Rozmowy wśród przyjaciół
niedziela, 25 grudnia 2016

moje     Juliczka

     Dwie osoby musiały trzymać krzesło, trzecia pomagała wujkowi na nie wejść, czwarta podawała mu gwóźdź, piąta młotek. Brał gwóźdź do ręki i upuszczał na podłogę. - No masz! - mówił obrażonym tonem. - Teraz znowu gwóźdź diabli wzięli. Rodzina padała na kolana i myszkowała po kątach, podczas gdy on stał na krześle, jęczał i pytał, czy ma tak stać cały wieczór.

     Gdy wreszcie gwóźdź się znalazł, wuj stwierdzał, że zapodział gdzieś młotek. - Gdzie młotek? Co zrobiłem z młotkiem? Święci pańscy! Stoicie tu jak cielęta, gapicie się i nie wiecie, co zrobiłem z młotkiem. Znajdowaliśmy młotek, a wówczas tracił z oczu miejsce, które sobie zaznaczył na ścianie pod gwóźdź. Musieliśmy kolejno stawać obok niego na krześle i próbować dojrzeć znak. Każde z nas dostrzegało go gdzie indziej/.../

Jerome K. Jerome, Trzech panów w łódce (nie licząc psa), tłum. Tomasz Biedroń.

z sieci

          "Kiedy zimowy, wczesny zmrok się czyni,// Słucham po ciemku, jak gadają rzeczy." 1/ 

     Dawno temu, choć to pojęcie względne, dostałam tom poezji "Z nieznajomą w podróży", zadedykowany "Pani Julicie, której droga zawsze brzmi poezją i muzyką, z wielką przyjaźnią - Kasia Krenz, Gdańsk, 17 listopada 2000". Książkę przyjęłam jak wielki dar, nie rozstawałam się z wierszami, uczyłam się ich znaczenia, języka, rytmu, tła. Zmieniałam pracę, rozkład dni, do towarzystwa wybierałam coraz to nowy wiersz: Noce i dni, Trawy na wydmach, Grand Hotel w Sopocie, cały czas z tą samą świadomością, że został mi dany, że mówi do mnie.

/.../

Wtapiam się w krzesło

przywieram plecami

do oparcia

wrastam czterema nogami w podłogę

 

Znikam w cisy słów

nigdy niewypowiedzianych

za parawanem czynów

których historia

już tylko milczeniem

ludzie przechodzą obok mnie

ten i ów przysiądzie na chwilę

albo kopnie noga krzesło

odsuwając je ze swej drogi

bez namysłu niecierpliwie

Ja - krzesło. Ja na krześle.

Jestem krzesłem

****

Katarzyna Krenz, Mimikra

moje

     Nie inaczej dzieje się z rysunkiem Basi, podarowanym mi przez Artystkę na wernisażu, z dedykacją: "Julicie z podziękowaniem za dobrą energię, wielkie wsparcie, ilustracja do Tajemnicy Starego Lasu, Barbara Kiedrowska, 4.12.2016". Rysunek wędruje ze mną po mieszkaniu, stawiam, spoglądam, już wiem, że powinnam przyjąć perspektywę widzenia dziecka. Krzesło, jak wydarzenia minionego dnia, przerasta naiwnego Andronika, nic innego nie pozostaje, jak posiedzieć, szukać ukojenia w małym kwiatku. Cieniowana kreska Basi opowiada historię nie z tego świata, choć (bo) prawdziwą, odległą i bliską - uważa Elżbieta Isakiewicz.

moje

      Tuż przed Świętami pojawił się kolejny dar, kartka z życzeniami własnoręcznie wykonana przez pana Jacka Krenza i osobiście mi doręczona, niebywale przeżycie trzymać w dłoni dzieło, życzenia z sercem. Koloryt, kompozycja, czystość formy przywołały skojarzenie z opowiadaniami Tove Jansson, z "Czarno-białe": "Stello, rysuję salon, to taki zmęczony i stary pokój, całkiem pusty, nie rysuję nic poza ścianami i podłogą, wydeptanym dywanem i tapetą z powtarzającym się wzorem. To obraz przemierzonych tu kroków i cieni, które padały na te ściany i słów, które jeszcze tu są, a może ciszy, widzisz, wszystko tu jest, i to właśnie rysuję". Pamiętam, gdy przeczytałam opowiadanie po raz pierwszy, ten wstrząs, błogostan, milczenie, nieobecność. Opieram kartę świąteczną o lampę na biurku, patrzę, wsłuchuję się w słowa.

Natalia Szumska

          Fot. Natalia Szumska

     Równie świątecznie zawitał do mnie pan listonosz z kartą i pięknie wydanym, oprawionym w płótno (co ostatnio tak wydane miałam w ręku, aaa, Listy Wojciecha Kossaka) tomem wierszy "Niemocni" pani Agnieszki Kostuch, wzbogaconym o dedykację Poetki: "Pani Julicie, z życzeniami radości z tworzenia oraz przekuwania niemocy w siłę, 19 grudnia 2016". Wiem o fascynacji pani Agnieszki twórczością Tadeusza Różewicza, mam teraz wiersze, mądre, mocne, wybieram po jednym, sadzam na krześle, podejmuję herbatą, rozmawiam, świat sobie tworzę.

Zapatrzyła się w witrynę sklepową -

świat manekinów z głowami bez twarzy

w idealnych proporcjach

w cudownie skrojonych garniturach

doskonale obojętnych

 

Zamarzyła o zamianie ról

i zamarła w bezruchu

 

Zbudził ją głos starszego pana - przechodnia

widzi pani

nawet manekinom odbiera się twarze

proszę uważać

pani ma piękną twarz

pani ma jeszcze swoją twarz

proszę nie dać sobie jej odebrać

****

Agnieszka Kostuch, Spotkanie a Panem Cogito

Jacek Krenz

       Jacek Krenz, Acryl, Ausencias 3x, fotografia znaleziona na autorskim blogu Ewy Marii Slaskiej.

     "A stary portret młodego poety// Po ciemku zawsze uśmiecha się słodziej." 2/

---------

1,2/ Maryla Wolska, Sześć wierszy

 

sobota, 24 grudnia 2016

ella     Koliberek

     Wigilijne menu. Grzybowa? czerwony barszcz?

     Życie stawia nas przed wyborami. Są one proste, albo skomplikowane, nagłe i wymagające natychmiastowej reakcji, lub cierpliwe i przez to odkładane na lepszy moment. Jedno jest pewne, jakie by nie były, wiele z nich w jakimś momencie wymaga decyzji, naszego przyzwolenia. Czasem zdarza się, że z powodu naszego niedopatrzenia lub niedbalstwa, prokrastynacji, przez zasiedzenie, niejako same przez się i bez naszego udziału zostają w końcu obdarowane: tak lub nie.

