Rozmowy wśród przyjaciół
niedziela, 26 października 2014

pharlap  Pharlap

Kilka tygodni temu znajomy dopadł mnie z kolejną łańcuszkową inicjatywą - 10 najważniejszych książek. Jestem zapamiętałym wrogiem łańcuszków i gdy dostanę je emailem to bez czytania zgłaszam spam. Jestem również przeciwnikiem wszelkich klasyfikacji typu naj-. Co pomyślawszy zastanowiłem się nad książkami, które wywarły na mnie niezapomniane wrażenie.

Jedną z książek na mojej liście były Klucze królestwa A.J. Cronina. Mam tę ksiązkę do dzisiaj -obłożona w szary papier, pod spodem wyblakła i postrzępiona okładka - wydawnictwo AWIR, rok wydania 1948, wydanie trzecie. Książka została wydana w Anglii w 1944 roku a w Polsce, w ciągu 3 lat od zakończenia wojny, doczekała się aż trzech wydań.
Poszukałem na internecie - na polskich stronach znalazłem tylko informację o sprzedaży z drugiej ręki. Na stronach angielskicjh jest lepiej - wydanie z 2006 roku można nabyć nawet w Australii.

Według mnie Klucze królestwa się nie zestarzały i nie straciły na aktualności choć zapewne poruszany w książce temat relatywności poglądów religijnych nie leży obecnie w centrum zainteresowania. 

Prócz Kluczy Królestwa czytałem jeszcze kilka książek A.J. Cronina - Zielone lata, Gwiazdy patrzą na nas. Wszystkie zrobiły na mnie bardzo duże wrażenie.
Zajrzałem do wikipedii kto to zacz był pan Archibald Józef Cronin - jeśli o kimś można powiedzieć - człowiek wierny swoim przekonanion - lepiej to brzmi po angielsku - man of great integrity - to jest nim właśnie A.J.Cronin - KLIK.

Prymus w szkole, wyróżniający się student medycyny, jako ochonik służył w marynarce podczas wojny, po kilku latach praktyki medycznej został inspektorem medycznym w walijskich kopalniach i tam wyróżnił się troską o bezpieczeństwo i stan zdrowia górników. Pisaniem zajął się właściwie przypadkowo i od razu zyskał sobie uznanie czytelników i wydawców. Wydana w 1937 książka Cytadela miała reperkusje sięgające poza świat literatury. Panuje opinia, ze książka ta była bardzo poważnym czynnikiem, który wpłynął na wprowadzenie w Angli państwowego systemu opieki zdrowotnej.

Klucze Królestwa, świetnie napisana książka. Jedyne porównanie jakie przychodzi mi do głowy to książki Grahama Greena - Sedno sprawy, Sława i chwała, Trąd. Ale, ale, Graham Greene jest tylko 20 lat młodzszy od A.J. Cronina  może on też już przekroczył datę ważności?

Tu dochodzę wreszcie do sedna sprawy - los świetnych starych książek.

W o ile lepszej sytuacji jest muzyka zwana klasyczną. Wrażliwość słuchaczy na nowe formy i treści muzyczne wyczerpała się już kilkadziesiąt lat temu i dzięki temu kompozytorzy, którzy trafili do sal koncertowych i operowych w ciągu ostatnich 250 lat mają wszelkie szansę pozostać tam do końca istnienia tych obiektów.

Literaturze to nie grozi (ale czy to można uważać za groźbę?) - rozwija się język, rozwija się wiedza i wrażliwość pisarzy i czytelników. Życie i fantazja przynoszą coraz to nowe sytuacje. Tylko pisać, pisać, pisać. 
A mnie jest żal moich ulubionych pisarzy z dawnych lat - Romain Rollanda, Axela Munthe, M. Maeterlincka, Selmy Lagerloff. A na polskim gruncie - Zofii Kossak, Michała Choromańskiego (Zazdrość i medycyna). I wielu, wielu innych.
Prawdę mówiąc to nie pisarzy mi żal. Żal mi moich dzieci, wnucząt, bliskich znajomych, że  nie przeżyją tych pięknych literackich przygód.

Przypomina mi się deklaracja towarzysza Mao w okresie rewolucji kulturalnej w Chinach - nowa kultura zawsze powstawała na ruinach starej. Przesadna troska o zabytki kultury jest dowodem niemocy twórczej. Życie dowodzi, że w jakimś sensie miał rację.

