Rozmowy wśród przyjaciół
sobota, 16 lutego 2013

 

 

Wstęp

Niedawno dyskusja w komentarzach zaowocowała świetnym w swej prostocie pomyśle na wpis: pochwalmy się swoimi kubkami. Takie naczynie może być przecież pamiątką, uroczym bibelotem, częścią prawdziwej kolekcji, po prostu praktycznym przedmiotem, a może już tylko wspomnieniem?

Czy ktoś jeszcze pije herbatę ze szklanki? Czy filiżanka jest w ogóle praktyczna? Czy rzeczywiście każdy ma swoje ulubione naczynie do kawy lub herbaty? Przekonajmy się...

 

 heimchen

Oto mój kubek - prezent koleżanki-rosjanki (cпасибо, Елена Валерьевна из Воронежа!). Na tylnej stronie jest jeszcze lis i kwitnąca wiśnia. Trochę jak w rosyjskiej bajce. Pewnie w tym domku na piecu leży młody, leniwy, głupi Iwan i czeka na swoją księżniczkę. Zawsze marzyłam o takim piecu i "obłomowskim" trybie życia. No cóź, przez ten kubek mam trochę bajki i Obłomowa na biurku. W kubku tym razem herbata z szałwii z miodem, bo jestem strasznie przeziębiona. Sąsiad-Włoch dba o krzew nawet zimą, bo dla niego szałwia jest tak istotna, jak dla nas pietruszka. 

 



 
Żona Oburzona

 

Mój ulubiony kubek pokazałam tutaj. Ale mam ich tyle, że mam co pokazać w dzisiejszym wpisie.

Abym uznała kubek za ważny (co oznacza między innymi duży żal, gdy kubkowi coś się stanie), musi on spełniać przynajmniej 2 z podanych niżej warunków:

  • jest ładny
  • dostałam go od kogoś ważnego
  • ma duże i wygodne uszko
  • jest zabawny
  • oryginalny
  • ma duże rozmiary
  • ma motyw zwierzęcy
  • wiąże się z czymś, co lubię

kubki

Na powyższym obrazku możecie zobaczyć różne kubki z mojej szafki, jest to ułamek całego zbioru. Dwa skrajne dostałam w prezencie od mojej przyjaciółki. Ponadto zawsze lubiłam takie niebieskie zdobienie. Pamiętacie może, w którym z wpisów na Kurze Ewa pokazała taką piękną porcelanę? Kubek drugi od lewej reklamuje mój ulubiony klub siatkarski z rodzimej ligi i ma wygodne uszko. Drugi od lewej jest zabawny i ma motyw zwierzątka. Podobnie ten z kocią pupą, otrzymany jako nagroda za zagadkę. A trzeci od lewej znalazłam w szafce u Panny Konwalii i dostałam go w prezencie. Zawsze podobało mi się to hasło: bez Ciebie wszystko jest głupie.

Myślę, że dwa warunki do spełnienia, to w sumie małe wymagania. W związku z tym tych kubków mamy w domu bardzo dużo. Mąż patrzy krzywym okiem na każdy kolejny, który pojawia się w domu... A jednak gdy się przyjrzałam temu zdjęciu stwierdziłam, że jedynie te niebieskie mogą uznać za naprawdę piękne. Pozostałe są raczej zabawne, na pewno mają dla mnie wartość sentymentalną. Ale trudno obiektywnie uznać kubek ZAKSY za ładny... Właściwie jedynie secesyjny kubek jest piękny. Czasami w sklepie spotykam coś, co mnie urzeka. Od dawna wzdycham do kolekcji naczyń z reprodukcjami Muchy czy Klimta. Ale przez to, że tyle tych kubków mam w domu, żal wydawać te kilkadziesiąt złoty...

Przy okazji podzielę się z Wami pewnym sposobem na likwidowanie przebarwień od kawy lub herbaty wewnątrz kubków czy filiżanek. Wsypujemy do nich proszek do pieczenia lub sodę oczyszczoną, zalewamy wrzątkiem i odstawiamy. Po kilku godzinach wystarczy je dobrze wypłukać.

  pharlap

Zima to dla mnie niebezpieczny czas co widać w moich obecnych wpisach. Widać również na kubkach. Ulubionych kubków mam aż cztery. To upominki z wyścigu narciarskiego Rocky Valley Rush rozgrywanego w Australii w połowie sierpnia. Wymiar akurat dla długodystansowca..

 

  Powsinoga

Mój kubek, wybrany z kilku ulubionych, to Niedobry Kot, a w oryginale Bad Cat.

kubek Powsinogi

Należy do serii autorstwa Ursuli Dodge, zatytułowanej (seria, nie Ursula) - jakżeby inaczej - Bad Cat Collection.
Kupiłam go dość dawno na typowym niedzielnym garage sale'u, gdzie stał pośród innych skorup, już właścicielom niepotrzebnych. Musiał zrobić miejsce innym rzeczom, być może kupionym na jakimś garage sale'u. Zwrócił moją uwagę swoją brzydotą i niechętnym wyrazem pyska. Dopiero po obejrzeniu go z drugiej strony zrozumiałam, dlaczego był Niedobry. A wyraz pyska - no cóż, może bolał go brzuch, coś go tam kłuło...
Oglądałam w internecie inne kubki z tej serii, też śmieszne, ale nie miałam ochoty zaczynać kolekcji.
Pomyślałam, że nad jednym Bad Catem zapanuję, ale gdyby ich było więcej... och, nie!
I został samotny. Traktuję go dobrze, ma swoje stałe miejsce, ale nic a nic się nie zmienił. No, trudno. Lubię go takiego, jak jest.