     - Grzybowa? Jak myślisz, czy grzybowa będzie im smakować? - to było moje pierwsze pytanie, które wymagało decyzji, nie natychmiastowej, ale dość szybkiej, bo Wigilia tuż-tuż.
- Nie mam pojęcia. Może będzie, ale pewnie z pieczarek.
- Z pieczarek? Żartujesz. Przecież to świętokradztwo. Pieczarkowa na Wigilię?
- I tak naprawdę nie rozumieją, co to nasza Wigilia, więc czy pieczarkowa, czy nie, to niewielka różnica.
- Ale dla nas, dla nas? Przecież, to różnica.
- Ale skąd weźmiesz prawdziwki?

     No i tu pierwszy problem: skąd wziąć, gdzie kupić prawdziwki? Nie, nie kupi się, dlatego że grzyby są tu uważane za coś egzotycznego, czasem niebezpiecznego, a na pewno za coś, co jeśli chciałoby się użyć w daniu, to naprawdę trzeba się na tym znać. Jest w tym na pewno dużo racji, ale dla nas ludzi z kraju grzybiarzy, nie zawsze jest to zrozumiałe. Od dziecka prawie wiemy, że grzyby dzielą się na: kurki, maślaki, opieńki, prawdziwki lub borowiki i wszystkie inne, do których należą i muchomory, lecz jaki jest muchomor każdy wie i ich nie zbiera. Tu jednakże, jedynymi powszechnie znanymi grzybami są pieczarki, małe, albo większe pieczarki, poza tym sziitaki, portabelle, jeszcze inne brązowawe i malutkie, jak guziczki, no i trufle, o których wiele osób słyszało, ale niewiele jadło ten drogi delikates.

     Więc do wyboru mamy? ... nie-prawdziwki. Ale dla nas tutejszych-nietutejszych to będzie oszustwo, świętokradztwo. Chyba, że jechać do Chicago, albo innego NY? Za późno do pierwszego, a za daleko do drugiego. Wybór dokonuje się sam: pieczarki, postna zupa pieczarkowa, dobrze przyprawiona pieprzem, cebulą, bardzo drobno posiekane grzyby, nie, nie grzyby a pieczarki. Albo żadnej zupy?

Barbara Kiedrowska

                       Barbara Kiedrowska, Wizyta, rysunek z zapowiedzi wernisażu.

Gości nie będzie dużo, ale znając mojego męża i jego przywiązanie do tradycji, a także zamiłowanie do kucharzenia - szczególnie, gdy zapraszamy gości - wiem, że nie ma mowy o sałacie i jakichś zwykłych daniach. Zresztą, to jest Wigilia, więc musi być, jak być powinno.

     - Wiesz, można było zamówić na Necie, ale teraz to już za późno.
- Prawdziwków i tak by nie ruszyli, baliby się. – jeszcze raz stwierdza mój mąż i ma rację. Prawdziwki są zbyt dzikie, zbyt prawdziwe, zbyt leśne i nieprzewidywalne dla przeciętnych, tutejszych osób. Chociaż czasem spotyka się kulinarnie bratnie dusze, które rozumieją, że można jeść coś poza hamburgerami i frytkami, kukurydzą. Może tym razem trafiliśmy na takie dusze?

     - A barszcz? Jak myślisz, może czerwony barszcz? - rzuciłam, chociaż z kolei to ja czerwonego barszczu bardzo, bardzo nie lubię. Nie jestem całkiem pewna dlaczego, ale tak jest. Czy zdecydowały o tym jakieś przeżycia z dzieciństwa? Być może spowodowały to - jeszcze w domu u rodziców, czy babć - usłyszane rozmowy przy stole:

     - Nienawidzę barszczu z buraków. - coś takiego musiałam usłyszeć, z ust mojego ojca, który z jakichś powodów również nie lubił buraków, i mimo że rozmowa ta odbyła się wieki temu, kiedy byłam mała, to została, i ciągnie się echem za mną przez lata, Wigilie, proszone obiady, gdzie słyszę zachwyty:
- O, barszczyk z buraczków! Z uszkami? Uwielbiam, tak dawno nie jedliśmy.

     - Przecież nie jesz barszczu. - przypomina z ironicznym błyskiem w oczach mój mąż. - Poświęcisz się?
- Tak, poświęcę. Najwyżej, nie będę jadła.
- Ale, to Wigilia, tradycja, musisz wszystkiego spróbować, chociaż trochę.
- Przeżyję. Łyżka, dwie i już. Ale, wiesz, myślę, że to jednak nie jest najlepszy pomysł. Pamiętasz czerwoną kapustę? Ten obiad dla Berniego i jego rodziny w Lawrence? No tę na ciepło, z winem? Była taka dobra, a jednak jego chłopcy nie chcieli jeść.
- Tak, przypominam sobie, wizyta w McDonaldsie po obiedzie u nas, bo głodni. Ale musisz przyznać, że to byli teenagers, a do tego ten kolor. Bernie jadł, pamiętał pewnie coś podobnego z rodzinnej, niemieckiej kuchni.
- Mnie właśnie o ten kolor chodzi, że barszcz to nic, ale czerwony?
- To ja już nie wiem, co robić. Do barszczu można przecież podać paszteciki, albo jajko, ziemniaki, albo uszka, ładnie wyglądają, można powiedzieć, że to tortellini. Ale masz rację, ten kolor...

     Barszcz, czy grzybowa? Czernina? Eee, nie ma co w ogóle roztrząsać tego tematu. Jesteśmy dopiero przy zupie, co będzie dalej? Właśnie przechodzimy w gąszcz klusek z makiem.
- Kluski z makiem? Coś ty! Absolutnie, nie. Nikt tego nie ruszy, bo powiedzą, że to narkotyk. Na chlebie, tak posypany na skórce, to jeszcze, ale z kluskami? Będziemy musieli je sami jeść - mówi mój mąż, gdy dochodzimy do klusek.
A ja tak lubię mak.

Vivienne Gucwa

                               Fot. Vivienne Gucwa

     Menu robi się coraz krótsze: chyba nie będzie zupy, bo nie możemy zdecydować się, jaką przygotować, nie będzie klusek, bo z makiem.

     - Najważniejsze: ryba. Jaka ryba? Karp? Jak myślisz, karp?
- Oczywiście, że karp. Też pytanie - odpowiadam.
- A gdzie kupić? Widziałaś gdzieś w mieście karpie? Bo ja nie.
- Ty przecież nie chodzisz po sklepach. Ale... masz rację... Nie widziałam. To w Kansas City były, pamiętasz na tym orientalnym targu? Tu w mieście, nigdzie nie widziałam. Zresztą, słyszałeś, oni uważają karpia za szkodnika i że brudna ryba, że z błota i w ogóle. Karp odpada. Może rekin? - sugeruję nieśmiało, bo lubię.
- Jakże bez karpia? Też masz pomysły. Rekin? Jak ma być rekin, to ja w ogóle nie chcę ryby.
- To nie będzie ryby. Co za problem? Może być coś innego.

