Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 30 października 2013

 Juliczka

Piliśmy w Altanie herbatę po bigosie, dziś zapraszam na kawę. Z towarzyszącymi jej nawykami i rytuałami, magią. Ulegamy nawykom, wieczna improwizacja byłaby nie do zniesienia. Hołdujemy rytuałom, bez listów z życzeniami, telefonów z gratulacjami, czy okazjonalnych pozdrowień przyjaźń dwóch daleko od siebie mieszkających przyjaciół przestałaby istnieć.  Życie towarzyskie nakłada na nas, miłe skądinąd, obowiązki wspólnego posiłku, spaceru, tańca, wręczania upominków.  Rzucone w przelocie przez napotkaną znajomą – Koniecznie musimy umówić się na kawę – oznacza wymianę myśli w kawiarni. Rytuał staje się symbolicznym aktem, dostarcza ram, kreśli granice. Budzi specjalny typ oczekiwania i gotowości, podobnie jak słowa przyjaciółki: „Przylatuję za tydzień”. Dni tygodnia z ich regularnym następstwem, nazwami i naszymi zwyczajami, stają się rodzajem rytuału. Tydzień za tygodniem.

A czasu coraz mniej. Tylko astronomiczny przebiega równomiernie, przeszły – spłaszcza się, przyszły – kurczy. Ulotne moje „tu i teraz”, zależne, niezależne ode mnie, chwytam, utrwalam. Samo istnienie, nawet w poprawnej fizycznie i psychicznie formie, okazuje się nagle być abstrakcją.

By nie przesłoniła jej pustka, cenię rozmowy o czymś, spotkania – po coś. Nawet dla darcie pierza, prześpiewania paru pieśni. Unikam jałowych( kot jest fałszywy, jagody zdrowe, niedziela – palmowa) koleżeńskich kawek, nie zaskakują, nie zadziwiają. Zwierzenia zaś uważam za oznakę słabości. Kawę cenię za nią samą, że jest, pachnie, zatrzymuje moment. I - na moment.

Działa zaś najlepiej o poranku, gdy wstanie się wcześniej, niż dom. Wystarczy wyjść z kubkiem „dużej, gorącej czarnej z odrobiną miodu” do ogrodu, przywitać kwiaty. Pochylić się nad krzewami  róż, oj, znowu zarosły czymś obcym, uwolnić. Smakować chwilę, zapowiedź wakacyjnego dnia, słodko-gorzki aromat kawy zmieszany z zapachem róż. Rozetrzeć w palcach gałązkę tymianku spod płotu, następny łyk. Jeże znowu przewróciły talerzyk z mlekiem, zmienić naczynie, postawić pod spokojniejszym krzaczkiem? Kieruję spojrzenie na horyzont, ze wzgórza Paryż widoczny jest, jak na dłoni. Nad La Defense unosi się lekka, błękito-siwa mgiełka.

Stukot pantofli zapowiada pojawienie się Claire na schodkach. Niebieska sukienka, makijaż idealnie nałożony, loki ciemnych, krótkich włosów ujarzmione – oceniam sytuację. Jak ona to robi, jak ona to robi, jest ledwie parę minut po szóstej. Trzyma w dłoni parującą filiżankę z kawą, zawsze białą, zawsze słodką.

- Dzień dobry, zajęłaś się klombem, jak miło. Zeszłej jesieni róże wdzięcznie kwitły, przypominały nam twoje kawowe poranki.

- Dzień dobry – odpowiadam – kawa z płatkami róż.

Zabrzmiało jak początek wiersza. Uśmiechamy się.

08:02, wloszczyzna79
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 28 października 2013

  Juliczka

O wierszu „BIGOS” Ludwika Jerzego Kerna już wspominałam. Zapowiadałam, że pojawię się z nim jesienią. Pochodzi z pierwszego, jedynego, numeru magazynu kulinarnego „Smakosz”, autorstwa Jana Kalkowskiego, twórcy Przekrojowego Jednego Dania. Propagatora twierdzenia, że wprawdzie jedzeniu towarzyszy zmysł smaku, ale uczestniczą też inne zmysły – powonienia i wzroku. Przyjaciel Pomiana-Pożerskiego, Tadeusz Przypkowski, jeszcze dosadniej wyraża swoje credo: „Pierwszą sztuką świata była sztuka mięsa”. Smakosz miał służyć tej najstarszej i najpowszechniejszej ze sztuk – kulturze stołu, należącej do kultury życia.

Wraz z poezją bigosu.

 

Ludwik Jerzy Kern

BOGOS

 

Trzeba garnek wziąć

Dość duży.

Tak nas uczy doświadczenie.

W trakcie bowiem gotowania

I ciągłego próbowania

Bigos kurczy się szalenie.