06:23, kanadyjka82
Link Komentarze (16) »
piątek, 15 lutego 2013

Juliczka     Juliczka

Ozdoba

Biegło się z całych sił – no i się dobiegło.
Zbierało cierpliwie – nazbierało się.
Chciało bardzo – kupiło, dostało.
Czy było warto.

Kryształowe patery, zegary, zdrojowe kubki z dzióbkiem do sączenia wód – Krynica jak malowana, porcelanowa Madame Butterfly pod parasolką, analogowe płyty, w tym ulubiona Wiesława Ochmana, zdjęcia, listy, zawiadomienia o ślubach, dziś w podeszłym wieku, krewnych, buty na okazje w pudełkach, zwiewne szale, róża z tafty.
Wyrzucasz mi różowy peniuar, podarowany przez Irenę? – słyszę od Miłośniczki stylu Barbary Cartland.
Dyskutujemy. Tak, rozumie konieczność meblowego przeorganizowania pokoju, dostosowania przestrzeni do aktualnego stanu zdrowia, zapewnienia bezpieczeństwa.
Powinnam jednak uwzględnić potrzebę odbywania podróży sentymentalnych, odbywających się za pomocą pamiątek. Skoro tak, na mamine bibeloty muszę zrobić miejsce u mnie.
Pudełka - inkrustowane, zdobione, z laki, brazylijskie motyle na szpilkach, kilka kompletów niewspółgrających ze sobą obrączek do serwetek, obrusy, figurki, krośnieńskie szkło, fajans z Bolesławca, kolekcja dzbanuszków – jest i Belvedere Dresden, filiżanki, tę przywiozłam z Kaliningradu, tamtą – z Michiany.
„To dla mnie na piezyne jak się bede zamąż wydawała” - oceniam zbiory zaklęciem Maciusia Skowronka przechodzącego obok skrzyni z pierzem.
W przedmiotach widzimy siebie, szukamy w nich zadowolenia z siebie. Otaczamy się rzeczami, wrastamy w nie. Dla wygodniejszego życia, przyjęcia gości, podkreślenia statusu, przez hołdowanie modzie, dla wspomnień. Nie stanowią jednakże naszego największego skarbca, oceniani bywamy za dokonania.
Segregatory, notatki, prace dyplomowe, teczki ważne mniej ważne, zeszyty, filmy, płyty, historia Japonii, Włoch, Gdańska, drewno moje hobby, Kalevala, „A,B,C./najnowsza/Elementarna Szkoła na fortepian, napisał Aleksander Różycki” z przedmową z 1908 roku i stemplem Copyright by Ludomir Różycki i Wanda Bałabuszyńska. Nikt już nie gra.
Pamiętnik, jako potwierdzenie, zostaje...

Pamietnik

03:03, pharlap
Link Komentarze (22) »
czwartek, 14 lutego 2013

Pharlap        pharlap

"Luba istoto.."
- Czy to nie będą może wiersze?
- Nie, nie!
- Tym lepiej. Wiersze to rzecz nienaturalna. Nie ma ani jednego człowieka, który by mówił wierszami z wyjątkiem zakrystiana w drugi dzień Bożego Narodzenia i tych co zachwalają Warrena czernidło do butów... 
"Moje serce ogniście się rozogniło na wspomnienie o tobie, gdyż jesteś ekstrafajn dziewczyna, i chciałbym zeby mi ktoś powiedział, że tak nie jest... Nim ciebie ujrzałem, sądziłem, że wszystkie kobiety są jednakie..."
- Są jednakie - wtrącił ojciec. 
".. a zatem korzystam z przywileju, moja kochana Mary, jak mawiał pewien gentleman w kłopotach tylko w nocy wychodzący z domu - by ci powiedzieć, że chociaż widziałem cię tylko raz, obraz twój jest wyryty w mym sercu wyraźniej i lepszymi kolorami, aniżeli gdyby zrobiono go maszyna fabrykującą w dwie minuty portrety z ramkami i haczykiem do wieszania."
- Boję się czy to już nie trąci poezją - zauważył ojciec z powątpiewaniem.
".. Przyjmij mię, droga Mary, za swego Walentyna."
- Zdaje mi się, iż zakończenie jest za nagłe.
- O nie! Może chciałaby, by było dłuższe, ale na tym własnie polega cały sekret pisania listów.. Ale nie wiem jak podpisać?
- Podpisz nazwiskiem.
- Nie można. Walentyn nigdy nie podpisuje się własnym nazwiskiem.

Zagadka - jak został podpisany ten list? Jak nazywał się jego fikcyjny autor? Jak nazywa się autor tej książki?
odpowiedź: Podpisano - miłość przenika Twego Pickwicka. Odpowiedziała Heimchen. Dla porządku dodam, że autorem listu był Samuel Weller.

....

W 1999 roku Walentynki wypadały w drugą niedzielę lutego. Właśnie w tym dniu odbywa się tradycyjny wyścig naciarski American Vasaloppet. Wynikiem dodania tych dwóch faktów był taki o to medal...

Medal

Do Minneapolis przyleciałem kilka dni wcześniej. Było słonecznie, mroźno i niezbyt wiele śniegu. Dzięki pomocy miejscowego klubu narciarskiego znalazłem kilka parków z dobrymi trasami narciarskimi i starannie przygotowywałem się do wyścigu.

W czwartek wybuchła bomba - wyścig odwołany z powodu braku śniegu!