     Miałam zamiar walczyć o rekina, ale przecież możemy go zjeść kiedy indziej, niekoniecznie na Wigilię. Przypominam sobie też o czymś i mówię
- Przecież już oficjalnie Wigilia nie musi być postna. Sam mówiłeś, to nie będzie grzechu i jaki wybór! – już cieszę się na samą myśl tej dyspensy.

Zygmunt Broniarek

          Fot. Zygmunt Broniarek    

     Było to wiele lat temu, w czasie naszej pierwszej rodzinnej Wigilii za granicą. W świątecznie udekorowanej sali bankietowej, służącej nam za stołówkę, siedziało kilkadziesiąt osób. Była to szczególna i bardzo smutna Wigilia... Wszyscy czekaliśmy na księdza, który miał zacząć kolację modlitwą. Wcześniej jednak gospodarze zaczęli podawać główne danie. Pojawiły się kelnerki z pierwszymi talerzami. O zgrozo, o wszystkie gromy z ciemnego już wigilijnego nieba, o pomstę wołamy! Kurczak.

     Kurczak? Na Wigilię? Jakżesz to? Taki grzech, takie nieporozumienie, niedopatrzenie, złośliwość, niedelikatność ze strony gospodarzy? Siedzieliśmy w zupełnej konsternacji. Kurczak, po pół na osobę, wyglądał bardzo apetycznie, przyrumieniony, pachniał ładnie. Pół na osobę! Ale to kurczak! Więc? W sukurs przyszedł ksiądz, który właśnie dotarł do nas, do hotelu mimo śniegu i w ogóle nieprzyjaznej, zimowo-górskiej aury. Przywitał się z kilkoma osobami przy wejściu i usiadł w głowie jednego rzędu stołów. Wszystkie oczy skierowały się w jego stronę. Czy zacznie krzyczeć? Czy wstanie i pójdzie do kuchni, by ściąć jakieś głowy, wołać o pomstę do wigilijnego nieba? Czy zapyta o datę? Może to jednak nie 24 grudnia? Słychać było szepty co niektórych, napięcie rosło, woń roznoszonych kurczaków była coraz śmielsza. Renata, kelnerka hotelowa, ocierała dłonie o biały, wykrochmalony fartuch z falbanami i uśmiechała się do wszystkich.

     Byłam naprawdę głodna, zresztą na pewno nie tylko ja, bo i mój mąż i nasz synek, wtedy maluszek, który dopiero zaczął poznawać smak różnych potraw dla dorosłych. Zresztą wszyscy byli już głodni.

     - Proszę księdza... - odezwała się w końcu któraś z pań - Proszę spojrzeć na talerz... Co my mamy robić, proszę księdza?
Ksiądz spojrzał i... nic. Uśmiechnął się spokojnym, takim świątecznym uśmiechem, żeby nie psuć nastroju.
- Och, rzeczywiście - powiedział, spoglądając na pachnącego, stygnącego kurczaka. - Kurczak.
Teraz czekaliśmy na jego słowa potępienia, albo co najmniej zdziwienia, nagany może. Nic takiego się nie stało.

     - Moi drodzy, - zaczął takim tonem, jakby miał zamiar wygłosić dłuższe kazanie - to Austria. Oni tu jedzą kurczaki na Wigilię, inne ptactwo. Cóż zrobić, co kraj to obyczaj.
- Ale, proszę księdza, co my Polacy mamy zrobić? Przecież to grzech.
- Zaraz wszystko będzie dobrze - odparł ksiądz i podniósł się z krzesła, mówiąc - Błogosławię potrawy, które będziemy tu pospołu spożywać - następnie pomodlił się cicho, zrobił znak krzyża nad kurczakiem i zamienił go w rybę. Głośne westchnienie wydali niektórzy, inni pokręcili ze zdumieniem głowami, jeszcze inni po prostu zaczęli konsumować stygnącego kurczaka.
Od tej Wigilii rodzinne porzekadło (ależ słowo!) mówi:
kurczak to też ryba, ale konieczny do tego ksiądz.

     - Czy myślisz, że śledzie mogą nas uratować? Jakieś śledzie zrobić? - pyta mój mąż.
- Słone. Z cebulką - mówię. - Albo z jabłkami, a jeszcze lepiej ze śmietaną. Dawno nie jedliśmy. Dopiero przed świętami sobie człowiek przypomina o takim gourmet. Albo na kwaśno?
- Chociaż, pewnie nie. Pamiętasz, jak Jolanda zrobiła tę białą rybę po kolumbijsku, w marynacie? Jak się goście dowiedzieli, że surowa, że tylko marynowana, to nie chcieli ruszyć. Ze śledziami będzie to samo.
- Ale nie musimy nic mówić - sugeruję.
- Nie musimy. Tylko, że jak ktoś zapyta? Co wtedy? Kłamać w Wigilię?
Ma rację: kłamać w Wigilię, to w ogóle nie wchodzi w rachubę.

     - Zupy nie, klusek nie, karpia też. Co zostaje? Może jakieś ostrygi? - pytam i aż się boję, co mój mąż na to.
- Ostrygi? Na tradycyjną polską Wilię? Niemożliwe. A może jeszcze raka, albo inne langusty? - wtrąca ironicznie.
- A skąd wiesz, co teraz w Polsce się je na tradycyjną Wigilię? - pytam.
- No, nie wiem, ale zawsze możemy sprawdzić w Necie. Wygooglaj tylko: "tradycyjna polska Wigilia", albo "tradycyjne menu wigilijne".
- To znaczy, że ostrygi nie.
- Wiesz co, może po prostu pierogi?
- Pierogi? Dobrze, pierogi. A robiłeś kiedyś pierogi?
- Nie.
- Ja też nie. Poza tym nie mamy wałka.

