Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 31 lipca 2013

   Ciotuchna

Z Belgii, pięknym bulwarem nad morzem północnym i kanałem La Manche dojechaliśmy do Berck Plage we Francji, gdzie mąż w 1970 roku pracował przez 12 miesięcy

.

Czekało na nas grono Polaków z wystawną kolacja, a my zmęczeni podróżą mogliśmy tylko umyć ręce i siadać do stołu. Kolo 12 w nocy gospodarze zauważyli nasze zmęczenie i zakończyli całą zabawę. Przez następne  trzy dni odwiedzaliśmy stare kąty i starych znajomych, ale czas naglił i trzeba było jechać dalej.

Teraz nową autostradą pojechaliśmy do Niemiec do Heidelbergu. Nie wiem czy pamiętacie tą straszną "wpadkę" farmaceutyczną. Jakaś firma wypuściła na rynek tabletki uspakajające szczególnie polecana dla kobiet ciężarnych. W jakiś czas potem urodziło się sporo dzieci z brakami kończyn. Zanim powiązano zażywanie tych tabletek z kalectwem dzieci, minęło sporo czasu, i urodziło sie więcej dzieci z takimi brakami. Tabletki z hukiem wycofano z rynku, wytoczono firmie proces, ale sprawa juz sie stała i jakoś tym dzieciom trzeba było pomagać i protezować je. Do prowadzenia tych akcji została wytypowana Klinika ortopedii i rehabilitacji przy Uniwersytecie w Heidelbergu.

Tę klinikę zwiedzaliśmy, ja po jednym dniu byłam tak wstrząśnięta, że już dalej nie oglądałam osiągnięć protezowania tych dzieci. Ja spacerowałam nad piękną, zieloną rzeką Nekar, a mąż uczestniczył w sympozjum. Miasteczko nieduże, ale przepiękne, średniowieczne, ze starym, do dziś działającym kamiennym mostem.

Następnym etapem naszej podroży była Kolonia. Wjechaliśmy na wielką autostradę (6 pasów w każdą stronę) zatłoczoną do niemożliwości i pędząca w oszałamiającym tempie. Ponad sto kilometrów jechaliśmy w takim huku, że własnych myśli nie było słychać, aż dotarliśmy do Kolonii i doskonały plan miasta zaprowadził nas bezbłędnie pod właściwy adres znajomych.

Tu już na nas czekają zaniepokojeni, czy damy radę ich znaleźć, już nas czymś częstują, sadzają gdzie wygodnie i zapowiadają, że na kolacje przyjdzie kilka osób. Nieśmiało proszę, czy można by zejść do samochodu i przynieść nasze bagaże, do tej kolacji musimy sie przebrać. Te kilka osób, które zjawiły się na kolacji to "czołówka" dyplomacji naszej ambasady. Jedzenie i gadanie przeciągnęło się do późnej nocy. Program na następne dni był szczelnie wypełniony. Zmęczyliśmy się zwiedzaniem, ale zobaczyliśmy dużo i opowiedziano nam masę ciekawostek o tym mieście. Niektóre z nich wykorzystałam pisząc na Altanie na temat gotyku. Po czterech dniach wyjazd, państwo swoim samochodem odprowadzają nas do granicy miasta.

Jedziemy na Poznań, gdzie mamy nadzieje zanocować. Dopiero na polskiej granicy przypominamy sobie, że to już czerwiec i w Poznaniu są międzynarodowe targi i o noclegu nie ma co marzyć. Zjadamy obiadokolację w jakiejś restauracji, dzwonimy do domu w Warszawie, że będziemy późną nocą  i ruszamy dalej. W domu byliśmy o 2 ej w nocy, przejechaliśmy jednym "rzutem" równe 1000 km.

