Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 30 września 2013

pharlap

Czy wiedzieliście Państwo, że kot ma trzy imiona? 

Imiona kotów

Imię kota to sprawa, wbrew pozorom, niełatwa,
Toteż w dłoni długopis mi drży,
Gdy mam wskazać, jak bardzo całą kwestię nam gmatwa
Fakt, że kot ma imiona aż TRZY.
Pierwsze — imię słyszane co dzień z ust właściciela:
Piotr, Wiktoria, Ferdynand, Ramona, 
Mścisław, Ingmar, Alonzo, James, Fabrycy lub Fela:
Wszystko — zwykłe, rozsądne imiona. 
Wymyślniejsze, którymi czasem koty się wabi,
Kiedy pragnie się skąpać je w glorii — 
Tucydydes, Elektra, Dżyngis-Chan, Hammurabi —
Też należą do tej kategorii. 
Dodam jednak, że koty — o czym mniej się pamięta —
Mają DRUGIE, godniejsze imiona: 
Bo inaczej — skąd wąs ten i pierś dumnie wypięta,
Skąd pionowość prężnego ogona?
 Mógłbym tu takich drugich imion dać dłuższy przegląd:
Cosanostradamus, Proto-Prot, 
Bombalurina, Mustaffson, Egmont von Egglond;
Każde z nich — jeden tylko ma kot. 
Ale nie na tym koniec, nie! W najdalszej gdzieś dali
TRZECIE imię majaczy: my, bladzi
Ze znużenia, daremnie sto lat będziem pytali,
Gdyż kot tylko je zna — i nie zdradzi! 
Toteż, ilekroć ujrzysz, że twój kot na tapczanie
W coś w rodzaju sfinksa się przemienia, 
Powód jest zawsze jeden: błogie kontemplowanie
Własnego sekretnego trzeciego kociego
Upojnie tajemnego, 
Utopiotajnionego,
Nie upodobnionego do niczego innego
I upodobanego najbardziej imienia.

T.S. Eliot     przekład Stanisław BARAŃCZAK 

Źródło: Dekada literacka - link TUTAJ.

Oryginał - TUTAJ.

A jakie imiona mają nasze koty? Oczywiście nie pytam o to utopiotajnione.

Tagi: koty
01:57, pharlap , wiersze
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 23 września 2013

  Kanadyjka

Dzisiaj mistrz słownych zabaw i słowotwórstwa - Julian Tuwim

 

Słowocowe hybrydy

Julian Tuwim

Prześliwimy złociście

Morele w śliworele,

Wyhodujemy brzoskwiśnie

O jędrnie soczystym ciele...

... Melon zmalinić dał sie,

Maliny go zmaliniły,

I melodyjnym stał się

Malimelonem miłym.

A już porzesty , agreczki

Zrozumiesz bez wyjaśnień

(Były tam zresztą sprzeczki

Z powodu ostrych zakwaśnień).

... Poddana arbuzacji

Zbuntowała sie gruszka,

Jak sądzę, nie bez racji,

Bo powstała garbuszka...

 

A może i my się pokusimy na taką zabawę i wymyślimy nowe owoce lub jarzyny? Np. burchewka.

04:45, kanadyjka82 , wiersze
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 września 2013

   Ciotuchna

Po ostanich opadach nie tylko w Polsce, ale i w innych czesciach swiata w lasach pojawilo sie duzo grzybow. A wię dzisiaj o grzybach. GRZYBY. Wszystko jedno jakie i jak robione, duszone, smazone, pieczone, suszone, w occie i inne, ale grzyby, grzyby, grzyby, bo sezon trwa krotko, a jedzenie pyszne!



MAŚLAKI W ŚMIETANIE

porcja na 4 osoby,

80 dkg maślaków

 

Kapelusze maślaków obrać ze skórki, trzony oczyścić, grzyby cienko posztkować.

Na patelni rozgrzac lyżkę dobrego oleju z odrobiną masła, dodać pokrojoną cienko całą cebulę i podsmażyć.

Włożyć grzyby i podlać 2-3 łyżkami wody. Dusić pod przykryciem na wolnym ogniu, aż grzyby będą miękkie.

Oprószyć lekko mąką, zamieszać i zagotować. Odstawić z ognia, dodać pół szklanki dość gęstej śmietany i wymieszać ( ze śmietaną już nie gotować).

Posolić i popieprzyć do smaku.

Mozna dodać posiekany koperek lub natkę pietruszki. Podawać z kartoflami.

Smacznego  Ciotuchna.

Tagi: grzyby
04:21, kanadyjka82
Link Komentarze (6) »
środa, 18 września 2013

pharlap  pharlap

22 sierpnia zwijamy namioty i ruszamy w drogę powrotną. Celowo wspomniałem datę. 22 sierpnia kapitan Cook oficjalnie i urzędowo przejął wschodnie wybrzeże Australii pod panowanie brytyjskiego monarchy. Stało się to na Possession Island, która rozpościera się tuż przed nami. Nic dziwnego, że składam moim współtowarzyszom serdeczne gratulacje. Niestety nie wzbudza to w nich żadnych emocji, przyjmują je raczej chłodno - ooo, you are some kind of historian.

Po dośc długiej jeździe docieramy do Twin Falls. Jak sama nazwa wskazuje są to wodospady - nawet dwa. Sensacja - tu nie ma krokodyli! Po raz pierwszy mamy okazje zanurzyć się w wodzie. Co za rozkosz. Na szczęście spędzamy tu cały dzień więc można wymoczyć sie do syta. Nawet trzeba, bo jest to kemping ekologiczny, nie ma w nim łazienek a w rzece nie wolno używac mydła, o detergentach nie wspominając...