PS. Nieco lżejszą refleksję na temat innej ważnej dla mnie książki umieściłem  na swoim blogu - KLIK.

Tagi: książki
03:53, pharlap
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 20 października 2014

 

     Juliczka

 

     Człowiek stanowi naturalne, niepowtarzalne dzieło sztuki, wszystko jest harmonijnie wyrzeźbione i namalowane. Sposobem ubierania się czasami zakłócamy tę harmonię. Popełniamy błędy, bo patrząc w lustro na dobrą sprawę nie wiemy, jak naprawdę wyglądamy. Na nasze odbicie w lustrze nakłada się wiele wewnętrznych wyobrażeń o sobie: od marzeń, jak by się chciało wyglądać, poprzez ślepe naśladownictwo magazynów mody i przestrzeganie reguł grupy, do przesadnej samokrytyki. Podobnie odbieramy naszego faceta, też nie wiemy, jaki jest naprawdę. Wchodzi, a wraz z nim emocje. Wystarczy jednak chłodnym okiem przyjrzeć się sobie (jemu też), podjąć wyzwanie i odpowiedzieć na pytanie, kim jestem. Określić życiowy punkt, osobowość, stan ducha, dokonania, plany i marzenia. I ubrać to.

Można oswoić swoje ciało przez ubiór - uważa socjolog Patricia Delahale, cytowana przez Isabelle Thomas, stylistkę i dziennikarkę, i Frédérique Veysset, fotografkę, w książce "Francuski szyk! Zostań własną stylistką", wydaną nakładem Wydawnictwa Literackiego.

moje

     Poradnik a zarazem ekskluzywny album ze zdjęciami, rysunkami Clementa Dezelusa i wywiadami  z najciekawszymi osobistościami współczesnej branży modowej we Francji, wyjątkowo sympatycznie bierze się do ręki. Tłoczona we wzór z wężowej skórki okładka obiecuje trwałość, mimo noszenia ze sobą, częstego zaglądania i odkładania książki. Różowy niezbędnik z ryciną szpilki wspartej o wieżę Eiffela staje się naszą najlepszą przyjaciółką. Stary przewodnik po kolorach i typach urody odpowiadających porom roku, beż żalu odkładam na półkę. Do dzisiaj nie wiem, czy jestem latem czy jesienią. Czy oprószoną srebrem zimową Królewną Śnieżką.

     Czytam wywiad z Alexandre Vauthierem, zgadzam się ze stwierdzeniem, że ubiór podkreśla i proponuje pewien styl. Jest dla osoby, która go nosi, środkiem wyrazu. Stwarza kobietom możliwość wyrażania samych siebie. Przeglądam listę trudnych do naprawienia błędów: spódnica kostiumowa z rozporkiem, welurowa gumka do włosów, spodnie trzy czwarte z bocznymi kieszeniami zakładane "do miasta", pozłacane kolczyki z masy perłowej, czółenka i balerinki ze szpecącym wycięciem, za krótkie szerokie spodnie, pastelowe spodnie trzy czwarte i wszelkiego rodzaju szerokie bermudy, halka z prowansalskiej tkaniny, kurtka pikowana, która tylko wygląda dobrze jesienią w Sologne na spacerze z dwoma czarnymi labradorami, koszulka polo, czółenka do długiej spódnicy, mokasyny z pozłacaną klamrą, buty żeglarskie noszone ze skarpetkami w mieście. I zalecenia: sweter z wycięciem w "V" oraz kaszmirowy kardigan noszone na gołe ciało, tak jak noszą mieszkanki dzielnicy Saint-Germain-des-Pres, naszyjnik z pereł, granatowy blezer, kurtka Barbour, jedwabna bluzka z wiązadłem, koszula z tkaniny w kwiatowy wzór liberty. A ozdoba, w myśl przekazu "Księgi stylu Coco Chanel" autorstwa Karen Karbo, tylko jedna. Wielka Coco Chanel, ikona stylu, radziła przestrzegać zasady, by przed wyjściem z domu przyjrzeć się sobie i zdjąć jedną ozdobę. Tę za dużo.

