Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 31 października 2016

          Juliczka

     My, kołłątajowcy, zadziwiająco trwamy obok siebie przez lata - pisał Janusz Urbaniak w "Rzeczy Krotoszyńskiej" żegnając Olka.

     Marylka i Dziunia, jak ja, wyjechały z miasta, pozostały w nim Lucy i Mala, Janusz tam wrócił. Pisujemy do siebie, dzielimy się radościami, z Anny, piastującej wysokie stanowisko na jednej z poznańskich uczelni, jestem tak samo dumna, jak jej rodzice, jak Marylka i Janusz. Czasami rozmawiamy, raz na dekadę spotykamy się w klasztorze u Kornela OSB, u Stanisława na plebanii, Elżbieta P. i Leszek już z nami nie zasiądą do stołu. Z Wojtkiem niedawno połączyła mnie nić przyjaźni, skradł serce mojej mamy. Licealne koleżeństwo dba o mnie, relacjonuje, co ciekawego się wydarzyło w Krotoszynie, pozdrawia stamtąd, gdy bawi przejazdem, zapachem chleba z piekarni "Brykczyński" podtrzymuje namiastkę więzi z pozostawionym na ulicach moim cieniem.

moje  

     Tak było i z Marylką; napisała piękny list, w nim umieściła parę, wydawałby się, ulotnych zdań o krotoszyńskim cmentarzu. Przyjęłam je ze wzruszeniem, podzieliłam się refleksją z Katarzyną, impresja pozostała, wryła się w pamięć, zainspirowała.

Vivian Mayer

                                      Fot. Vivian Maier 

     "LIST ZE SKANDYNAWII, Droga J.

     /.../ Agat z miejsca rusza za tropem, a oni idą na cmentarz. Od tego zawsze zaczynają. Anna idzie przodem, ścieżką między grobami, przystaje. To tu, mówi. Potem nachyla się i małym pędzelkiem zaczyna poprawiać litery na granitowej płycie, milimetr po milimetrze, powoli, starannie. - Co robisz? - pyta Johannes, chociaż nie musi pytać, zna odpowiedź. - Poprawiam napis - odpowiada Anna. - Deszcz wymył litery - dodaje tonem usprawiedliwienia, nie przerywając pracy. Prowadzi pędzelek po liniach liter, z szarości kamienia wyłania się imię: Louise. Anna nosi to samo nazwisko: Udden. I data urodzenia ta sama. Nie miała jeszcze dwudziestu lat. Kochali ją oboje, i Anna, i Johannes, to ich trzyma przy sobie. Ale nie tylko to, ich więź jest bardziej złożona.

     Johannes przeżył śmierć Louise równie mocno, jednak otrząsnął się, okrzepł. Anna nigdy nie pogodziła się ze stratą. Dlatego on wraca na rodzinną wyspę, wraca nie do niej, tylko dla niej, dla Anny. Nie chce pozwolić, by całe życie stała w oknie.

     Anna długo nie chciała słuchać, nie potrafiła oderwać swojego życia od śmierci siostry. Gdy w końcu Johannesowi udało się ją przekonać, poczucie straty zastąpiło poczucie winy. Litery na nagrobku, które z taką starannością poprawia - wypłukane i spłowiałe, są jak wyrzut sumienia. Dowód, że jej życia nie wypełnia już tylko żałoba. Litera po literze, w niewygodnej pozycji. Johannes czeka cierpliwie, nie chce jej płoszyć. Gdyby się nie bał, może zapytałby ją o jedno, o perfumy. Portofino, odparłaby. To były perfumy Portofino.

     Gdyby zapytał."

     Katarzyna Krenz, Julita Bielak "Księżyc myśliwych", ZNAK 2015.

Tom Ford

Franchman

 

     Nieporadnie próbuję sobie przypomnieć słowa Jerzego Pilcha o przeciwległym stoku i nadciągającej stamtąd watasze. Pod ręką mam "Miasto utrapienia", z zadziwiającą dedykacją autora: Andrzejowi z wielką sympatią, Warszawa, Marzec 2004, ale to nie tu, tutaj jest fragment o tym, jak stanął na parapecie, by do końca, do skonu, do zgonu rozbawić towarzyszki swej ostatniej szampańskiej zabawy. Dławią inne słowa, o oddaleniu i rodzącej się świadomości, że po ciebie idą, jeszcze ich nie słychać, nie widać. W pewnym momencie zaczynasz słyszeć kroki, słyszysz, jak śpiewają. Na razie są jeszcze bardzo daleko, ale wiesz, że zaraz ich zobaczysz. Nie pomaga ironizowanie o braku muzycznego słuchu, jedynie pamięć do nut, nie uspokaja drwina o coraz słabszym wzroku.