Twin Falls


Kolejny dzień długiej jazdy. Teren bardzo rzadko zarośnięty tu dopiero widać działalnośc termitów...

Kopce

Naszym celem jest miejscowość Weipa - według mnie zasługuje ona na miano stolicy samodzielnego stanu Rio Tinto. Tu znajdują się niezwykle bogate (najbogatsze na świecie?) złoża boksytu, surowca do produkcji aluminium. Złoża są niezwykle łatwe w eksploatacji, wystarczy zgarnąć górną warstwę (niecały metr) ziemi i już można ładowac boksyt do samochodu....

boksyt

Proste? Samochody o ładowności 300 ton przewożą materiał do punktu przeładunkowego gdzie następuje zgrubne oczyszczenie i sortowanie materiału. Zgrubne i ostateczne gdyż to jest wyjątkowo czysty materiał. Co godzinę rusza pociąg i przewozi boksyt do portu gdzie czekają statki. W porcie z przyjemnością zauważyłem statek Polskiej Żeglugi Morskiej - Rysy...

Rysy

Roczne wydobycie - prawie 24 miliony ton. To są miliardy dolarów, które bez wielkiego wysiłku można zgarnąć z ziemi. Odbywamy wycieczkę po kopalni, miasteczku i okolicach. Słuchając relacji przewodnika dochodzę do wniosku, że jestem w innym państwie - nowym wspaniałym świecie stworzonym przez korporację Rio Tinto. Po pierwsze, po drugie, i po trzecie korporacja doszła do porozumienia z miejscowymi plemionami Aborygenów, pierwotnymi właścicielami tych terenów. To zapewnia praktyczną niezależność od rządu australijskiego. To zabezpiecza również przed inicjatywami i akcjami grup ochrony środowiska.
Ze swojej strony korporacja gwarantuje, że minimum 30% zatrudnionych musi być pochodzenia aborygeńskiego. Korporacja buduje szkoły, obiekty rekreacyjne, obiekty medyczne. Z tych udogodnień korzystają oczywiście wszyscy zatrudnieni. Udogodnień jest wiecej. Mijamy osiedla domków jednorodzinnych o bardzo dobrym standardzie, wszystko wybudowane przez Rio Tinto. Mieszkający tu pracownicy korzystają ze znacznych subwencji. Prócz tego prywatne ubezpieczenie medyczne, niskooprocentowane pożyczki, świetne pakiety emerytalne no i bardzo dobrze płatna praca.
A praca? Nasz przewodnik pracował jako kierowca takiego potężnego samochodu. Bardzo szczegółowe procedury regulują każdą czynność. Na przykład procedura tankowania paliwa (samochód spala 140 litrów na godzinę) liczy ze 20 punktów. Przewodnik recytuje je jak maszyna. I tak właśnie trzeba tu pracować - jak automat. 

Ruszamy w dalszą drogę, już coraz bliżej końca podróży, na szosie spory ruch...

Droga

Jeszcze kilka przejazdów przez rzeki, w których oczywiście roi się od krokodyli (ostrzegawcza tabliczka po lewej)...

Przeprawa

Docieramy do Cooktown, miejsca naszego ostatniego noclegu. W czerwcu 1770 statek kapitana Cooka utknął (to już chyba trzeci raz) na okolicznych rafach. Miejsce było wyjątkowo dogodne - spokojna zatoka, rzeka, którą nazwano Endeavour - tak nazywał się statek kapitana Cooka, mnogośc zwierzyny i ryb...

Cooktown

Ale to nie odkrywcy decydują o rozwoju lub upadku miast. W 1874 roku odkryto w pobliskiej Palmer River bogate zasoby złota. Wybuchła gorączka złota nie mająca sobie równej w historii Australii. W ciągu kilku miesięcy przez Cooktown przewinęło się około 30,000 ludzi. Stosunkowa bliskość Azji sprzyjała najazdowi Chińczyków, którzy wkrótce przewyższyli liczebnie białych poszukiwaczy. Cooktown przekształciło się w ruchliwy port i zasobne miasto. Powstały hotele, restauracje, warsztaty, domy publiczne. To była tylko fasada. Na brzegach Palmer River działy się niesamowite rzeczy. Tam nie obowiązywały żadne prawa a do tego były duże kłopoty z zaopatrzeniem w cokolwiek. Po kilku miesiącach nastąpiła pora deszczowa i straszliwy głód. Ile osób zginęło nie wiadomo. Jak nie z głodu, to upolowani przez miejscowych Aborygenów - kanibali.
Po dwóch latach złoto wyczerpało się, Cooktown wróciło do normy, spokojne leniwe miateczko. Spędziłem sporo czasu w miejscowym muzeum. Wieczorem obserwacja zachodu słońca z górującego nad miastem wzgórza...

Zachod1Zachod2

Proszę kliknąć w miniaturę,, aby zobaczyć zdjęcie w większym formacie .

