Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 20 lipca 2015

 

          Juliczka

 

     Jeszcze jeden wieczór za krótki. Na lekturę, listy, na "powinnam". Godziny dnia umykają, chwile przeciekają przez palce. Obiecałam sobie, że zajrzę do Altany z wierszem, i zajrzę, ale nie dzisiaj. Bo znowu musiałam patrzeć na las za oknem. Przecież mi nie ucieknie, nie odjedzie, jutro będzie taki sam. A może nie.

     Wabił mnie nie raz: "Spójrz, jaki jestem w słońcu". A rankiem? A gdy pada deszcz i na horyzoncie pod ołowianym niebem snują się mgły nad drzewami? Chodź, wyjdź, posłuchaj, jak szumię.

     Taki jest mój nowy domek i ja w nim nie zorganizowana, rozkojarzona. Szczęśliwa. A że wiersz piękny, to zapukam z nim, jak tylko sobie poukładam, co ułożyć miałam. Zamknę drzwi prowadzące na balkon.

moje

 

03:08, julitczka
Link Komentarze (3) »
sobota, 04 lipca 2015

Żona Oburzona

Na razie nie muszę się martwić o czas na czytanie. Już nie tylko dwa rozdziały przed snem, jeden w tramwaju i na szybko trzy przy kawie przed zajęciami z języka obcego. Teraz mogę po przebudzeniu wylegiwać się długo z książką, potem wsadzić nos w książkę przy śniadaniu i przy obiedzie (tak! uwielbiam ten mało elegancki sposób czytania), a po  południu, gdy słońce zagląda do mieszkania już z innej strony budynku, zasiąść na leżaku na balkonie i czytać, czytać, czytać...

Są takie książki, które czyta się bez specjalnych emocji i wrażeń, by dopiero po przewróceniu ostatniej kartki uznać, że to coś świetnego. Inne pochłania się z zapartym tchem i wypiekami na twarzy, a po zakończeniu odkrywa smutną prawdę, że były to książki o niczym. I są takie, jak ta, którą  teraz czytam: podziwiane od pierwszego rozdziału z głębokim przekonaniem, że to doskonały kawałek literatury. Odkryła ją dla mnie zaprzyjaźniona blogerka Eldka. Przeczytałam jej recenzję i kiedy Mąż zechciał zrobić mi jakiś prezent, obok puzzli z obrazem Kandinskiego wskazałam właśnie na tę pozycję. I nie zawiodłam się. Czytam i chociaż dopiero 1/3 za mną, już chcę Wam ją polecić.

Akcja toczy się w moim mieście i ma się wrażenie, że może się toczyć tylko tu. Wrocław ma bogatą historię, jego mieszkańcy różne przeszłości. Ci ze wschodu, tamci z zachodu... Jedna z poniemieckich kamienic po wojnie staje się domem dla osób z różnych środowisk i z różnym doświadczeniem. Na ten świat patrzy dziecko i opowiada. Jak to dziecko: opisuje to, co widzi, a czego czasem nie pojmuje. Ale Ty, czytelniku, zrozumiesz, znasz historię, wiesz, co się działo... W tym mieście, w którym prawie wszystko było poniemieckie, mieszkają ludzie, którzy tu zostali i inni, którzy się tu przeprowadzili w związku z dziejową zawieruchą. Każdy próbuje po prostu żyć, znaleźć swoje miejsce w tym tyglu, ale ocalić też coś, za czym tęskni, czego mu brakuje.

Książkę zaludniają intrygujący bohaterowie, Autor nie musi pisać, jacy są, wystarczy jedna i druga historia, byśmy wszystko wiedzieli. A to wszystko napisane lekkim językiem i z humorem, ale też czymś w rodzaju czułości dla wszystkich postaci, również dla ich przywar i błędnych decyzji.

Dom tęsknot  jest pełen smakowitych cytatów, fragmentów przykuwających uwagę. Ja nie skojarzę ich z tym,  co przeżyłam, na razie czytam o latach sześćdziesiątych, wtedy moi rodzice byli niewiele starsi niż  główny bohater - kilkulatek. Ale kiedy czytam, pamięć przywołuje różne historie opowiadane przez mamę i tatę. Przed oczami widzę miasto takie, jakim widzieli je niegdyś oni.

Nie wiem, kto wtedy wierzył, że Wrocław, a wraz z nim Dolny Śląsk, został na stale przyłączony do Polski, skoro od razu po wojnie polski rząd zgodził się nie tylko na wywożenie cegieł, ale nawet dworców, podpisując ze Związkiem Radzieckim  porozumienie, na mocy którego Armia Czerwona mogła zdemontować i wywieźć do siebie całą trakcję elektrycznej kolei Dolnego Śląska, pozostawiając tu jedynie parowozy. Zabrano nie tylko tabor  i wszystkie urządzenia techniczne, lecz także druty oraz linie wysokiego napięcia. To, co zostawili Rosjanie, jak na przykład trakcja między Jelenią Górą a Jakuszycami, zostało zdemontowane już przez Polaków i  wywiezione do odbudowy elektrycznej kolei Warszawy.

Przez dwa tygodnie szykowaliśmy się do tej wyprawy. Ja najmniej, bo miałem siedem lat i piłkę do spakowania. Matka wekowała słoiki, a ojciec naprawiał syrenkę. Syrenka nie była wprawdzie wówczas zepsuta, ale to ojcu nie przeszkadzało. Wtedy, w połowie lat  sześćdziesiątych, każdy właściciel  samochodu spędzał większość czasu przy jego pielęgnacji. To była taka forma adorowania pojazdu. Jak ktoś się znał, otwierał maskę i grzebał w silniku, a jak  się nie znał, otwierał bagażnik i robił w nim porządek. W dni wolne od pracy  nasza ulica zawsze wyglądała tak samo - rząd samochodów z pootwieranymi maskami lub bagażnikami i schowani do połowy mężczyźni.

Tymczasem pan Henryczek  rozgadał się na dobre i zaczął opowiadać, ile to ma roboty, bo jak tylko zmienia się przewodniczący Rady Narodowej albo sekretarz w jakimś wydziale, to od razu stara się wyjść z jakąś inicjatywą  społeczną i nazwy ulic chce zmieniać. Nadzwyczaj często im się to udaje, a to akurat panu Henryczkowi jest bardzo na rękę, bo dzięki temu wciąż nowe tabliczki z nazwami ulic może produkować. Na początku, po wojnie, to z samym Stalinem ileż było roboty,  bo ulicę Świętego Macieja przemianowano najpierw na Marszałka Stalina, ale jak tylko pan Henryczek tabliczki zrobił, to przyszła dyrektywa,  że trzeba jednak powiesić nowe z nazwą "generalissimus", bo Stalin awansował. A chwilę potem ktoś zwrócił uwagę, że "generalissimus" brzmi zbyt groźnie, a przecież powinno  brzmieć dobrotliwie, bo Stalin jest jak ojciec,  więc znów trzeba było wszystkie tabliczki zmieniać, tym razem po prostu  na Józefa Stalina. Na samym Stalinie pan Henryczek zarobił tyle, że wyremontował mieszkanie i do każdego pokoju kupił tapety  (...).

[Dziadek] miał całą szafę szykownych rzeczy, których nigdy nie nosił  -  kiedyś w przypływie szczerości przyznał, że od lat gromadzi ubrania na specjalną okazję. Miał białą koszulę ze stójką i delikatną koronką wzdłuż guzików, bo może kiedyś pójdzie z babcią do opery, ale jak już szli do tej opery, to znów odkładał koszulę na potem, może przyda się na jakąś premierę w teatrze albo na ślub Tyranii. Do tej  koszuli miał srebrne zapinki  w kształcie głowy węża, kupione u najlepszego jubilera w Krakowie, ale ani razu ich nie założył, bo szkoda byłoby je zgubić, podobnie jak spinkę do krawata z wielkim rubinem. Nigdy nie miał też na sobie kapelusza panama, angielskich sztybletów, płaszcza z wielbłądziej wełny, kamizelki z czerwonego jedwabiu i tuzina innych rzeczy gromadzonych na czas nadejścia tych ważnych dni i świąt, o których istnieniu tylko on  wiedział. Pamiętam, jak stoimy przed szafą pełną pięknych, odkładanych na potem ubrań i żałujemy, że po śmierci nie ma już żadnego "potem', nie ma "później"  albo "kiedy indziej", nie ma nawet "za jakiś czas" albo chociażby  "może kiedyś".