 

W ten to garnek

Jak od dziecka w nas wpajano,

Kilka kapust daje się;

Więc krojoną prosto z główki,

Więc kiszoną,

Tudzież pasteryzowaną.

(Ta ostatnia to są nasze kapuściane głowy,

Co niestety w tej postaci tylko idą jako

towar eksportowy).

 

Co tam mamy z resztek mięsa ładujemy

W tę kapustę

Byle nie ogryzki jakieś,

No i byle nie za tłuste.

 

Na przyprawy kolej;

Trochę trzeba wrzucić w tę kapustę

angielskiego ziela,

Liść laurowy vel bobkowy,

Jałowcowych jagod (jak mawiano dawniej)

małowiela,

Grzybów, co nadadzą bigosowi taki bukiet

aromatów,

Że na zapach, to wysiada przy bigosie

każdy bukiet kwiatów,

W końcu śliw suszonych parę wrzućmy

w pary kłęby,

Pestki przedtem usunąwszy,

Ze względu na zęby,

Gotujemy jak najdłużej,

Tydzień, a czasem nawet dwa.

Kto cierpliwszy ten, rzecz jasna, wiele

lepszy bigos ma.

Dobry jestem człowiek więc i tego nie pominę,

Że w ostatniej fazie, to czerwonym trzeba

bigos podłać winem.

 

Teraz bigos co to jest, jak sądzę, wiecie.

To jest właśnie to, co wszyscy o tej porze

roku jecie.

 

Oraz to, co aktualnie dzieje się na świecie.

 

Po bigosie, po takim bigosie, najłagodniej mówiąc – przyda się gorąca herbata. Niejedna.


02:36, kanadyjka82
Link Komentarze (6) »
piątek, 25 października 2013

  Kanadyjka

U nas w Kanadzie w tym roku fantastyczny urodzaj jablek. Nawet zdziczale przydrożne jabłonki owocują pięknymi zdrowymi jabłkami. Zaczynam więc ten wpis przepisem na karmelowe ciasto z jabłkami.

Ciasto jabłkowe z polewą karmelową

szklanka brązowego cukru
1/2 szklanki oleju
2 łyżeczki cynamonu
2 jajka
1/4 szklanki mleka
1 3/4 szklanki mąki
1 łyżka proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki soli
2 duże jabłka, obrane i pokrojone w nieduże kawałki
wanilia 

Polewa karmelowa

1/2 szklanki brązowego cukru
1/4 szklanki masła
1/4 szklanki smietanki
wanilia

Ubić razem cukier, olej, cynamon, i wanilię. Dodać po kolei jajka, ubijając dobrze po dodaniu każdego. Dodać milk, mąkę, proszek i sól. Lekko wymieszać. Do jabłka, wymieszać.

Włożyć ciasto do wysmarowanej tortownicy. Piec w średnio gorącym piekarniku 30-40 minut.

W miedzy czasie przygotować polewę. Składniki polewy zagotować i gotować 5 minut na małym ogniu.

Wyjąć ciasto i gęsto nakłuć widelcem. Polać polewą karmelową. Podawać gorące lub ciepłe.

 

 

 


   Juliczka

Może zatem strudel, żeby trudem przygotowań przezwyciężyć jesienną senność. Nie robiłam nigdy, przyglądałam się - coraz większy stół, coraz większa ściereczka, wreszcie prześcieradło.

Na strudel przygotowuje się takie ciasto, jak na makaron jajeczny, czyli z mąki i jajka. Potem należy je rozwałkować jak najcieniej i podkładając pod ciasto palce, trzeba je rozciągnąć do granic możliwości. Nawet jeśli w jakimś miejscu zrobi się dziura - nie przejmować się. Gdy ciasto będzie już dostatecznie cienkie, pozwolić mu przeschnąć przez godzinę. Potem pokropić stopionym masłem. Plasterki jabłka wymieszać z cukrem, cynamonem, rodzynkami. Pokryć nimi ciasto i zwinąć techniką naleśnikową, posmarować masłem, uważać, żeby się nie przypiekł.

Myślę też o starym, zapomnianym suflecie.

Ubija się pianę z białek z odrobiną cukru pudru. Miesza się z marmoladą z jabłek urozmaiconą przetartymi dżemami borówkowym i morelowym. Nie może być żadnych grudek z owoców. Masę kładzie się na ogniotrwałym półmisku w formie stosika i wstawia do bardzo gorącego piekarnika. Podaje na gorąco natychmiast po wyjęciu z piekarnika z sokiem albo ze śmietanką.

A legumina z jabłek - staropolska?