Rankiem następnego dnia zadzwoniłem do organizatorów. Przywitał mnie znużony głos.. wyścig odwołany z powodu braku śniegu. 
- Zaraz, zaraz, ja tu przyjechałem aż z Australii..
- Bardzo ci współczuję, ale wyścig jest odwołany..
- Ale dlaczego? W Minneapolis jeżdżę codziennie w parkach na całkiem znośnym sniegu...
- U nas też jest sporo śniegu na leśnych ścieżkach, ale w tym wyścigu startuje ponad 4 tysiące osób, to wymaga szerokiej trasy nad rzeką. A tam nie ma śniegu.
- Ale...
- Przepraszam cię, ale to jest OFICJALNE - wyścig jest odwołany!
- Proszę połącz mnie z sekretarzem klubu... - zdążyłem jeszcze wykrzyknąć. Za chwilę usłyszałem w słuchawce głos - Valerie Brown, how can I help you?
Postanowilem całkowicie zmienić front.
- Tu narciarz z Australii...
- Aż z Australii, och jak mi przykro..
- Słuchaj Valerie, oboje zostaliśmy ogromnie skrzywdzeni przez los. Ale możemy jeszcze zrobić coś dobrego. Wiem że nie możecie puścić masowego biegu dla tysięcy osób. Ale słyszałem, że w lesie jest sporo śniegu. Przyjechałem tu z drugiego końca świata specjalnie na ten wyścig. Pozwólcie mi go zrobić indywidualnie.

Nastała chwila milczenia a potem - przyjedź jutro do Mora, zobaczymy co da się zrobić - w głosie Valerie Brown słychać było uśmiech.

Dalarna

W sobotę rano dojechałem do Mora. Tę nazwę zna każdy amator narciarstwa biegowego. Oczywiście nie Mora w stanie Minnesota, ale to w Szwecji, do którego w 1520 roku przybył na nartach, z odległego o 90 km Salen, Gustaw Eriksson Wasa - późniejszy wyzwoliciel Szwecji spod duńskiego panowania i założyciel znanej nam skąd inąd dynastii Wazów. Narciarzom natomiast Waza i Mora kojarzą się z Biegiem Wazów.

Stan Minnesota zamieszkuje wiele osób o skandynawskich korzeniach nic więc dziwnego, że zachowali narciarskie tradycje, nazwali miasteczko Mora i w konsekwencji zorganizowali tu wyścig narciarski nawiązujacy do tego w Szwecji.

Charakter miasta podkreśla czerwony koń, niezwykle popularna maskotka szwedzkiej prowicji Dalarna.
Otoczenie było smutne. Śniegu jak na lekarstwo. Biuro zawodów było najbardziej ponurym miejscem na świecie. Grupa ochotników rozpakowywała przygotowane wcześniej torby startowe. Wkładali do pudełek butelki z soczkiem i batoniki. To się odda do sklepu. Do osobnego pudła wrzucali pamiątkowe medale.
- Co z nimi zrobicie? - zapytałem.
- A cóż można z nimi zrobić? Pójdą na złom.
Za chwilę przybyło dwóch przedstawicieli zarządu i zawieźłi mnie do lasu. Cisza, piękny śnieg. Przejechaliśmy się kawałek na nartach  Wręczyli mi mapę tras, pokazali szałas gdzie będę mógł zostawić prowiant i ubranie.

W budynku klubowym czekala na nas Sekretarz klubu..
- Valerie, czy jak ja jutro wykrecę w lesie ponad 58 kilometrów to dostanę TEN MEDAL?
- Odszukajcie jego torbę startową - zarządziła Valerie.

StartMeta

Zdjęcia powyżej - tuż po starcie i na mecie.

 Punktualnie o 9 rano ruszyłem na trasę. Składala się ona z kilku pętli o długości 4 do 8 km każda. Jeżdziłem po nich naprzemian. Po każdym kółku stawiałem kreskę przy odpowiedniej pętli na mapie. Przed południem pojawili się w lesie amatorzy narciarstwa. Całe rodziny. Było dla nich sporym zaskoczeniem gdy nagle zza zakrętu wyjeżdżał narciarz w pełnym wyścigowym rynsztunku..
- Uciekajcie na bok! - krzyczeli rodzice do dzieci - tu zaraz wyskoczą tysiące narciarzy, stratują was!
- A  mówili, że wyścig odwołany?? - dziwili się niektórzy.

Po dwóch godzinach emocji ta zabawa zaczęła mi się nudzić. Ale cóż robić? Zrobiłem sobie długą przerwę na lunch i kręciłem dalej - w sumie 62 kilometry. Wreszcie przyjechali przedstawiciele klubu i przywieźłi medal moich marzeń.

Złożyłem w sekretariacie klubu dokładne sprawozdanie ze specyfikacją przejechanych odcinków. Po kilku tygodniach otrzymałem dyplom dokumentujący moją walentynkową samotność...

Dyplom

Tagi: Walentynki
05:27, pharlap
Link Komentarze (11) »
środa, 13 lutego 2013

   Wlosz.czy.zna

Było lato roku … no może lepiej nie przyznawać się ile to już upłynęło lat, w każdym bądź razie było lato, przebojem sezonu była piosenka Maryli Rodowicz „Wsiąść do pociągu byle jakiego” (można jej posłuchać tu http://www.youtube.com/watch?v=zslI3XAo6eo ).

Moi Rodzice przebywali tymczasowo w tym arabskim państwie gdzie produkowaliśmy opisane kilka dni temu wino i upoważnili mnie do odebrania ich nowego mieszkania spółdzielczego i zrobienia im przeprowadzki. Nie było to proste zadanie bo już z samym odbiorem kluczy miałam wielkie problemy, ale jakoś się z nimi uporałam.