     Coraz częściej, zamiast pod nogi, spoglądasz za horyzont.

blue

    

sobota, 29 października 2016

          Juliczka

     Przyszedł do mnie wiersz wyczekiwany, finezyjnie wycieniowany okruch liryczny, labirynt tajemniczy i niepokojący. Towarzyszyła mu ulotna nuta żalu - gdybyś była bliżej spotkalibyśmy się w małej kafejce, rozmawialibyśmy także o pisaniu. Ale jesteś daleko.

fala poprzecznaFot. Fala Poprzeczna

     I kawiarnie inne. Kawiarnia najpierw powstaje, istnieje, potem staje się tradycją, potem staje się poczuciem tradycji, wreszcie niknie. Pierwszą warszawską był mały lokalik za Żelazną Bramą Ogrodu Saskiego. Z początku bywała tam niemal wyłącznie niemiecka służba dworska. W 1763 roku otwarto na Starym Rynku przy Krzywym Kole kawiarenkę, której właścicielkami było siedem sióstr. Bardzo popularna była kawiarnia pani Okuniowej i jeszcze inna, należąca do pani Neybertowej. Lokal, noszący nazwę "Wiejska Kawa" znajdował się na miejscu dzisiejszej ulicy Wiejskiej, mniej więcej tam, gdzie stanął gmach "Czytelnika" ze swoją kultową kawiarnią literacką w podziemiu. W  kawiarni "Lajkonik" przy Placu Trzech Krzyży prezydował Otto Axer, a stolik gromadził ludzi najrozmaitszych zawodów, przychodzili plastycy, pisarze, adwokaci, ludzie teatru i zawsze kilka ładnych dziewczyn. W kawiarniach stajni PIWu oraz w "Nowym Świecie"  wlekły żywot inne znane stoliki, gdzie siadywali Antoni Słonimski, Adam Ważyk, Gustaw Holoubek, Janusz Morgenstern, Tadeusz Konwicki, Mieczysław Jastrun. Do stolików dopuszczano lub nie, panowały przy nim jedyne w swoim rodzaju niepisane i niegłoszone obyczaje. Nie mówiło się zbyt poważnie o rzeczach poważnych, za to zwięźle i dowcipnie z wymogiem unikania komunałów (na przykład, że Szekspir jest wspaniały albo, że abstrakcja się przeżyła). Opowiadano dowcipy, byle były dobre z zakazem relacji snów, treści powieści, sztuk i streszczeń filmów. Wolno też było milczeć, byle inteligentnie.

Facet i kuchnia

                             Fot. Szymon Kubicki

      Przy kawiarnianym stoliku powstał projekt założenia pewnego stowarzyszenia. W marcu lata temu w "Udziałowej" Stanisław Ossorya-Bochocki zainicjował zebranie założycielskie, na które przyszli o godzinie 12.00 punktualnie - Jerzy Boczkowski, Anda Kitschman, Jan Stanisław Mar, Konrad Tom, Julian Tuwim, Kazimierz Wroczyński - o wpół do drugiej przybiegł Jerzy Wrzos - Tadeusz Żeromski, przepraszając za spóźnienie, ale miał 5 lekcji i nie mógł się wcześniej wyrwać... Za to przyniósł wiadomość, że Jan Brzechwa, Władysław Lin, Benedykt Hertz, Artur Tur i jeszcze kilku innych z góry zgłaszają akces do mającej powstać organizacji, która ma bronić praw twórców. Tak kawiarniana muza stanęła u kolebki jakże dzisiaj szacownego ZAiKSu.

      "Szumiały mu echa kawiarni" wykonywał w "Mirażu" Stanisław Ratold. "W kafejce widzimy się/ Przy oknie stolik nasz/ Gest, rozmowa, śmiech/ Spojrzenia cały czas/ Za oknem jak niemy film/ Przechodzi obok świat/.../" śpiewa w "Prostej piosence" Kuba Badach. Zmieniają się kursy polityczne, zmieniają się politycy, zmieniają wydawcy, przeobrażają się kawiarniane stoliki, same kawiarnie. Na miasta nachodzą nowe, tamtym nieznane.

magda rusocka

                             Fot. Magda Russocka

 

      I wiersz. Wiersz Janusza Urbaniaka mówi o sobie sam, istnieje.

TO CO ZAMKNIĘTE

Tak mało wiem i nie powinienem

więcej nie powinienem chcieć

czegoś co poza granicą zdarzeń

i języków ja ciało z ciała

krew wędrująca

z dłoni utworzony ptak

który szuka innych ptaków

zapominając że ciemność jest

natury stanem a jasność?

 

niepodobna rozumieć wszelkości

która roztacza się przez czasy i

przestrzenie granic za którymi

pojawia się następna wszystkość

a jednak ciągle porywają pytania

i wtedy stając naprzeciw drzewa

zmawiam modlitwę-wiersz

 

pieśń wykluczonego to skowyt

bez znaczenia wobec gromkości

istot której znakiem była

mnogość nieogarnięta słowem

bo słowa są zamknięte

bo ciała są zamknięte

i historia jest zamknięta

*

4.10.2012

 

 

    

    

wtorek, 18 października 2016

    

      Kattinka

     Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych 30 sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Ravenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

     (jeszcze raz początek znakomitego tekstu Kattinki, podczas edycji umknął awatar, jak apostrof w nazwie miasta - program nie chce przyjąć, przepraszamy Autorkę)

 

      

    

    

16:09, julitczka
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 17 października 2016

Kattinka   Kattinka

 Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście...

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

Aquila

L'Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d'Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają. 

 Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową. 
 Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.  

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś…  Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

 Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi  – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

Aquila

 Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem:  czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce. 

Aquila

Aquila

 Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii. 

 Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów. 

Aquila

Obraz za mgłą hotelowej szyby:
nocny autobus zatrzymuje się 

na przystanku nikt nie stoi 

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma  

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem 

na papierze ryżowym*

Wiersz Kattinki: Japońska  akwarela II, 26 września 2016    

Tagi