4 żółtka i piana z 4 białek
2 łyżki cukru
5 łyżek śmietany
2 jabłka utarte na tarce
4 łyżki mąki
5 jabłek drobno pokrojonych i wymieszanych z cynamonem

Żółtka, cukier, śmietanę, utarte jabłka i mąkę dobrze wymieszać. Dodać pokrojone jabłka, pianę i cynamon. Wlać do naczynia żaroodpornego wysmarowanego masłem i zapiekać pół godziny.

Czytam i zaczynam rozumieć robaczka z bajki Jana Brzechwy, który chciał zjeść coś innego niż jabłko. Pozostaje jednak dla mnie ukochanym owocem.

 

 

    Żona Oburzona

Podawałam już kiedyś przepisy na moje ulubione szarlotki. O tutaj, i tutaj. A dzisiaj podzielę się przepisem na deser, który przywołuje smak dzieciństwa. Poczęstowała mnie nim kiedyś koleżanka. Nazwa jest jej autorstwa, czy nie wydaje Wam się, że zawiera błąd? Może chodziło o jabłka prażone?

Kisiel z jabłkami próżonymi

opakowanie kisielu - ulubiony smak (jeżeli nie odpowiada nam współczesny kisiel z torebki, można przygotować go samemu)
2 jabłka starte na grube wiórki, skropione sokiem z cytryny
nieco masła
garść rodzynek

Na suchej patelni rozpuszczamy masło, wrzucamy na nie starte jabłka. Przesmażamy, na koniec dodajemy rodzynki, mieszamy i czekamy chwilę, aż przyjemnie spuchną. Gotowe jabłka zalewamy gorącym kisielem, albo wykładamy na wierzch już rozlanego do pucharków deseru. Jemy na ciepło lub na zimno, jak wolimy. Ja akurat jestem fanką gorącego.

Jedząc tak przygotowany kisiel, zamykamy oczy i oglądamy we wspomnieniach kuchnię babci w chłodny wieczór jesienny...

Z dzieciństwa pamiętam książkę o bliźniętach mieszkających w Estonii. Jeden z jej rozdziałów był poświęcony różnym gatunkom jabłek. Kolejno wymieniane nazwy brzmiały jak poezja... Może pamiętacie jej tytuł?

środa, 23 października 2013

 Ciotuchna

W notatniku, który pomaga mi w odtworzeniu tego co się działo w 1988r, mam zapisane pod data 15 stycznia „założyłam konto w PKO”. Napisane krótko, a było tak: naiwna poszłam do PKO i powiedziałam że „organizujemy Zjazd absolwentów….  i chce założyć konto, a oni mi na to „a pozwolenie na organizację Zjazdu obywatelka ma?”  Skąd mam mieć? „ z Rady Miejskiej”, poszłam a Rada mi na to – proszę przyjść z programem Zjazdu podpisanym przez trzech członków komitetu organizacyjnego. Usiedliśmy z Maćkiem i napisaliśmy program, ale kto trzeci do komitetu, bo mąż jako rodzina nie może. Znalazła się trzecia osoba chętna. Poszliśmy z programem do Rady Miejskiej, a tu krzyk, „co sobie myślicie my takiego programu nie zatwierdzimy”. Co się stało, dlaczego?  „tu na początku jest Msza – mowy nie ma”. Wyjęłam z torebki flamaster i gruba kreska przekreśliłam ten pierwszy, sporny punkt. Tak może być? Dobrze, za dwa tygodnie będzie decyzja, mnie zatkało, a Maciek ryknął no to idziemy do… i tu padło nieznane mi nazwisko, które podziałało jak rycyna, natychmiast, wszystko zostało podpisane, podstemplowane i gotowe. To magiczne nazwisko to nasz młodszy kolega, który w Radzie Miejskiej był na jakimś wysokim stanowisku.

Z tym cennym papierkiem pobiegliśmy do PKO zakładać konto, bo ludzie dzwonili i pytali ile i gdzie maja wpłacać.

Napisałam, że do pierwszych czterdziestu osób wysłaliśmy listy. To też nie było takie proste, bo żeby dać na ksero taki list, potrzebna była zgoda cenzury. Teraz to ja poszłam w odpowiednie miejsce i załatwiłam wszystko od ręki.

Dziwny to był czas w Polsce, PRL już się prawie waliło, ale urzędy działały ze zdwojoną siłą.Postanowiliśmy przy okazji zjazdu dowiedzieć się czegoś więcej o naszych koleżankach i kolegach, o ich późniejszych losach. Maciek opracował ankietę i sam już załatwił cenzurę.

Wszystko wysyłaliśmy w jednej kopercie z numerem konta w PKO, datami, ilością pieniędzy do wpłacenia no i tą ankietą. Dokumenty  były opieczętowane pieczątką Zjazdu i całość wyglądała bardzo poważnie.