Wreszcie nadchodzi ostatni dzień wyprawy. Wspinamy się pod górę i jesteśmy spowrotem w raju, jaki opisywałem kilka wpisów wcześniej. Pozostała ostatnia atrakcja wycieczki - Cape Tribulation

Byłem tu 27 lat wcześniej razem z dziećmi i zorientowanym w terenie Polakiem - panem Bogdanem. Wtedy nie było tu porządnej drogi, wjazd tylko dla samochodów z napędem na 4 koła. Ale pan Bogdan machnął tylko reką - damy radę. Dość szybko oberwała nam się rura wydechowa, która zaczepiła o jakąś nierównośc terenu. Trzeba było odczepić ciągnąca się po ziemi rurę. Dzieci siedziały w samochodzie, ja pod spodem, w kałuzy pełnej pijawek, mocowałem się z rurą, pan Bogdan strzegł mnie przed krokodylami.
Co za zmiany! Jedziemy porządną szosą, duży ruch, na miejscu hotele, restauracje.
Całe szczęście, że nadal można znaleźć dziewiczą plażę. Przed plażą ostrzeżenie. Tym razem nie krokodyle, lecz meduzy..

meduzy

Strachy na Lachy. Ja tu pływałem z panem Bogdanem i dziećmi w bliskim sąsiedztwie rekinów. Nikt mi nie odbierze ostatniej szansy pierwszej kąpieli w tutejszym morzu...

plaza 

I tym miłym wspomnieniem zakończę tę relację.

Tagi: Cape York
09:46, pharlap
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 września 2013

Top

Udało się :)

Jak się można było spodziewać przylądek przypomina kształtem łeb krokodyla...

krokodyl

Te krokodyle to już jakaś obsesja. Rozglądam się dookoła. Ukształtowane przez fale morskie skały. W jedną z nich termity wkomponowały swój zamek. Uwaga: po kliknięciu w miniatury pokażą się zdjęcia w większym formacie...

SkałyPalac

Mangrowce. Jest odpływ więc można zobaczyć plątaninę ich korzeni 

Mangrowcemangrowce

Są też ciekawostki historyczne. O tragicznej wyprawie Edmunda Kennedy już pisałem. Ciała podróżnika nie znaleziono, ale tuż obok campingu Punsand znajduje się jego symboliczny grób...

Grób

Grób z takim widokiem... niestety Edmund Kennedy tego nie zobaczył..

Widok

Zabawne, że istotną atrakcją campingu Punsand jest malutki drewniany basen. Mając takie plaże pod bokiem. Jedyna nadzieja, że może podczas kąpieli w basenie zobaczymy krokodyla na plaży. Bo pani w barze mówiła, że wczoraj jeden z gości mówił, że spotkał jednego gościa, który mówił, że rano widział na plaży krokodyla.. a może nawet dwa. Ileż razy już to słyszałem.

Odgrodzeni od krokodyli żywą tarczą smakowitych, soczystych, dzieci zasiadamy w barze. Kawa, lody, cywilizacja. Dla mnie czas zadumy nad przebytą drogą.
Wspominałem wcześniej o zawodzie jakim okazał się nasz przewodnik kierowca. Zupełna rozpacz. Nie dość, że nic nie wiedział o okolicach, przez które nas wiózł to na dodatek zaniedbywał równiez inne obowiązki. Gotowanie - tego typu wycieczki odbywają sie na zasadzie udziału uczestników w czynnościach gospodarzych, ale do obowiązków przewodnika należy zaopatrzenie w żywność, ustalenie menu i główna rola przy gotowaniu obiadu. Niektórzy uczestnicy wycieczki otrzymali nawet informację, że na wycieczce, prócz przewodnika, będzie również kucharz. Nasz przewodnik już pierwszego dnia stwierdził, że musimy go zastąpić w gotowaniu wiekszości obiadów. Do tego brak umiejętności porozumienia z grupą. Nigdy nie wiedzieliśmy o której godzinie mamy ruszyć w drogę, jaką trasą, kiedy i gdzie będą przystanki. Oczywiste,  że wszyscy byli niezadowoleni i mocno narzekali. Ale tylko na boku i na dodatek dodawali komentarz - you cannot blame him. He is first time on such a tour.
Dlaczego nie - protestowałem - oczywiście, że jest winny. Jak on śmiał podjąć się takiego zadania? Moi rozmówcy kiwali głowami i zmieniali temat rozmowy.
Anglosaski pragmatyzm. Wydaje mi się, że gdyby to byli obywatele jakiegoś gorącokrwistego europejskiego kraju, to już drugiego dnia wybuchłaby straszna awantura i być może wycieczka zostałaby skasowana. A jeśli nawet byłaby kontynuowana, to kierowca byłby obiektem krytyki, szyderstw, sarkastycznych uwag. Tu było zupełnie odwrotnie - kierowca przez cały czas był traktowany życzliwie i wspomagany na każdym kroku. Prosta logika - jeśli mamy jechać dalej, to dużo lepiej jeśli będziemy wiezieni przez zrelaksowanego kierowcę niż przez kogoś sfrustrowanego i zastraszonego.

Koniec dumania. Przenosimy się do niedaleko położonego Somerset. Tu była miejscowość założona przez braci Franka i Alexa Jardine, hodowców bydła, którzy w maju 1864 ruszyli ze swoimi stadami na północ w poszukiwaniu dogodnych pastwisk.

Zaraz, zaraz! Toż kilkanaście lat wcześniej, doświadczony podróżnik, Edmund Kennedy, poprowadził w te strony doskonale wyposażoną wyprawę i wszyscy zginęli, większość z głodu, a do celu dotarł tylko Aborygen Jacky Jacky. A tutaj - hodowcy bydła, setki krów i dotarli do samego kresu Australii bez większych strat? Rozglądam się wkoło, ale nie znajduję osoby, która potrafiłaby odpowiedzieć na to pytanie.