04:02, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 28 lipca 2013

 Juliczka

Z moich książek zgromadzonych w stosiku do ponownego czytania wypadają karteluszki, wycinki z gazet, swoiste zakładki. Rysunek Wilhelma Sasnala z komentarzami w dymkach: „Wróciłeś? Jeszcze nie wyszedłem. Buta wiążę”, muzyczne recenzje Bartka Chacińskiego i Pazłotka Doroty Masłowskiej  wskazują na „Przekrój” jako najczęściej przeglądane czasopismo. Pozostawałam mu wierna, bo „Przekrój” był wszechobecny w naszym domu. Ojciec przynosił w soboty plik gazet – Świat, Politykę, Dookoła świata, Kulisy, Ty i ja. Lekturę zaczynał od Przekroju pieczołowicie rozcinając strony, delektując się chwilą dla siebie. Przestrzegaliśmy niepisanej umowy, by nie sięgać po gazetę, zanim nie przeczyta jej ojciec. Przejęłam zwyczaj czerpania radości z odkładania momentu otwarcia nowej książki, czasopisma. Tyle, że pachną już inaczej. Albo wcale, jeśli zajrzeć na stronkę, gdzie Małopolska Biblioteka cyfrowa zdigitalizowała kolejne roczniki Przekrojów począwszy od pierwszego numeru datowanego na 1 kwietnia 1945. W „Greku Zorbie” zaznaczaczyłam opowieść o stworzeniu człowieka fragmentem felietonu Doroty Masłowskiej „Co można kupić sobie w listopadzie” - Te różowe, małe są to tabletki na ciemność, a te większe z napisem W są to tabletki na gołębie, żeby mi nie skrzeczały/.../  Opis tańczącego Zorby – wydartym zdaniem z cyklu Prosimy nie powtarzać o tragicznych wydarzeniach, które mogą być śmieszne pod warunkiem, że przytrafiają się innym. Na potwierdzenie istnienia reguł i wyjątków z kart książki wypadł też kawałek Dziennika Bałtyckiego z artykulikiem autorstwa Marka Piwowskiego, rzadko publikującego. Wielka fanka „Rejsu” ubolewam, że nie mogę sięgnąć po teksty reżysera na co dzień.

artykuł Marka Piwowskiego z Dziennika Bałtyckiego (data nieznana)

Wśród książek kucharskich natomiast zaszczytne miejsce zajmuje magazyn „Smakosz” pod redakcją Jana Kalkowskiego ze stycznia 1989 roku. Pierwszy numer, pierwszy i ostatni, jedyny. Propagujący kulturę stołu jako nieodłączną sferę kultury życia, służący najstarszej i najpopularniejszej ze sztuk – sztuce kulinarnej. Z dosadnie zaznaczonym należnym jej miejscem przez credo Tadeusza Przypkowskiego: „Pierwszą sztuką świata była sztuka mięsa”. Zamieszczony w magazynie wiersz Ludwika Jerzego Kerna Bigos, wart przypomnienia jesienią, przywiódł wspomnienie żakowskich bigosów czwartkowych z propozycją ustanowienia czwartków jako Variatowe. W szkole, jako łacińska klasa, redagowaliśmy gazetkę szumnie nazywaną Varia. Owe Variatowe Czwartki zapełniałoby W altanie to, co „wypadło” nam z książek, filmów: zdanie, fragment, złota myśl, bohater, skojarzenie, anegdota. Jak ta apokryficzna, oparta na biblijnej księdze Genesis: dlaczego pies ma zimny nos. Chętnie podzielę się próbą odpowiedzi na tę dręczącą kwestię.

01:54, wloszczyzna79
Link Komentarze (10) »
piątek, 26 lipca 2013

 Kattinka

To było kilka lat temu. Żegnając się po jakimś spotkaniu towarzyskim (imieninach czy urodzinach?), moja przyjaciółka  Anka spojrzała na mnie i powiedziała: umówmy się na wspólne gotowanie. Pomyślisz o menu? Przy okazji zrób listę produktów, podzielimy się zakupami. Kiedy się spotykamy?