Zjazd, zjazdem a ja miałam do załatwienia jeszcze nasze sprawy wyjazdowe na Wielkanoc do córki do Florencji. Paszporty - złożyć kwestionariusze, odstać kolejkę, odebrać ... też kolejka. Na szczęście sprawy wiz włoskich ambasada oddala Orbisowi i oni to załatwiali sprawnie i szybko. W planach był jeszcze wyjazd do Kanady, a wiec załatwienie wiz kanadyjskich - to też poszło szybko, bo nie pierwszy raz jechaliśmy do Kanady, wiec wszystko o nas wiedzieli i nie marudzili.

Wyjazd do Kanady wiązał się jeszcze z jedna dziwaczna sprawa, żeby kupić wcześniej i taniej bilety na samolot, Lot sobie zażyczył złożenia podania o takie bilety z odpowiednia motywacją; złożyłam, umotywowałam i o dziwo, pozwolili nam, żebyśmy do ich kasy dosypali trochę forsy.Teraz już nie pamiętałam o tych dziwnych sprawach, ale niezastąpiony notatnik mi to przypomniał.Do tych wszystkich zajęć i spraw mięliśmy jeszcze działkę w Ogródku Działkowym; była zima, wiec nic na niej nie robiliśmy, ale dla mnie sezon działkowy zaczynał się w lutym. W domu siałam rożne nasiona, robiłam rozsady i wszystko hodowałam na szerokim południowym parapecie. Dwie godziny dziennie musiałam poświęcić na to zajęcie.

Wracając jeszcze do spraw Zjazdu, to zamówiliśmy obiad na 80 osob w restauracji u Dziennikarzy i sądziliśmy, że tę sprawę mamy już z głowy. Nagle w marcu dowiadujemy się, że w tym terminie u Dziennikarzy będzie deratyzacja, czy inne jakieś walczenie z robakami i obiadu nie mogą nam dać.Zaczęliśmy więc szukać nowej knajpy, ale to nie było takie łatwe, bo fundusz mieliśmy ograniczony a zjeść chcieliśmy dobrze i elegancko. Zostawiłam z tym problemem Maćka i innych i razem z mężem wsiedliśmy do samochodu i pognaliśmy do Florencji do córki i jej włoskiej rodziny.

W czasie pożegnalnego obiadu, kiedy omawialiśmy letni przyjazd dzieci do Polski, zwróciłam się do rodziców zięcia z zaproszeniem ich do odwiedzenia Polski. Bronili się, że nie lubią się ruszać z domu, że tak daleko i t.d. Uspokojeni tym zapewnieniem wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w powrotna drogę, ale nie od razu do domu; skręciliśmy jeszcze w kierunku Triestu, do kolegi męża, Włocha, który od jakiegoś czasu bardzo nas do siebie zapraszał. Spędziliśmy u nich dwa przemiłe dni po których wróciliśmy już bezpośrednio do Warszawy. Droga zajęła nam następne dwa dni, z postojami i noclegami a jak dotarliśmy do domu to córka przez telefon oznajmia, że po długich dyskusjach rodzice podjęli decyzje, że na 10 dni przylecą do Warszawy w czasie kiedy młodzi będą z nami w lecie. Bardzo się ucieszyłam, ale zaraz oprzytomniałam ile to mi przysporzy dodatkowych kłopotów. Trudno słowo się rzekło, kobyłka u płotu.

Była połowa kwietnia i trzeba było ostro zabrać się za prace na działce. Flance już wyrosły, zostało kopanie ziemi, grabienie i formowanie grządek. Działkę rozplanowaną miałam już od dawna, wiedziałam co i gdzie będzie rosło.

Sprawy Zjazdu Maciek z radością oddal w moje ręce. Znalazł restaurację na nasz obiad, była ona w hotelu Warszawa z wejściem od Świętokrzyskiej. Bardzo dobry punkt i miły lokal akurat na 80 osób. Omówienie menu zostawiłam na ostatni tydzień, bo będę wtedy wiedziała dokładnie ile mam pieniędzy i co za to mogę zjazdowiczom dać na stoły.

W pewnym momencie szkoła zaprosiła nas na naradę w sprawie Zjazdu. Myśleliśmy, że mają jakieś pomysły, ale nie okazało się że to bardzo partyjna pani wicedyrektor chciała wiedzieć co mamy w planach, jednocześnie doszły nas słuchy, że w naszym starym, przedwojennym, zabytkowym sztandarze wypruto koronę z nad głowy Orla. Stanowczo twierdziliśmy, że chcemy ten sztandar mieć na drzewcu z asysta młodzieży w czasie całej uroczystości. Szkoła się broniła, że zabytek, że chroniony w odpowiedni sposób; prosiliśmy o wyjęcie sztandaru i pokazanie go nam i …okazało się że zginął gdzieś kluczyk od gabloty. Powiedziałam wtedy głośno, że podejrzewamy, że ktoś uszkodził sztandar, ale nie my będziemy robić dochodzenie, tylko oddamy sprawę do Prokuratury o zniszczenie zabytku. Umówiliśmy się że przyjdziemy za jakiś czas. Po tygodniu, kiedy dochodziliśmy do szkoły, już w bramie stał nauczyciel historii i nam powiedział, że korona została wyhaftowana nad Orłem i wszystko jest w porządku.