ModePersonelle

                     Fot. blog Mode Personel/le

     Urozmaiconym menu zmieniamy, próbujemy, kolorujemy dzień wzorem dziecięcej malowanki. Codzienna zmiana stroju przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku jest sposobem na to, by cieszyć się chwilą i - podobnie jak w kuchni - następującymi po sobie dniami i porami roku. Poniedziałek - superrurki, wtorek - dzwony, środa - boyfriendy, czwartek - dżinsy białe, piątek - dżinsy fantazyjne, sobota - dżinsowa koszula, niedziela - dżinsowa kurtka. O ile ktoś potrafi je nosić. Bo dżinsy to pewien stan ducha. Zniosą wszystko oprócz obojętności. Trzeba się nimi choć trochę zainteresować, docenić. I umieć ocenić. Są jak mężczyźni, wszędzie ich pełno, ale tych odpowiednich jest garstka.

     Odwiedzam nie od dzisiaj wpływowy blog jednej z autorek, Mode Personel/le, interesujący, i, jak książka, przeznaczony nie tylko dla młodych dziewczyn. Szukających dopiero swojego miejsca w świecie, walczących o siebie i miłość. Także i ubraniem, które mówi za nas zanim zdążymy cokolwiek powiedzieć. Dobrze więc, by przekaz zdradzający osobowość, był jasny. Poparty ubieraniem się, a nie przebieraniem, maskowaniem. Czego szukam tam ja, która już "się nie staję", a jestem i taka pozostanę, w sportowym stylu, trampki na nogach, przemierzająca z kijkami plażę? To na co dzień, a od wielkiego wieczornego dzwonu - na czarno. "If you think "all black" is boring - think again!" radzi Anna Klam. Szukam broni na monotonię i rutynę. Francuski szyk dopuszcza bawienie się modą nawet po pięćdziesiątce, noszenie fioletowych rajstop, koronek. Pozwala na ubieranie się jak chłopak. Byle nie mini, gołe plecy i buty na koturnie ze sznurka. To dla wnuczek, i też niekoniecznie.

     Przyglądam się mojej ulicy. Zmieniają ją pory roku, latem zapełniają turyści, kolonijne wycieczki, jesienią wracają studenci, uśmiechnięty, kolorowy tłum. Trudno tu o średnią Polkę, jeszcze trudniej o średnią ważoną i jej styl. Ubrania Polkę opinają, jest ich też za dużo. Może to kwestia języka, mówimy głośno z częstym dysonansem agresji, tak też się ubieramy. Zachowałam obrazek Francuzek, nastolatek pięknych jak kolor czarny, z buntem i nadzieją wypisanymi na twarzach. Zadbanych pań po sześćdziesiątce w ołówkowych spódnicach, kaszmirowych sweterkach, z apaszką z kultowego sklepiku pana Lejeunea w Saint Germain-en-Laye, w szykownych pantofelkach. Zapamiętałam też stukot szpilek po chodnikach La Defence, gdy sekretarki licznych biur spieszyły na lunch, mała sałatka, woda. Wszystkie szczupłe, zatopione w rozmowie, z nutą ni to nerwowości, ni optymizmu, pogodnymi twarzami. W co były ubrane, nie wiem. Czyli stonowany pracowy mundurek, zgodnie z kwintesencją francuskiego stylu, spełnił swoje zadanie, nie rzucał się w oczy. We Francji, okazuje się, nadal są żywe stare tradycje burżuazji, nieważne zrujnowanej, czy nie. Oburzającej się na nuworyszów, którzy wspięli się na wyżyny drabiny społecznej, nie przyswoiwszy sobie stosownych manier i kultury. To cytat z książki, zdający się odpowiadać na pytanie, czym tak naprawdę jest francuski szyk - umiarem.

     Powoli przekładam strony książki, oglądam fotografie, są piękne, oddają atmosferę Paryża. Czytam, zdania przenoszą mnie do małego bistro przy Bulwarze Hausmanna, stolik obok zajęły dwie dziewczyny, były na zakupach, śmieją się. Znam sukienkę, jaką ma na sobie jedna z nich, pochodzi z Mango, ale szal cheche i fantazyjne buty dodały jej splendoru. Kelner niesie kawę, wracam do książki i nagle zdaję sobie sprawę, że rozmawiam z przyjaciółkami. Tak działa język, jakim "Francuski szyk!" został napisany, prosty, dźwięczny, zakreślający konkretne przestrzenie. Słyszę Isabelle, dopowiadane obrazkami modnej paryskiej ulicy i fotografiami aktorek, prezenterek, dziennikarek, projektantek, słowa Frédérique. Lubię Isabelle Thomas i Frédérique Veysset, a dzięki nim lubię siebie, zaprzyjaźniam się ze sobą. Dopijam kawę.