Dopiero po powrocie do Melbourne udało mi się skontaktować tefonicznie z najbardziej kompetentna osobą - Wendy Kozicka - współwłaścicielka Bramwell Station - najdalej na północ położonej hodowli bydła.
Jak to jest Wendy - pytam - Edmund Kennedy nie mógł wyżywić swoich kilkunastu koni, a ty, tym samym terenie, wypasasz 10,000 sztuk bydła? 
Kennedy was a fool - ucina Wendy - on niewolniczo trzymał sę wybrzeża a tam jest bardzo nieurodzajna ziemia i rośnie marna trawa bez żadnych wartości odżywczych. Już kilkanaście kilometrów wgłąb lądu wszystko się zmienia, moje bydło nie ma żadnych problemów z trawą.

No tak, wspominałem, że Kennedy początkowo chciał posuwać się wzdłuż plaży. To okazało się niemożliwe gdyż ciężkie wozy grzęzły w piachu. Przesunął się więc kilkaset metrów wgłąb lądu, na twardy grunt i bezmyślnie parł do celu... i zmarnował cały dobytek, ludzi i samego siebie.
Bracia Jardine nie mieli na celu dotarcia do jakiegoś abstrakcyjnego punktu, oni chcieli znaleźć pastwiska dla swojego bydła. I tak, niechcący i mimochodem, dotarli do tego samego punktu.
Zadumałem się nad tym wydarzeniem. Jest w nim jakaś życiowa mądrość, ale tu nie miejsce na prawienie morałów
Inna sprawa, że Edmund Kennedy ma ładny grób na plaży i jest o nim głośno, a o braciach Jardine nie ma nawet osobnej strony w wikipedii.

Czas zbierać się w drogę powrotną. 

Tagi: Cape York
03:58, pharlap
Link Komentarze (3) »
sobota, 14 września 2013

   Ciotuchna

Foto: Kanadyjka

Na prześlicznych Kanadyjskich Kaszubach poznałam Panią, nazwijmy ja B.Pani ta urodziła się na wschodnich kresach Polski, w 1939 roku została jako dziecko razem z matka wywieziona w głąb Rosji do łagru. Razem z Wojskiem Polskim utworzonym na terenie Rosji wyjechała na Bliski Wschód i do Afryki.Nie wiem dokładnie kiedy dzieci w wieku szkolnym zostały przewiezione w Afryce do Rodezji, gdzie utworzono szkoły polskie i internaty. Wiecej można przeczytać TUTAJ

Tam tez się znalazła B. Ukończyła polską szkołę w Rodezji i po wojnie wyjechała do Kanady, tu się osiedliła. Po jakimś czasie wyszła za maż za Polaka i urodziła dzieci.

Kiedy ja poznałam, w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia i usłyszałam jak mówi po polsku, poprostu się zachwyciłam. W Jej polskim języku słychać było charakterystyczny "zaspiew" z kresów wschodnich i jednocześnie nikły nalot języka angielskiego. Tworzyły te dwa akcenty niepowtarzalny język, w którym odbijała się historia Jej życia. Bardzo chciałam nagrać to co mówiła i jak mówiła. Niestety magnetofon tak ją peszył, że gdy tylko usłyszała dźwięk włączenia nagrywania, natychmiast milkła. Żadne prośby i błagania nie pomagały - magnetofon tak Ją blokował, że zrezygnowałam z nagrywania.

Mówiła dużo o sobie i bardzo ciekawie, przytoczę tu jedno z Jej opowiadań z czasów gdy była w sowieckim łagrze. 

Niedaleko gdzie stały baraki w których mieszkali zesłańcy była wieś i pole do niej należące, obsadzone  dorodną, dojrzałą kapustą, której zesłańcom, pod srogimi karami nie wolno było zrywać.

Trzy dziewczynki, w tym najmłodsza B., postanowiły jednak wejść na to zakazane pole, gdzieś w jego środek, tak żeby nie od razu zobaczono ubytek główek kapusty. Wybrały się tam w ciemna noc. Trochę szły, trochę się czołgały, aż dotarły do upatrzonego miejsca. Wyrwały po jednej kapuście i chyłkiem wróciły do baraku, nikt ich nie zauważył. Wyobrażam sobie, że matki były przerażone, widząc zdobycz w rękach dziewczynek, one zaś dumne z siebie i postanowiły, że za jakiś czas powtórzą eskapadę.

Oczywiście jak się raz udało, to czemu nie może się udać jeszcze raz i znowu w jakąś ciemna noc poszły i wróciły szczęśliwie z kapusta i znowu było co jeść, bo głód w lagrze był okropny. Po pewnym czasie znowu się skrzyknęły i umówiły, że pójdą jeszcze raz, ostatni raz. Kiedy dotarły na miejsce, najstarszą z nich opadły wątpliwości, "jesteśmy tu trzeci raz, a mówi się do trzech razy sztuka. Mam pomysł musimy uczynić ślub i cos przyrzec Panu Bogu jeżeli ten trzeci raz się powiedzie". Po namyśle uczyniły ślub, że jeżeli  się uda i nikt ich nie złapie, to każda z nich przeczyta od początku do końca książeczkę do nabożeństwa, którą każda mama miała ze sobą. Uniosły po dwa palce w górę  i przysięgły. Kapustę udało się donieść do baraku i teraz trzeba było przystąpić do spełnienia ślubu - tylko nasza mała B. zapomniała, że nie umie czytać bo miała 5 lat. Umiała za to pacierz, który zawsze zaczynał się od Ojcze Nasz, koleżanki pokazały jej w książeczce gdzie jest napisana ta modlitwa i B. usiadła z książeczką, mówiła słowa modlitwy po jednym słowie i szukała jak to jest napisane, rozkładała słowa na litery i tak rozpoczęła naukę czytania. Dalej były i inne znane modlitwy i w ten sposób przeczytała całą książeczkę spełniła ślub i nauczyła się płynnie czytać. 