Teraz jeszcze jedno dziwactwo PRL. Po przyjeździe musiałam oddać nasze paszporty, mimo że były w nich już wizy kanadyjskie. Musiano sprawdzić, czy prosto z Włoch nie polecieliśmy do Kanady. I znowu kolejka, za 5 dni odbiór i kolejka…

Dopinaliśmy do końca sprawy Zjazdu, a ja z mężem dopinałam sprawy działki, sadziłam rozsadę z dusza na ramieniu bo mogły jeszcze przyjść nocne przymrozki. A my zaraz po Zjeździe lecieliśmy do Kanady i działka zostawała na łasce dozorcy.

Przed Zjazdem w restauracji omówiłam z kierownikiem dokładnie menu. Maciek podjął resztę pieniędzy z konta, zapłaciliśmy za obiad i nawet starczyło na danie wszystkim po kieliszku dobrego wina.

W przeddzień Zjazdu zadzwonił do mnie kolega, że jest chory i jutro nie będzie mógł być na uroczystościach. Życzyłam mu zdrowia, a on do mnie „ale pieniądze to mi zwrócisz?” Zatkało mnie. Wytłumaczyłam mu że nie mam już ani grosza, powiedziałam co myślę o takiej postawie i rzuciłam słuchawkę. Następnego dnia przyszedł na obiad do restauracji, był biały jak ściana, ledwie trzymał się na nogach, ale trochę zjadł i uspokoił swoje skąpstwo.

Ciąg dalszy nastąpi ...

08:18, wloszczyzna79
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 października 2013

  Kanadyjka

Jak już jesteśmy na fali grzybowej, to poczytajcie Jana Sztaudyngera:

Kiedy ja umrę

Kiedy ja umrę, niech mi tak napiszą: 
Szczęśliwy człowiek, opije się ciszą, 
Pisywał fraszki i wyławiał grzyby, 
A jeśli umarł to tylko na niby. 
Bo w każdej fraszce szytej polską mową 
Będzie się rodził, będzie kwitł na nowo!



Kiedy nad Styksem

Kiedy nad Styksem zadumany stanę, 
Depcąc stokrotek rumieńce różane, 
Będę żałował tylko grzybobrania... 
I żadne pasje, żadne miłowania 
Nie będą stóp mych do ziemi wiązały, 
Lecz będę pragnął raz jeszcze, w świt biały
Iść w stronne lasy i z dala od tłumu 
W kosze brać grzyby, w uszy chorał szumu!

03:52, kanadyjka82
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 października 2013

 

 

 Żona Oburzona

Tegoroczny październik nas rozpieszcza. Przymrozki są rzadkie, dużo słońca. Jeśli deszcz - to głównie w nocy. Czasem chłód uświadamia, że za kilkanaście tygodni zawita zima, ale wystarczy przejść się parkową aleją, by docenić czerwone i złociste uroki jesieni.

Efekty takiej pogody można było dostrzec wzdłuż krajowych dróg przecinających lasy, w dobrze zaopatrzonych warzywniakach, w koszach wiezionych pociągami... Czasem wystarcza nawet wyjście do miejskiego parku.

A ja na przekór wszystkim nigdy nie byłam gorliwą miłośniczką grzybów. Owszem, lubię grzybki marynowane, ale tak bardzo je lubię, że ostatni raz jadłam je 2 lata temu. Zjem kapelusze kani, usmażone przez Teściową, ale zawsze z jakąś obawą... Te historie o bardzo poważnych zatruciach jednak do mnie przemawiają. Pieczarka często gości na naszych talerzach, ale to jest akurat jakiś dziwny grzyb, czasem nazywam go sztucznym, tak mi od dzieciństwa zostało... Na ogół grzyby stanowią w mojej kuchni tylko dodatek. Potrzebny, ale jednak dodatek.

Tydzień temu po wejściu do ulubionego warzywniaka zobaczyłam olbrzymi kosz przepięknych kurek i zupełnie spontanicznie kupiłam dwie garście. Gdybym była przed śniadaniem, na pewno wylądowałyby w jajecznicy. Bo właśnie wspomnienie tej potrawy spowodowało pragnienie zjedzenia czegoś, co kurki zawiera. Po lekturze kilku przepisów z internetu stworzyłam w głowie własny. Oto on - jako postscriptum do tego wpisu.