     Każdą książkę można nazwać przyjaciółką, ale tylko ta uporządkuje ci szafę, podzieli rzeczy na "tego się pozbądź, to zachowaj", starej dobrej torbie od Bożeny Batyckiej nada cechy nowości, "w tym T-shircie z nadrukiem sprzątasz" zadecyduje, pójdzie z tobą do optyka, dopracuje makijaż, ożywi małą czarną, dobierze pasek, nucąc Brassensa: "Si, par hasard/ Sur l'Pont des Arts/ Tu croises le vent, le vent fripon/ Prudence, prends garde a ton joupon/.../" cierpliwie poda kolejny but do przymierzenia.

     W jednej z recenzji znalazłam zdanie wyjęte z książki, by po dwudziestym piątym roku życia za nic w świecie nie zakładać trampek. Nie wiem, czy mój recenzencki trampkowy głos można uznać za opiniotwórczy. Nie wiem, czy to w ogóle jest recenzja. Pisałam o czymś więcej niż o książce, pisałam o wydarzeniu.

 

    

środa, 15 października 2014

 

     Juliczka

 

     Przylatują zza morza jak kolorowe ptaki na tydzień, dwa, na chwilę. Moi przyjaciele, rozsypane po świecie koraliki - Hal w Ameryce, Krysia, Ben, Basia w Australii, Iwa w Kanadzie, Sabina we Francji, Eddy w Brazylii...  I nowa emigracja, londyńska.

     Tkwię na posterunku niczym stary latarnik morski, oświetlam im drogę w rodzinne strony. Tu zostało ich dzieciństwo, młodość, marzenia, jestem ich częścią: "A pamiętasz? A spotkałaś? Tu kiedyś był sklep Wedla, ale pachniało! Co u Krzyśka? Jurek jaki sportowy duch!". Odjeżdżają, wchodzę w codzienność.

moje

     Z lotniska, z dworca wracam do domu. Obecnego domu, bo mój też pozostał daleko. Wspomnienia nie mają zewnętrznej realności, wszystko jest w głowie. Pozwalam wspomnieniom "z wtedy" docierać, określać je, nazywać, by chronić i wzbogacać siebie "z teraz". Moich domów było kilka.

     Jednym z nich był ten przy ulicy Mickiewicza, mieszkaliśmy tam dwa lub trzy lata, okna na parterze, nie chodziłam jeszcze do szkoły. Ogrodzenia nie pamiętam, klombu nie było na pewno, jedynie kępy trawy. Szukam, do kogo kiedyś należał. Bo ten z lat pięćdziesiątych był podzielony na mieszkania, dość zaniedbany, drewniane podłogi z szerokich desek pooliwione na czarno. Z tyłu duży dziedziniec, zabudowania gospodarcze, kojarzę je ze stajniami, za dziedzińcem zapuszczony ogród, altana, drzewa owocowe, dalej pola i las. Moja krotoszyńska Marylka twierdzi, że lasu być nie mogło. Coś jednak uznawałam za las.

moje

    Przechadzam się, zbieram polne kwiatki i zielsko, coś, co nazywało się "boży chlebek". Leżę na trawie, patrzę na chmury przez ugiętą gałąź pełną jabłek, jestem sama. Nie bawię się blaszaną wagą z szalkami, bo niby co miałabym z nią robić? Ale wychodzę z nią z domu, zagadkowe. Znam litery, po raz kolejny czytam "Kocią mamę", umiem ją na pamięć. Biegnę obok altany, przewróciłam się, rozcięłam rękę, z ogrodowej apteki przykładam jakiś liść. Stoję nieruchomo gdzieś na końcu alejki? ścieżki?, zza konturów drzew powoli wyłania się wielki księżyc. Wracam do domu. Ojciec wrócił z Gdyni, brat pomaga mu rozpakować teczkę: (ach, teczka ojca) - wielki blok angielskiej mlecznej czekolady, pomarańcze, guma do żucia. Przyglądam się zamieszaniu z kąta dużego pokoju. Wszystko jak obrazy, nikt nic nie mówi, ludzie nie poruszają się, kadr po kadrze.