Takie opowiadanie przytoczyła mi dorosła już Pani B. Jakże inaczej na pewne sprawy patrzą oczy dziecka i o tym powinniśmy pamiętać wychowując swoje dzieci.

02:52, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
piątek, 13 września 2013

pharlap   pharlap

Po 4 dniach podróży zobaczyliśmy wreszcie morze - Cieśnina Torresa. Pędzimy na plażę gdzie oczywiście witają nas antykrokodylowe tabliczki...

Morze

Dobrze, że krokodyle nie przeszkadzają kontemplować zachodu słońca...

Zachod

Po zachodzie, w łazience, znajduję sympatyczne towarzystwo...

Zaby

Następny dzień - to już wtorek - odbijamy od brzegu kontynentu australijskiego i ruszamy na zwiedzanie wyspy, która nazywa się Czwartek - Thursday Island...

Zegluga

Po niezbyt długiej żegludze znajdujemy się w zupełnie innym świecie. Po pierwsze mamy przewodnika! Tym razem ilość informacji przekracza zdolność percepcji. Po drugie jesteśmy na terenie zamieszkałym przez ludzi innej rasy. To już nie jest Australia, to Melanezja. Jej mieszkańcy nie mają nic wspólnego z australijskimi Aborygenami, ich kultura jest dużo bliższa tej na Papua Nowa Gwinea...

Maska

Jak tu pozbierać istną lawinę informacji? Zacznę od nazwy wyspy. Nadał ją William Bligh - kapitan statku Bounty. Przypomnę, że w kwietniu 1789 roku statek Bounty, w drodze na Filipiny, opłynął Australię od południa i zatrzymał się na Tahiti w celu uzupełnienia zapasów. Załodze tak się tam spodobało, że zbuntowała się i postanowiła zostać. Przy okazji pozbyła się nazbyt służbistego kapitana i kilku lojalnych wobec niego marynarzy. Kapitan Bligh został wypuszczony  na wody Pacyfiku w 7-metrowej łodzi, z niewielkimi zapasami wody i żywności i bez map czy kompasu. Mimo to zdołał doprowadzić swoją łódź do wyspy Timor. 6710 kilometrów żeglugi!
W maju, po miesiącu żeglugi, łódź kapitana Bligha dotarła do Wielkiej Rafy Koralowej gdzie załoga mogła wreszczie nieco się pokrzepić. Nic dziwnego, że miejsce swojego lądowania nazwali Restoration Island. Po nabraniu sił żeglarze ruszyli na północ. Na kolejną wyspę dotarli w niedzielę więc nazwali ją Sunday Island. I potem tak już poleciało, według dni tygodnia. Rzeczowe informacje o buncie na Bounty i losie kapitana Bligh są TUTAJ.

Odbyliśmy krótką, ale gruntowną przejażdżkę po wyspie - ma ona powierzchnię zaledwie 3.5 km2. Oryginalna nazwa wyspy to Waiben, co znaczy - nie ma wody. Rzeczywiście nie ma. Woda znajduje się na sąsiedniej, znacznie większej, Horn Island i przez długie lata właśnie tam kwitło osadnictwo i gospodarka. O znaczeniu Thursday Island zadecydowała możliwość wybudowania tu portu i w rezultacie ludność tej malutkiej wysepki wzrosła do 3 tysięcy podczas gdy na Horn Island mieszka niecałe 600 osób. Woda na Thursday Island jest dostarczana wodociągiem z Horn Island - odległość około 2 km.

Thursday Island stała się centrum admnistracyjnym dla mieszkańców wysp Cieśniny Torresa. Znajdują sie tu szkoły, szpitale, stadion do gry w krykieta. w sumie ponad 60 instytucji państwowych. Oto widok na południe z najwyższego punktu wyspy...

Południe

A to widok na północ...

Działa Nawarony

Działa Nawarony? Nie, te działa miały chronić Australię przed ewentualnym atakiem rosyjskim gdyż w latach 1880-82 stosunki miedzy Anglią i Rosja były bardzo napięte.

Kolejne ważne miejsce to cmentarz zdominowany przez groby japońskich poławiaczy pereł, których wielu utraciło tu życie w młodym wieku...

Cmentarz

Po godzinnej wycieczce po Thursday Island przenosimy sie na Horn Island. Tutaj dostajemy sie w ręce wspaniałych przewodników -  Liberty i Vanessy Seekee. Liberty pochodzi z tych okolic. Vanessa - jego żona- jest kuratorem tutejszego muzeum (lokal w którym mieści sie muzeum to były dom rodziców Liberty) . Razem prowadzą wycieczki, w których programie jest smakowity lunch, zwiedzanie muzem i objazd po wyspie.
A co tu zwiedzać? Okazuje się, że jest co.

