Rozmowy wśród przyjaciół
sobota, 24 września 2016

     Juliczka

     W ramach literackiego festiwalu Pióro i Pazur, polonijne blogerki nominowały "Księżyc myśliwych" autorstwa Katarzyny Krenz oraz mojego do tytułu "Książka bez granic", "... bo przecież dobra książka przekracza granice, nie zna ograniczeń" pisze na blogu "Czytanie Edyty" jedna z jurorek. I dodaje, że w wielu miejscach na świecie, gdzie mieszkają Polacy, są czytane polskie książki. Głównie z zaintrygowania tym, co powstaje w kraju, ale i z tęsknoty za polskim słowem - tym mówionym i tym pisanym, pięknie i poprawnie używanym.

     Doceniam ogromne wyróżnienie "Księżyca...", naszych literackich, filmowych i muzycznych fascynacji. Wyróżnienie ważne, bo pochodzące od dziewczyn szukających swojego szczęścia gdzieś daleko w świecie, a jednocześnie dbających o piękno polskiego słowa w domach, tej alegorycznej wyspie każdej z nas. Życie wymusza określanie programu na przyszłość, wpisywanie go w ramy, wyznaczanie dróg realizacji planów. Wiążą się z nimi konkretne miejsca i ścieżki prowadzące do tych miejsc. Wraz z postępem technicznym i zmieniającymi się warunkami kurczą się mapy. Wystarczy krótka podróż, by znaleźć się w zupełnie innej rzeczywistości. Dla spokoju, zapomnienia, odnalezienia siebie, wykreowania - bo tak naprawdę nie odnajdujemy siebie, a tworzymy. Także poprzez trudną do wytłumaczenia pasję, z jaką sięga się po symboliczne pióro.

     Mawiają, że nie musimy całe życie mieszkać nad konkretnym morzem. Wszędzie jest takie samo, odbija to samo niebo. Wszędzie - jak życie - jest szaradą, obietnicą przygody, dramatem, powrotem, wypoczynkiem, drogą, złudzeniem, nadzieją. Podróżą do miejsc dalekich, gdzie dotarł i "Księżyc...", zyskał uznanie, niezwykłą wartość dodaną.

Visby

03:03, julitczka
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 września 2016

 

 

 Żona Oburzona


Ciekawe, kto z Was pomyślał o książce, o której niegdyś w Kurniku było głośno? Ale zaskoczę Was, gdyż tytuł bezczelnie sobie pożyczyłam, chcąc zaprezentować zupełnie inną miłośniczkę literatury...

Wyobraźcie sobie, że wróciłam niedawno z biblioteki bogatsza o drugą (obok własnej) kartę czytelnika, upoważniającą do wypożyczania książek. Owa karta należy do mojej córeczki. Kto by pomyślał, że do biblioteki można zapisać rocznego berbecia! Tymczasem nie tylko można, a nawet trzeba, gdyż taki małoletni czytelnik w moim mieście na zachętę otrzymuje pakiet na dobry początek, zawierający m.in. książkowy prezent pt. 1 urodziny prosiaczka. 

Prezent uroczy! Reprezentuje wszystko to, co we współczesnej literaturze dziecięcej sprawia, że mam do tych książek słabość. Ciekawa kolorystyka, niebanalna fabuła, świetna grafika. A to wszystko całkowicie odmienne od estetyki, którą można chyba nazwać disneyowską, tudzież księżniczkowo-kucykową. Tak, chodzi mi o tę estetykę, która morduje oryginalnego Kubusia Puchatka...

Nawiasem mówiąc, w bibliotece tłumy. Nie do końca mam zatem jasność, co z tym fatalnym stanem czytelnictwa w Polsce. Nawet jeśli część klientów to uczniowie poszukujący lektur, to i tak budująco to wyglądało. I dzieci, i dorośli, i dorośli z dziećmi, i osoby w średnim i w podeszłym wieku - w przeciągu pół godziny do biblioteki przyszło 20 osób. W tym chłopiec, który zapłacił złotówkę za przetrzymanie Cierpień młodego Wertera. Uśmiechnęłam się do niego ze współczuciem. To nie dziwne, że zbyt dużo czasu zajęło mu czytanie tych nudziarstw...

Tagi