     Dom obok, mroczny, ciemne wnętrze, może brązowe, zielone lub bordo, zajmowała rodzina pana doktora Kolasińskiego, żegnanego niedawno wspomnieniem Janusza Urbaniaka w Rzeczy Krotoszyńskiej. Gospodarzyła tam niepokojąca surowa pani w czarnej sukni z kołnierzykiem, bałam się jej. Czy istniała naprawdę nie wiem, choć wyraźnie ją widzę. Zbieramy wrażenia, słowa, obrazki nie wiedząc czemu i po co. Przewija się w nich pojęcie domu jako symbolu rodziny i poczucia bezpieczeństwa.

     Choć zmiata go wiatr historii. Natknęłam się na taki zmieciony dom w Morvan, dokąd prowadzi z Paryża A6, Autoroute du Soleil. Do dawnej siedziby dziadków Claire jeździliśmy na weekendowy wypoczynek, od dawna nikt tam nie mieszkał. Któregoś wieczoru, późno, po kolacji, wybraliśmy się na spacer po okolicy, tylko Virginie zabrała ze sobą latarkę. W snopie nikłego światła ujrzeliśmy powykrzywiany płot i dalej drzwi, były otwarte. Stary dom był powitał nas pustką, wiele wskazywało na to, że od lat nikt tam nie wchodził. A dawni mieszkańcy opuszczali go w pośpiechu: przewrócone krzesło, na oparciu drugiego wisiał sweter, czy też coś, co go spod zwałów kurzu przypominało, obok leżał jeden sabot. Zasnute pajęczynami talerze na kuchennym stole, łyżeczka, nóż do sera, zapomniana lalka. Co mogło się wydarzyć, że dziewczynka nie wzięła lalki - pomyślałam.

     Nagle Cecile zarządziła odwrót, posłuchaliśmy wyjątkowo potulnie. Co dziwne, nie omawialiśmy przygody, nie dociekaliśmy. Każdy tłumaczył ją sobie w milczeniu, i jestem pewna, że każdy ją zapamiętał jako znak dla siebie. Tamten stary kamienny dom nie przyjął nas gościną, teraz to wiem, chciał tylko coś pokazać, bezgłośnie przestrzec. Nauczyć.

 

 

02:11, julitczka
Link Komentarze (8) »
niedziela, 12 października 2014

 Ciotuchna

Wygrzebane z pamięci    „Dzieci Zamojszczyzny” 

Okupanci niemieccy upatrzyli sobie Zamojszczyznę jako miejsce, gdzie przesiedlą swoich ziomków rozproszonych po rożnych krajach. Od 1941 roku rozpoczęli powolną pacyfikację tych ziem i opróżnianie ich dla planów przesiedleńczych. Pacyfikacja obejmowała na razie niewielki teren, ale była gwałtowna i krwawa. Niemcy palili wsie, mordowali ludność, zsyłali na roboty przymusowe do Niemiec i do obozów koncentracyjnych. Nie dzielili ludzi na młodych zdatnych do pracy i starych oraz dzieci nie nadające się do żadnej pracy, całe rodziny wysyłano w jedno z wymienionych miejsc.
W następnych latach zbrodnicza działalność obejmowała już większe tereny.Okupant wymyślił też jeszcze jedną zbrodnię, a mianowicie ktoś przyglądając się  ludziom Zamojszczyzny, stwierdził, że ich jasnowłose i niebieskookie dzieci mają prawie germańskie rysy i  gdyby je odpowiednio wychować, z chłopców byliby dobrzy żołnierze trzeciej rzeszy, a dziewczęta mogłyby rodzić germańskie dzieci...  trzeba je jednak było zgermanizować, czyli zabrać do Niemiec i oddać w pewne ręce sprawdzonych wychowawców. Oceniono nawet, że dzieci powinny być małe, ale nie niemowlęta, bo nie wiadomo jaka rasa wyrośnie z niemowląt. Do germanizacji najlepiej nadawały się dzieci w wieku przedszkolnym, które miały już ustalony wymagany wygląd, a były jeszcze na tyle małe, że nie będą pamiętały przeszłości i szybko dostosują się do nowych dobrych warunków życia. Rodziców tak wyselekcjonowanych dzieci zabijano lub wysyłano do obozów koncentracyjnych, gdzie ginęli z głodu  i wycieńczenia. 
Pacyfikację Zamojszczyzny zakończono w 1943 roku. Po wojnie ustalono, że to zbrodnicze działanie, niezależnie od rodzaju, objęło trzydzieści tysięcy dzieci.O przesiedleniach Niemców na Zamojszczyznę na razie jeszcze nie mogło być mowy, najpierw trzeba się było pozbyć mieszkańców i wysłać grupę dzieci wyselekcjonowanych do Niemiec. Nie wiadomo ile tych dzieci było, i nie wiadomo ile transportów  rożnymi drogami z Polski trafiło do Niemiec. Wiem o losach jednego transportu, który miał iść przez Warszawę i zatrzymać się tu dla uzupełnienia zapasów.
Wiadomość o tym transporcie dostały warszawskie harcerki, bo tu była konspiracyjna Komenda Głowna ZHP. One to powiadomiły odpowiednich ludzi i zgromadziły środki na przekupienie konwojentów tego transportu. Akcja dała doskonale wyniki. Na Dworcu Wschodnim w Warszawie zatrzymał się pociąg, jego ochrona wzięła ochoczo łapówki i przymknęła oczy na to, co się dalej działo.
Dworzec był dosłownie oblężony przez warszawianki gotowe brać te biedne dzieci do swoich domów i wychowywać je jak swoje. Wagony, w których jechały dzieci, dosłownie opustoszały, dzieci znikały w ramionach wybawicielek. Pozostałe dzieci harcerki rozwiozły po prowadzonych pod Warszawą Domach Sierot.



Jeden z tych domów mieścił się w podwarszawskim
Konstancinie-Jeziornej w willi Piaski  

Miałam styczność z dziewczynką z tego transportu, 4-5-letnią Wandzią. Było to dziecko małomówne, zalęknione, nieufne. Takiej reakcji trudno się dziwić z uwagi na to, co musiała przeżyć wcześniej.
Wandzię przygarnęła nasza ciotka. Po wojnie przez Czerwony Krzyż poszukiwała rodziców Wandy, dostała wiadomość, że nie żyją. Wówczas przeprowadziła przez sąd formalną adopcję.
Wanda żyje do dziś i jest już babcią. Nie mam z nią kontaktu, ale gdybym z nią mogła rozmawiać i tak nie pytałabym jej o tamte straszne czasy. 

20:06, wloszczyzna79
Link Komentarze (9) »
środa, 08 października 2014

 

     Juliczka

 

     "Przydałaby się lamówka" zwykł był mawiać ojciec, gdy wracałyśmy od krawcowej. Dodawał też: "To trzeba odprasować", ale nie żelazko snuje dziś narrację z proscenium, nie gra w naszej sztuce.

Ojciec odzywał się rzadko, ważył słowa, każde coś oznaczało. Pierwszą uwagę o lamówce przyjęłam za objaw staroświeckości, nie zna się na modzie - myślałam. Gdy motyw lamówki zaczął się powtarzać, przyjrzałam się ojcu, rodzicom, dlaczego nie pochwali sukienki czy kostiumu, jaki sprawiła sobie mama. Przecież był w mamie szaleńczo zakochany do końca swoich dni. Do dzisiaj nie znam odpowiedzi.

Dobrze się ubierał, starannie zestawiał stonowane wzory i kolory, dbał o nowy model kapelusza, a przynajmniej o nowy kapelusz. Nie widziałam go nigdy w berecie lub w czapce. W domu nosił bonżurkę, śmieszną, w butelkowej zieleni, pod nią - koszulę i krawat. Może żałował, że krój żakietu, jaki wybrała, rozmiłowana w różowościach niczym Barbara Cartland, mama, w niczym nie przypominał klasyki Chanel. Kto wie.

moje

                              Warszawa, lata trzydzieste i zdjęcie wykonane przez ulicznego fotografa.