Tagliatelle z kurkami i schabem - 3 porcje

300-400 g schabu
200 g kurek
cebula
pół szklanki śmietany
spora łyżka sera mascarpone
pieprz, sól, zioła prowansalskie

Schab pokroiłam na nieduże kawałki, oprószyłam solą i pieprzem i usmażyłam. Makaron ugotowałam.

Kurki opłukałam, powyciągałam z nich różne farfocle, które przyjechały z nimi prosto z lasu. Następne zalałam wrzątkiem. Po chwili odcedziłam i posiekałam na małe kawałki. Kilka tych najmniejszych zostawiłam w całości. Cebulę Mąż pokroił na cienkie piórka. Zeszkliłam ją na oliwie, dodałam pokrojone kurki i dusiłam, aż stały się miękkie. Uznałam, że coś mi tej oliwy za dużo, odcedziłam więc grzyby na gęstym sicie, żeby sos nie był zbyt tłusty. Kiedy kurki wróciły na patelnię, dodałam ser mascarpone, a kiedy się rozpuścił, również śmietanę. Przyprawiłam do smaku. Bulgotało sobie chwilę, a potem połączyłam sos z kawałkami schabu i ugotowanym makaronem. Było pyszne!

 

Tagi: grzyby
09:54, zona.oburzona , Żona Oburzona
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 14 października 2013

pharlap

Poezja tłumaczy się sama. Poniedziałkowe wpisy poetyckie to, jak dotąd, czysta poezja, bez wyjaśnień czy komentarzy. I tu właśnie jest pies pogrzebany czy też.. da liegt der Hund begraben. Niech poniższe zdjęcie wyjaśni o co mi chodzi...

 

Tłumaczenie

 

Spotkaliśmy się pewnie wszyscy z powiedzeniem - lost in translation - zgubione w tłumaczeniu. Jakże to prawdziwe w odniesieniu do poezji. Dlatego warto zwrócić uwagę na Stanisława Kubickiego - poetę, który "tłumaczył sam siebie". Okres dwujęzyczności trwał tylko trzy lata. Przedtem i potem poeta pisał wiersze w obu językach, ale już ich nie tłumaczył.

Które wersje językowe zostały napisane pierwsze, a które są tłumaczeniem? To pozostanie tajemnicą.

O wschodzie słońca w dzień świąteczny

Dzisiaj jak kryształ jestem
w Twoim ręku --
kryształ zbudzony
słonecznym promieniem.
I łono pełne mam
blasków i tęczy,
załamań światła
i barwnych obręczy.

Promienny idę Twoją myślą, Panie,
którąś we mnie wzbudził,
jak prąd w obiegu
w sąsiednich pętlinach
prądy budzi
i drgnienia poddane.

Kiedyś przez szkiełka i krople świeczników
dziecko zdziwione --
świat widziało krasny --
i po pokojach chodziło i sieniach
całe jak we śnie
i rajskich promieniach. 

I myślę:
dzisiaj Bóg przez mnie patrzy
na dzieło swoje
----------
i wzrok Boga jasny.
   ---

Sonnenaufgang an einem Festtage

Heut bin ich wie ein Stück Glas
in Deiner Hand --
licherweckt --
Innen voll
Regenbogen
Brechungen, Kreisen
brechenden Lichts.

Leuchtend wandle ich Deinen Gedanken
den Du erweckt in mir,
ein Strom umlaufend,
der Zuckungen erregt
in benachbaren Drähten.

Ernst sah ich das erstaunte Kind
in bunten Lupen die Welt
in den Prismen and Behang
entlag der Zimmer und Flure
ganz in Traume
strahlenbetäubt

Ich denke mir:
Heut sieht Gott durch mich
Sein eigen Werk
Leuchtenden Auges --
 

PS. Prezentowaną na zdjęciu książkę Lidii Głuchowskiej wydało Towarzystwo Literackie WIR - MY - założone i prowadzone przez Ewę Marię Slaską - Qrę Alfa, w której gnieździe wylągł się również nasz obecny blog. Często wracam do tego gniazda i jest ono dla mnie źródłem coraz to nowych odkryć. Zaglądam również do obecnego blogu Ewy Marii i właśnie tą drogą stałem się właścicielem powyższej książki. I to z autografem autorki! 
Warto wracać. 

Tagi: wiersze
04:46, pharlap
Link Komentarze (9) »
piątek, 11 października 2013

 Kattinka

Niby słodko a wytrawnie. Na to hasło zazwyczaj reagujemy tradycyjnie (a więc prawidłowo!): borówki i żurawiny do mięsa, świetne zwłaszcza z dodatkiem gruszek lub jabłek. Albo ogórki i gruszki w słodkim syropie, z dodatkiem octu, goździków i laski cynamonu. Albo szwedzka sałatka z ogórków z cebulą, niby wytrawna i pieprzem (ja dodaję pieprz ziołowy), ale przecież najważniejsza jest w niej cukrowa nuta.