Henk Hilterman

                              Fot. Henk Hilterman    

     I tu przypominam sobie historię pierogów robionych w naszej kuchni, w miasteczku studenckim, gdzie mieszkaliśmy kilka lat.
- Pamiętasz, jak w pierwszą Wigilię w Lawrence chcieliśmy robić pierogi? Karol przyjechał i Irena i zabraliśmy się do gotowania, a tu nie było wałka? I Karol wziął pustą butelkę i wałkował ciasto? To były najlepsze, prawdziwe pierogi.
- Tak pamiętam.
- No ale Karol w Colorado, żadnej pustej butelki nie mamy i zresztą ja nigdy nie robiłam pierogów. Nie będę ryzykować – kontynuowałam, zastanawiając się przy tym, czy pomysł z tradycyjną polską Wigilią był najlepszym pomysłem.
- A byłyby dobre z serem, albo z kapustą, bo nie z grzybami, bo by nie jedli. No szkoda - zastanawiał się na głos mój mąż.
- Bigos? Myślę, że bigos. To będzie najlepsze - byłam bardzo zadowolona z pomysłu. Bigos lubią wszyscy, karmiliśmy rozmaite nacje różnymi wersjami tego dania i zwykle z ogromnym sukcesem. I jaki temat do rozmów, zawsze można opowiadać, jak się go szykuje i w ogóle.
- Bigos? - widziałam, jak czoło mojego męża marszczy się pod wpływem jakiejś chyba nie odkrywczej myśli. - Bigos odpada. Bigos? Postny? Bez mięsa? To żaden bigos to ka-pus-ta. Ponadto śmierdzi, jak się gotuje.
- Śmierdzi, ale smak ma, jak mówi …
- Chcesz zapachem odstraszyć gości. Bigos bez mięsa? Nie. Udusimy po prostu kapustę.
- Kapusta? Udawany bigos. Też mi. I z czym ta kapusta? Z grzybami? Nie zjedzą, a poza tym, jaka to kapusta z pieczarkami, jakby już, to z grzybami, z pieczarkami nie ma smaku. Chyba że podsmażyć?
- Nie, kapusta może być z grochem - mówi mąż.
- Z grochem? Nie lubię – tu jestem stanowcza - Kiedy ostatnio jadłeś groch? Poza tym, to na Nowy Rok, tak mówi Kasia, bo to u niej w Opolu groch z kapustą się jadło na Nowy Rok, a nie na Wigilię.
- Tak tylko pomyślałem, że ostatnio ta kapuściana dieta była modna, to może?
- Raz w roku Wigilia i kapusta z grochem? Nie, ja się nie zgadzam.
- Ziemniaki? Ziemniaki!!!! Mogą być ziemniaki. To zjedzą.
- Zjedzą, ale ziemniaki? I co do ziemniaków? Same ziemniaki?
- No nie, z masłem, z cebulką?
- Ale, co z ziemniakami? Same ziemniaki?
- Karpia nie mamy, zresztą by nie zjedli, rekina nie chcę. Jakaś inna ryba? Tylko proszę nie mów, że łosoś!

     Ta rozmowa miała miejsce pięć dni przed Wigilią. Wczoraj kupiłam wszystkie potrzebne składniki. Ostatecznie ustaliliśmy menu, które pełne jest zastępczych ingrydientów i w ogóle potraw. Dzisiaj od rana szykuję, gotuję. Kapusta się dusi, dom przesiąkł jej zapachem. Pieczarki będą ze wszystkim i do wszystkiego. Jednym słowem świątecznie się zrobiło. Co to znaczy tradycja!

     Telefon. Odbieram.
- Yes? - w słuchawce głos Sandy. Mówi, że niestety nie będą mogli dzisiaj przyjść, bo dzieci się przeziębiły i mają gorączkę. Jest jej przykro, bo tak chciała zobaczyć tradycyjną polską Wigilię, co się je, jak to wszystko wygląda, dodatkowe nakrycie, pusty talerz, opłatek. No, ale dzieci i jutro przecież prezenty, więc lepiej, żeby w domu przeczekały, może to zaraźliwe.

     Myślę sobie, że chyba nie mówi całej prawdy. Czemu się nie przyzna od razu, że to o te prezenty chodzi, nie o Wigilię.
- Oni tu chyba naprawdę nie rozumieją Wigilii. Najważniejszy jest 25 grudnia, Mikołaj, który tu pomylił daty, wchodzi przez komin na ciastka oreo i mleko, pogania reniferowy zaprzęg rubasznym hohoho! zostawia prezenty - mruczę do siebie jak litanię tych wszystkich fanaberii, mieszając kapustę. – Kurczak to też ryba ...

     - Wiesz - mówię do męża, który właśnie przyniósł garnek z zupą z drugiej lodówki z garażu - Goście nie przyjdą. Dzieci chore.
- Niemożliwe. Chore? Eee, coś mi się wydaje, że po prostu nie chcieli przyjść. Tak było od początku. Albo się wystraszyli, że nakarmimy ich jakimiś dziwnymi rzeczami.
- To co robimy? Idziemy do Kasi? - pytam.
- Dzwoń. Jeszcze nie jest za późno, może znajdą dwa dodatkowe talerze? A pieczarkowa... będzie na poświętach.

moje

     Posłowie, zamiast wstępu:
      Nie oceniam, a jeżeli już to rzadko. Tego też się nauczyłam od życia i dalej uczę. Przykładam miarkę, mikroskop, menzurki tylko by porównać, lepiej dzięki analizie zapamiętać, korzystam, szukam podobieństw, zauważam różnice, ale nie oceniam.
Unikam przyklejania łatek.

     Kurczak to też ryba i dlatego świat jest taki... no... jakby to tu...

****

Opracowanie, wybór fotografii Juliczka.

 

czwartek, 22 grudnia 2016

z sieci     Koliberek w towarzystwie      moje     Juliczki

 

     Na życzenie Żony Oburzonej przedstawiamy making-of (wszystko z czasem się wyjaśni) tworzenia ciasta z jabłkami, czyli upside-down w kolorze:

ella

...

ella

...

ella

...

 

     Podajemy też Przepis na Zimowe, Świąteczne Pyszności:

Odrobinę radości, dużo spokoju,

szklankę humoru i uśmiechów trzy garście,

Wszystko powoli wymieszać ze słodkim NicNieRobieniem,

Dodać szczyptę dystansu i trzy łyżeczki wspomnień,

Wypiekać wieczorem w cieple ogniska rodzinnego,

Podawać małymi porcjami codziennie,

Smakować powoli.

*

Wesołych Świąt!

ju

03:54, julitczka
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

     Juliczka

     Ciotuchnie.

     (Po uwerturze)

     Dobry wieczór państwu! W imieniu całego zespołu naszej altany - witam jak najserdeczniej wszystkich miłych gości i wyrażam prawdziwą radość, że nasze dzisiejsze spotkanie odbywa się nie tylko w licznym, ale i naprawdę w miłym gronie. Chcielibyśmy naturalnie, żeby państwo nie czuli się tutaj jak goście, ale dobrze, pewnie, swobodnie, tak jak u siebie w domu. Z uwagi na pewne ograniczenia repertuarowe, pozwoliłam sobie na zaproszenie do wspólnej rozmowy Koliberka, poetki z posiadaną także umiejętnością konstruowania instrukcji obsługi wielkich żółtych maszyn, pieczenia ciast i ciasteczek, poważnego pisania i zgrabnego opisywania perypetii kuchenno-salonowych oraz fotografowania. Panie i panowie, oto - z pomocną dłonią - Koliberek!

z sieci     Koliberek

     Właśnie upiekłam ciasto z jabłkami. Tak zwane upside-down. Przepis łatwy i lista składników również w miarę krótka no i nie wymaga wyjazdu na zakupy, jak w takich, kiedy z dziesięciu składników brakuje siedmiu. Takich przepisów zwykle unikam, chyba że zmuszona okolicznościami robię coś nadzwyczajnego.

