Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 01 stycznia 2018

Julita Bielak     Jul

     Mieliśmy wrócić do Smutsa. Wymyślił kiedyś, że całości nie da się sprowadzić do sumy części, a świat podlega ewolucji, w toku której wyłaniają się coraz to nowe całości. W swojej teorii zawarł pogląd, że w naturze występuje tendencja do tworzenia całości, których nie da się wyjaśnić w kategoriach sumy poszczególnych fragmentów.

Adam Pluszka, "Flauta", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007, str. 161.

Julita Bielak

Julita Bielak

                    Premiera książki Adama Pluszki "Wte i we wte. Z tłumaczami o przekładach".

     Właśnie zawiesiłam na gwoździu nowy kalendarz, przejrzałam strony, ładny. Pójdziemy razem przez 2018 rok. Miesiąc po miesiącu przekładałam strony starego, też ładnego, trafiałam na znaną mi od lat datę urodzin. Na inne znaczące dni, dołożone przez lata: pierwszy dzień w szkole, matura, obrona pracy magisterskiej, ślub, spotkania autorskie "Księżyca myśliwych". I na wszystkie upierające się przy egzaltacji dni, takie jak Wigilia, Święto Pracy, Sylwester.  Inne daty - któryś czerwca czy października - w poczuciu niższości takiego szczęścia nie mają, no chyba, że trafi im się niedziela. Albo dzień czekolady.

     Mijałam, musiałam mijać tę drugą, obok narodzin, najważniejszą datę - pożegnania się ze światem. Nosimy ją w sobie a nie znamy, kroczymy przez życie niepełni. Wypadnie w któryś chełpiący się światełkami, muzyką, blichtrem, zalany słońcem dzień, czy w szary, zapracowany, dobrze, jeśli pamiętny z wizyty u dentysty, dzień. Plażowy czwartek lipca lub zabiegany początek marca. Nałoży się na już znany, szczególny, czy nagle w dawno zapomnianym zabije w dzwony, których już nie usłyszę. Doświadcza nas jakoś, daje znak, wywołuje nieuzasadniony niepokój, dziwną tęsknotę, czy zatarty znika niepostrzeżenie.

Marginesy

Marginesy

                     Kalendarz Wydawnictwa Marginesy.

Sztuka Wyboru

     Pomysł mierzenia czasu, a więc czegoś nie dającego się ani zobaczyć, ani dotknąć, jest jednym z najdowcipniejszych, na jakie człowiek wpadł. Zegar w papieskim pałacu w Castel Gandolfo do dziś jeszcze w południe wskazuje szóstą. Bo w starożytności grecko-rzymskiej godziny, dzienne latem dłuższe, zimą krótsze, zaczynano liczyć od wschodu słońca. A rachuba dni w miesiącu? Nie wiemy, komu zawdzięczamy dzisiejszy sposób liczenia od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Rzymianie robili to inaczej, 25 listopada na przykład nazywał się u nich: "siódmy dzień przed Kalendami grudnia". Kalendy, idy, nony, Nowy Rok w różne dni zależne od przyjętego kalendarza. A gdyby tak zmieniać kalendarze, skakać po nich, po datach, latach księżycowych bądź słonecznych, bo nie ma jednego kalendarza światowego przyjętego przez ONZ. I uciekać, uciekać.

     Są sobie trzy dziewczyny z gór, z osiedla niedaleko bledu Marhni i mają na imię Utka, Mimuna i Ajsza. Większość dziewczyn z gór przyjeżdża do Algieru, Tunisu, tutaj, żeby zarobić pieniądze, ale te dziewczyny chcą czegoś więcej. Pragną wypić herbatę na Saharze. (...) po cichu oddalają się od karawany z tacą, czajnikiem i szklankami. Będą szukać najwyższej wydmy, aby zobaczyć całą Saharę. Tam zaparzą herbatę. Idą długi czas. Utka mówi: "Widzę wysoką wydmę". Wspinają się na wierzcholek. Potem Mimuna mówi: "Widzę tam wydmę, stamtąd będzie widok aż po In Salah". Kiedy znajdują się na jej szczycie, Ajsza mówi: "Patrzcie! Tamta wydma jest najwyższa. Na pewno widać z niej Tamanrasset". Słońce wzeszło, a one nadal szły. W południe zrobiło im się bardzo gorąco. Doszły jednak pod wydmę, a potem wspinały się na nią i wspinały. Gdy weszły na wierzchołek, były bardzo zmęczone. Postawiły na piasku tacę, czajnik i szklanki. Potem położyły się i zasnęły. (...) Wiele dni później jechała inna karawana i ktoś coś zauważył na szczycie najwyższej wydmy. Kiedy poszli zobaczyć, znaleźli Utkę, Mimunę i Ajszę. Dalej leżały tak samo jak wtedy, gdy poszły spać. A wszystkie trzy szklanki były pełne piasku.

Paul Bowles, "Pod osłoną nieba", tłum. Tomasz Bieroń, Świat Książki, Warszawa 2015, str. 41.

Willy Ronis

          Fot. Willy Ronis, Cafe de Bidule.

     Życzmy sobie szczęśliwej wędrówki przez nowy rok, spełnienia marzeń i wielu marzeń do spełniania, obiecujących widoków, dobrych wyborów i zawsze w porę wypitej herbaty. Do siego roku!

 

    

    

 

03:19, julitczka
Link Komentarze (2) »
środa, 20 grudnia 2017

Julita Bielak     Jul

     Wieczór zachodzącego słońca, oddalenia, głębokich błękitów; bezładne tłumy, odgłosy zbiorowiska; rozciągające się w nieskończoność przestrzenie; niewyraźny wieczór...

Joanna Kraśnicka

Fot. Joanna Kraśnicka

Joanna Kraśnicka          Fot. Joanna Kraśnicka, Wieś angielska, 2017.

     Nie główna postać, a jeden pełen symboli wieczór stał się dla mnie bohaterem powieści Edouarda Dujardina "Wawrzyny już ścięto". Bo cała akcja dzieje się jednego wieczoru, wieloznacznego i niedopowiedzianego. Czytałam dawno, zachowałam parę notatek, wznowień nie widzę. Zapamiętałam jednak zarys zapisu umysłowego przeżywania młodego paryżanina, swoistego monologu wewnętrznego. Nie tylko tego, co aktualnie widział, słyszał, odczuwał, ale i myśli oraz skojarzenia, które mu się nasuwały.

Julita Bielak

Julita Bielak

          Prababcia Zosia, Krzyś i Ares, trzy serca.

     Za równie niewyraźny, acz treściowo i ciężarem gatunkowym odmienny, wieczór uważam Wigilię Świąt Bożego Narodzenia, kiedyś pasm świąt. Były to święta godzenia się starego roku z nowym, zwano je Godami. Święto najdłuższej nocy w roku, którą trzeba było uczcić - nie śpiąc, lecz jedząc i weseląc się razem. Tak jak wiele innych świąt chrześcijaństwo wchłonęło i to święto pogańskie, zwyczaje się zmieszały i zatarły, daty przesunęły się w tę lub inną stronę.