Do przeprowadzki wynajęłam firmę, która, teoretycznie rzecz biorąc, miała wszystko spakować - a musicie wiedzieć że w naszym domu były tony książek - znieść wszystko z czwartego pietra, przewieźć i wnieść na drugie piętro, wszystko oczywiście bez windy. Część rzeczy, w samotne sierpniowe wieczory, popakowałam ja, ale nad resztą, a głównie tymi książkami, musiałam jakoś zapanować w czasie przeprowadzki i przyznam się szczerze, że miałam wielka tremę. Nie o to, że coś ukradną, bo książki były w większości medyczne (biblioteka mojego Taty) i beletrystyczne (biblioteka domowa), ale o to, że będę miała w domu kręcących się jakiś obcych facetów i że tego nie ogarnę. Zaprosiłam sobie do pomocy jakieś moje przyjaciółki, ale potrzebna mi była obecność zaufanego mężczyzny. Tak więc poprosiłam mojego przyjaciela żeby przyszedł i po prostu był!

I tak o ustalonej godzinie zjawił się Jacek z ... Włochem i butelką wina. Wściekłam się, bo to nie miała być impreza z wiankiem i jakimś obcokrajowcem, ale przeprowadzka. Nie miałam wielkiego wyboru, wpuściłam ich do domu i w oczekiwaniu na firmę przeprowadzkową, która oczywiście była spóźniona, siedzieliśmy i gadaliśmy, trochę po angielsku, trochę Jacek tłumaczył na włoski. Ja byłam bardzo zdenerwowana sytuacją, wiec nie bardzo zwracałam uwagę na Włocha, ale podobno on był wpatrzony we mnie jak w obraz. 

Przeprowadzka oczywiście przeciągnęła się do późna w nocy i pod koniec, żeby przyśpieszyć ją, zabrali się za noszenie mebli mój przyjaciel i Włoch. W pewnym momencie Sandro (właśnie ten Włoch) zjawił się przed drzwiami mieszkania, na drugim piętrze, niosąc na plecach olbrzymi i ciężki fotel, a był to mebel dla którego nie było miejsca w nowym mieszkaniu i miał on być, tymczasowo, wstawiony do ... piwnicy. Nie wiedziałam jak mu to powiedzieć, bo biedak namordował się strasznie, w rezultacie do piwnicy znosili ten fotel we trzech i każdy pan w swoim języku mówił wyrazy, których nie będę tu przytaczała. 

Po zakończeniu przeprowadzki przygotowałam trochę kanapek i urządziliśmy prawdziwą parapetówkę, rozpijając alkohole z barku mojego Taty. Podobno znowu cały czas Sandro nie spuszczał ze mnie wzroku.

Następnego dnia zjawił się znowu, oczywiście w towarzystwie mojego przyjaciela, ot tak żeby zobaczyć co robię i okazało się ze była już godzina trzecia, oni byli po obiedzie u Babci Jacka, wiec dosyć obfitym, a ja jeszcze nic nie jadłam. Sandro natychmiast zaprosił mnie do restauracji na obiad i ... zjadł ze mną drugi obiad - czego się nie robi z milosci!

Po kilku dniach panowie mieli jechać, pożyczonym ode mnie samochodem, na Mazury i do Gdańska no i oczywiście przekonali mnie żebym z nimi pojechała, co też zrobiłam, bo rzeczywiście ta przeprowadzka bardzo mnie zmęczyła. Cala drogę w radiu leciał przebój lata, ta wyżej wspomniana piosenka Maryli Rodowicz, Jacek prowadził samochód, a Sandro flirtował ze mną. Po powrocie do Warszawy, na tych kilka dni urlopu, które mu jeszcze zostały, zamieszkał u mnie. Niestety była to już końcówka jego pobytu w Polsce i zaraz potem Sandro wrócił do Florencji , ale jak tylko przekroczył próg mieszkania rodziców, oświadczył że musi natychmiast wrócić do Warszawy. Teściowa tylko zapytała go czy może przed droga powrotna wziąłby prysznic i coś zjadł. 

Na początku września, równo w dniu moich imienin, przyszedł list z Florencji, w którym Sandro oświadczał mi się! List jak na miłosny był trochę dziwny. Ja nie znałam włoskiego, zaczęłam się go uczyć natychmiast, no ale czasu upłynęło niewiele i Sandro zdawał sobie z tego sprawę, tak wiec napisał list umieszczając obok wszystkich czasowników, w nawiasie, ich formę w bezokoliczniku, żeby mi było łatwiej szukać w słowniku. Również i on zaczął się uczyć polskiego i teraz zna ten język nieźle. 

Ślub wzięliśmy 7 stycznia w roku, w którym cała Polska przekopywała się przez śnieg i 6 stycznia nie bardzo wiadomo było czy w Warszawie wyląduje jakikolwiek samolot. Na szczęście, tylko z parogodzinnym opóźnieniem, Sandro z Rodzicami przyleciał na swój/nasz ślub, w przeddzień którego poznał swoich teściów i oni jego. Na dodatek, na kilka dni przed ślubem zadzwonili z wynajętego na wesele Klubu Lekarza z wiadomością, że pękły kaloryfery i pomieszczenia nie będą ogrzewane, jak również, że jeżeli jako przystawki chcemy trochę wędliny, to musimy sami ją zdobyć! Wesele się jednak odbyło, ogrzewanie zdążyli zreperować, ale i tak wszyscy rozgrzewali się wódeczką i zabawa była na sto dwa.