Dziś dodajmy do tej listy kilka innych pomysłów. Może nie są nowe, ale warto je przypomnieć. Dziś będzie o cebuli.

A zatem do dzieła!

Confits d’oignons czyli konfitury z cebuli

Sama czy jako dodatek do zimnych mięs czy serów, a zwłaszcza do pasztetów i wyrafinowanej fois gras, konfitura z cebuli niezmiennie zachwyca smakoszy. Znawcy kuchni brytyjskiej zauważą tu pewną zbieżność z tradycyjnym angielskim chutneyem, co Francuzów zapewne oburzy, a Wyspiarzy zdziwi, ale nasze kubeczki smakowe niewiele się tym przejmują – składniki i kierunek myślenia są dość zbieżne...

Wersję tradycyjną, domową potraktujemy tutaj jako wersję podstawową, która może stać się punktem wyjścia do wszelkich eksperymentów i wariantów. Warto przy tym pamiętać, że gatunek cebuli zaważy na smaku, nada naszej konfiturze swoistego charakteru. I koloru – jeśli będzie to np. cebula czerwona. 

Ingrediencje:

- 6 dużych cebul

- 100 g cukru pudru

- 4 łyżki stołowe octu balsamicznego

- 1 łyżkę stołową oliwy

Cebule obieramy i kroimy na cienkie talarki. Wrzucamy do rondla na rozgrzaną oliwę i przegarniając drewnianą łyżką, smażymy, aż stanie się szklista-przeźroczysta.  

Posypujemy cukrem i wlewamy ocet balsamiczny. Mieszamy i gotujemy przez 10 minut na dużym ogniu, aż do odparowania octu. Przykrywamy rondel pokrywką i gotujemy konfiturę na bardzo małym ogniu przez godzinę. Mieszamy od czasu do czasu. Przekładamy konfiturę do wyparzonych słoików i szczelnie zamykamy. 

Konfitura z cebuli w miodzie

2 kg żółtej cebuli

300 g cukru pudru

6-8 łyżki miodu 

75 cl wina czerwonego wytrawnego

8 łyżek octu balsamicznego

oliwa z oliwek

sól i pieprz

Obieramy cebulę, a następnie bardzo drobno siekamy. Na patelni rozgrzewamy kilka łyżek oliwy z oliwek, dodajemy cebulę i dusimy na małym ogniu, często mieszając, aż cebula się zeszkli, co zajmie nam co najmniej 30 minut. Następnie dodajemy wino, ocet balsamiczny, cukier, miód , sól i świeżo zmielony pieprz. Mieszamy i gotujemy na małym ogniu, aż płyn odparuje, a cebula nabierze przyjemnego karmelowego koloru. Mieszamy regularnie, aby uniknąć przypalenia. Dalej – jak wyżej, pakujemy konfiturę w wyparzone słoiki i szczelnie zamykamy.

Wersja podstawowa może przybierać nowe oblicza, jeśli zamiast cukru pudru weźmiemy brązowy cukier trzcinowy, a zamiast wina dodamy słodkiego porto i rodzynek. Albo sypniemy garść ziaren kolendry. Myślę, że dobrze by też pasował również niewielki dodatek świeżego imbiru (pociętego na cieniutkie plasterki). A na koniec – koniecznie zróbmy jeszcze kilka obrotów młynka z pieprzem. Słodycz konfitury podbita aromatem pieprzu – to jest to!

środa, 09 października 2013

 Ciotuchna

W lutym 1987 roku byliśmy na imieninach naszego kolegi szkolnego, Macieja. Tak się złożyło, że było nas pięcioro Reytaniakow z tego samego roku maturalnego. Co mi strzeliło do głowy, że im powiedziałam "a wiecie, że za jakieś półtora roku będzie nasza czterdziesta rocznica matury". Myślałam, że w imieninowym gwarze i rozgardiaszu ta uwaga przejdzie bez echa, myliłam się jednak; uczepili się tej uwagi bez pamięci: "To świetnie zrobimy Zjazd Maturzystów z 1948 roku". Z takim okrzykiem rozeszliśmy się do domów. Już następnego dnia rozdzwonił się telefon. Wczorajszy solenizant, dziennikarz, właśnie przedwcześnie wyrzucony na emeryturę i spragniony jakiejś działalności, namówił mnie, emerytkę, żebyśmy zajęli się znalezieniem ludzi z naszego roku maturalnego.