     Pomoc, w szykowaniu jabłek i estetycznym ich krojeniu na osiem cząstek, pojawiła się na moją prośbę sprzed telewizora, w którym odbywały się zaprzeszłe mecze w piłkę nożną. Tu trzeba dodać, że rozgrywały się w przyspieszonym tempie, bo jak chciałoby się oglądać jak należy, to mecze skończyłyby się dobrze po Nowym Roku np 2018.

     I z miksowaniem też nie było problemu. Mimo że moja technika miksowania jest o niebo lepsza, niż pomocnika. Ale każdy kiedyś zaczyna miksować, prawda? Prawda.

     Więc jabłka układamy w dwa kółka na dnie tortownicy - tej takiej ze sprężynką - nasmarowanej grubo masłem przysypanym jasno-brązowym cukrem z trzciny cukrowej tortownicy, przy czym tu był moment niepewności w przeszukiwaniu spiżarki.

     Ciemno-brązowy cukier trzcinowy widuję na jednej z półek, jasno-brązowego dawno nie. Okazało się, że był, nieco wyżej i w niewłaściwym miejscu, a już miałam uwolnić moją kreatywność i użyć ciemno-brązowego, co pewnie dałoby inny efekt i smak a to tak wzbogaca nasze życie, prawda? Prawda. W dzisiejszych czasach można pogooglać i odnaleźć statystyki, ile osób piekących upside-down ciasto z jabłkami nie miało w spiżarce jasno-brązowego cukru trzcinowego i co się stało, gdy użyły w zastępstwie ciemny. Może następnym razem sama będę mogła sprawdzić, co by było gdyby.

     Włożyłam tortownicę z estetycznie pokrojonymi przez pomocnika i równie estetycznie poukładanymi - przez siebie - jabłkami, zalanymi masą ciastową do piekarnika. I po niecałej minucie zauważyłam piękną smugę dymu, wydostającą się szczeliną wentylacyjną z wnętrza pieca.

     - No cóż - pomyślałam - to pewnie dosmażają się resztki czegoś, czego nie zauważyłam przy czyszczeniu pieca. Niech się dopalają.

     Jednak dym wił się dłużej, niż wskazywałoby to na normalne poresztkowe dymienie. Zapaliłam światełko w piekarniku i istotnie kłęby były. No były tam kłęby. Więc, otworzywszy piekarnik, czego prawdziwi kucharze nie robią, żeby nie wiem co, bo jak się otworzy to ten mikroklimat w środku pieca się psuje i BUM, po cieście, albo witaj zakalcu. Ale ja musiałam otworzyć, bo kłęby były, oj były.

     Okazało się, że tortownica się była wysłużyła i zaczęła się buntować. Jej bunt przejawił się w postaci wyciekania masła i smażenia jasno-brązowego cukru trzcinowego na dnie piekarnika, co jest oznaką prawdziwego wzburzenia i dramatu tortownicy.

     - Oj niedobrze - pomyślałam - niedobrze, bo deser miał być, obiecany był i co teraz?

     No i też przypomniałam sobie, że ostatnio jak piekę coś w tej tortownicy, to stawiam ją w piecu na płaskiej blasze, na wypadek gdyby się zbuntowała. Niestety, wykorzystała moją coraz krótszą pamięć albo koncentrację i akurat dzisiaj. Jakby nie mogła poczekać. Niewdzięczność, nie wspominając o złośliwości, rzeczy i tak martwych.

     Kłęby dymu się kłębiły. Pomocnik nieświadomy moich zmagań oglądał mecze w przyspieszonym tempie i dopiero w chwili, gdy poczuł dym zjawił się na górze.

     - A cóż to się dzieje? - zapytał z wrodzoną ciekawością. - Czyżby się coś przypalało albo paliło?
     - Tortownica się zbuntowała - odparłam ze stoickim spokojem, który za chwilę musiał zmienić swój charakter, bo nadal się kłębiło.

     Pomocnik otworzył okno w kuchni, ja otworzyłam balkonowe drzwi i drzwi do garażu, żeby był przewiew i przestrzał i włączyłam wentylatory.

     Zbuntowana tortownica została ukarana. Myślała, że sobie odpocznie a tu nic z tego. Do roboty! Do ro-bo-ty! Postawiłam ją na blasze i fruuu z powrotem do pieca.

     W ramach eksperymentu postanowiłam dopiec to upside down. Może nie będzie źle.
      Góra domu pachnie kłębami dymu a miała przypieczonymi jabłkami.
      No cóż, różnie to bywa, nasze upodobania do bukietów zapachów się zmieniają, czasami niespodziewanie.
      Dobrze, że w naszej JanElla, w lesie mamy dzisiaj dzień ciepły, jak na grudzień nie przystało i wietrzenie wyszło nam wszystkim na zdrowie. A dziękuję!

z sieci

     Upside-down się chłodzi, bo ma się chłodzić z wrażeń, godzinę do sześciu. Odsuwam myśl o chwili, kiedy będę otwierała tortownicę i co tam zastanę, gdy wreszcie 'down' będzie 'up', czyli dół będzie górą.

     Po pewnych zmaganiach przy otwieraniu formy z 'upside-down', w końcu dół stał się górą. Jednak góra 'odwyrtki' była blada. A wydawało się, że kłęby w czasie pieczenia, sygnalizowały czarną górę, którą trzeba będzie zamaskować śniegiem cukru pudru, albo innymi rzeczami, zasłaniającymi anemiczność wypieku.

     Wygląda na to, że jednak mikroklimat, o którym wspominają prawdziwi kucharze, nie jest wymysłem a zasadą, którą należy przekazywać z pokolenia na pokolenie i przestrzegać. Jak na przykład takie wysypywanie soli na przypalane 'coś' co wymsknęło się z garnka na blachę w czasie pichcenia i się smaży. Działa! Zawsze działa.

     Ten mikroklimat stał się bardzo wygodnym zwierzęciem ofiarnym na ołtarzu nieudanego 'upside-down'. W wyobraźni malowałam udany placek, jego dół, czyli górę na złocisty karmelowy kolor trzcinowego cukru, w którym lekko podtopione pyszniły się pokroje estetycznie jabłka. Rzeczywistość biegła w innym kierunku. Co prawda, mój pomocnik zawsze powtarza, że w takich wypadkach nie należy się absolutnie przyznawać do błędu i twierdzić z przekonaniem, że tak miało być. Czasami uczciwość kucharza nie może zatrzymać szybkości języka i kucharz gryzie się w język nie w porę i tak było w moim przypadku.No cóż, może następnym razem.