Już we wrześniu 1939 roku  australijskie ministerstwo obrony wybrało Horm Island na główny punkt ochrony północno-wschodniej Australii przed atakiem japońskiego lotnictwa. W 1940 roku wybudowano tu bazę i lotnisko w dwoma pasami startowymi. Gdy USA włączyło się do wojny na Pacyfiku Horn Island stała się bardzo ważnym punktem dla amerykańskiego lotnictwa. Stacjonowalo tu ponad 5,000 zołnierzy. W ciągu roku lądowało 12,000 samolotów.
Horm Island przetrwała kilka japońskich nalotów bombowych, które siłą ustępowały tylko zbombardowaniu Darwin. 
Ciekawe, że gdy ogłoszono zaciąg do australijskiej armii to ilość ochotników  w rejonu Cieśniny Torresa była w stosunku do ilości ludności wyższa niż ilość ochotników pochodzenia anglosaskiego. To przeczy powszechnej opinii o lenistwie i braku dyscypliny tubylców. Armia była jedynym miejscem gdzie w regulaminie nie byla wpisana dyskryminacja rasowa.
W muzeum zgromadzone są głównie  dokumenty ilustrujące ówczesne wydarzenia..

Wojna

Vanessa Seekee oprowadziła nas po wyspie, pokazała co się zachowało z dawnych fortyfikacji i opowiadziała kilka anegdot z żołnierskiego życia. Na przykład: jak schłodzić piwo w tropikach? Proste - załadować je do luków bombowca i wysłać go na godzinę na wysokość ponad 6,000 metrów. 

Zagadka (również z repertuaru Vanessy): podczas jednego z japońskich nalotów australijski lotnik, ktoremu zabrakło amunicji zaatakował nieprzyjacielski bombowiec skrzydłem swojego samolotu. Atak był skuteczny, ale samolot Australijczyka stracił większość skrzydła. Pilot zdołal doprowadzić maszynę do lądowania, ale w momencie dotknięcia płyty lotniska samotot stracił równowagę. Przytomny pilot wyskoczyl z samolotu i o dziwo nie doznał żadnej kontuzji. Pytanie:  jaka była jego pierwsza czynność?
Osoba, która udzieli odpowiedzi najbliższej faktom otrzyma w nagrodę pocztówkę i odrobinę czerwonego, australijskiego piasku zebranego na Cape York.
Odpowiedź. Najpierw podam odpowiedzi podane przez uczestników wycieczki: zapalił papierosa, pocałowł ziemię. Odpowiedź Powsinogi - wyciągnął z wraku piwo - bije je na głowę. Rzeczywistość była jednak.. jakby tu powiedzieć.. wyjątkowo przyziemna więc nie będę wdawał się w szczegóły.

Tagi: Cape York
09:03, pharlap
Link Komentarze (2) »
środa, 11 września 2013

pharlap  pharlap

Późnym popołudniem zjechaliśmy z gór na sam dół i czar prysnął. Okolica zmieniła się nie do poznania. Skończyły się góry i gęsta, soczysta zieleń, teren był płaski, zarośnięty z rzadka sawanną, na drodze kurz. Również nasz przewodnik pokazał swoje prawdziwe oblicze - on po prostu i zwyczajnie nie był przewodnikiem.

Pierwszy nocleg na campingu Hann River. Zaczęliśmy szykować się do obiadu. Pierwsza sprawa to chronić nasze zapasy przed żarłocznym emu...

Emu

Po obiedzie rozbiliśmy nasze namioty i poszliśmy spać.
Jeszcze przed wschodem słońca zbudziły nas krzyki ptaków. Oto nasze obozowisko o poranku...

Obozowiski

A tutaj prawdziwie australijski kompleks łazienkowo-toaletowy...

ToaletyPrysznic

 

Śniadanie, pakowanie i ruszamy w drogę. Jak wspomniałem, nasz przewodnik okazal się być tylko kierowcą w związku z czym i ja ograniiczę się w tym wpisie do zdjęć i krótkich komentarzy.

Na wstępie prxedstawię nasz pojazd...

Pojazd

W drogę! Po pierwsze, po drugie i po trzecie - kurz. Od czasu do czasu nadjeżdża jakiś pojazd z przeciwka i na pewien czas tracimy wszelką widoczność...

Nadjeżdża

My oczywiście ciągniemy za sobą ogromną chmurę kurzu. Na szczęście ruch nie jest duży i można rozejrzeć się po okolicy. Pierwsze co zauważam, to drzewa po obu stronach drogi,,,

Drzewa w kurzu

Wiatr wieje ze wschodu czyli z lewej strony.. widzicie różnicę w kolorze liści? Korekta: na obrazku wyraźnie widać, że wiatr wieje z PRAWEJ - dziekuję Powsinogo za zwrócenie uwagi na ten szczegół.

Na dalszym planie widać setki kopców termitów. Wygląda to jak niekończące się cmentarzysko..

Cmentarz

Napotykamy też czasem groby ludzi - samotne mogiły otoczone zupełną pustką..

Mogiła

Czasami, zdarza się przejechać przez jakiś uroczy strumyk...

Strumyk

Poniższy wskaźnik poziomy wody daje wyobrażenie co tu się dzieje w porze deszczowej. Tak jest - 15 metrów głębokości...

Głeboko

Strumyk - raj po godzinach jazdy w pyle. Ale do wejścia do raju zniechęca poniższe ostrzeżenie...