Było to oczywiste szaleństwo, bo nie znaliśmy się zupełnie. Od tego pamiętnego sierpnia do stycznia widzieliśmy się 3 razy, bo dwa razy on przyleciał do Warszawy na tygodniowe pobyty i raz ja pojechałam do Florencji, bo powiedziałam ze jeżeli nie zobaczę rodziny to nie wezmę ślubu. Tak na prawdę to nie chcieliśmy brać od razu ślubu, tylko pożyć razem i poznać się, ale był to koniec lat siedemdziesiątych i trzeba było mieć paszport, wizę itp., wiec najprostszym sposobem był ślub. 

Zresztą po tygodniowej podróży poślubnej do Zakopanego, mój świeżo upieczony mąż wsiadł w samolot i wrócił do Włoch a ja zostałam w Warszawie bo musiałam najpierw zmienić dowód osobisty (wychodząc za mąż zmienił mi się stan cywilny i częściowo nazwisko), a później wystąpić o paszport, który przyznano mi dopiero w marcu. Wizy nie potrzebowałam bo zaraz po ślubie dostałam obywatelstwo włoskie. W miedzy czasie oczywiście intensywnie uczyłam się włoskiego, a Sandro we Florencji polskiego.

I tak w połowie marca, przy dźwiękach lecącej w dalszym ciągu w radiu piosenki 

„Wsiąść do pociągu byle jakiego
nie dbać o bagaż, nie dbać o bilet
ściskając w ręku kamyk zielony
patrzeć jak wszystko zostaje w tyle ...”

wyruszyłam z moim mężem w drogę do Florencji i do nowego życia ... miałam oczywiście wielką tremę, ale skoro jest jeszcze moim mężem to chyba oznacza ze ten eksperyment się udał!!!

02:26, kanadyjka82
Link Komentarze (11) »
wtorek, 12 lutego 2013

Zaczynamy dzisiaj cykl wpisów pod hasłem "Jak poznałam/em...". Będziemy w nich wspominać jak poznaliśmy (my sami lub znane nam osoby) zyciowych partnerów, kogoś znanego czy po prostu interesującego. Może i Wy, goście w naszej Altanie, zechcielibyście podzielić się z nami Waszymi wspomnieniami? Przysyłajcie je na nasz adres: pharlap@gazeta.pl, Mogą byc podpisane Waszym imieniem lub nickiem.

 

  Ciotuchna

Jak  zobaczycie, że pisze Ciotuchna, złapiecie sie pewnie za głowę - znów będzie o wojnie, albo sama historia! Nie, nie, nie martwcie sie, będę pisać o tym jak poznałam swoją drugą połowę. A historia będzie, bo w niedzielę 3 lutego minęła właśnie sześćdziesiąta druga rocznica naszego cywilnego ślubu - a to historia!!!

W 1945 roku w zburzonej Warszawie ostał się jeden cały gmach szkolny. Cały, ale bez szyb, bez ścian działowych i wewnątrz zasypany ścinkami skór. Okupanci urządzili w nim jakąś fabrykę. Co z tych skór produkowali nie wiadomo, czy kabury do pistoletów, czy paski do karabinów, czy może paski do spodni, żeby im portki nie opadły jak będą uciekać - nie wiadomo? Grunt, że gmach stał, a był własnością Gimnazjum i Liceum nr.VI im Tadeusza Reytana. Budynek przez nauczycieli i uczniów został doprowadzony do jakiego, takiego ładu, tak że można było zaczynać naukę. Na mieście rozklejono na słupach, gruzach i latarniach kartki tej treści: „Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Reytana, Rakowiecka 23, wznawia zapisy uczniów do klas gimnazjalnych i licealnych".Młodzież pędziła do tej jednej ocalałej szkoły i zapisywała się na listy do klas, że tak powiem, na gębę, bo nikt nie miał żadnych papierów z lat poprzednich. Każdy po prostu mówił do jakiej klasy chce chodzić. Szkoła ruszyła w kwietniu 1945 r., a więc przed końcem wojny.

Szkołę podzielono na dwie części: żeńskie gimnazjum im. Narcyzy Żmichowskiej i męskie gimnazjum im. Tadeusza Reytana. Przed wojną nie było w średnich szkołach koedukacji. No i tu koedukacja była wykluczona, na I piętrze były dziewczęta t.z. Żmichoszczanki, a na II piętrze byli chłopcy Reytaniacy. Na schodach na podeście siedział groźny pan woźny i pilnował, szczególnie na przerwach, czy sie nie robi jakaś koedukacja.

Na parterze była duża sala gimnastyczna, ale oczywiście bez żadnych przyrządów do gimnastyki, w której stał w niej zupełnie dobry fortepian. Pan od śpiewu, prof. Wacław Lachman, wielce dla Warszawy zasłużony twórcą chórów, ze słynną Harf na czele, ogłosił w szkole nabór do chóru. Pobiegłam na przesłuchanie i zostałam przyjęta. Chór był czterogłosowy, po jednej stronie fortepianu stali chłopcy śpiewający glosami tenorowymi i basowymi, a po drugiej stronie stały dziewczęta (nie mówiło się wtedy dziewczyny) sopranistki i śpiewające altem. Uczylismy się zasad śpiewu, piosenek, pieśni i...gapiliśmy się na siebie. Po próbie pierwsi do swoich klas szli chłopcy, a po jakimś czasie dziewczęta.

W grupie chłopców był uczeń, którego profesor zapraszał do fortepianu, mówiąc "mistrzu ty będziesz akompaniował, a ja będę dyrygował chórem". Ten chłopak, kiedy wracał znów do choru, ustawiał się na przeciwko mnie i nie spuszczał ze mnie oczu. Było to miłe, ale jednocześnie i krępujące. Gapił sie i gapił, ale nie mieliśmy okazji, żeby zamienić choćby słowo. Po lekcjach każdy wsiadał na swój rower i pedałował do domu. Byliśmy wtedy w IV klasach gimnazjum i mieliśmy po 16 - 17 lat.

Po jakimś czasie, gdy wychodziłam ze szkoły, a nie miałam wtedy roweru, od grupy chłopców stojących przed szkołą oderwał sie ten chłopak, podszedł do mnie, przedstawił sie" jestem Mietek" i spytał czy może mnie odprowadzić. Szliśmy w całkowitym milczeniu, bo żadne  z nas nie umiało rozpocząć rozmowy.

Od tej pory odprowadzał mnie prawie codziennie, no i juz rozmawialiśmy o rożnych sprawach szkolnych i każde z nas opowiedziało trochę o sobie. Okazało sie, że łączy nas wiele przeżyć z czasów okupacji. Ja przeszłam wiezienie Gestapo, a Mietek był w Powstaniu i w dwóch obozach koncentracyjnych. Czyli oboje" uciekliśmy grabarzowi spod łopaty".

Zbliżały sie wakacje, ja jechałam na obóz harcerski, a on do rodziny na wieś. Podał mi adres gdzie będzie w lipcu, a ja obiecałam, że napiszę i podam adres obozu harcerskiego. Napisałam do niego w pierwszych dniach obozu, ale nie dostałam żadnej kartki od niego. Jak sie później okazało moja kartka nie doszła.

We wrześniu spotkaliśmy sie w szkole, ale on mi sie ledwo ukłonił, był obrażony.Po kilku dniach szkoły zachorowałam na szkarlatynę i poszłam do szpitala zakaźnego na 6 tygodni. W tym szpitalu nie było żadnych odwiedzin. Wróciłam do szkoły po dwóch miesiącach. Moj dawny "amant" spotkał mnie na korytarzu szkolnym i przywitał takimi słowy " Żyjesz? A myśmy się nauczyli śpiewać Marsza Żałobnego Chopina, na twój pogrzeb". Teraz to ja sie poczułam dotknięta, obraziłam się i odeszłam bez słowa.

W szkole działało kółko dramatyczne i tam spotykaliśmy sie, ale nie rozmawialiśmy, bo oboje byliśmy obrażeni.To że w poprzednim okresie "mieliśmy się ku sobie" zauważyła duża cześć jego kolegów i moich koleżanek. Wszyscy byli teraz poruszeni naszym rozstaniem, bo twierdzili, że pasujemy do siebie.

Po paru miesiącach wspólnych prób teatralnych, przy wyjściu ze szkoły Mietek podszedł do mnie i spytał czy może mnie odprowadzić. Wszyscy to zauważyli i cicho się nam przyglądali. Od tego wieczoru staliśmy sie nierozłączna parą.

Byliśmy już w II klasie liceum, Mietek oprócz szkoły chodził jeszcze do konserwatorium muzycznego w klasie organów i grał na organach w kościele Św. Krzyża na Krakowskim Przedmieściu, gdzie również mieszkał. Często, gdy grał na wieczornych nabożeństwach, ja przychodziłam na chór kościelny i słuchałam jak gra. Takie były nasze randki.

Przed maturą dużo dyskutowaliśmy o przyszłości, o wyborze studiów. Ja chciałam iść na psychologie a Mietek marzył o medycynie. Wiedzieliśmy, że przed nami dużo pracy i czasu zanim będziemy mogli założyć rodzinę, o której marzyliśmy oboje. Przyrzekliśmy sobie, że będziemy czekać na siebie niezależnie od tego co i gdzie będziemy studiować.

Takie przyrzeczenie okazało się konieczne, bo ja zdałam do Wyższej Szkoły Higieny Psychicznej w Warszawie, a Mietek po trudach i wielkich nerwach dostał się na medycynę ale...we Wrocławiu. Tak się rozpoczął korespondencyjny okres naszego narzeczeństwa. Mamy z tego czasu 500 listów moich do niego i jego do mnie.Kiedy Mietek mógł się przenieść na studia do Warszawy, ja wyjechałam na drugi fakultet do Łodzi.

Wspomniany na początku ślub cywilny był zabezpieczeniem dla mnie przed "przydziałem pracy". Kończyłam w Łodzi Pedagogikę Społeczną i władze uznały, że absolwenci tego kierunku będą doskonałymi pracownikami kulturalno-oświatowymi w domach wczasowych.

Ślub z Mietkiem, który studiował i pracował w Warszawie zabezpieczał mnie przed takim przydziałem pracy. No i tak już zostało, na razie 62 lata.

02:07, kanadyjka82
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Jako Niemka przedstawiam dziś niemiecki wiersz niemy. Jadnak tymrazem nie do końca niemy, bo jest dzielem nieniemego autora - z lewej interpretowany, z prawej dosłownie przetłumaczony przez niemego na jeden z niemieckich języków migowych. 

A to wolna interpretacja Googla-przetłumacza:

Jazda w deszczu
Bębnienie na dachu samochodu
(Wiadomości z deszczem?)
ożywia opowieści
na ziemi jak to.
Mieszkańcy śpią.
Tylko koty oczy na drodze,
Billboardy, i żaby poszedł mieszkania.
Dziwny głos w radiu
(wyładowania atmosferyczne),
Wiadomości z Mariboru
W języku moich przodków.