Tak się zaczęło. Od tamtej pory spotykałyśmy się co miesiąc w kuchni którejś z nas – bo szybko okazało się, że przyjaciółek, które chcą wziąć udział w zabawie, jest więcej. Już wkrótce ustaliła się „nowa tradycja”: my spotykałyśmy się na nasze wspólne gotowanie o umówionej godzinie, a dwie godziny później po cichutku zaczynali się schodzić nasi mężowie – na degustację gotowych potraw. 

Może czas wrócić do tego wspólnego gotowania? 

A oto zapiski z naszego I Spotkania Kulinarnego: 

Sobota, 28 lutego 2004, godz. 17. 30

Menu

1. Greckie placuszki ziemniaczane z fetą

2. Francuska aksamitna zupa brokułowa „Pół na pół”, z łososiem wędzonym i prażonymi płatkami migdałów 

3. Szwedzkie mazarenki marcepanowe w miseczkach z kruchego ciasta


Greckie placuszki ziemniaczane z fetą

- 1 opakowanie fety (polskiej) 

- 10 ziemniaków ugotowanych 

- szczypiorek, koperek, pietruszka (do wyboru lub wszystkiego po trochu) 

- 1  jajo 

- pieprz do smaku

- 2 łyżki mąki krupczatki i tyleż do obtoczenia

Ugotowane ziemniaki rozgniatamy widelcem, dodajemy fetę, również rozkruszoną widelcem, całe jajko, 2 łyżki mąki, posiekaną zieleninę (w dowolnym zestawie), pieprz (uwaga! nie solić, bo feta słona). Formujemy placuszki-racuszki, obtaczamy w mące i smażymy na niezbyt silnym ogniu.

Podajemy na półmisku, a obok układamy (do wyboru, do koloru):

- oliwki, duże kapary 

- ogórki różne (kiszone, surowe, konserwowe) 

- pomidory

- majonez w miseczce 

- twardy twaróg pokrojony w kostkę 

- jajka na twardo, podzielone na połówki (lub przepiórcze w całości) 

Bagietka, talerz serów, schłodzone białe wino.

 
Francuska zupa brokułowa „Pół na pół”

- 2 brokuły, podzielone na różyczki

- 1 duża cebula

- 4 ziemniaki

- 2 szklanki wywaru rosołowego (lub rosołek drobiowy Knorra)

- kieliszek wytrawnej Sherry (Jerez) 

- biały pieprz, ew. sól do smaku

oraz: 

1. śmietanka 9% + 1 żółtko do jasnej części

2. pietruszka do ciemnej części 

oraz:

1. opakowanie łososia wędzonego w płatach 

2. paczka migdałów w płatkach

oraz: 

kwaśna śmietana do dekoracji 


Ziemniaki i cebulę obieramy i kroimy w kostkę, smażymy w garnku, w którym będziemy gotować zupę, na oliwie z pestek winogron. Dodajemy rosół (lub kostkę rosołową rozpuszczoną w 0,5 l wrzącej wody) oraz brokuły podzielone na różyczki. Po ugotowaniu, miksujemy z dodatkiem kieliszka wytrawnej sherry, następnie rozdzielamy zupę na dwie części: do jednej dodajemy śmietankę z roztrzepanym żółtkiem, do drugiej natkę pietruszki. Obie bardzo dokładnie miksujemy. 

Podajemy dwukolorowo, tzn. na środku talerza ustawiamy pionowo płaski nóż, tak żeby powstała granica, i z jednej strony nalewamy chochlę zupy jasnej, a z drugiej strony – chochlę zupy ciemnej. Na wierzchu układamy kilka paseczków łososia wędzonego, posypujemy prażonymi płatkami migdałów i robimy kleksa ze śmietany.