 Elżbieta A

             Zima w JanElla, fot. Autorki

     Zakalec? No właściwie, to nie było zakalca i nie można było go oskarżać: 
     - Zakalec z ciebie! - bo ten zakalec nawet jak był, to mizerny taki że aż szkoda było mu dokuczać.

     Natomiast smak całości był jabłkowo-karmelowy i mimo 'wyciekniętego' masła smacznie maślany. Ponadto, jak się konsumuje taki 'upside-down', zapijając go a to herbatą a to kawą, albo wódką z Krakowskiego Kredensu na przemian i kilka razy, to znaczenie samego placka znika.

     Pozostało też wspomnienie zwęglonego cukru w piekarniku, który wyczyściłam następnego dnia. Gimnastyka przy czyszczeniu piekarników nigdy nie była moim ulubionym zajęciem. Długo można opowiadać o pozach przybieranych podczas osiągania celu, czyli czystego dna. Na szczęście fotografa, ani żadnego 'i-phon'u' przy tym nie było.

     Można naturalnie włączyć funkcję 'samooczyszczania', lecz żeby to zrobić trzeba najpierw przeczytać instrukcję, bo nasz piec jeszcze nie rozumie jak się do niego mówi. W przeciwieństwie do, na przykład, niektórych lodówek tudzież odkurzaczy, co to same 'szuru-buru' jak się na nie nakrzyczy, albo wyperswaduje, że mają się zamknąć albo odkurzyć 'koty'. Wydawało się, że czas na czytanie instrukcji - ze zrozumieniem - byłby dłuższy, niż gimnastyka i mniej zdrowy na pewno też. Skończyło się więc na koszu pełnym czarnych papierowych ręczników, umorusanych rękach i dwóch nieoczekiwanych plamkach na rękawach bluzki. Hmm, skąd te plamki?

     Dno piekarnika wyczyszczone. Forma sprężynkowa z przepiękną mapą karmelową - aż żal ją było wymazywać, bo a nuż pokazywała jakieś odległe, jeszcze do odkrycia miejsca - na dnie, nie chciała się początkowo poddać, ani płynowi do mycia naczyń, ani namakaniu, więc musiałam ją ostro potraktować SOS-em. Ten SOS jest wspaniałym wynalazkiem, za którego wynalazca chyba dostał nagrodę Nobla. Jeśli nie dostał, to warto wystosować odpowiednią petycję. Jak ktoś nie wie, co to 'SOS pads', proszę pogooglać.

     'Odwyrtka' jest już wspomnieniem. Piekarnik czeka na nowe przypalanki. Forma jeszcze w miarę w formie i być może doczeka roku 2017. Teraz zaczynam poszukiwania z cyklu: 'co by tu', żeby składników było mało a już na pewno tyle, by na dziesięć co najmniej osiem siedziało cichutko w spiżarce.

 

    

 

03:01, julitczka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 grudnia 2016

     Juliczka

     To była druga w nocy, choć wygląda na czternastą. O trzeciej jeszcze siedziałyśmy przy kolacji, o czwartej Dziunia zaczęła nam - Marylce i mnie - grać na elektronicznym pianinie. Coś jeszcze robiłyśmy, zanim zdecydowałyśmy się na sen, budzik zadzwonił o siódmej. Nie było łatwo się pozbierać, nie było łatwo - Ofeliom - do klasztoru dojechać. O samym spotkaniu klasowym ( Zgubiona podkowa) pisałam na Qrze u Ewy Marii, było fajnie.

moje

 

Adam Ziemianin, Podróże

Dzwonię czasem do ciebie Mario

Że jestem prawie w Ontario

Że zdobyłem już Mount Everest

I w sumie dobrze jest

 

A ja w knajpie na drugiej ulicy

Do czterech próbuję zliczyć

I czekam na zmartwychwstanie

I wierzę że jeszcze coś się stanie

*

Joanna Kraśnicka

          Fot. Joanna Kraśnicka, Norwegia

    Wpis dedykuję Marylce, Przyjaciołom i Bliskim, których irytuje mój głuchy telefon. Mr Watson - come here - I want to see you - zakomunikował przez telefon Alexander Graham Bell swojemu asystentowi, po czym z datą 10 marca 1876 odnotował wydarzenie w dzienniku laboratoryjnym. Szkoda, że nie przykleił mu na biurku małej żółtej karteczki, a ten, po powrocie z lunchu, odpisałby mu. Cywilizowani ludzie, dzięki panu Bellowi, rozmawiają jednak przez telefon, uwielbiają to, co z jakiegoś nieznanego bliżej powodu, jest mi obce. A przynajmniej dalekie. Zadzwonię - obiecuję, nie dotrzymuję słowa.

Nina Leen

                       Fot. Nina Leen

 

 

 

poniedziałek, 28 listopada 2016

     Juliczka

     Ty, który tu wchodzisz, wybacz oszołomionej lodowatym wichrem, listopadowym śniegiem za oknem i ślizgawicą na chodnikach sprawczyni wpisu, będzie o niczym. Nie wyszłam z domu, kończy się jedzenie, a i kawy mało.

CSWmateriały prasowe

     Instalacja Chleb z chlebem Wilfrieda Preto z 2011 roku - w sensie metaforycznym dowód na to, że humor i wyobraźnia mogą pomóc przeżyć. Co nie zmienia faktu, że pochodzący z Kuby Prieto w dzieciństwie borykał się z problemem braku jedzenia, a instalacja może być opisem rzeczywistości indywidualnej oraz społecznej, która potrzebuje samej siebie, aby uzasadnić swoje istnienie.

moje

   Nie z głodu, a z ciekawości kupiłam pudełko półfrancuskich rożków drożdżowych nadzianych masą makową z migdałami. Żywię duży sentyment do poznańskich rogalików świętego Marcina, objętych certyfikatem tradycyjnej receptury, chciałam poznać smak gdańskich. Co z nimi robi Śpiąca Królewna? Jeździ ze mną tramwajem, układam się z nią, czytam, chowam do torby i tak na zmianę. Twórczość i dokonania Mariusza Sieniewicza nie są mi obce, z zainteresowaniem zatem wzięłam "Spowiedź..." do ręki: "Raz na wozie, raz pod wozem, choć nigdy nie wiadomo, jaki koń go ciągnie. Mnie też wygoniono z bajki, z objęć towarzysza Bogatkiewicza, i rzucono w objęcia księgowego. Ale miotły nie pozwoliłam sobie odebrać". I czytam dalej, nie dla obrazu życia dobiegającej czterdziestki samotnej Emi, a dla wielkiego znaku zapytania, czy dam sobie zgodę na akceptowanie w literaturze języka przesadnie dosadnego. Wszyscy tak mówią - słyszę zewsząd, być może. Kolejny raz królewnę uśpiłam w torbie, sięgnęłam zaś po dołączoną do kartonika zadrukowaną ulotkę. Jak się okazało, zawierała legendę o dwóch przyjaciołach, których połączone dwa kaszubskie rożki do tabakiery dały formę rogalikowi. Baśń opracował i podpisał na reklamowej ulotce prof. Jerzy Samp z Uniwersytetu Gdańskiego. Przemówił znak czasów, nauka w służbie marketingu, gwiazdy na czerwonym dywanie, nic innego, jak spełniona wizja Andy'ego Warhola. Z reklamy wyciągnął nie tylko pieniądze, ale i mądrość. Stworzył sam siebie - mityczną postać, która ukrywała się pod pseudonimem Andy Warhol. Zamiast reklamować produkty na zlecenie, postanowił promować Andy'ego Warhola, postać żyjącą w świecie konsumpcji, masowych fascynacji, sławy. In the future  everyone will be famous for 15 minutes.

moje

     Zatopiona w filmach lat sześćdziesiątych, wyglądam z nich od czasu do czasu i idę do kina. Stąd wiem, że niektórzy współcześni aktorzy pracują.  Piosenkarze nagrywają płyty, koncertują, malarze tworzą. Nie wszyscy tylko "noszą" sukienki, garnitury, auta światowych marek po to, byśmy my, zwykli zjadacze chleba, kupowali zegarki, okulary, torebki, te, a nie inne. Kto chce, może i auto. Byśmy śledzili plotki o gwiazdach, po to generowane są skandale, prawdy i nieprawdy o ślubach i rozwodach. Niech pierwszy rzuci kamieniem... Sama kochałam się kiedyś w pewnym piosenkarzu, znosiłam do domu kolorowe gazety, spełniałam mrzonki z dzieciństwa, wówczas niedostępne. Ktoś powie: "Filipinka", jasne. I "Na przełaj". Przeszło mi (mamie - nie), jednak nie wyrzuciłam pasemka włosów idola, mam je nadal, mam pukiel Piaska - nie tylko autograf, ale kawałek idola, kawałek Andrzeja Piasecznego. Nie wstydzę się, on akurat pracuje, i to ciężko. Na chleb.

     O rogalikach nic nie powiem, podarowałam przyjaciołom, Świnka Eata mi kazała: "Rogaliki? Słodkie? Z cukrem?", pytania, jak o ciepły spirytus rano z mydelniczki. Może ktoś jadł marcjanki profesora i opowie.

     Zaraz ranek, czas na mnie.

rolex

czwartek, 24 listopada 2016

     Juliczka

     A nie, nie gotuję, zniechęciły mnie trzy nieudane próby wykonania sufletu w naleśniku z czekoladowym kremem i owocami spod ręki. Suflet siada równie łatwo, jak się o nim mówi. Podduszę się jedynie w krótkim refleksyjnym sosie.

moje

     Z Literackiego Sopotu wróciłam z m.in. esejem o Gombrowiczu. "Bohaterem tego eseju jest Gombrowicz, pisze we wstępie Grzegorz Jankowicz, stąd tytuł, do którego dorzuciłem angielskie słówko loading. Ma ono kilka znaczeń. W pierwszej kolejności odsyła do procesu wgrywania czegoś lub wczytywania (np. programu komputerowego lub materiałów cyfrowych). Ale wyraz ten oznacza również zajmowanie miejsca, załadunek, dźwiganie dużego ciężaru, a nawet - etymologicznie - obieranie właściwego kursu, wybór najlepszej drogi oraz wejście w nurt (np. rwącej rzeki). Wszystkie te sensy będą stale powracały w mojej opowieści". Pokiwałam głową, acha. Przygotowałam się do czytania, wypożyczyłam, dla przypomnienia, "Ferdydurke" i "Kosmos", przez "Kronosa" przeszłam stosunkowo niedawno, uzbroiłam w notatnik. I się zaczęło. Czytałam, wertowałam i, nieświadoma pułapki, coraz więcej pisałam. Z wypiekami na twarzy maszerowałam do biblioteki po następne książki, bo Italo Calvino mam. Potrzebne były: "Nasz wspólny przyjaciel" Dickensa, "Kim jest autor" Michela Foucaulta, "Dionizos..." Karla Kerenyi'a, Platon z "Państwem", i twierdzenia Derridy, Luigi Pirandello z "Jeden, nikt i sto tysięcy", Butler, Franczak, tezy z dyskusji o "Kronosie" profesora Ryszarda Koziołka, inne eseje Jankowicza...

     Lista nie kończyła się, zapełniałam zeszyt, utknęłam w labiryncie. - Dokąd zmierzasz, siostro? - spytałam któregoś dnia. Czytasz to wszystko jako kto? Ekonomistka z teczką? Pożal się Boże programistka dawno nieżyjących języków? PLAN, kto jeszcze programuje w PLAN-ie. Czytasz jako kosmetyczka, z dyplomem, ale kosmetyczka? Opanuj się, Grażyna! Nie dogonisz, nie masz czasu. Niedawno, dopiero co, ledwie kilka lat temu - Tak? równo dwadzieścia! - wkuwałaś anatomię, fizjologię, fizykoterapię z "Winien Ma", bilansem, materiałami w drodze, kosztami zakupu z tyłu głowy, z "załaduj komórkę do akumulatora, prześlij do innej komórki, albo akumulatora, albo cholera wie gdzie, nigdy nie wiadomo, dokąd program pójdzie".  

moje

moje

moje

     Miasta zmieniają się, nachodzą na siebie, nowe nie znają się ze starymi, ludzie też. Wyrecytuj, proszę, parę wzorów z ekonometrii lub odkrywczych stwierdzeń ze statystyki, finanse, też niezła mgła, tylko trochę geografii i historii gospodarczej zostało, strzępi się po pamięci. Tak, roboczej. Bo ta inna, fantazyjna, zawsze zajęta była literaturą. - Filologia? Studia humanistyczne? Polonistyka? A gdzie będziesz pracowała? Dzieci na wsi będziesz uczyła? A z czego będziesz żyła? - słyszałaś. No, pożyłaś, popracowałaś, a teraz się rozerwij, baw się. Odpoczywaj.

moje

     "Mogłem tedy dopomóc pamięci, przespacerować się z miesiąca na miesiąc po przeszłości - ale co z tego? Co robić, pytam, z tą litanią wyszczególnień, jak wchłonąć te fakty, gdy każdy rozpadał się na mrowie drobniejszych zdarzeń, które w końcu przeradzały się w opar, było to osaczenie wielomiliardowe, rozpuszczenie w ciągłości nieuchwytnej, coś jak brzmienie inaczej... jak tu w ogóle mówić o faktach?'.

- Witold Gombrowicz, "Dziennik 1961-1969", Kraków, str. 96.