Julita Bielak

          Halina i Janusz, przyjaciele. Po prostu.

     Obecnie nie zdajemy sobie sprawy, że kładzenie siana pod obrus, na którym spożywa się wieczerzę wigilijną, stawianie w kącie izby snopków zboża i karmienie tym zbożem inwentarza jest pozostałością pogańskiego święta agrarnego, święta urodzajów. Zwyczaje te tłumaczy się jako chęć upodobnienia wnętrza domu do stajenki. Z siana wróżono sobie po wieczerzy długość życia, urodzaje, zamążpójście. Z czasem, by ułatwić wróżby, pod obrus kładziono drobne, symboliczne przedmioty, jak na przykład laleczkę - wyjście za mąż i potomstwo, różaniec - wstąpienie do klasztoru. W ten sposób powstał podobno zwyczaj dawania prezentów, choć niektórzy twierdzą, że dawanie prezentów jest zwyczajem starorzymskim.

Julita Bielak

Joanna Kraśnicka

 

Jedno jest pewne, o zmierzchu do Wilii powinna siadać parzysta liczba osób w przeciwieństwie do nieparzystej liczby potraw. Nie może zabraknąć odwiecznych symboli płodności i urodzaju: maku i miodu, a także wiekowej kutii, z której wróżono sobie podrzucając łyżkę kutii do góry. Jeżeli wiele ziaren  przylepiło się do sufitu, to gospodarze mogli być spokojni o urodzaj w następnym roku. Obowiązkiem też jest stawiania na stole nakrycia dla osoby nieobecnej, dla podróżnego, osoby nieżyjącej, co równie za podróż daleką przyjąć można. Jedzenie wigilijne nie tylko dawano do skosztowania zwierzętom, ale i wynoszono przez próg dla zmarłych. Czyli - mamy znów do czynienia z pozostałością jakiegoś dawnego obrzędu. Podobnie pewnie rzecz się ma z przekonaniem, że w noc wigilijną zwierzęta mówią ludzkim głosem. A psy, jeśli szczekają, to obwieszczają pannom kierunek nadejścia swatów, z której strony zaszczekał pies, z tej przybędą swaty. Postne dania, zwyczaj łamania się opłatkiem, choinka, lampki symbolizujące "światłość świata", wypatrywanie pierwszej gwiazdki, śpiewanie kolęd dopełniają obraz celebracji rodzinnego święta oczekiwania narodzin Chrystusa jako Człowieka. Podobnie jak w Polsce Wigilię obchodzi się jedynie na Litwie, w Czechach i w Słowacji; opłatek - ta obietnica szczerej poprawy - nie jest znany poza Polską i Litwą. W ten wyjątkowy, zawsze bardzo uroczysty i poważny, ale zarazem radosny wieczór trzeba wszystko przebaczyć i zapomnieć o urazach. Zasiąść z bliskimi do stołu i wierzyć, że kto ilu potraw nie skosztuje w Wilię, tyle przyjemności wyrzeknie się w przyszłym roku.

     Kiedy mieszkaliśmy w Paryżu, co sobota kupowałam na targu pęczek świeżych ziół, tak jak niektóre kobiety kupują kwiaty do domu. Wkładałam go do słoika po dżemie, stawiałam na kuchennym blacie i potem obrywałam listek po listku: mięta do herbaty, koperek do pieczonej w całości ryby, pietruszka i tymianek do duszonej wołowiny, kolendra do taginu z kurczaka. /.../ Po przyjeździe do Prowansji od razu zaczęłam się rozglądać po targowisku za moim cotygodniowym bukietem. Nadaremnie. Czasami tylko w warzywniaku, w którym kupowałam sałatę i pory, sprzedawca dorzucał mi gratis trochę zielonej pietruszki. W końcu zapytałam go, gdzie mogę kupić tymianek. Popatrzył na mnie takim wzrokiem, jakbym zażądała, abym zawiązała mu sznurówki. - Mais ca pousse partout. - Przecież to rośnie wszędzie.

Elizabeth Bard, "Piknik w Prowansji", przeł. Beata Długajczyk, Bukowy Las, 2015.

     Na Święta życzę Państwu, aby rosło Państwu wszędzie. Kto chce duże i ma siły o to zabiegać, to duże. A jak małe, to małe, szalone, to szalone - w końcu bycie skromnym czy dziwnym nie jest karalne. Pogody, tego Państwu życzę, słońca w słońcu, deszczu w deszcz. Śniegu, jeśli tylko kto sobie tego winszuje. Wesołych Świąt!

    

03:36, julitczka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 10 grudnia 2017

Julita Bielak     Jul

     (...) opuszczało go napięcie, rozterki i niepewność, wypełniał go cudowny spokój. Wtulał plecy w miękkie poduszki, otwierał książkę i poczynał czytać w swoich wspomnieniach. Odczytywał zapachy dzieciństwa, zapachy szkoły, zapachy ulic i zakamarków miasta, zapachy ludzi. (...) Jednocześnie bez ustanku popijał szlachetne aromaty. Po butelce zapachu nadziei otworzył inną, rocznik 1744, zawierającą zapach nagrzanych drewnianych szczap spod domu madame Gaillard. A następnie raczył się aromatem letniego wieczoru, przesyconym perfumami i ciężkim od woni kwiatów, zebranym na skraju parku przy Saint-Germain-des-Pres, anno 1753. 1/

Julita Bielak

          Katarzyna Krenz, Rocznica, "Z nieznajomą w podróży", 2000. 

Julita Bielak

Julita Bielak

 

     W domu nie mam maminych rzeczy, nawet apaszki. Ot, kilka rodzinnych pamiątek, parę zdjęć. Coś irracjonalnie przywołuje jednak jej zapach. Gdy pochylam się nad kartką papieru, gdy w kuchni ścieram marchewkę, przyszywam guzik, nagle przenoszę się do tamtego domu, naszego. Widzę scenkę z dawnego życia, pachnie rosołem, rozłożonymi na ścierkach płatami ciasta na makaron i karotenowym kremem mamy do pielęgnacji twarzy.

Julita Bielak

Julita Bielak

     Pamięć podsuwa też matczyne prawdy: "Mężczyzna to powinien być wysoki. Wolniej jedziesz, dalej będziesz. Nie pij wody po winogronach". I te najważniejsze niewypowiadane, zaobserwowane w codzienności, nakładające się na przykazania. Że zgoda buduje rodzinę, a ludzie powinni się kochać i okazywać sobie szacunek. Na pewno niczego jeden drugiemu nie zabierać. Tymczasem, tuż po pogrzebie, z grobu rodziców zniknęły wszystkie róże, ktoś odciął je z wieńca i wiązanek. Zostały same zielone liście, przybrania i celofan. Zamarłam, gdy to zobaczyłam, zabolało. Nie wolno tego robić mojej mamie, nikomu. Nie ma świętości.