Kilka lat wcześniej na jakimś reytanowskim zjeździe, gdzie w jednej klasie siedział nasz rocznik matury, mój mąż wyjął z kieszeni kartkę papieru i powiedział" piszcie tu swoje nazwiska (koleżanki panieńskie i mężowskie), adresy i telefony". To był zaczątek tego co piętrzyło się przed nami. Lista zawierała 40 nazwisk, a maturę zdawało 170 osób. Jak znaleźć brakujące 130?

Poszliśmy któregoś dnia z Maćkiem do naszej szkoły. W sekretariacie przedstawiliśmy się i nieśmiało spytaliśmy czy są jakieś dokumenty z naszej matury. Na to pani sekretarka z szufladki wyjęła kluczyk, podeszła do szafy i spytała: "mówicie, że w 1948 roku matura?", przytaknęliśmy, a ona wyjęła z szafy opasły segregator i położyła na małym stoliczku: "Oto wszystkie dokumenty, ale wynosić ich nie można za próg sekretariatu, tu musicie nad nimi pracować". Zajrzeliśmy do segregatora i szczęście wypełniło nasze serca! Poukładane cudownie, klasami, były tam kopie naszych matur ze zdjęciami i protokóły maturalne. Wszystkie 170 osób stanęło nam przed oczami, jak żywe.

Siedliśmy do pracy, jedno czytało, drugie pisało, zostawiając miejsce na karcie na dopisanie adresu i telefonu. Wszystko załatwiliśmy w jeden dzien.

Mieliśmy naszą "listę podstawowa", tych 40 osób z adresami. Napisaliśmy do nich list z zawiadomieniem , że organizujemy zjazd i prosimy, że jeżeli maja kontakty z jakimiś koleżankami i kolegami z tamtych lat, to niech nam przyślą namiary na nich. Ta droga uzyskaliśmy kontakt z następnymi 20 - 25 osobami, ale to wciąż było mało; dalej Maciek szukał nazwisk w książce telefonicznej i po prostu dzwonił. Czasami nazwisko było dobre, ale nie zgadzało się imię – dzwonił więc i pytał czy w rodzinie nie ma kogoś o tym imieniu.

W Warszawie zrobiło się głośno o tym zjeździe i trochę ludzi zgłosiło się samych. Lista się zapełniała, ale również zapełniała się uwagami, że ktoś nie żyje, wyjechał zagranice na stale lub do pracy na czasowy kontrakt.

Raz, biedny  Maciek, został okropnie zwymyślany przez świeżo rozwiedziona małżonkę naszego kolegi, ale została tak przez niego ugłaskana, że podała numer telefonu do pracy swego byłego małżonka.

To był tylko wstęp do zasadniczej organizacji zjazdu. Zaczął się rok 1988 i to on był zupełnie zwariowanym rokiem. Jeżeli to co napisałam wydaje się Wam nudne to poczekajcie na następne odcinki, te Was na pewno nie znudzą ...

08:17, wloszczyzna79
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 października 2013

 Ciotuchna

Śmiech    

Wisława Szymborska

 

Dziewczynka, którą byłam - 

znam ją, oczywiście. 

Mam kilka fotografii 

z jej krótkiego życia. 

Czuję wesołą litość 

dla paru wierszyków. 

Pamiętam kilka zdarzeń.

 

Ale, 

żeby ten, co jest tu ze mną, 

roześmiał się i objął mnie, 

wspominam tylko jedną historyjkę; 

dziecinną miłość 

tej małej brzyduli.

 

Opowiadam, 

jak kochała się w studencie, 

to znaczy chciała, 

żeby spojrzał na nią. 

 

Opowiadam, 

jak mu wybiegła naprzeciw 

z bandażem na zdrowej głowie, 

żeby chociaż, och, zapytał, 

co się stało.

 

Zabawna mała. 

Skądże mogła wiedzieć, 

że nawet rozpacz przynosi korzyści, 

jeżeli dobrym trafem 

pożyje się dłużej.

 

Dałabym jej na ciastko. 

Dałabym jej na kino. 

Idź sobie, nie mam czasu.

 

No przecież widzisz, 

że światło zgaszone. 

Chyba rozumiesz, 

że zamknięte drzwi. 

Nie szarp za klamkę - 

ten, co się roześmiał, 

ten, co mnie objął,

 

to nie jest twój student. 

 

Najlepiej, gdybyś wróciła, 

skąd przyszłaś. 

Nic ci nie jestem winna, 

zwyczajna kobieta, 

która tylko we 

kiedy 

zdradzić cudzy sekret. 

 

Nie patrz tak na nas 

tymi swoimi oczami 

zanadto otwartymi, 

jak oczy umarłych.

Tagi: Szymborska
08:24, kanadyjka82
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi