Rozmowy wśród przyjaciół
czwartek, 24 listopada 2016

     Juliczka

     A nie, nie gotuję, zniechęciły mnie trzy nieudane próby wykonania sufletu w naleśniku z czekoladowym kremem i owocami spod ręki. Suflet siada równie łatwo, jak się o nim mówi. Podduszę się jedynie w krótkim refleksyjnym sosie.

moje

     Z Literackiego Sopotu wróciłam z m.in. esejem o Gombrowiczu. "Bohaterem tego eseju jest Gombrowicz, pisze we wstępie Grzegorz Jankowicz, stąd tytuł, do którego dorzuciłem angielskie słówko loading. Ma ono kilka znaczeń. W pierwszej kolejności odsyła do procesu wgrywania czegoś lub wczytywania (np. programu komputerowego lub materiałów cyfrowych). Ale wyraz ten oznacza również zajmowanie miejsca, załadunek, dźwiganie dużego ciężaru, a nawet - etymologicznie - obieranie właściwego kursu, wybór najlepszej drogi oraz wejście w nurt (np. rwącej rzeki). Wszystkie te sensy będą stale powracały w mojej opowieści". Pokiwałam głową, acha. Przygotowałam się do czytania, wypożyczyłam, dla przypomnienia, "Ferdydurke" i "Kosmos", przez "Kronosa" przeszłam stosunkowo niedawno, uzbroiłam w notatnik. I się zaczęło. Czytałam, wertowałam i, nieświadoma pułapki, coraz więcej pisałam. Z wypiekami na twarzy maszerowałam do biblioteki po następne książki, bo Italo Calvino mam. Potrzebne były: "Nasz wspólny przyjaciel" Dickensa, "Kim jest autor" Michela Foucaulta, "Dionizos..." Karla Kerenyi'a, Platon z "Państwem", i twierdzenia Derridy, Luigi Pirandello z "Jeden, nikt i sto tysięcy", Butler, Franczak, tezy z dyskusji o "Kronosie" profesora Ryszarda Koziołka, inne eseje Jankowicza...

     Lista nie kończyła się, zapełniałam zeszyt, utknęłam w labiryncie. - Dokąd zmierzasz, siostro? - spytałam któregoś dnia. Czytasz to wszystko jako kto? Ekonomistka z teczką? Pożal się Boże programistka dawno nieżyjących języków? PLAN, kto jeszcze programuje w PLAN-ie. Czytasz jako kosmetyczka, z dyplomem, ale kosmetyczka? Opanuj się, Grażyna! Nie dogonisz, nie masz czasu. Niedawno, dopiero co, ledwie kilka lat temu - Tak? równo dwadzieścia! - wkuwałaś anatomię, fizjologię, fizykoterapię z "Winien Ma", bilansem, materiałami w drodze, kosztami zakupu z tyłu głowy, z "załaduj komórkę do akumulatora, prześlij do innej komórki, albo akumulatora, albo cholera wie gdzie, nigdy nie wiadomo, dokąd program pójdzie".  

moje

moje

moje

     Miasta zmieniają się, nachodzą na siebie, nowe nie znają się ze starymi, ludzie też. Wyrecytuj, proszę, parę wzorów z ekonometrii lub odkrywczych stwierdzeń ze statystyki, finanse, też niezła mgła, tylko trochę geografii i historii gospodarczej zostało, strzępi się po pamięci. Tak, roboczej. Bo ta inna, fantazyjna, zawsze zajęta była literaturą. - Filologia? Studia humanistyczne? Polonistyka? A gdzie będziesz pracowała? Dzieci na wsi będziesz uczyła? A z czego będziesz żyła? - słyszałaś. No, pożyłaś, popracowałaś, a teraz się rozerwij, baw się. Odpoczywaj.

moje

     "Mogłem tedy dopomóc pamięci, przespacerować się z miesiąca na miesiąc po przeszłości - ale co z tego? Co robić, pytam, z tą litanią wyszczególnień, jak wchłonąć te fakty, gdy każdy rozpadał się na mrowie drobniejszych zdarzeń, które w końcu przeradzały się w opar, było to osaczenie wielomiliardowe, rozpuszczenie w ciągłości nieuchwytnej, coś jak brzmienie inaczej... jak tu w ogóle mówić o faktach?'.

- Witold Gombrowicz, "Dziennik 1961-1969", Kraków, str. 96.

     ... suflet w naleśniku, naleśnik jak naleśnik, wiadomo, suflet też, ubija się na puszystą masę, którą zawija się w naleśnik, całość zapieka, polewa się sosem czekoladowym i przybiera owocami, widziałam w telewizji, elegancki.

stylowi.pl

wtorek, 15 listopada 2016

     Juliczka

     Czas w każdej rodzinie odmienia role.

- Jak zjesz Kiri, to mam coś dla Ciebie.

- O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej...

- Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.

- Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! ...gdzie masz ten serek?

moje

     Taka to bajka, lepsza, niż "Pchła Szachrajka" Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,

Nasza zaś lubiła bardzo

Tartoletki, papatacze,

Ptysie, bezy i sękacze,

Rurki z kremem, tort z wiśniami

I babeczki z malinami. /.../

Dzisiaj rurki z kremem zjem,

Bo ogromnie lubię krem.

Proszę podać ze trzydzieści,

Stolik więcej nie pomieści!

     Bajka rodem z "Postrzyżyn" Bohumila Hrabala: "W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/.../".

     Tylko w "Śniadaniu u Tiffany'ego" śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

moje

 

 

    

piątek, 11 listopada 2016

Żona Oburzona

 

Dzisiaj, w dniu, w którym w mediach pojawiła się informacja o śmierci Leonarda Cohena, mogę tylko zaznaczyć to w naszej Altanie, przypominając tę piosenkę. Banalne, ale ta wydaje mi się najbardziej odpowiednia. 

Kiedyś pisałam o Leonardzie Cohenie, czy to było tu, czy na Kurze? Nie pamiętam i nie mogę tego wpisu znaleźć. Może ktoś z Was pomoże? Znalazłam za to lekcję angielskiego Juliczki.

wtorek, 01 listopada 2016

          Juliczka

     Po książki chodzę, szukam, odwiedzam księgarnie, celebruję chwilę. Wiele z nich, jak "Miniaturzystka", pozostaje w sferze marzeń, inne trafiają do mnie znienacka, niewytłumaczalnie wpadają w rękę.

moje

     Tak było z "latem" i "nocą": z "Ostatnim latem" Cesariny Vighy wróciłam do domu kierowana tajemnicą osoby autorki, poetki, wenecjanki z pochodzenia, mieszkanki Rzymu. Zadziałało, słowa spięły się w działający na wyobraźnię bodziec. Podświadomie liczyłam na wzniosłe metafory, błądzenie po uliczkach cierpienia, niedomówienia, które pokoloruję jak zechcę. Wiedziałam, że książka będzie traktować o chorobie, godzeniu się z losem, a mierzyłam się z literaturą faktu, szczegółową autobiografią napisaną prostym do okrucieństwa językiem, pełną przypominanych sobie obrazów. Nie żałuję, że latem czytałam "lato", po coś miałam to zrobić, zdobyć określone doświadczenie, różne od refleksji związanych z lekturą "nocy" Carla-Henninga Wijkmarka.       "Nadchodzi noc", doceniona Nagrodą Augusta, opowiada o godzeniu się ze śmiercią w specyficznie piękny, elegancki sposób. Wracałam z książką z Literackiego Sopotu i bałam się jej: "Ech, taki śliczny sierpień, po co wleczesz te czarne okładki z Czarnego, kupiłabyś te z dziewczynami w sukienkach i kapeluszach, zadziwiłabyś się, czy on ją kochał, a ona jego nie, rozmarzyłabyś się". Nie żałuję "nocy", wcale nie straszy, jest mądra, dojrzała, cenna. Wystarczy uznać śmierć za swego przeciwnika i mierzyć się z nim, konfrontować, umykać. Jak? Rozciągnąć nie tylko moment śmierci w czasie, ale i cały poprzedzający ją okres przez, jak nazywa to autor, "faszerowanie się" literaturą, sztuką, filozofią, antropologią, religią, by zyskać nowe spojrzenie na śmierć bez jednego słowa o cielesnej realności, bez studiów z doktoratem traktujących o własnych wnętrznościach. "Patrzę na swoją rękę, wielkie niebieskie żyły. Czy to ja? Dobrze jest odpocząć od "ja", które widziało i przeżyło wszystko, w każdym razie wszystko, co się da, zużyło się w codziennie powtarzanych czynnościach, niezmiennych i niewzruszonych, umyć zęby, zagotować wodę, wynieść śmieci i tak dalej. Jak dobrze uwolnić się od tej martwoty. /.../ Czy to jest właśnie szczęście - nie potykać się o siebie?".

moje

 

     Tymczasem wypełniam wszystkie powinności związane ze Wszystkimi Świętymi. Majoryzowanie żywych przez zmarłych miało odbyć się kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, a jest, nastało. Dokłada zniczy do torby, wydłuża drogę od cmentarnej bramy do grobu ojca. Przystaję, najdłużej u Juty, zapalam, idę dalej. Omiatam liście, brat wyręczył mnie w szorowaniu kamienia. Stawiam znicz, kładę kwiaty, litera po literze składam dwa wyrazy, zapalam, patrzę w płomyk świecy. Nie rozmawiam, nie rozmawiam z ojcem, bo go tu nie ma. Nigdy go nie było, nie znał tego miejsca, tego cmentarza, odszedł ledwie pół roku po przeprowadzce. Widzę go domowego, zaczytanego, biurowego, przechadzkowego, wakacyjnie sopockiego, ale nie cmentarnego.  Pamiętam ten dreszcz osłupienia, gdy towarzyszyłam koleżance przy grobie jej ojca: "Tatuś, patrz kogo ci przyprowadziłam!". Baśka też na mnie na sopockim cmentarzu nie patrzy, nie rozmawia ze mną, jest w domu, tnie dopiero co kupioną spódnicy na kawałki, komponuje nową, zajęta jest pieczołowitym układaniem włoskich szpilek w szafie, każda z prawidłem w osobnym miękkim woreczku, nakładaniem makijażu, pieczeniem najlepszego na świecie tortu makowego, zaraz przyjdą goście.

     Wybiorę się do Sopotu na molo, przejdę spacerem do końca, tam będą, tam ich spotkam, Baśkę i ojca. Każde z nas, zapisana książka. Zadeklamowany wiersz.

Katarzyna Krenz

Grand Hotel w Sopocie

 

Spóźniona, jak zawsze, staję w progu

widzę morze, tak, to pokój z widokiem

to na pewno ten pokój sprzed wielu lat

chociaż nigdy nie byłam tu przedtem

a ty nie wróciłeś nigdy potem

co miało być, stało się, ale tylko we mnie

dodało soli do łez, a życiu dodało cienia

dziś mój cień u stóp jak wierny pies leży

słucham wiatru od morza, słyszę: przyjdziesz?

lecz tego głosu teraz już nawet we mnie nie ma

tak miało być, że nie było, patrz, chmurzy się

już jesień - idzie na sztorm i niepogodę

*

 

moje

    

poniedziałek, 31 października 2016

          Juliczka

     My, kołłątajowcy, zadziwiająco trwamy obok siebie przez lata - pisał Janusz Urbaniak w "Rzeczy Krotoszyńskiej" żegnając Olka.

     Marylka i Dziunia, jak ja, wyjechały z miasta, pozostały w nim Lucy i Mala, Janusz tam wrócił. Pisujemy do siebie, dzielimy się radościami, z Anny, piastującej wysokie stanowisko na jednej z poznańskich uczelni, jestem tak samo dumna, jak jej rodzice, jak Marylka i Janusz. Czasami rozmawiamy, raz na dekadę spotykamy się w klasztorze u Kornela OSB, u Stanisława na plebanii, Elżbieta P. i Leszek już z nami nie zasiądą do stołu. Z Wojtkiem niedawno połączyła mnie nić przyjaźni, skradł serce mojej mamy. Licealne koleżeństwo dba o mnie, relacjonuje, co ciekawego się wydarzyło w Krotoszynie, pozdrawia stamtąd, gdy bawi przejazdem, zapachem chleba z piekarni "Brykczyński" podtrzymuje namiastkę więzi z pozostawionym na ulicach moim cieniem.

moje  

     Tak było i z Marylką; napisała piękny list, w nim umieściła parę, wydawałby się, ulotnych zdań o krotoszyńskim cmentarzu. Przyjęłam je ze wzruszeniem, podzieliłam się refleksją z Katarzyną, impresja pozostała, wryła się w pamięć, zainspirowała.

Vivian Mayer

                                      Fot. Vivian Maier 

     "LIST ZE SKANDYNAWII, Droga J.

     /.../ Agat z miejsca rusza za tropem, a oni idą na cmentarz. Od tego zawsze zaczynają. Anna idzie przodem, ścieżką między grobami, przystaje. To tu, mówi. Potem nachyla się i małym pędzelkiem zaczyna poprawiać litery na granitowej płycie, milimetr po milimetrze, powoli, starannie. - Co robisz? - pyta Johannes, chociaż nie musi pytać, zna odpowiedź. - Poprawiam napis - odpowiada Anna. - Deszcz wymył litery - dodaje tonem usprawiedliwienia, nie przerywając pracy. Prowadzi pędzelek po liniach liter, z szarości kamienia wyłania się imię: Louise. Anna nosi to samo nazwisko: Udden. I data urodzenia ta sama. Nie miała jeszcze dwudziestu lat. Kochali ją oboje, i Anna, i Johannes, to ich trzyma przy sobie. Ale nie tylko to, ich więź jest bardziej złożona.

     Johannes przeżył śmierć Louise równie mocno, jednak otrząsnął się, okrzepł. Anna nigdy nie pogodziła się ze stratą. Dlatego on wraca na rodzinną wyspę, wraca nie do niej, tylko dla niej, dla Anny. Nie chce pozwolić, by całe życie stała w oknie.

     Anna długo nie chciała słuchać, nie potrafiła oderwać swojego życia od śmierci siostry. Gdy w końcu Johannesowi udało się ją przekonać, poczucie straty zastąpiło poczucie winy. Litery na nagrobku, które z taką starannością poprawia - wypłukane i spłowiałe, są jak wyrzut sumienia. Dowód, że jej życia nie wypełnia już tylko żałoba. Litera po literze, w niewygodnej pozycji. Johannes czeka cierpliwie, nie chce jej płoszyć. Gdyby się nie bał, może zapytałby ją o jedno, o perfumy. Portofino, odparłaby. To były perfumy Portofino.

     Gdyby zapytał."

     Katarzyna Krenz, Julita Bielak "Księżyc myśliwych", ZNAK 2015.

Tom Ford

Franchman

 

     Nieporadnie próbuję sobie przypomnieć słowa Jerzego Pilcha o przeciwległym stoku i nadciągającej stamtąd watasze. Pod ręką mam "Miasto utrapienia", z zadziwiającą dedykacją autora: Andrzejowi z wielką sympatią, Warszawa, Marzec 2004, ale to nie tu, tutaj jest fragment o tym, jak stanął na parapecie, by do końca, do skonu, do zgonu rozbawić towarzyszki swej ostatniej szampańskiej zabawy. Dławią inne słowa, o oddaleniu i rodzącej się świadomości, że po ciebie idą, jeszcze ich nie słychać, nie widać. W pewnym momencie zaczynasz słyszeć kroki, słyszysz, jak śpiewają. Na razie są jeszcze bardzo daleko, ale wiesz, że zaraz ich zobaczysz. Nie pomaga ironizowanie o braku muzycznego słuchu, jedynie pamięć do nut, nie uspokaja drwina o coraz słabszym wzroku.

     Coraz częściej, zamiast pod nogi, spoglądasz za horyzont.

blue

    

sobota, 29 października 2016

          Juliczka

     Przyszedł do mnie wiersz wyczekiwany, finezyjnie wycieniowany okruch liryczny, labirynt tajemniczy i niepokojący. Towarzyszyła mu ulotna nuta żalu - gdybyś była bliżej spotkalibyśmy się w małej kafejce, rozmawialibyśmy także o pisaniu. Ale jesteś daleko.

fala poprzecznaFot. Fala Poprzeczna

     I kawiarnie inne. Kawiarnia najpierw powstaje, istnieje, potem staje się tradycją, potem staje się poczuciem tradycji, wreszcie niknie. Pierwszą warszawską był mały lokalik za Żelazną Bramą Ogrodu Saskiego. Z początku bywała tam niemal wyłącznie niemiecka służba dworska. W 1763 roku otwarto na Starym Rynku przy Krzywym Kole kawiarenkę, której właścicielkami było siedem sióstr. Bardzo popularna była kawiarnia pani Okuniowej i jeszcze inna, należąca do pani Neybertowej. Lokal, noszący nazwę "Wiejska Kawa" znajdował się na miejscu dzisiejszej ulicy Wiejskiej, mniej więcej tam, gdzie stanął gmach "Czytelnika" ze swoją kultową kawiarnią literacką w podziemiu. W  kawiarni "Lajkonik" przy Placu Trzech Krzyży prezydował Otto Axer, a stolik gromadził ludzi najrozmaitszych zawodów, przychodzili plastycy, pisarze, adwokaci, ludzie teatru i zawsze kilka ładnych dziewczyn. W kawiarniach stajni PIWu oraz w "Nowym Świecie"  wlekły żywot inne znane stoliki, gdzie siadywali Antoni Słonimski, Adam Ważyk, Gustaw Holoubek, Janusz Morgenstern, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Jastrun. Do stolików dopuszczano lub nie, panowały przy nim jedyne w swoim rodzaju niepisane i niegłoszone obyczaje. Nie mówiło się zbyt poważnie o rzeczach poważnych, za to zwięźle i dowcipnie z wymogiem unikania komunałów (na przykład, że Szekspir jest wspaniały albo, że abstrakcja się przeżyła). Opowiadano dowcipy, byle były dobre z zakazem relacji snów, treści powieści, sztuk i streszczeń filmów. Wolno też było milczeć, byle inteligentnie.

Facet i kuchnia

                             Fot. Szymon Kubicki

      Przy kawiarnianym stoliku powstał projekt założenia pewnego stowarzyszenia. W marcu lata temu w "Udziałowej" Stanisław Ossorya-Bochocki zainicjował zebranie założycielskie, na które przyszli o godzinie 12.00 punktualnie - Jerzy Boczkowski, Anda Kitschman, Jan Stanisław Mar, Konrad Tom, Julian Tuwim, Kazimierz Wroczyński - o wpół do drugiej przybiegł Jerzy Wrzos - Tadeusz Żeromski, przepraszając za spóźnienie, ale miał 5 lekcji i nie mógł się wcześniej wyrwać... Za to przyniósł wiadomość, że Jan Brzechwa, Władysław Lin, Benedykt Hertz, Artur Tur i jeszcze kilku innych z góry zgłaszają akces do mającej powstać organizacji, która ma bronić praw twórców. Tak kawiarniana muza stanęła u kolebki jakże dzisiaj szacownego ZAiKSu.

      "Szumiały mu echa kawiarni" wykonywał w "Mirażu" Stanisław Ratold. "W kafejce widzimy się/ Przy oknie stolik nasz/ Gest, rozmowa, śmiech/ Spojrzenia cały czas/ Za oknem jak niemy film/ Przechodzi obok świat/.../" śpiewa w "Prostej piosence" Kuba Badach. Zmieniają się kursy polityczne, zmieniają się politycy, zmieniają wydawcy, przeobrażają się kawiarniane stoliki, same kawiarnie. Na miasta nachodzą nowe, tamtym nieznane.

magda rusocka

                             Fot. Magda Russocka

 

      I wiersz. Wiersz Janusza Urbaniaka mówi o sobie sam, istnieje.

TO CO ZAMKNIĘTE

Tak mało wiem i nie powinienem

więcej nie powinienem chcieć

czegoś co poza granicą zdarzeń

i języków ja ciało z ciała

krew wędrująca

z dłoni utworzony ptak

który szuka innych ptaków

zapominając że ciemność jest

natury stanem a jasność?

 

niepodobna rozumieć wszelkości

która roztacza się przez czasy i

przestrzenie granic za którymi

pojawia się następna wszystkość

a jednak ciągle porywają pytania

i wtedy stając naprzeciw drzewa

zmawiam modlitwę-wiersz

 

pieśń wykluczonego to skowyt

bez znaczenia wobec gromkości

istot której znakiem była

mnogość nieogarnięta słowem

bo słowa są zamknięte

bo ciała są zamknięte

i historia jest zamknięta

*

4.10.2012

 

 

    

    

wtorek, 18 października 2016

    

      Kattinka

     Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych 30 sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Ravenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

     (jeszcze raz początek znakomitego tekstu Kattinki, podczas edycji umknął awatar, jak apostrof w nazwie miasta - program nie chce przyjąć, przepraszamy Autorkę)

 

      

    

    

16:09, julitczka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 17 października 2016

Kattinka   Kattinka

 Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście...

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

L'Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d'Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają. 

 Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową. 
 Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.  

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś…  Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

 Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi  – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

Aquila

 Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem:  czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce. 

Aquila

Aquila

 Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii. 

 Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów. 