     Wracałam skrótem przez las, biegłam "wśród wspaniałej obojętności drzew, tych jednostek bez ujemnych czy dodatnich zamiarów, tego jedynego na świecie bezpiecznego tłumu". 2/

Julita BielakJulita Bielak

smutki małych miasteczek

mają truciznę w oku

wzlatują w szarość nieba

porywają obłoki płyną

z ludzkim westchnieniem

 

smutno w małym miasteczku

po obiedzie w niedzielę

ciche twarze czekają choć

się z tym skrywają

 

smutno w małym miasteczku

po ostatnim pogrzebie

przyszedł deszcz i nostalgia(...)

*

Janusz Urbaniak, Deszcz i nostalgia, "Nowa Kwadryga", 2011.

1/ Patrick Suskind, "Pachnidło", tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Wyd. Świat Książki, 2017.

2/ Maria Jasnorzewska-Pawlikowska, "Pocałunki".

03:34, julitczka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 listopada 2017

Julita Bielak     Jul

     Trochę mylą mi się rzeczy, które chcę zapomnieć, z tymi, które naprawdę zapomniałem. Ale, o ile pamiętam, PRL to nie był dokładnie świat bohaterów "Cyda" Corneille'a w którym obowiązywał honor, dwunastozgłoskowiec jambiczny z akcentem głównym na szóstej sylabie poprzedzającej średniówkę, a wybory moralne były oczywiste i czyste jak łza. 1)

     Krysia przysłała mi kopię artykułu ze starej gazety, pieczołowicie przechowywanej przez Mamę. Dziennikarz zadał sobie trud i napisał o naszych studenckich praktykach robotniczych. Miały nas czegoś nauczyć, głównie łamały nogi, moją też.

Julita Bielak

     - Przyjaźnił się pan z Czesławem Miłoszem - zaczęłam - czy mówi coś panu imię Jadwiga? Ta osoba razem z nim studiowała prawo w Uniwersytecie Batorego i chyba sympatyzowali ze sobą. - Oczywiście, nie tylko sympatyzowali, ale to nawet była wielka miłość.która się skończyła, gdy Czesław wyjechał do Warszawy. Chodzi o Jadwigę Waszkiewiczównę, córkę znanego wileńskiego lekarza. Rodzina Waszkiewiczów miała pod Wilnem piękny majątek i Czesio często tam bywał... Nawet pamiętam nazwę, Barcie! - A co się z nią dalej działo? - spytałam, starając się, aby mój głos brzmiał w miarę naturalnie. - Tego nie wiem, zniknęła z życia Czesława, a więc i mojego...  2)

Julita Bielak

     Julita BielakJulita BielakJulita Bielak

     Otworzyłam wieko posagowej skrzyni ze wspomnieniami, pojawił się kucharz, którego pierwszego dnia wyrzuciłyśmy z obozu za żółtą przeźroczystą zupę z pływającymi w niej plastrami marchwi, ziemniakami pokrojonymi w kostkę i kamykami twardego grochu. Królestwo kuchni przejęły Krysia i Dorota, czym wzbudziły nasz podziw i uwielbienie, bo nigdy przedtem nie gotowały dla pułku wojska. Podeszłam do półki z książkami, nastrajałam się. Żonglowałam zakładkami. Szukałam smaków, dosłownych i metaforycznych, aby zaostrzyć koloryt starych ciekawostek: " Ta, ta, tamta i jeszcze te dwie, jest i Proust". W poszukiwaniu straconego czasu to przemierzanie pamięci autora, ale i poszukiwanie minionych smaków i zapachów, nieodzownych elementów tworzących wspomnienia, dopełnień całkowitej rekonstrukcji odeszłego świata:

     I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii. W niedzielę rano w Combray (ponieważ tego dnia nie wychodziłem przed godziną mszy), kiedy szedłem do pokoju cioci Leonii powiedzieć jej dzień dobry, dawała mi kawałek ciasta, zmoczywszy je w herbacie lub w naparze kwaitu lipowego. Widok magdalenki nie przypominał mi nic, nim ją skosztowałem... 3)

Nigdy nie był kucharzem

w cukierni nie terminował

lecz on jeden znał ten zapach

na pamięć - magdalenka

pachniała kruchym ciastem

laską wanilii i migdałem

 

on umiał pamiętać

pod szkła soczewkę

każdą kroplę czasu kładł

ja także pamiętam

choć nie wiem jak

i tylko ta muzyka

co smaków dotyka

akordem powraca

bolesnym refrenem

dlaczego nie milknie

dlaczego wciąż gra i gra

a każdy jej ton

jak sopel chłodny jak łza

 

nie, nie był kucharzem

w cukierni nie terminował

a jednak tylko on znał

ten zapach na pamięć -

magdalenka pachniała

kruchym ciastem i migdałem

*

Katarzyna Krenz, Proust, fragm. 4)

Julita Bielak

          Fot, Halina Farr, Bordeaux 2017, sklep z makaronikami.

     Z żółtych karteczek ułożyłam algorytm, przygotowałam zeszyt. Wtem, jak wystrzał armatni, zadzwonił telefon, dłuższą chwilę rozmawiałam zarzucając ambitne retrospekcyjne plany. Z minuty na minutę stawałam się kimś innym, dwa oczka na prawo, nadrzucić, przełożyć, dwa oczka na lewo. Następnego dnia ruchem detektywa Monka przekładałam tomy ułożone na biurku, co ja chciałam, o czym myślałam? Uciekło, nie mogłam tego czegoś, jak mawia Kattinka, złapać za ogon. Jakim szłam tropem, marzeń? Miłości? Domu? Nadziei? Właściwej młodości do granic głupoty pewności siebie?

     Myślałem, że rozpoznam ten dom, nawet nie patrząc na numer, ale już jestem na skrzyżowaniu z Salisbury i muszę się cofnąć do domu z nadbudówką, a wtedy zauważam, że nasz dom i sąsiedni zostały połączone. Oba były białe, a ten nowy twór jest ciemnoszary z czarnym szlaczkiem, a w miejscu dawnych spiczastych dachów znajduje się kwadrat ze szkła i stali. Otacza go nowe ogrodzenie, a na ganku zamontowano ułożone w geometryczne wzory antywłamaniowe kraty. Widzę jego wnętrze przez otwarte okno: ściany pomalowane na kolor krwi, sufit obity bambusem, maski z Kongo, na ścianach - "zwariowane, ale magiczne" - jak powiedziałby Greg. Znajdująca się w jednym z pokojów kobieta obserwuje mnie przez okno. 5)

Julita Bielak

                               Fot. Marta Miaśkiewicz, Ateny 2017, profil Fb.

     Mijały dni, ich treść przyciągnęła magnesem konkluzję doświadczenia życiowego: "Ale jakie praktyki robotnicze, Izabela, komu chcesz o nich opowiadać? Krysi, Halusi, Zosi? Wszystko wiedzą, też tam były. Naszej Marcie, która pochodzi z jednego krańca Europy, mieszka na innym i porusza się po kontynencie, aby startować w maratonach, jak po rodzinnym mieście? Dwudziestowieczne smęty o pracy na roli ani jej nie rozbawią, ani nie rozwiną. Dziewięciolatka Krzysia, przejętego gwiezdnymi wojnami, też nie. Nie zamieni świetlnego miecza na motykę. Nie tędy droga, Eliza, idź przez zboże, we wsi Moskal stoi".