Tagi: języki
07:53, heimchen , Heimchen
Link Komentarze (12) »
niedziela, 10 lutego 2013

     powsinoga

Niespodzianka! - sceny rodzinne państwa rudzików.

Otwórz dzióbek.. 

Dziobek

 No, czekam..

czekam

Przecież już zjadłeś!

Zjadles 

 Poleciała. Jak długo można czekać?

 Poleciała

Tagi: fauna
05:57, pharlap
Link Komentarze (15) »
sobota, 09 lutego 2013

Powsinoga

 

   

    Powsinoga

  

Wrobel

Wrobel

Wróbelek jest mała ptaszyna, 
Wróbelek istota niewielka. 
On brzydką stonogę pochłania, 
Lecz nikt nie popiera wróbelka.

Więc wołam: Czyż nikt nie pamięta,
że wróbelek to druh nasz szczery?
Kochajcie wróbelka, dziewczęta.
Kochajcie, do jasnej cholery!

K.I.Gałczyński - Wróbelek.

 

Jedną z zalet altany jest - jak wiadomo - roztaczający się z niej widok na ogród. Dla mnie rolę altany musi pełnić kuchenne okno, jedyne wychodzące na mój malutki ogródek w środku miasta.
W ciepłej porze roku mam przed oczami dużo zieleni i kwiatów. A od późnej jesieni, kiedy wszystko zasycha, do wiosny, kiedy znów robi się kolorowo, z mojej "altany" oglądam ptaki, przylatujące do regularnie wypełnianego karmnika. Oprócz tłumnie obleganej przez wróble rurki z ziarnem wywieszam kostkę z pokarmu zalanego smalcem (tzw. suet) w drucianej klateczce. Ale naprawdę widowiskowa jest rurka i jej bywalcy...

Rurka

Wróbelek istota niewielka, pisał poeta. Tak, ale kiedy wróbelków jest dużo, to naprawdę jest co oglądać. Jestem pewna, że jest i czego słuchać, ale zza podwójnych okien nie słychać, a jeżeli się wyjdzie, to po wróbelkach natychmiast ani śladu.
Przylatują najczęściej całymi stadami, po kilkadziesiąt głodnych dziobów. Rurka ma tylko sześć dziurek z patyczkiem. A więc sześć najszybszych, najsprytniejszych wróbli zajmuje z rozbiegu dostępne miejsca, a reszta... 
Jak widać na załączonym obrazku, większość obsiada krzak bzu i sztachety w płocie, czekając cierpliwie na swoją kolej. Te rozsądne i pokorne sfruwają na ziemię i "zbierają, co Milczkowi z nosa spadło". Natomiast najbardziej energiczne, pełne wyzwolonej głodem agresji, atakują z powietrza swoich pobratymców, którzy dorwali się do żłobu. Atakują całą rozpędzoną masą ciała, a nawet dziobem. Zajmują miejsce wypędzonych i przez chwilkę jedzą, zanim same staną się przedmiotem ataków.
Na ziemi (na śniegu) pod "stołówką" też duży ruch. Często zjawiają się gołębie i synogarlice. Dla wszystkich wystarczy.
Wróble jedzą długo, ale w pewnym momencie - bez widocznej dla mnie przyczyny - następuje błyskawiczne furknięcie i cała kilkudziesięcio"osobowa" hałastra odlatuje jak w popłochu, zawsze w tym samym kierunku. Ale wracają, wracają....

Przylecialy

 

 

Tagi: fauna poezja
00:27, pharlap
Link Komentarze (10) »
piątek, 08 lutego 2013

   Włosz.czy.zna

Z oka mojego balkonu widzę cały rok przepiękna mimozę. Jest to drzewko, które rośnie w ogródku sąsiedniego domu i ze wszystkich stron jest otoczone niewysokimi budynkami, co stwarza mu specyficzne warunki wegetacji. W tym mikroklimacie kwitnie dosyć wcześnie. Na zdjęciu, które zrobiłam kilka dni temu, nie jest jeszcze w pełnym rozkwicie, normalnie dochodzi do niego na początku marca.

Foto: Maria

Za jakieś dwa trzy tygodnie, jeżeli w miedzy czasie nie spadnie śnieg i jej nie zmrozi, będzie miała piękne puszyste żółte kwiatki. Mogąc ją obserwować cały rok zauważyłam, że zaraz po przekwitnięciu owocuje malutkimi strączkami  

i jak tylko one spadną to natychmiast zawiązują się malutkie kuleczki, które dojrzewają przez wiele miesięcy i później są pięknymi kwiatami. Mimoza we Włoszech jest kwiatem, który ofiarowuje się kobietom 8 marca, bo jest ona wtedy w pełnym rozkwicie. 

Pisząc o mimozie zastanawiałam się nad jakimś związkiem mimozy z literatura, na pewno jest tych powiązań wiele, ale niedawno czytałam książkę Elizabeth Adler „Tajemnica Willi Mimoza”, thriller romantyczny, który czyta się wartko i warto ja przeczytać.

A teraz cos słodkiego dopasowanego do tematu.

Tort mimoza

Przede wszystkim potrzebne jest ciasto biszkoptowe, które można zrobić ucierając prawie do białości 6 jajek z 225g cukru i szczyptę soli. Następnie dodajemy 225g maki i wanilie. Wlewamy wszystko do tortownicy, natłuszczonej masłem i posypanej mąką, tak żeby ciasto w czasie pieczenia nie przywarło. Pieczemy w rozgrzanym piekarniku (180°) przez 25/30 minut. Tak upieczone ciasto odstawiamy żeby ostygło. 