Aquila

Obraz za mgłą hotelowej szyby:
nocny autobus zatrzymuje się 

na przystanku nikt nie stoi 

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma  

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem 

na papierze ryżowym*

Wiersz Kattinki: Japońska  akwarela II, 26 września 2016    

sobota, 24 września 2016

     Juliczka

     W ramach literackiego festiwalu Pióro i Pazur, polonijne blogerki nominowały "Księżyc myśliwych" autorstwa Katarzyny Krenz oraz mojego do tytułu "Książka bez granic", "... bo przecież dobra książka przekracza granice, nie zna ograniczeń" pisze na blogu "Czytanie Edyty" jedna z jurorek. I dodaje, że w wielu miejscach na świecie, gdzie mieszkają Polacy, są czytane polskie książki. Głównie z zaintrygowania tym, co powstaje w kraju, ale i z tęsknoty za polskim słowem - tym mówionym i tym pisanym, pięknie i poprawnie używanym.

     Doceniam ogromne wyróżnienie "Księżyca...", naszych literackich, filmowych i muzycznych fascynacji. Wyróżnienie ważne, bo pochodzące od dziewczyn szukających swojego szczęścia gdzieś daleko w świecie, a jednocześnie dbających o piękno polskiego słowa w domach, tej alegorycznej wyspie każdej z nas. Życie wymusza określanie programu na przyszłość, wpisywanie go w ramy, wyznaczanie dróg realizacji planów. Wiążą się z nimi konkretne miejsca i ścieżki prowadzące do tych miejsc. Wraz z postępem technicznym i zmieniającymi się warunkami kurczą się mapy. Wystarczy krótka podróż, by znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Dla spokoju, zapomnienia, odnalezienia siebie, wykreowania - bo tak naprawdę nie odnajdujemy siebie, a tworzymy. Także poprzez trudną do wytłumaczenia pasję, z jaką sięga się po symboliczne pióro.

     Mawiają, że nie musimy całe życie mieszkać nad konkretnym morzem. Wszędzie jest takie samo, odbija to samo niebo. Wszędzie - jak życie - jest szaradą, obietnicą przygody, dramatem, powrotem, wypoczynkiem, drogą, złudzeniem, nadzieją. Podróżą do miejsc dalekich, gdzie dotarł i "Księżyc...", zyskał uznanie, niezwykłą wartość dodaną.

Visby

03:03, julitczka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 września 2016

 

 

 Żona Oburzona


Ciekawe, kto z Was pomyślał o książce, o której niegdyś w Kurniku było głośno? Ale zaskoczę Was, gdyż tytuł bezczelnie sobie pożyczyłam, chcąc zaprezentować zupełnie inną miłośniczkę literatury...

Wyobraźcie sobie, że wróciłam niedawno z biblioteki bogatsza o drugą (obok własnej) kartę czytelnika, upoważniającą do wypożyczania książek. Owa karta należy do mojej córeczki. Kto by pomyślał, że do biblioteki można zapisać rocznego berbecia! Tymczasem nie tylko można, a nawet trzeba, gdyż taki małoletni czytelnik w moim mieście na zachętę otrzymuje pakiet na dobry początek, zawierający m.in. książkowy prezent pt. 1 urodziny prosiaczka. 

Prezent uroczy! Reprezentuje wszystko to, co we współczesnej literaturze dziecięcej sprawia, że mam do tych książek słabość. Ciekawa kolorystyka, niebanalna fabuła, świetna grafika. A to wszystko całkowicie odmienne od estetyki, którą można chyba nazwać disneyowską, tudzież księżniczkowo-kucykową. Tak, chodzi mi o tę estetykę, która morduje oryginalnego Kubusia Puchatka...

Nawiasem mówiąc, w bibliotece tłumy. Nie do końca mam zatem jasność, co z tym fatalnym stanem czytelnictwa w Polsce. Nawet jeśli część klientów to uczniowie poszukujący lektur, to i tak budująco to wyglądało. I dzieci, i dorośli, i dorośli z dziećmi, i osoby w średnim i w podeszłym wieku - w przeciągu pół godziny do biblioteki przyszło 20 osób. W tym chłopiec, który zapłacił złotówkę za przetrzymanie Cierpień młodego Wertera. Uśmiechnęłam się do niego ze współczuciem. To nie dziwne, że zbyt dużo czasu zajęło mu czytanie tych nudziarstw...

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Tagi