Uwaga krokodyl

Krokodyle. Cały Cape York nosi przydomek Croc Country. Muszę się przyznać, że dość sceptycznie traktowałem te ostrzeżenia i rozpytywałem wokół czy ktoś widział tu krokodyla. Odpowiedzi zwiększały mój sceptycyzm gdyż każdy spotkał kogoś kto spotkał kogoś, kto opowiadał, że widział krokodyla a nawet dwa, ale do tego naocznego świadka nie udało mi się nigdy dotrzeć.
Żeby jednaknie zakłócać spokoju ducha moich współtowarzyszy przestrzegałem zakazów. Już w domu znalazłem informację, że krokodyle jednak istnieją i mają dobry apetyt.

Po dwóch dniach takiej podróży przeprawiamy się promem przez Jardine River...

Prom

Jest to podobno najdroższa przeprawa w Australii. Jak widać na zdjęciu prom ma do pokonania około 10 metrów, koszt przewiezienia samochodu w obie strony $129.

Teraz jesteśmu już bardzo blisko celu o czym napiszę w następnym odcinku...

Tagi: Cape York
07:56, pharlap
Link Komentarze (3) »
niedziela, 08 września 2013

pharlap  pharlap

Piątkowy ranek przywitał mnie cudowną pogodą, dokładnie taką samą jaka panuje w Cairns codziennie od połowy czerwca do połowy października.
Za chwilę pojawił się autobus z przyczepą i zaznajomiłem się z pozostałymi uczestnikami wyprawy.  Tu spore zaskoczenie - byłem już na 6 takich wycieczkach i na wszystkich przeważali backpackers - młodzi ludzie z całego świata, którzy przyjeżdżają do Australii conajmniej na 6 miesięcy i zwiedzają ile tylko się da a w międzyczasie uzupełniają swój budżet dorywczymi pracami. Tym razem przywitało mnie grono samych emerytów, rdzennych Australijczyków. Napis na napotkanej przyczepie campingowej uprzytomnił mi jeszcze lepiej kim jestem i co mnie czeka...

Liczy się tylko pzygoda

Nieważne co było i co będzie, przygoda do całkowitej utraty pamięci - tylko to się liczy.

Tymczasem nasza autobus wspinał się stromą i krętą drogą. Na szosie gęsto, to droga wylotowa do eleganckiego resortu plażowego Port Douglas, do pełnego atrakcji miasteczka Kuranda oraz do mlekiem i miodem płynącej krainy Atherton Tablelands.
Mijamy plantacje trzciny cukrowej, kawy, mango. Kiedyś jeszcze było tu wiele plantacji tytoniu. Mocna kawa lekko przełamana cukrem i do tego cygaro - czyż to nie raj? Ale ,jak wspomniałem, produkcja tytoniu to przeszłość.

Przewodnik opowiada nam o sobie.. urodził się w okolicach Sydney, gdy miał 6 lat rodzice przenieśli się do Queensland gdzie hodowali bydło, gdy mial 11 lat wysłano go do szkoły z internatem w Sydney. Tam po raz pierwszy w życiu spotkał chłopców w swoim wieku. Dotychczas jego jedynym towarzystwem byli dwaj bracia. Dalszy ciąg prezentacji wzbudził we mnie pewien niepokój... zajmuje się astrologią, uzdrawianiem, biodynamicznym rolnictwem, ekologicznym budownictwem.. oj czy w tym kalejdoskopie jest miejsce na fachowe prowadzenie wycieczki? Okazało się, że nie ma :(

Na szczęście na razie wycieczka prowadzi się sama, mijamy przełęcz w okolicy Mt Molloy, to było podobno najlepsze miejsce do oglądania całkowitego zaćmienia słońca w listopadzie zeszłego roku. Cóż tu się działo! Tysiące ludzi na pustkowiu, pełne zamieszanie, huk helikopterów pogotowia, które zbierały fanatyków słońca, którzy chcieli ogladać zaćmienie jak najbardziej z bliska i z wrażenia pospadali z drzew. Ja znam polski akcent tego wydarzenia. Liliana przyjechała z Polski do Australii głównie po to żeby zobaczyć to zaćmienie. Niestety oglądała zaćmienie z gorszego miejsca czyli z Cairns. Jej reportaż TUTAJ zawiera również ciekawe obserwacje gościa z Polski rzuconego na głeboką wodę w dalekim kraju.

Przekraczamy góry wododziałowe i zaczynamy zjeżdżac na dół, naszą uwagę zwraca drogowskaz do Split Rock. Zaraz, zaraz, jak to było w książce Agnieszki Burton?

"Pewnej nocy dowiedziałem się z podchmielonej piwem rozmowy, gdzie znajduja się rytualne miejsca z nasakalnymi, pradawnymi rysunkamii, których nigdy nie widziały oczy białego człowieka.
- Tak, czytałam niedawno. Ponoć najsławniejsza w okolicy Cooktown to ta niedaleko wioski Laura,
- Mówisz o Split Rock? Nawet nie porównuj Split Rock do tego co zobaczysz...".

My musieliśmy zadowolić się Split Rock..

Split Rock

 Powyżej sylwetki ludzi, poniżej nietoperzy..

Flying foxes

A co widziała Anna z Powrotu do Edenu?
"Wysoko na skale ujrzałam jakąś czerwona plamę - niewielką, wyblakłą postać. Na tke ciemnej skały odznaczały się jej wielkie piersi, brzuch i szerokie biodra...
- Witaj w świętym miejscu kobiet - uśmiechnął się szelmowsko... Leżelismy na plecach, na rozłożonym śpiworze Davida.
Na zewnatrz padało, a na naszymi głowami sklepiała się Kaplica Sykstyńska prymitywnej sztuki. Namalowane ciemnym jak krew pigmentem smukłe, przyozdobione w ceremonialne ozdoby na głowie, ramionach i przegubach postacie, tańczyły jak w transie na wiszącym nad nami szerokim skalnym suficie...
.. te rysunki bardzo się różnią od innych w tej okolicy, ba, nawet na całym kontynencie. Porównać je można tylko do rysunków naskalnych Gwion w odległym o tysiące kilometrów stąd regionie Kimberley.".