  
Szwedzkie Mazarenki

Na kruche ciasto:

30 mąki krupczatkiFrom: http://ofagatesandmadeleines.wordpress.com/2011/12/04/christmas-cookie-redux-mazarin-sandbakkelse/

20 masła 

10 cukru pudru  

3 żółtka

Zagniatamy i wkładamy do lodówki (można dzień wcześniej)

Masa:

1 op. masy marcepanowej

2 gotowane ziemniaki

10 dag stopionego masła 

10 dag cukru 

2 jajka

1 łyżka dag mąki

1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

Lukier do dekoracji: 

2 łyżki cukru pudru

1 łyżka likieru 

Masło stopić i przestudzić, ubić mikserem z cukrem, jajkiem, dodać rozgniecione widelcem ziemniaki i masę marcepanową pokrojoną na kawałki, mąkę i proszek, zmiksować na gładką masę.

Na stolnicy rozwałkować ciasto, wykrawać kółka szklanką, wyłożyć nimi foremki, napełnić masą do ¾, piec 20-25 min. 

Po upieczeniu pomalować lukrem (cukier puder utrzeć z łyżką dowolnego likieru (likier nada kolor). Uzyskana pasta powinna być gęsta i lśniąca.

środa, 24 lipca 2013

  Ciotuchna

W połowie maja zapakowaliśmy do samochodu walizki, prezenty i inne potrzebne rzeczy. Mietek za "kółkiem", ja z mapami na kolanach i ruszyliśmy w świat. Po prawie trzech dniach jazdy, z małym zwiedzaniem, po przejechaniu czterech granic ( Polsko-NRD, NRD-RFN, RFN-Holandia i Holandia -Belgia), wylądowaliśmy w Belgii i wzięliśmy kurs na Brukselę. Do Brukseli mąż był zaproszony na Światowy Kongres Ortopedii Dziecięcej. Mieszkać mieliśmy u  państwa K., pani jest lekarzem neurologiem dziecięcym, a pan właśnie objął stanowisko sekretarza generalnego Światowej Organizacji Pracy. Bardzo wysokie progi na nasze nogi, ale ludzie byli bardzo mili, serdeczni i prostolinijni. Oboje Polacy.

Dojechaliśmy do Brukseli koło godziny 17 ej - paskudna godzina, wszyscy wychodzą z pracy, na ulicach tłok i "tabuny" aut. Weszliśmy do kiosku gdzie
były mapy i plany miasta. Mąż po francusku poprosił o plan miasta, a facet zza lady powiedział, że nie rozumie tego języka. Zaczęliśmy rozmawiać miedzy sobą po polsku, facet się zorientował i wyłożył kilka map do wyboru. Kupiliśmy plan, rozłożyliśmy go na masce samochodu, znaleźliśmy ulicę gdzie mieliśmy jechać i włosy nam sie zjeżyły na głowach. Do przejechania było całe miasto i to w szczycie ruchu. Ruszyliśmy i jechaliśmy "przyklejeni" do prawej strony ulicy. Tak robią wszyscy, którzy nie znają miasta po którym jada. Ruch był ogromny. Patrzę na mapę i mowie "za jakieś sto metrów musisz skręcić w lewo". Mąż wrzuca lewy kierunkowskaz i dzieje sie coś dziwnego. Nikt nas nie mija. Patrzę w lusterko, a za nami na całej szerokości ulicy stoją samochody i kierowcy gestami zachęcają nas do jazy na lewo. Przejechaliśmy, gestami dziękując za uprzejmość. Kawalkada ruszyła. Taka sprawa trafiła sie nam po raz pierwszy i ostatni. Zobaczyli obce znaki i nasza PL i ułatwili nam przejazd.

Dalej bez problemów dojechaliśmy do Państwa K. Zajmowali oni stary śmieszny wąski domek na czterech kondygnacjach. Dostaliśmy pokój na 1 piętrze, wnieśliśmy nasze bagaże i zeszliśmy do salonu porozmawiać.. Spytana co mnie interesuje w mieście, odrzekłam, ze flamandzki gotyk i wszelkie zabytki. Trochę to nieopatrznie wymieniłam, bo przez następne trzy dni tylko zmieniali sie oprowadzający, a ja od rana do wieczora, z przerwa na obiad biegałam po mieście i oglądałam wszystko co chciałam zobaczyć, a w Brukseli jest tego dużo.