     /.../ wtedy złapanie taksówki to był cud. Ludzie czekali na postojach w długich kolejkach. "Łebki" ratowały sytuację. Podjeżdżali i mówili, dokąd jadą. Jeżeli kierunek pasował, to brali parę osób za dwie dychy albo trzy od łebka. Kiedyś Himilsbach, zresztą napity, podszedł do kolejki pod Związkiem Literatów i się spytał: - Kto do Śródmieścia? Parę osób się zgłosiło. Idą, idą i nic. W końcu jeden pyta: - To gdzie pan ma ten samochód? - Nie mam - odpowiedział Janek - ale nie chce mi się iść samemu. 1)

     Potrafię prowadzić, odnowiłam nawet prawo jazdy, auta nie mam, gubię watek, ale jeśli będzie Państwu czasami ze mną po drodze, to będzie mi miło. Zostało jeszcze parę książek do zagospodarowania, wątków do posnucia.

Julita Bielak

1. Janusz Głowacki, "Przyszedłem czyli jak pisałem scenariusz o Lechu Wałęsie dla Andrzeja Wajdy".

2. Maria Nurowska, "Sergiusz Czesław Jadwiga".

3.Marcel Proust, "W poszukiwaniu straconego czasu".

4. Katarzyna Krenz, "Z nieznajomą w podróży".

5. Patrick Flanery, "Rozgrzeszenie".

poniedziałek, 30 października 2017

Julita Bielak     Jul

     Śpiewali i tańczyli w nocnych koszulach. Ich piosenka przyprawiała o miłą gęsią skórkę, bo udawali w niej, że boją się własnych cieni, nieświadomi, że wkrótce zamkną się nad nimi inne cienie, które wzbudzą w nich prawdziwe przerażenie. [...] A jakież bajki sobie opowiadali! Nawet Kruszyna starał się tego wieczora opowiedzieć bajkę, ale jej początek był tak przeraźliwie nudny, że przeraził nie tylko innych, ale i samego Kruszynę, który powiedział wesoło: - Tak, to jest bardzo nudny początek. Udajmy więc, że to był koniec.

J.M. Barrie, "Piotruś Pan i Wendy", Przeł. Michał Rusinek, ZNAK emotikon.

Julita Bielak

     Wstaję ze słońcem. Zapominam, że okna pokoju nie wychodzą już, jak przy Mickiewicza, na wschód, a na zachód. I nie budzi mnie o szóstej rano dźwięk dzwonów kościoła św. Andrzeja Boboli, a cisza lasu. Otrząsam się z resztek snów. Tego notorycznie się powtarzającego z peronem i wtaczającym się pociągiem oraz innych, z fabularną projekcją. Co noc muszę dręczyć się dworcem, ogromną czarną lokomotywą i sobą wyczekującą pojazdu. W półmroku przemierzającą wagony w poszukiwaniu wolnego miejsca, nigdy go nie znajduję. A podróż przede mną, przynajmniej w wydaniu czasowym, daleka, to wiem. Idę zatem dalej, mijam kolejne zapełnione pasażerami przedziały i wagony. Nie znam tych milczących uniesionych w górę twarzy, nigdy nie spotkaliśmy się. 

Julita Bielak

     W snach z akcją wiele ról grają bliscy i dalecy, którzy odeszli. O których, bywa, myślę z tęsknotą, towarzyszą mi choćby poprzez przedmioty odświętnego użytku, przez słowa, powiedzonka, zdjęcia. Do snów wkradają się też ludzie przypadkowi, ledwie ich znałam. Na moment, jak Romek Dussel, przykuli moją uwagę. Dowiadywałam się później, że już ich nie ma. Jedni i drudzy zapełniają scenę ułudy, toczymy rozmowy, dzieje się nierealne życie. Po ich życiu. Ojciec, siostra i babcia, przesuwanie ich, odprowadzanych na cmentarz, w świadomości do innej kategorii ludzi, dokonuje się u mnie z oporem. Szczególnie z ojcem obcuję myślami po dawnemu, nie inaczej, niż gdy jeszcze był w domu.

Julita BielakJulita Bielak

Julita BielakJulita Bielak

     Juta, moja wielka przyjaciółka, świadkowa na ślubie. Olek, Leszek i Elżbieta z licealnej klasy. Jacek. Małgosia i Piotr ze studiów. Jasiu Dzidziul. Moi idole, których podziwiałam. Majoryzowanie żywych przez zmarłych miało odbywać się kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości. Dzień po dniu nachodzi powoli jak lawa, zaciera kontury czasów "było, jest, będzie", otacza mgłą. "Istnienie to dobra rzecz" - mówi jeden z bohaterów Sienkiewicza i na pewno ma rację, ale istnienie to abstrakcja, wielka zagadka. I wielka tragedia, największa tragedia człowieka, świadomość, że przestanie istnieć. Przeminie jak sen.

Julita Bielak

Julita Bielak

Julita Bielak

Julita Bielak    

     Jak ślad, który pozostawił. W "Dniach, Dziennikach z Tangeru 1987-1989" Paul Bowles poddaje w wątpliwość przetrwanie gatunku ludzkiego przez kolejne sto lat. I konkluduje: [...] to mało prawdopodobne, by książka napisana w 1990 roku znaczyła cokolwiek dla kogoś, kto przypadkiem otworzy ją w roku 2090 - jeśli ten ktoś w ogóle będzie umiał czytać. Istnienie wieczne, wschodnia palingeneza, powiecie. Tak, a jakim ciele? Młodym, pełnym żądzy, niepokoju, niepewności co do swego losu, zależności od innych, dążenia do wyróżnienia się w tłumie, nieustannej rywalizacji, konkurencji, ścigania się i walki o lepszą pozycję? Czy w zmęczonym, ale wolnym, kroczącym po ścieżce dawnego wyboru, jak żyć. Poza obiegiem, ale i poza rywalizacją, przez co otaczający go ludzie są łagodniejsi, w milszej atmosferze przyjaźniej nastawieni. Tyle, że boli. To może powtórne istnienie, z przywilejem, z którego korzystają pisarze przy drugim wydaniu, aby poprawić pewne błędy pierwszego. No może.

     Pomyślę o tym jutro. "Ciągle to jutro, jutro. Znów jutro" - Makbet, akt V. Tymczasem pójdę po kwiaty, w ogrodnictwie pana Wojtka najpiękniejsze, jak młyńskie koła. Zapalę znicze.

Julita Bielak

Na zdjęciach w kolejności: ojciec na warszawskiej ulicy, babcia, Baśka na krakowskim rynku, Piotrek w kuchni, Juta na balu w Róży Wiatrów i Juta u nas w mieszkaniu na Przeróbce, Grzegorz Ciechowski w Operze Leśnej, Leszek i Elżbieta na spotkaniu na plebanii u Stasia.

    

    

    

środa, 18 października 2017

Julita Bielak     Jul

     Twoje milczenie skłania mnie do rozmaitych domysłów. Najweselszy z nich - to, że stało się z tobą coś złego. Najsmutniejszy - to, że o mnie zapomniałeś. (Sławomir Mrożek)

     - Przesyłam Ci coś innego, co pewnie przypomni Ci tę senną atmosferę z Twoich młodych lat. Może to piosenka? - napisał w liście. Wiersz automatycznie wkleiłam na stronę albumu z fotografiami Janusza z lat sześćdziesiątych zatytułowanymi "Ulica spotkań i ty". Tamta ja, tamte miasteczko.

     - Kiedy powstał wiersz, kiedy taki byłeś? - zapytałam. Czekam, kiedyś mi wyjaśni. Rzadko o cokolwiek siebie pytamy. Jeszcze rzadziej, nieprzewidywalni, na zadane pytania odpowiadamy. 

 NADEJŚCIE

w moim miasteczku

przystanął wielki świat

ktoś położył mi rękę

na barku

ktoś uśmiechnął się

powiedział coś

nie dosłyszałem

 

na moim podwórzu

przystanął ktoś

miał opuszczoną głowę

ptak wołał przebiegał

kot  w zamyśleniu

śledziłem zamiar

 

w moim miasteczku

nieznanym i ważnym mało

gdzie bohaterowie

piją wódkę z tchórzami

dziwny przestwór toczył

się zaułkami i odbijał

od oczu mijanych

 

w moim miasteczku

stolicy wszystkich miast

miłość walczyła ze zdradą

piękna maria oddała się

ojcu wszystkich cnót

który znalazł w niej

dalekie kraje

 

w moim miasteczku

gdzie słychać monet

dźwięk i gdzie pięści

idą za sławą

ktoś pojawił się

z obcych dróg

nikt go nie znał

choć każdy wielkość czuł

idącą wraz z nim ulicami

*

Janusz Urbaniak

Julita Bielak           Fot. Janusz Urbaniak, 1968.

        W tym samym czasie w Gazecie fotograficznej natrafiłam na artykuł Artura Madalińskiego "Rydet: way of life" o pracy artystycznej Zofii Rydet. Założyłam przejrzenie go w parę minut, zostałam na godziny. Wiele zdań wywoływało odruch szukania, przymus sprawdzenia i dawaną sobie obietnicę wyprawy do biblioteki. Artystka życie wypełniła pracą i sztuką, odpoczynkowi nadawała charakter tymczasowości i pobieżności. Ot gdzieś przysiadła na chwilę na pniu, Leszek Pękalski natknął się na nią w Sopocie, gdy karmiła koty, uwiecznił moment. Głównie pracowała, nadrabiała czas poszukiwań życiowej drogi. http://zofiarydet.com/zapis/pl/pages/zofia-rydet Na zdjęciach Anny Beaty Bohdziewicz widać jak Rydet przemierza Podhale, wchodzi do chałup, migawką obiektywu utrwala napotkany świat. Autor artykułu porównuje tytaniczną wręcz pracę Zofii Rydet do egzystencjonalnego posłannictwa innej atletki ducha, prof. Marii Janion. Mówiącej - by oddać właściwość żmudnej obróbki słowa i rzeczy - że chętnie wchodziłaby do swojej pracowni zastawionej książkami w fartuchu szewskim lub stolarskim. 

Leszek Pękalski

Fot. Leszek Pękalski, Sopot, 1983

Gazeta fotograficzna

     Dokument wykonany przez Leszka Pękalskiego pokazuje, jak pisze Gazeta, konsekwencje wyboru, o którym wspominał Blanchot - wszystko rozgrywa się w chwili ustanowienia życia jako zaplecza dla sztuki. Na fotografii Zofia Rydet nie pracuje, nie trzyma w ręku aparatu. Pochylona patrzy jednak na karmione koty tak, jak przez lata spoglądała w obiektyw.  Konsekwencja uporu i spełnienia.

 

     Sylwetkę Zofii Rydet i wszystko, co z nią związane, mam za dnia, kolejny zaś wieczór poświęcam na szkice wielkiej miłości, nieprawdopodobnie przemawiającego kadrami materiału na film - miłości Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego. Postaci równie pięknych, co tragicznych. Oglądnęłam dokument o ich życiu, zafascynowana na nowo przedzieram się przez informacje. http://www.dwutygodnik.com/artykul/3142-7-rozmow-o-katarzynie-kobro.html

     baedeker lodzki              Fot. Baedeker Łódzki

     http://baedekerlodz.blogspot.com/2015/10/rosjanka-z-odzi-katarzyna-kobro.html

     Szukam książki Marzeny Romanowskiej "7 rozmów o Katarzynie Kobro", znajdę na pewno. Zawładnie mną do następnej fascynacji. - Twój  swiat sztuki, poezja, dobre książki, malarstwo to miejsce, gdzie potrafisz sie schronić. Ciagle Cie cos zachwyca, bo patrzysz uwaznie na rzeczy wielkie jak i te najdrobniejsze, potoczne - podparła mnie w liście Basia F. Dziękuję, Basiu. Coś w tym jest, świat "używa mnie do patrzenia".

    

 

 

    

 

 

 

 

 

   

02:59, julitczka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 października 2017

Julita Bielak     Jul

     Na plaży z czarnego piasku pieczemy małą rybkę. Jej różowe mięso przybiera barwę dymu. Zbieramy wybielone przez morze korzenie i bambusowe trzaski, aby podsycić płomień, a potem jemy w kucki przy ognisku w ciepłym jesiennym deszczu, patrząc, jak fale uderzają w kilka zdezelowanych łodzi i jak ogromny grzyb burzy wzbija się w niebo gdzieś daleko od strony Krymu.

Nicolas Bouvier, "Oswajanie świata", ilustracje Thierry Vernet, przeł. Krystyna Arustowicz, Noir sur Blanc, wyd.III.

Julita Bielak

     Końcem września przyszło od Katarzyny (Krenz) zaproszenie do Sztuki Wyboru na spotkanie z książką śp. prof. Romy Cielątkowskiej "Finis Terrae. Dzienniki podróży na krańce świata". Profesor Romana Cielątkowska (1959-2016) była€“ inżynierem architektem, konserwatorem zabytków, nauczycielem  akademickim i profesorem zwyczajnym na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej, specjalistką w dziedzinie architektury drewnianej. Do zaproszenia Katarzyny dołączone było i to od Kasi Cielątkowskiej, córki autorki dzienników:

    Mama odeszła niespodziewanie, 22 stycznia 2016 roku. Po Jej śmierci, krzątając się po pustym mieszkaniu, znalazłam kilkanaście ręcznie zapisanych dzienników. Dzienników podróży do różnych miejsc na krańcach świata. Kilka tygodni później spotkałam się z przyjaciółką Mamy, Katarzyną Krenz, „Pisareczką”, jak o niej mawiała. Podzieliłam się pomysłem przepisania tych notatek i wydania w postaci książki. Okazało się, że Mama miała taki plan i że dwa rozdziały już wcześniej wspólnie z Kasią zredagowały. Był nawet tytuł: Finis Terrae.