Racja, rysunki podobne do pokazanych na powyższych zdjęciach widziałem w Uluru, w Kakadu National Park, we wschodnich Kimberleys. Rysunki Gwion nie ograniczaja się do ilustracji codziennych wydarzeń, jest w nich magia, rytuały, finezja. Poniżej trzy rysunki z serii "elegant action figures"...

Gwion

Źródło: TUTAJ.

Gorąco polecam zajrzenie do zlinkowanego powyżej źródła. Dla mnie te rysunki to rewelacja, nie dziwię się fascynacji bohaterki książki.

Zagadka: padło tu kilka razy słowo Gwion. Co ono oznacza? Osoba, która pierwsza udzieli wyczerpujacej odpowiedzi na to pytanie otrzyma w nagrodę egzemplarz książki Powrót do Edenu.

Odpowiedź: gwion gwion to nazwa TEGO ptaka, który według aborygeńskich legend wymalował dziobem wszystkie te obrazy. Nagrodę otrzymuje Powsinoga.

Tagi: Cape York
09:40, pharlap
Link Komentarze (8) »
piątek, 06 września 2013

pharlap   pharlap

Sygnalizowałem na tym blogu mój wyjazd na wycieczkę na Cape York - najbardziej na północ wysunięty kraniec Australii. Nie obyło się bez emocji choć czasem zupełnie innego rodzaju niż się spodziewałem.

Australia nie jest zbyt nasycona atrakcjami turystycznymi. Pomyślcie Państwo sami - co Wam przyjdzie do głowy? Opera w Sydney, wielka skała Uluru nazywana również Ayers Rock, Wielka Rafa Koralowa, może Kakadu National Park.. no i co jeszcze? Jestem bardzo ciekaw - napiszcie  proszę.

Jest jeszcze kilka ciekawych miejsc, ale każda wycieczka zawiera w sobie bardzo długą podróż po bardzo jednostajnej drodze. Proszę się nie zżymać - zmora odległości to cecha charakterystyczna Australii - jeśli tego nie doświadczyliście to nie byliście w tym kraju.
Przypomniała mi się podróż samochodem z moją córką Anią z Sydney do Melbourne - około 900 km - godzina za godziną, jednostajny krajobraz za oknem. W którymś momencie Ania spytała:
Tatusiu - jak myślisz, co nasi przyjaciele czy rodzina z Polski powiedzieliby o tej jeździe?
No, że okropnie długa i nudna.
Tak myślałam, a ja czuję jakbym była we własnym domu.

Zacytuję jeszcze fragment napisanej z wielką pasją książki Agnieszki Burton - Powrót do Edenu:
"Wieś obok wsi, miasto obok miasta, człowiek obok człowieka... Wyznaczone co do kwadratowego metra granice - czy to twoja czy moja miedza. Przestrzeń europejska to przestrzeń oswojona.
Australijska przestrzeń jest niepokonana... surowa, nieskończona, pradawna jak sama Ziemia i przerażająco groźna. Autralisjka dal, outback, nicość - to śmierć straszna, śmierć wypalona promieniami słońca. Najbardziej samotna. Może dlatego Europejczyk tak bardzo nienawidzi bliźniego, swojego sąsiada? Być może dlatego Australijczycy uśmiechają się do siebie i pozdrawiają obcego, jakby znali się przez lata?".

Dlatego na takiej długodystansowej wycieczce bardzo istotny jest przewodnik, który dobrze zna trasę, który potrafi ożywić tę pozorna pustkę i zaznajomić z nią podróżnych. Do obowiązków przewodnika należy również prowadzenie autobusu po niezbyt łatwych trasach, zaprowiantowanie, gotowanie posiłków i wreszcie najważniejsze - stworzenie klimatu przygody. Uczestnicy wycieczki radzą sobie sami z rozbijaniem namiotów i pomagaja przy przygotowaniu posiłków, pakowaniu bagażu i zbierają drzewo na ognisko. Te czynności bardzo pomagają w nawiązaniu nici porozumienia i sympatycznego kontaktu.

Moja wycieczka zaczęła się w Cairns - bazie wypadowej na Wielką Rafę i do tropikalnych lasów. Połowa sierpnia czyli środek zimy a zima w tropikach to najwspanialsza pora roku - temperatura w nocy 20C, w dzień 28C, bardzo umiarkowana wilgotność, nie pada deszcz, nie gryzą komary ani inne owady. Pierwsze kroki skierowałem tutaj...

Esplanada

W Samym Cairns nie ma plaży, ale zastępuje ją bezpłatny basen zbudowany między brzegiem morza i najbardziej paradną ulicą miasta - Esplanade. O Cairns napiszę więcej w drodze powrotnej, tutaj jeszcze tylko migawka wieczorna..

Wieczór


Podczas wieczornego spaceru zauważyłem poniższe zaproszenie do raju. Proszę kliknąć w zdjęcie, aby przeczytać stosowny komentarz..

Raj

Kogo zastałem w bramie krokodylego raju opiszę w następnym odcinku.

Tagi: Cape York
08:14, pharlap
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Tagi