Mąż spokojnie uczestniczył w Kongresie. Drugiego dnia wieczorem był bankiet zorganizowany w ...Muzeum Erazma z Rotterdamu.  Bardzo mi się podobało, że muzeum żyje swoim życiem i zarabia organizując takie bankiety.

Czwartego dnia z Państwem K. pojechaliśmy samochodem do Gandawy i Brugii.

W Gandawie obejrzeliśmy stare miasto, port i dwa muzea a w nich obrazy starych mistrzów, zapierające dech w piersiach swoją urodą.

Zobaczyliśmy wczesnogotycką katedrę z XII wieku z obrazem Rubensa i poliptykiem van Eycka. Niestety ołtarze były klasycystyczne./p>

Z Gandawy pojechaliśmy do Brugii. Tu dopiero oddycha sie czasami kiedy miasto było budowane i przyozdabiane. Jest tam stary z XII wieku szpital św. Jana czynny do dziś, z częścią zabytkową, w której pod ścianami stoją jakby duże szafy, ale to są łóżka dla chorych obudowane pionowymi, drewnianymi ścianami, ale bez "dachu". Od przodu były zamykane drzwiami , żeby chory miał spokój, no i na noc, żeby mógł spać. W dzień te drzwi były otwarte. W sali konferencyjnej portrety wszystkich dyrektorów od XII wieku do dziś.

Pojechaliśmy do zakonu Sióstr Dominikanek, które mieszkają w starym parku w osobnych malutkich domkach i trudnią się wyrobem słynnych koronek. W parku obowiązuje cisza, a wszystko jest ogrodzone wysokim murem i nie słychać, że za nim tętni życiem ruchliwe miasto. Tu czas się zatrzymał kilkaset lat temu.

Cała Brugia pocięta jest kanałami i niektóre domy stoją w wodzie. Stare Miasto z wąziutkimi uliczkami i Bazylika z XI wieku, niestety zamknięta. Wieczorem wracaliśmy wspaniałą autostradą do Brukseli. Autostrada cala oświetlona lampami ulicznymi.

Następnego dnia  z panem K. na Rynek Starego Miasta. Tu piękna koronka starych gotyckich kamieniczek i Ratusz, niestety mieszanina stylu gotyckiego z Renesansem.

Usiedliśmy w kawiarence na Rynku i spytałam o konflikt Flamandów z Walonami.

Pan opowiedział mi rzecz zdumiewającą. Otóż ten stary wiekowy konflikt wygasł zupełnie na początku dwudziestego wieku. Kolo 1920 roku był już zupełny spokój.

Przypomnieli ten konflikt okupanci niemieccy, po prostu napuszczali jednych na drugich rożnymi metodami i za ich przyczyna konflikt trwa do dziś. Nie udaje sie go ugasić, choć jest bezsensowny i choć przypomina sie ze to okupanci go wzniecili od początku.

Niemcy zastosowali stara rzymska maksymę "Divida et impera", która do dziś daje rezultaty.

Po następnych dwóch dniach i wielkim pożegnalnym przyjęciu  u Państwa K. wyruszyliśmy znana juz nam autostrada w stronę morza.

c.d.n

03:42, kanadyjka82
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 22 lipca 2013

 Juliczka

Środek lipca, wiatr szarpie firanką, czytam wiersze. Kolejny raz.Te zamieszczone w e-wydaniu „Forum Kobylińskiego”, choć wiem, że lepiej rozumiem strofy z kart tomików. Zdania z książek skuteczniej niż migoczące na ekranie przenoszą treść słów. Wygodniej, bardziej doniośle. Szeleszczą.

Ich autor, Janusz Urbaniak, mieszka w Krotoszynie, gdzie od ponad 20 lat jest wydawcą lokalnego tygodnika „Rzecz Krotoszyńska”. Wcześniej, też przez 20 lat, pracował na Uniwersytecie Wrocławskim w Instytucie Filologii Polskiej. W 2011 roku jego wiersze weszły w skład książki poetyckiej”Nowa Kwadryga”, wydanej przez wydawnictwo „Rhytmos” w Poznaniu.