Sztuka Wyboru

Sztuka Wyboru

Sztuka Wyboru

     Mama przemierzyła tysiące kilometrów a świat widziany Jej oczami był zaczarowany i pełen magii. Dostrzegała niezwykłe w najdrobniejszych szczegółach. Dzienniki te to zapis pięknych chwil, a zarazem poparty głębokim przekonaniem literacki dowód na to, że podróże uczą latać i że to one nadają sens życiu. Mama należała wszędzie. Była barwnym ptakiem, który w każdym miejscu, daleko czy blisko, zawsze czuł się jak u siebie.

     Katarzyna Krenz jako ghost-writer zajęła się redakcją i złożeniem tekstów,€“ nieraz skrótowych i trudnych do odcyfrowania. To dzięki niej książka nabrała życia.

     Ja zaś przygotowałam ilustracje i oprawę graficzną. „Finis Terrae. Dzienniki podróży na krańce świata" mają być dokończeniem dzieła, które Mama zaplanowała, lecz sama już nie zdążyła zrealizować.

Julita Bielak

Julita Bielak

     Nie znałam prof. Romany Cielątkowskiej, nie było mi dane. Czytałam Dzienniki i z nich, strona po stronie, karta po karcie, budowałam Jej postać. Robię to do dzisiaj. Z opowieści o łapaczu snów oraz o szamance i trzech różach, z charakterystyki lotnisk, odniesień kulturowych, porównań, z wiersza "Raport z wizytą w byłym zakładzie dla głuchoniemych i ułomnych dzieci", z odtworzenia całonocnej burzy w RPA, z historyjki o popie i wielu kilometrach pustaci, z opisu konstrukcji i wyglądu jurt godnych samego Dżyngis-chana. Niełatwo, zgodnie z zacytowanym przez Katarzynę mottem: „Ale nic tu nie jest powiedziane wprost, nic deklaratywnie, nic natrętnie. Jak w poezji – odnajdziesz ton, jeśli wyostrzysz słuch”. Jerzy Axer, o książce Zbigniewa Herberta „Labirynt nad morzem”, niełatwo postać niezwykłego człowieka uchwycić, jeszcze trudniej o nim mówić.  

Zofia Bobrowska          fot. Zofia Bobrowska

     W relacji Sztuki Wyboru znajduję istotne słowa itinerarium po książce: "Profesor Cielątkowska zawsze wybierała najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Wszystkie zakątki poznawała samotnie. Próbowała uchwycić ducha danego miejsca, poznać i zobaczyć architekturę oraz mieszkających tam ludzi. Relacje z odwiedzanych miejsc przeplatają się z wrażeniami z lektur, bowiem zawsze towarzyszyła jej „biblioteka na kółkach”. Książka okraszona została pięknymi i unikatowymi zdjęciami z archiwum autorki, skanami notatek oraz ręcznie wykonanymi rysunkami kwiatów wykonanymi przez córkę autorki. Ta wyjątkowo artystyczna książka została wydrukowana tylko w 330 egzemplarzach. Każdy egzemplarz jest ręcznie numerowany i ozdobiony oryginalną zakładką z wyspy Bali. „Finis Terrae. Dzienniki podróży na krańce świata” – to nie tylko zapis zdarzeń czy spotkań, ale i opowieść o podróżowaniu: o jego filozofii i znaczeniu, a także śladzie, jaki zostawia na świadomości wędrowca. To zbiór notatek o podróżach na krańce świata, nieustających powrotach i tęsknocie. Smutnych, ale w rzeczy samej pełnych nadziei i konkretów. Jednocześnie będących obrazem prawdziwego życia".

Julita Bielak

     Spotkaniu w Sztuce Wyboru, wielkim, jak i sama książka, wydarzeniu, przewodził wiersz cytowany w Dziennikach w relacji z Afryki - "Afryka to miejsce zdecydowanych kolorów, głosów, wyrazistych losów i dramatycznych wydarzeń. Trudno być obojętnym, trudno stać obok, nie współuczestniczyć, nie przejąć się przeszłością czy tym, co widać na ulicy. Po powrocie znów, jak  poprzednim razem, natychmiast zorganizowałam sobie seans z „Pożegnaniem z Afryką”. Jest coś wciągającego w tym kontynencie – połączenie tajemnicy z niepokojącym pięknem, nowej tolerancji i akceptacji z zadawnioną niezgodą i niewygasłym gniewem z powodu odrzucenia. I te odległości, i te otwarte przestrzenie – mimo płotów i szlabanów – niosą w sobie niewytłumaczalne wszechogarniające poczucie wielkiej, bezkresnej, otwartej przestrzeni!/.../":

Run for miles,
lost myself,

nearly lost my
love, been through hell

but I'm home,
home

Caught on
fire, watch me burn

gonna live my
life, mark these words

cause I'm
home, home...

(Jake Isaac)

Inne fotografie: Sztuka Wyboru, Julita Bielak.

 

 



03:07, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 października 2017

Julita Bielak

    Nie każdy z nas dostrzega w czas biel pierwszych bzów
I nie zawsze mówi się do widzenia, czasem się znika bez słów
Bo jutro jest promienne jak Teresy wzrok, Teresy twarz
Gdy w gdańskie południe patrzy przy studni
W Neptuna srebrzysty płaszcz

"Bez jutra nie da się żyć", słowa Wojciecha Młynarskiego do muzyki Krzysztofa Komedy z filmu Janusza Kuby Morgensterna "Do widzenia, do jutra", fragm.

Julita Bielak

      W Galerii TRIADA przy Piwnej odkryłam wystawę prac Katarzyny Karpowicz zatytułowaną "Do widzenia, do jutra", zaproszenie zdobi twarz Teresy Tuszyńskiej pędzla malarki. Oniemiałam. Ruszyłam śladem fascynacji filmem i aktorką. Kim jest Katarzyna Karpowicz? Młodą artystką, z dyplomem z wyróżnieniem uzyskanym w 2010 roku w pracowniach profesorów Grzegorza Bednarskiego oraz Leszka Misiaka na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, tam też się urodziła. Nie Gdańsk zatem, żadna lokalna słabość do tematu.

Julita Bielak

     Jak moja, elementu do Trójmiasta napływowego. Najmłodszej w rodzinie, przejmującej światy dorosłych. W tym Baśki, gdy zamieszkała w Sopocie z mężem rzeźbiarzem, a ja przyjeżdżałam do nich na wakacje. Przyglądałam się, słuchałam, kształtowałam poglądy. W kącie pokoju szkicowałam życie z siostrzanych, bliskich absurdu dni. Tu bywali artyści, tu rozmawiało się do rana. W każdym garnku, w każdej misce - glina, Jerzy tworzył. Wracałam do domu, do ojcowskiej małomównej krainy książek, czasopism i winylowych płyt długogrających. Odwiedzałam w Warszawie babcię Marię, niepoprawną kinomankę, przemycała mnie, sześcioletnią, na filmy dla dorosłych. Dorastałam w oczekiwaniu na spektakl własnego życia, kurtyna w górę. Nadal czekam.