Następnie odkrawamy wieczko, a podstawę drążymy i lekko nasączamy likierem. Ciasto, które uzyskaliśmy z wydrążenia kroimy w drobniutka kostkę i jeszcze trochę kruszymy; posłuży nam do udekorowania tortu. 

Wydrążoną podstawę faszerujemy kremem, który robi się tak: ucieramy 3 żółtka ze 150g cukru, następnie dodajemy 25g maki i zalewamy 250 ml wrzącego mleka, do którego dodaliśmy pół laski wanilii. Wstawiamy wszystko na malutki gaz i ciągle mieszając zagęszczamy. Pod koniec dodajemy mały kawałeczek masła i odstawiamy do ostygnięcia. 

Do schłodzonego kremu dodajemy 200 ml bitej śmietany, delikatnie mieszamy i wypełniamy podstawę tortu. Przykrywamy odciętą górną częścią tortu, cały tort smarujemy 200 ml bitej śmietany i posypujemy rozdrobnionym ciastem biszkoptowym, tym uzyskanym przy drążeniu, tak żeby uzyskać efekt mimozy i delikatnie posypujemy cukrem pudrem. Rezultat powinien być taki jak na załączonym zdjęciu. 


Zamiast likieru można użyć do namoczenia ciasta, syropu ananasowego i do kremu dodać pokrojone w kostkę ananasy. 

Tagi: ciasta flora
01:50, kanadyjka82 , Włoszczyzna
Link Komentarze (8) »
czwartek, 07 lutego 2013

 wpis Heimchen

"Wielka Trójka" - to nie tylko trzy największe przedsiębiorstwa przemysłu samochodowego, stacje telewizyjne lub gwiazdy NBA w Stanach. Branża filmowa w starej Europie też tak określa swoje najważniejsze festiwaly filmowe - w Wenecji, w Cannes i w Berlinie.
Ten ostatni jest chyba najmniej prestiżowym, za to otwarty dla szerokiej publiczności, a bilety sa nawet tańsze niż normalny wtęp do kina. Już na parę dni przed otwarciem na ulicach chodzą ludzie z typowymi sezonowymi torebkami, które w tym roku tak wygladają:
:

Jedna torebka jeszcze nie czyni Berlinale, nie sposób jednak nie zauważyć, że w miejście bywa jeszcze więcej ludzie-cineastów w czarnych, skrzynkowych okularach niż zwykle, i wszędzie rozwieszone plakaty, i długie kolejki przed kasami biletowymi.

Jak na każdym festiwalu filmowym są różne sekcje. Najważniejszy to Konkurs Główny. Tu pokazują same premiery, co powoduje, że reżyserowie mają problem, na którym z tych trzech czołowych festywali pokazać nowy film. Krzysztof Kieślowski ten problem kiedyś rozwiązał, bo był w jednym roku na wszystkich - wWenecji z "niebieską", w Cannes z "czerwoną" i w Berlinie z "bialą" czescią Trylogii. Tzw. "Bärometer" ("Bär" to po niem. "niedzwiedź" czyli nagroda w tym festiwalu) miejskiego magazynu "Tip" przewiduje w tym roku sukces dla Malgorzaty Szumowskiej z filmem " W imię". Nie wiem, czy londyńsscy bukmacherzy to tak samo oceniają? Obok aspektów artystycznych, wydarzenia polityczne i "Zeitgeist" mają pewien wpływ na ranking. Prezydentem Jury w tym roku jest reżyser Wong Kar-Wai.
Filmy z konkursu i tak wcześniej lub później trafiają do kin, więc bardziej się opłaca polować na bilety z bocznych sekcji, mianowicie "Międzynarodowy Forum Młodego Filmu" lub "Panorama" (głównie kino autorskie), chociaż moje trofeum w tym roku pozostawia jeszcze wiele do życzenia:

Moja ulubiona sekcja to "Generation", filmy dla dzieci i młodzieży. Chodzi tam dużo wycieczek szkolnych, czasami jednak uczniom trudno jest skupić się na tajlandskim filmie z koreańskim lektorem i angielskimi napisami.
Oczywiście też corocznie jest retrospektywa (w tym roku "The Weimar Touch. The International Influence of Weimar Cinema after 1933") i Hommage, tym razem poświęcona Claudowi Lanzmannowi.
W czasie Berlinale Berlinczycy i turyści wszędzie mają okazję na przypadkowe spotkania z gwiazdkami, niektórzy ludzi nawet czekają godzinami przy czerwonym dywanie przed wejściem do "Berlinale Palast", jak tutaj na Meryl Streep w zeszlym roku.

Więc kurtynę podnieść czas! Na obrazku jedna z moich ulubionych - w Friedrichstadtpalast. Ale dopiero po rozwiązaniu dzisiejszej zagadki:
Organizatorzy Berlinale kiedyś odmówili jednemu filmowi udział w konkursie. Ten sam film póżniej został zasypane nagrodami, nawet dostał Oscara za najlepszy film nieanglojęzyczy. Otrzymał też nagrodę publiczności na Warszawskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym. Może trafił w czuły punkt, bo w Polsce akurat temat tego filmu był bardzo "zeitgeisty". O który film i wydarzenie w Polsce mi chodzi?

 

Tagi: kino
07:17, heimchen , Heimchen
Link Komentarze (21) »
Tagi