Przygotowuje samodzielny tom „Pierwsze zło”.


***  

Chodniki były brudne, 
nieładne twarze i park
 
jakaś dziewczyna 
z gołym brzuchem
 
Jakiś pies-kaleka
 
Park był głęboki. Włosy drzew, 
nogi drzew,nagość 
 
Wszechświat jest kobietą pomyślał 
i poczuł smak ziaren 
i liścia sok 
 
I nie mógł już wrócić, 
nie chciał, choć słońce parzyło 
gdzieś dalej 
 
Kochał ostatni raz, obolały 
lekko zgarbiony 
 
Płynął na wznak

 

2007  

A że wiatr pachnie beztroskim latem, znowu nie znajduję klucza do tajemnych drzwi poezji. Wszechświat jest kobietą – powtarza echo. I dopowiada nietzscheański pewnik o świecie przepełnionym pięknymi rzeczami, a ubogim w piękne chwile i objawienia tych rzeczy. „Lecz może to jest najsilniejszym czarem życia: przetkana złotem zasłona pięknych możliwości spoczywa na nim, obiecująca, oporna, wstydliwa, szydercza, litosna, uwodzicielska. Tak, życie jest kobietą”. Co jeszcze może być kobietą – zastanawiam się. 

Henry van Dyke w pięknej formie podsuwa podpowiedź – Paris is a woman town:

[...] 
Oh, London is a man's town 
there's power in the air; 
And Paris is a woman's town 
with flowers in her air; 
And it's sweet to dream in Venice, 
And it's great to study Rome; 
But when it comes to living 
there is no place like home" 

A moje miasto? Zamykam okno przed chłodem. Czy wszystko daje się jednoznacznie określić? Makijaż nie rozróżnia przeznaczenia. The first day of spring is one thing and the first spring day is another. The difference between them is sometimes as great as a month. Henry van Dyke, nieoceniony. Uśmiecham się lekko. 

Zdjęcie jest moją własnością

01:04, wloszczyzna79
Link Komentarze (9) »
sobota, 20 lipca 2013

pharlap  pharlap

Prawie rok temu, na poprzedniku tego blogu, pisałem TUTAJ bardzo poważnie o skolonizowaniu Australii przez Brytyjczyków. Podałem wtedy również LINK do całkiem niepoważnej dywagacji na ten temat.
Muszę się przyznać, że powracam czasem do tej niepoważnej historii i przyszedł mi do głowy niepoważny pomysł, aby dokonać dość swobodnego jej tłumaczenia na polski...

1. Nieodkrycie aborygeńskie.
Aborygeni byli pierwszymi ludźmi, którym udało się nie odkryć Australii a to dlatego, że:
- nie mieli strzelb,
- ani biblii.
- ani chorób zakaźnych,
- ani flagi,
- ani tytułu własności.
Prócz tego, prawdopodobnie, przedostali się do Australii pieszo, podczas odpływu, a to ich całkowicie dyskwalifikuje gdyż prawidłowe odrycie musi się odbyć ze statku.

2. Nieodkrycie holenderskie.
Mając na wzgledzie fakt jak często Holendrzy zawadzali o Australię podczas żeglugi na Jawę jest zadziwiające, że jej nie odkryli. ale z drugiej strony dzięki temu nie mówimy po holendersku i nie jesteśmy zreformowani (aluzja do kościoła reformowanego). Właśnie dlatego Australię nazywa się - the Lucky Country.
Zamiast odkrywać Australię. Holendrzy przybili tu na drzewach kilka talerzy a następnie się pozabijali. To była pierwsza demonstracja Europejskiej Cywilizacji w Australii. 
Uwaga: aluzja do masakry rozbitków ze statku Batavia - detale TUTAJ.
Jeden holenderski statek dotarł do południowych krańców Australii gdzie zaczepił o wyspę, którą, dla uczczenia kapitana statku Abla Tasmana, nazwano Van Diemen's Land. Płynąc dalej zdołali nie odkryć kraju, który tak im przypominał ich rodzinną Zeelandię, ze nazwali go Nową Zelandią.
Uwaga: ponad 200 lat później Van Diemen's Land  został przemianowany przez Anglików na Tasmanię.

3. Nieodkrycie hiszpańskie.
Trzecimi nieodkrywcami Australii byli Hiszpanie nazywani czasem Portugalczykami.
Portugalczycy, lub jeśli wolicie, Hiszpanie, żegłowali wokół świata nadając wszystkiemu imiona swoich świętych. Gdy dopłynęli do grupy wysp, które wówczas nie nazywały się Vanu Atu, lista im się skończyła. Nazwali więc największą z wysp Wyspą Ducha Świętego i wrócili do domu po zaktualizowaną listę świetych. 
To było dla nas bardzo fortunne gdyż w przeciwnym wypadku mówilibyśmy po hiszpańsku (lub portugalsku jak nazywaja ten język brazylijczycy).

4. Nieodkrycie francuskie.
Australia została nieodkryta przez wielkiego francuskiego kwiaciarza Bougainvilla. Dzięki temu zaoszczędzono Australii Gaugina, bomby atomowej (aluzja do testów na atolu Mururoa) i "La Gloire" co jest francuskim określeniem chronicznej przypadłości żołnierzy.

5. Nieodkrycie Etcetera.
Australia została również nieodkryta przez żeglarzy chińskich za czasów dynastii Ming. Ci ludzie są określani przez historyków jako etcetera. 

Dodatek nadzwyczajny - Odkrycie Australii.

W 1770 roku miała miejsce pierwsza data w historii Australii. W tym to roku kapitan Cook został wysłany na Tahiti w celu obserwacji tranzytu planety Wenus. Jednak jedyne co kapitan Cook zaobserwował na Tahiti to grupa miejscowych kobiet w spódnicach z trawy (a może i bez) więc pożeglował dalej.
Tak dotarł do Australii i miał ze sobą:
- strzelby,
- biblię,
- choroby zakaźne,
- flagi,
- tytuł własności.

Na miescu spytał tubylców jak się nazywa ten kraj. Oni jednak byli czarnoskórzy i nie mówili po angielsku w związku z czym doszedł do wniosku, że są Walijczykami i nazwał te tereny Nową Południową Walią. To właśnie wpisał w Tytule Własności.

Następnie popłynął na Hawaje gdzie miejscowa ludność w obawie przed Odkryciem poszatkowała go na kawałki. Na pamiątkę tego wydarzenia wyspy nazwano Sandwich Islands, tóra to nazwa przetrwała do czasu gdy wyspy prawidłowo odkryli Amerykanie.

Kilku członkom załogi kapitana Cooka udało się powrócić do Anglii gdzie wręczyli tytuł własności królowi Jerzemu III, który zaraz potem oszalał - życiorys Jerzego III TUTAJ.
Jednym z głównych objawów królewskiego szaleństwa było opodatkowanie Amerykanów co zapoczątkowało cały łańcuch tragicznych wydarzeń, które trwają do dziś...

Zagadka: co to jest 1770? Czy istnieje do dzisiaj? Osoba, która udzieli wyczerpującej odpowiedzi otrzyma niepoważną nagrodę. 
Odpowiedź: 1770 to rok lądowania kapitana Cooka w Australii. Istnieje do dzis gdyż tak właśnie - 1770 - nazywa się niewielka osada w miejscu gdzie kapitan Cook wylądował na terenach obecnego stanu Queensland. Było to jego drugie lądowanie, pierwsze miało miejsce w okolicach obecnego Sydney.
Poprawnej odpowiedzi udzieliły Włosz.czy.zna i Niespieszna - gratuluję i organizuję nagrody. 