Julita Bielak

Julita Bielak

     W "Bim Bomie" przeważało środowisko plastyczne, szukano ciekawych rozwiązań formalnych, bliskie bywało to parodiom na plenerach malarzy, bliskie... cyganerii. Myślano nie tekstem, a obrazem scenicznym. Zamiast atramentu do pisania używano szkicownika i pasteli malarskich, a ołówki architektów z dużą sprawnością rysowały schematy inscenizacji, skróty gry świateł. W teatrze tym nie zastanawiano się, jak zainscenizować dany tekst, lecz jak zainscenizować daną myśl. [...] Tekst był tym samym tworzywem co światło, kostium, twarz, gest, choć bohaterem teatru od początku jego istnienia był CZŁOWIEK. I to szary człowiek, z codziennymi problemami, marzeniami, tęsknotami.

Jerzy Afanasjew, "Sezon kolorowych chmur".

Julita Bielak

     Czy dlatego klimat filmu Janusza Morgensterna na tyle urzekł Katarzynę Karpowicz, by malować twarz Teresy Tuszyńskiej, zastanawiałam się w Galerii. "Sentymentalizm, melancholia, romantyzm, zmysłowość, piękno momentu, chwila zamyślenia. Klimat kina lat 60-tych, "Do widzenia, do jutra" Kuby Morgensterna czy piosenka "My funny walentine" Chata Beckera wzruszają mnie i inspirują do malowania". Przechodziłam od obrazu do obrazu, na długo zatrzymała mnie "Łza". Z wrażenia nie mogłam się ruszyć, niezwykłe malarstwo.

     Nicolas Bouvier w "Kronice japońskiej" pisze: "Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie coś innego niż to, po co się przyjechało". Udałam się do TRIADY po wspomnienia, znalazłam dojrzałe intelektualnie malarstwo. Metaforyczne, poetyckie, pełne niedopowiedzeń. Oszczędne w środkach, ale, przez światło. kolor, gest, spojrzenie postaci, wieloznaczne. - Jakbym reżyserowała film - mówi w zaproszeniu na wernisaż artystka - obraz to dla mnie kadr filmowy, zatrzymany na wieczność.

Julita Bielak

      Wypowiedź kończy kwestią Margeritte wypowiedzianą w filmie do Jacka: "Wierz mi, to nieistnienie jest najpiękniejszą rzeczą, jaką mogę ci ofiarować".

Fot: Julita Bielak.

 

    

poniedziałek, 25 września 2017

Julita Bielak     Jul

     Jeśli nie jestem groteskowy, jestem niczym - miał o sobie powiedzieć Aubrey Beardsley. Nie szukam, nie sprawdzam. Nie ufać myśli­cielom, których umysły wpra­wia w ruch do­piero cytat, Emil Cioran nigdy nie zawodzi.

Julita Bielak

     Młodzieńczy bunt - trach, następny parasol połamany przez wiatr, nie kupię, tak będę chodziła, schła i mokła - ściągnął na mnie przeziębienie. Zostałam w domu, a jeść się chce. Na wrzesień w "Warzywach mało znanych" Jan Kalkowski poleca duszoną paprykę, czyli pieprzowiec roczny, tak brzmi właściwa nazwa botaniczna tej rośliny. Pochodzi z Ameryki Południowej, do mnie nie doszła, nie kupiłam. Rozglądam się, co mam, głównie jabłka i śliwki. Jest i seler, coś w puszce i inne coś w suchym, wystarczy zmieszać. Po sens idę do "Gotuj sprytnie, jak Jamie, kupuj mądrze, gotuj z głową, nie wyrzucaj", znajduję wesołe jarmarczne minestrone. Dobra nasza, radujmy się zatem. By nie skończyć na słodkiej papudze Juliana Barnesa, czyli chlebie maczanym w grzanym winie, dobrodziejstwie ubogich. Soup a la Perroquet pojawia się na stronach "Papugi Flauberta" i to w wersji jedzonej na zimno. Rezygnuję, nie wyzdrowieję.

Julita Bielak

Julita Bielak

Julita Bielak

 

     Podsmażam na oliwie i duszę, co mam: seler, cebulę, jabłko, parę śliwek, dodaję pomidory i ciecierzycę z zalewą. Próbuję, zakładam poprawność. Seler i jabłko zgodnie chadzają w parze, katar ze mną i wyczuciem smaku - mniej. Dolewam wrzątek, gotuję z kaszą, a potem i z mrożonymi warzywami. Teraz powinno się porwać pieczywo na kawałki i zrobić grzanki, ten etap pomijam. Ale skrapiam zupę odrobiną oliwy i posypuję tartym serem. Doczytuję przepis, jest i czerwone wino, Jamie podpowiada, by trochę wlać do garnka. I przekonuje, że do przygotowania tej zupy można wykorzystać praktycznie dowolne świeże i mrożone warzywa - wrzucić to, co jest pod ręką. Nic nie mówi, że owoców nie wolno.

Julita Bielak

     Jamie dodaje makaron, ja zdecydowałam się na pęczak, może dlatego zupa jest mniej wesoła. Nie sfotografowałam potrawy, każdy, kto raz w życiu widział szarą breję, wie, jak wygląda.

Julita Bielak

     O czym jest ten wpis? O tym, że w życiu trzeba tkać swój własny wątek i przekonywać siebie o słuszności stwierdzenia. Oprzeć się o przepis, ktoś już szedł tą drogą, ale  wytyczać osobisty szlak. Regionalny. To nic, że minetrone przeobraziła się w leśną zupę z sadu, pól i z zapomnianej półki w szafce, ale jest moja i na pewno smaczna. Kiedyś się o tym przekonam.

    

środa, 13 września 2017

Julita Bielak     Jul

droga

popycha mnie przed sobą

kołysząc unosi w sobie

uśpioną

w dymie, w białym kurzu

koła pociągu dudnią

przestaję być tym

kim byłam

znikam w bieli, mgła

połyka mroźny świat

na moich oczach

*

Katarzyna Krenz, "Winterreise", "Z nieznajomą w podróży", TOWER PRESS, Gdańsk 2000.

     W podróży - szczególnie, powtarzam, gdy odjeżdżamy nocą - prześladuje nas teraźniejszość, która w bólach i mękach przemienia się na naszych oczach w przeszłość(...). Konduktor zawołał: "Proszę wsiadać!" Ktoś krzyknął. Znowu ktoś biegł tupocąc po betonie, ale w przeciwną niż przedtem stronę. Piękny, dźwięczny śmiech dziewczyny rozszedł się dokoła jak zapach kwiatów. Wiosną na łące. Wagon zatrzeszczał. Coś jęknęło jak potępiona dusza. Zamigotało światło prześwitujące przez źle zasuniętą roletę. Pociąg ruszył z głębokim westchnieniem.

Stanisław Dygat, "Podróż", PIW 1979.

Julita Bielak

   "Podróżować to żyć" - zakładał Hans Christian Andersen w jednej ze swoich baśni. Odjechać to, zdaniem pewnego francuskiego sentencjonalisty, nieco umrzeć. W takim razie każdy dzień jest podróżą, choć z umarłym lepiej nie podróżować.

     Wracałam pociągiem. Dworzec, i dawniej mało znany, gmatwał ścieżki, błądziłam. Wreszcie znalazłam właściwy peron, tor, godzinę odjazdu, kierunek, wagon. Uzbrojona w kubek kawy - nie ufam, nie ufam - wspięłam się po schodkach, miejsce, jest i miejsce. Zajęte jednak, ktoś już na nim siedzi. Wpadłam w panikę, pomyliłam zatem, to nie ten pociąg. Pewnie zaraz ruszy, dokąd nim pojadę?

     - Pani ma 36? - zaszczycił mnie gentleman z mojego miejsca przy oknie. Przystojny, świetnie ubrany, marynarka bez zarzutu, zadbane dłonie. - Bo my tu z przyjacielem rozmawiamy, więc nie zrobi pani różnicy, jeśli usiądzie pani na moim, o, tam. Szybkim spojrzeniem oceniłam sytuację: od środka, obok pani obsypanej okruszkami. Na stoliczku walały się ciastka, ciasteczka, ciastusia różnego autoramentu, znam szelest celofanowych opakowań. Podziękowałam za propozycję, krótko omówiłam wyższość oparcia głowy o szybę nad kiwającą się zmęczeniem w okruszonej pustce. Jednocześnie bladym uśmiechem obdarzałam sykającą pasażerkę, przy której stałam. Stałam i przeszkadzałam. Mężczyzna jeszcze coś próbował, gestykulował, byłam nieugięta. Nie po to godzinami słucham utworów Tomka Organka, by siadać gdzie popadnie.

z sieci

Fot. z sieci

     Po dłuższej chwili obaj panowie podnieśli się, opuścili fotele i wszystkim zgromadzonym w pojeździe oznajmili, że w takim razie idą do WARSu. - Bo tu będzie czytelnia - skwitowali z niesmakiem, w ręku trzymałam "Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino. Z naklejoną na 145 stronie - rozdział o dźwięku telefonu godzącym boleśnie jak strzała i nakazującym posłuszeństwo, natychmiastową odpowiedź na niechciany apel, niosącym głównie rozczarowanie - zakładką Kota Nakręcacza. Śmieszna, uparta staruszka. Że też taka w domu nie posiedzi, tylko diabli ją pociągami niosą. Żałowałam, że tylko z kawą i książką, a nie z wiatrówką.

     Pociąg ruszył. Ze mną w roli dobrej wróżki klaszczącej w dłonie i zarządzającej: "Wszystko na miejsca!".

Neal Slavin

                    Fot. Neal Slavin

     W "Drugim kocie w worku czyli z dziejów nazw i rzeczy" Władysław Kopaliński napomknął o wydanej w 1831 roku w Mediolanie książeczce ze wskazówkami dla podróżnych i turystów. Dotyczyły wprawdzie jazdy dyliżansem, ale upierać się będę, że wszystko mogłoby i teraz się przydać: puzdro średniej wielkości, aby je można było w powozie trzymać pod stopami, posiadające przegródki na dokumenty, pieniądze i kosztowności, nad nimi zaś drugą warstwę przegródek. Na wielką butlę z winem hiszpańskim, i drugą z wodą maltańską z kwiatu pomarańczowego oraz cukier. Obok mały moździerzyk marmurowy i dwie średnie butelki, jedna z octem czterech złodziei (od morowego powietrza; był to ocet winny, w którym moczono piołun, rozmaryn, szałwię i rutę), drugą z wódką portugalską; dwie flaszeczki, jedna z eterem, druga z solą trzeźwiącą; dwie puszki po herbacie, jedna z rumiankiem, druga z melisą. Kilka pakiecików z mielonym rabarbarem, kilka z sodą, zapasik gumy draganckiej sproszkowanej, sitko na mleczko migdałowe, garnek dobrego miodu, nieco siemienia lnianego, szafranu, bandaży ze starego, dobrego płótna, nie zapominając rzecz prosta o migdałach, cytrynie nabitej goździkami, czterech kawałkach kamfory, butelce wódki francuskiej i flaszce jałowcówki, a także o szprycy i paczce jagód jałowca. Koniecznie także mieć trzeba poduszkę wypchaną wełną i końskim włosiem, prześcieradło oraz koc, albo, jeśli nas na to stać, skórę reniferową.

     Dobrze, jeśli powozowi towarzyszą choćby dwaj forysie uzbrojeni w pistolety, pewniej jednak jechać z trzema lub czterema. Dobrą ochroną jest własny pistolet, choćby nie miało się zamiaru z niego korzystać. Należy go jednak ładować w zajazdach i to tak, aby pocztylion to widział.    Wiedziałam! Albo wiatrówka, albo sole trzeźwiące, bez tego już się nigdzie nie wybiorę. Bez octu czterech złodziei.

Saul Leiter

Fot. Saul Leiter

     Bliski mi Sandor Marai, pisarz wybitny, bardzo osobny losem i doświadczeniem, zawsze nie na miejscu, nie u siebie, zawsze w rozproszeniu, podróży, dyslokacji, przemieszczeniu ujawnił w tomie "W podróży": "Naród przedstawia się światu nie tylko poprzez dzieła sztuki, ale również przez dzieła swoich kucharzy i kucharek". Goethe podobnie mówił o poetach.

     Przez podróżnych, dworce, pociągi, dodam. Do każdego biletu, nawet tramwajowego, powinno być sprzedawane poczucie taktu. Lub dodawane obligatoryjnie gratis z obowiązkiem noszenia go w kieszonce z poszetką.

Thomas Leuther

          Fot. Thomas Leuthard

     Dochodziła dziesiąta, gdy pociąg, który do rana miał przemierzyć cały Półwysep Iberyjski, ruszył zostawiając za sobą jedno po drugim przytłumione dworcowe światła, i zanurzył się w ciemność.

Pascal Mercier, Nocny pociąg do Lizbony, przeł. Magdalena Jatowska, Noir Sur Blanc 2015.

     Przyniosłam dzisiaj "Pociąg do Stambułu" Grahama Greena w przekładzie Piotra Kusia, przypadkowy zakup. W najbliższe dni życiowy realizm wyciąga po mnie rękę, ale podejrzewam, że kiedyś zastaną mnie Państwo z lekturą w Orient Expressie, symbolu komfortu i bogactwa, jadącym z Ostendy do Stambułu. Przekażę wrażenia.

z sieci

    

 

    

    

 

    

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
Tagi