Niech te kilka cytatów zostanie z Wami. I inne, które można znaleźć w recenzjach, czy na okładce. Ja wracam do czytania i  truskawkowego koktajlu, który mi dzisiaj towarzyszy. A Was zachęcam do lektury.

 

środa, 01 lipca 2015

Witam Was Kochani Altanie!!!

Dziękuje za słowa pocieszenia i otuchy jakie od Was dostałam w bardzo trudnym dla mnie czasie. Jeszcze raz BARDZO DZIEKUJĘ. Ciotuchna.

Organizuję na nowo swój świat, a w tym świecie od kilku lat istniał jakiś Blog, była to Kura, Qra, a teraz Altana. Jeżeli dochodzę do równowagi psycho-fizycznej, to muszę również pisać na blogu. Mam jeszcze tyle do powiedzenia Wam i tyle różnych wspomnień... Tyle wstępu.

W roku 2014 zostałam zaproszona do Zielonki, miasteczka po prawej stronie Wisły, 10 km. od Warszawy.  Mieszkałam tam razem z Rodzicami od 1932 roku, tam chodziłam do przedszkola, tam rozpoczynałam nauke, tam mieszkałam prawie całą wojne. Prawie cała, bo do aresztowania nas przez Gestapo. Wszystkie moje wojenne wspomnienia, które zamieszczałam na kolejnych blogach dotyczyły właśnie Zielonki.

Zaproszono mnie jako świadka historii na rocznicę wypędzenia ludnści polskiej na tułaczke w 1944r. przez Niemców. Wiedziałam, że będę musiała coś im opowiedzieć, ale nie wiedziałam co i jaki charakter będzie miała ta uroczystość. Poprosiłam więc organizatora, abym mogła mówić ostatnia.

Jakież było moje zdziwienie kiedy usłyszałam wspomnienia z tego dnia młodszych mieszkańcow Zielonki, młodszych ode mnie o 3 - 4 lata. Ja w 1944 r. miałam 15 lat, a oni 10 - 11 lat.

Wspominali raczej swoich rodziców niż własne doznania. Mówili jak to rodzice czekali do ostatniej chwili w nadzieii, ze nie będzie nic groźnego, że może odwołają ewakuację. Niczego nie szykowali do zabrania ze soba, a mieli przecież małe dzieci i zbliżala się zima. Sądzili, że będą mogli za kilka dni wrócić do swoich domow. Dalej panowie opowiadali jak to Niemcy wpadli z krzykiem i bili kolbami karabinów, jak rodzice łapali co było pod ręką żeby zabrać, a nie co było potrzebne.

My obie z Mama i resztą kobiet z dziećmi byłyśmy przygotowane do wyjścia z domu na tułaczkę. Nie czekałyśmy na kolby niemieckich karabinów. Wiedziałyśmy, że będą na tych terenach szykować się do walnej bitwy z radziecką ofensywą. Zielonka i okolica idealnie się do tego nadawały. Szerokim półkolem otacza miasteczko wysoka wydma morenowa, a ponizej roztacza się równina zwana wołomińską. Dwa razy wcześniej to ukształtowanie terenu już było wykorzystane. Pierwszy raz w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej, a drugi raz w czasie t.z. Bitwy Warszawskiej w 1920 r. w walce z bolszewikami. Precedensy były gotowe, czemu więc Niemcy nie mieli z nich skorzystac.

Jak można było czekac na odwołanie wypędzenia, kiedy poprzedniego dnia przeszli przez Zielonkę wyrzuceni z domów mieszkańcy Kobyłki, miasteczka leżącego na wschód od Zielonki? Nie umiem zrozumieć toku myślenia tych ludzi i braku wyobraźni. Dziś ich potomkowie chwalą sią postępowaniem swoich rodziców, czyli zrobiliby tak samo, gdyby zaszła taka potrzeba.

Znałam tych ludzi i wiem, że całą wojnę siedzieli cicho, w żadną konspirację się nie angażujac i teraz, kiedy trzeba było mądrze myśleć, on czekali na swoją martyrologię, żeby dostać kolbą karabinu w łeb i mieć się czym chwalić po wojnie. Tylko, że takie postępowanie jest skrajnie nieodpowiedzialne, a od osob dorosłych, mających dzieci oczekuje się właśnie odpowiedzialności a nie, "pożal się Boże" bohaterstwa.

Tagi: zielonka
17:36, kanadyjka82
Link Komentarze (9) »
Tagi