     "Przydałaby się lamówka" weszła na stałe do naszego rodzinnego słownika. Powiedzenie i tę lamówkę przekładaliśmy na tajemne określenie niedoskonałości, pewnej rysy, skazy.

     Gdy po wizycie nasz dom opuszczał kolejny narzeczony siostry i pytała "no jak?", zgodnym chórem odpowiadaliśmy: "Przydałaby się lamówka", lub krótko: "Lamówka". Że tak, dlaczego nie, ale może innym razem i zupełnie ktoś inny.

Lamówka poprzedzała dzisiejsze "ładna, ale..." i to małe "ale" łamie wszystko, każdy zachwyt. Jak nasza dawna, wyciągnięta z lamusa lamówka. Ciekawa jestem, czym moglibyście podeprzeć lamówkę, jakim rodzinnym powiedzeniem-kluczem.

 

   

    

 

02:17, julitczka
Link Komentarze (3) »
sobota, 04 października 2014

 

     Juliczka

Proszę spokojnie obiad zajadać,

nie chcę wcale nikomu przeszkadzać.

Bez paniki na tarasie,

to tylko ja - jeż w trasie!

     To tylko ja - Juliczka w transie. W piątkowe pogodne popołudnie jesienią. Zmyliło, przypomniało lato, przegoniło melancholię. Ale i tak gdzieś tam się kołacze piosenka Jeremiego Przybory z kabaretu Smuteczek "Jesienna Dziewczyna". Z piękną muzyką Jerzego Wasowskiego, o którym Jeremi Przybora pisał: " Był w kabarecie autorytetem najwyższym. Odpowiadał na pytania, rozstrzygał wątpliwości, ustalał prawdy i reguły. Oczywiście czynił to w konwencji kabaretowej, ale z piętnem swojej osobowości".

moje

Z tej drogi, którą przeszło -

za wiosną swoją lato,

nie patrzę już na przeszłość -

przed siebie patrzę za to.

Ze wzrokiem na zakręcie,

za którym jest już jesień,

wciąż czekam nieugięcie,

że ona mi przyniesie

 

Jesienną Dziewczynę,

odmienną niż inne,

Dziewczynę z chryzantemami, z chryzantemami.

Dziewczynę Jesienną,

dziewczynę bezcenną

i nie zamienną już na nic, już na nic.

 

Wiosennych dziewczyn pełno

i letnich tyle ładnych.

Jesienną znam tę jedną -

zimowych nie ma żadnych...

O tamte zresztą mniejsza,

gdy złoto i szkarłatnie

zabarwi jesień pejzaż

na przyjście tej ostatniej

Jesiennej Dziewczyny...

 

Wyciągnij ręce do niej,

bo ma we włosach promień,

przy którym jaśniej zimą,

bo zachód już w niuansach

czerwieni gaśnie zimnej,

bo to ostania szansa,

po której nie ma innej

Jesiennej Dziewczyny...

 

środa, 01 października 2014

 Ciotuchna

Walc Francois
Tekst: Andrzej Włast
Muzyka: Adam Karasiński 

W starych nutach babuni
Walc przechował się ten.
Pomnę wieczorek u niej,
Widzę go jak przez sen.
Grajek przy fortepianie,
Goście snują się w krąg,
W białych bufach, tiurniurach są panie,
W klapach panów chryzantem tkwi pąk.


Dawnych wspomnień czar
Wdzięk stylowych par,
Muślin sukien jak mgła
l najnowszy ten walc "François".
Gdyby jeszcze raz
Wrócił piękny czas,
Gdyby zbudził w sercach złych ludzi
Czar modnego walca "François"...


Uśmiech starych portretów,
Dźwięk przebrzmiałych już nut,
Serca pełne sekretów,
Smutek rozstań i złud
W zapomnianej piosence
W jedną splotły się myśl.
I wracają marzenia dziewczęce,
To, co wczoraj minęło, jest dziś.


Dawnych wspomnień czar...


Grajek przy fortepianie,
Goście snują się w krąg,
W białych bufach, tiurniurach są panie,
W klapach panów chryzantem tkwi pąk.
Dawnych wspomnień czar... 

Niestety melodii nie umiem Wam przekazać, ale ją pamiętam i pisząc cały czas ja sobie w głowie nucę.

08:19, wloszczyzna79
Link Komentarze (8) »
Tagi