     ... suflet w naleśniku, naleśnik jak naleśnik, wiadomo, suflet też, ubija się na puszystą masę, którą zawija się w naleśnik, całość zapieka, polewa się sosem czekoladowym i przybiera owocami, widziałam w telewizji, elegancki.

stylowi.pl

wtorek, 15 listopada 2016

     Juliczka

     Czas w każdej rodzinie odmienia role.

- Jak zjesz Kiri, to mam coś dla Ciebie.

- O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej...

- Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.

- Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! ...gdzie masz ten serek?

moje

     Taka to bajka, lepsza, niż "Pchła Szachrajka" Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,

Nasza zaś lubiła bardzo

Tartoletki, papatacze,

Ptysie, bezy i sękacze,

Rurki z kremem, tort z wiśniami

I babeczki z malinami. /.../

Dzisiaj rurki z kremem zjem,

Bo ogromnie lubię krem.

Proszę podać ze trzydzieści,

Stolik więcej nie pomieści!

     Bajka rodem z "Postrzyżyn" Bohumila Hrabala: "W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/.../".

     Tylko w "Śniadaniu u Tiffany'ego" śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

moje

 

 

    

piątek, 11 listopada 2016

Żona Oburzona

 

Dzisiaj, w dniu, w którym w mediach pojawiła się informacja o śmierci Leonarda Cohena, mogę tylko zaznaczyć to w naszej Altanie, przypominając tę piosenkę. Banalne, ale ta wydaje mi się najbardziej odpowiednia. 

Kiedyś pisałam o Leonardzie Cohenie, czy to było tu, czy na Kurze? Nie pamiętam i nie mogę tego wpisu znaleźć. Może ktoś z Was pomoże? Znalazłam za to lekcję angielskiego Juliczki.

wtorek, 01 listopada 2016

          Juliczka

     Po książki chodzę, szukam, odwiedzam księgarnie, celebruję chwilę. Wiele z nich, jak "Miniaturzystka", pozostaje w sferze marzeń, inne trafiają do mnie znienacka, niewytłumaczalnie wpadają w rękę.

moje

     Tak było z "latem" i "nocą": z "Ostatnim latem" Cesariny Vighy wróciłam do domu kierowana tajemnicą osoby autorki, poetki, wenecjanki z pochodzenia, mieszkanki Rzymu. Zadziałało, słowa spięły się w działający na wyobraźnię bodziec. Podświadomie liczyłam na wzniosłe metafory, błądzenie po uliczkach cierpienia, niedomówienia, które pokoloruję jak zechcę. Wiedziałam, że książka będzie traktować o chorobie, godzeniu się z losem, a mierzyłam się z literaturą faktu, szczegółową autobiografią napisaną prostym do okrucieństwa językiem, pełną przypominanych sobie obrazów. Nie żałuję, że latem czytałam "lato", po coś miałam to zrobić, zdobyć określone doświadczenie, różne od refleksji związanych z lekturą "nocy" Carla-Henninga Wijkmarka.       "Nadchodzi noc", doceniona Nagrodą Augusta, opowiada o godzeniu się ze śmiercią w specyficznie piękny, elegancki sposób. Wracałam z książką z Literackiego Sopotu i bałam się jej: "Ech, taki śliczny sierpień, po co wleczesz te czarne okładki z Czarnego, kupiłabyś te z dziewczynami w sukienkach i kapeluszach, zadziwiłabyś się, czy on ją kochał, a ona jego nie, rozmarzyłabyś się". Nie żałuję "nocy", wcale nie straszy, jest mądra, dojrzała, cenna. Wystarczy uznać śmierć za swego przeciwnika i mierzyć się z nim, konfrontować, umykać. Jak? Rozciągnąć nie tylko moment śmierci w czasie, ale i cały poprzedzający ją okres przez, jak nazywa to autor, "faszerowanie się" literaturą, sztuką, filozofią, antropologią, religią, by zyskać nowe spojrzenie na śmierć bez jednego słowa o cielesnej realności, bez studiów z doktoratem traktujących o własnych wnętrznościach. "Patrzę na swoją rękę, wielkie niebieskie żyły. Czy to ja? Dobrze jest odpocząć od "ja", które widziało i przeżyło wszystko, w każdym razie wszystko, co się da, zużyło się w codziennie powtarzanych czynnościach, niezmiennych i niewzruszonych, umyć zęby, zagotować wodę, wynieść śmieci i tak dalej. Jak dobrze uwolnić się od tej martwoty. /.../ Czy to jest właśnie szczęście - nie potykać się o siebie?".

moje

 

     Tymczasem wypełniam wszystkie powinności związane ze Wszystkimi Świętymi. Majoryzowanie żywych przez zmarłych miało odbyć się kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, a jest, nastało. Dokłada zniczy do torby, wydłuża drogę od cmentarnej bramy do grobu ojca. Przystaję, najdłużej u Juty, zapalam, idę dalej. Omiatam liście, brat wyręczył mnie w szorowaniu kamienia. Stawiam znicz, kładę kwiaty, litera po literze składam dwa wyrazy, zapalam, patrzę w płomyk świecy. Nie rozmawiam, nie rozmawiam z ojcem, bo go tu nie ma. Nigdy go nie było, nie znał tego miejsca, tego cmentarza, odszedł ledwie pół roku po przeprowadzce. Widzę go domowego, zaczytanego, biurowego, przechadzkowego, wakacyjnie sopockiego, ale nie cmentarnego.  Pamiętam ten dreszcz osłupienia, gdy towarzyszyłam koleżance przy grobie jej ojca: "Tatuś, patrz kogo ci przyprowadziłam!". Baśka też na mnie na sopockim cmentarzu nie patrzy, nie rozmawia ze mną, jest w domu, tnie dopiero co kupioną spódnicy na kawałki, komponuje nową, zajęta jest pieczołowitym układaniem włoskich szpilek w szafie, każda z prawidłem w osobnym miękkim woreczku, nakładaniem makijażu, pieczeniem najlepszego na świecie tortu makowego, zaraz przyjdą goście.

     Wybiorę się do Sopotu na molo, przejdę spacerem do końca, tam będą, tam ich spotkam, Baśkę i ojca. Każde z nas, zapisana książka. Zadeklamowany wiersz.

Katarzyna Krenz

Grand Hotel w Sopocie

 

Spóźniona, jak zawsze, staję w progu

widzę morze, tak, to pokój z widokiem

to na pewno ten pokój sprzed wielu lat

chociaż nigdy nie byłam tu przedtem

a ty nie wróciłeś nigdy potem

co miało być, stało się, ale tylko we mnie

dodało soli do łez, a życiu dodało cienia

dziś mój cień u stóp jak wierny pies leży

słucham wiatru od morza, słyszę: przyjdziesz?

lecz tego głosu teraz już nawet we mnie nie ma

tak miało być, że nie było, patrz, chmurzy się

już jesień - idzie na sztorm i niepogodę

*

 

moje

    

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Tagi