de la maison!

 

 

 

Heimchen, mieszka w Berlinie i jest podobno zamiłowaną śpiewaczką (?) i równie zamiłowaną domatorką. Nie wiemy, skąd tak świetnie zna język polski (może kiedyś nam to wyzna?). Jej zagadki, którymi zwykle zaczyna lub kończy swoje teksty, są jak "Enigma" - wielopiętrowe, skomplikowane i niezwykle trudne do złamania. PS. Może Pharlap przypomniałby nam, co z tą Enigmą?

 

Kattinka mieszka tu i tam, to znaczy w Gdańsku i w Portugalii, co czasem skutkuje podejrzanymi zanikami pamięci na tematy podstawowe ("Gdzie się znowu podziała moja szczotka do zębów"!?). Jeśli chodzi o sprawy zawodowe, określenie "robi w książkach"najlepiej oddaje to, czym zajmuje się na co dzień: pisze (wiersze i powieści), a w międzyczasie redaguje i/lub tłumaczy to, co napisali inni.

 

 

 

Juliczka mieszka w Gdańsku i jak przystało na osobę nieśmiałą, odzywa się z rzadka i cichutko, ale za to - jakże celnie. Mamy nadzieję, że chętnie zrezygnuje z tytułu Wiernej Czytelniczki na rzecz równie cennej pozycji "Naszej Stałej Autorki".

 

 

 

 

Powsinoga mieszka w Chicago i możemy się tylko domyślać, że nie bez kozery przyjęła taki pseudonim, skoro wiatry życia zagnały ją aż tak daleko. Lubi wędrować (z aparatem fotograficznym!) i lubi pisać o swoich wędrówkach - a dla nas to układ doskonały. Podobno nie lubiła gotować, ale jako pierwsza na ochotnika wypróbowała podany na Qrze przez Kattinkę przepis na szybką kartoflankę (chwaliła!). Podaje to w wątpliwość jej wcześniejsze anty-kuchenne deklaracje.

 

Zgodziliśmy się kiedyś - i nadal w tej kwestii się zgadzamy - że codzienna lektura Kury, a potem Qry miała w sobie coś z nastroju porannej gazety. To był taki nasz "Times". Albo "New Yorker". Bo przyznajcie sami: czy to w burzliwy poniedziałek czy w leniwą sobotę dobrze jest zacząć dzień od kilku inspirujących słów i obrazów, które mogą stać się impulsem do dalszych  rozmyślań, wymiany poglądów, wyboru filmu, książki czy... potrawy na dzisiejszą kolację. Mamy nadzieję, że będzie tak również w naszej Altanie. I że otwartość formuły zachęci Was do czynnego udziału w naszych "rozmowach przy kawie".

 

Piszcie do nas i dla nas, zapraszamy! Komentarze wpisujemy, oczywiście, bezpośrednio na blogu, natomiast dłuższe listy, wypowiedzi i opowieści, jak również przepisy kulinarne, recenzje filmów i książek oraz ciekawe fotografie prosimy kierować do naszego Sekretarza Pharlapa na adrese-mail: pharlap@gazeta.pl.

02:53, kanadyjka82
Link Komentarze (3) »
1 ... 41 , 42
 
Tagi