Tagi: Australia
08:05, pharlap
Link Komentarze (7) »
piątek, 19 lipca 2013

 Wlosz.czy.zna

Od dzieciństwa groszek zielony był moim osobistym wrogiem, nienawidziłam tych zielonych kuleczek o nieokreślonym smaku, jak podawano marchewkę z groszkiem to wybierałam pracowicie marchewkę a groszek zostawiałam; do dziś mam po tej potrawie niemile wspomnienie, ale bardzo lubiłam groszek surowy, a szczególnie strączek dokładnie obrany z wewnętrznej blaszkowatej skórki. No tak ale były to czasy kiedy o mrożonkach nie było mowy i groszek jadło się głownie z puszki i był o szary i rozgotowany :(

Jak przyjechałam do włoch to na jeden z pierwszych obiadów moja teściowa podała groszek zielony, nie mogłam odmówić, wiec nałożyłam sobie na talerz malutko i pomyślałam że jakoś to przełknę, ale już kolor był inny, wiec niepewnie spróbowałam i okazało się pyszne! Natychmiast poprosiłam o przepis i oto on:

Do garnka wkłada się zielony groszek, drobniutki, świeżo wyłuskany (może być również mrożony, ale musi być drobniutki, bo jak jest duży to robi się mączny i nie dobry) zalewa sie odrobinka wody, do tego trochę oleju z oliwek, mały ząbek czosnku (w całości) a najlepiej szczypior czosnkowy, tez w całości, sól i pól łyżeczki cukru. Wszystko dusi się pod przykryciem aż groszek będzie miękki i wyparują płyny. 

To jest podstawowy przepis, można dodawać boczek pokrojony w drobna kosteczkę i lekko podsmażony na początku, albo szynkę tez pokrojona w drobna kosteczkę. Są i wersje z cebulką lub szalotką podsmażona na początku.Klasycznym daniem północnych Włoszech jest potrawa

Risi e bisi

To po prostu risotto z zielonym groszkiem; do groszku przygotowanego z cebulka i szynka dosypujemy ryz, tostujemy chwilkę i zalewamy rosołem (może być jarzynowy); dusimy wszystko na wolnym ogniu ciągle mieszając i ewentualnie dolewając rosołu, do momentu aż ryż będzie miękki; następnie po zdjęciu z ognia, dodajemy tarty ser i jeszcze chwilkę mieszamy.

środa, 17 lipca 2013

  Ciotuchna

Są takie lata, które płyną leniwie i nic ciekawego się w czasie ich trwania nie dzieje.

Chce tu opisać rok, który był tak naładowany zdarzeniami, decyzjami, emocjami, że starczyłoby tego na pięć lat. Pisałam jeszcze na Kurze o okropnym roku, ale to była wojna, okupacja i ogólna groza. Teraz opisze zwyczajny "szeregowy" rok 1976.

Jeszcze przed Sylwestrem 75/76 przyszła do domu Małgosia z Andrzejem i oznajmili, że chcą wziąć ślub! To sie tak fajnie mówi ŚLUB, ale to fura pracy i załatwiania rożnych rzeczy. Po pierwsze wesele u Dziadka bo tam są dwa duże pokoje, a u nas klitki.

Zjedliśmy kolację i posadziłam ich wszystkich przy stole, ja z kartką papieru i ołówkiem, a on mieli podawać, co komu przyjdzie do głowy, co trzeba zrobić i załatwić, co kupić zanim przyjdzie ten ważny dzien. Oni rzucali hasła, a ja zapisywałam. Po wyczerpaniu spraw, każdy dostał kartkę, ja wyczytywałam sprawy, a oni zgłaszali co kto może zrobić i załatwić i sobie na kartce zapisywali, a było nas do tej roboty pięć osób. Rozdaliśmy role i każdy uszeregował swoje zadania, co już, a co później. W ten sposób do 15 stycznia mieliśmy wszystko załatwione.

15 stycznia odbył sie ślub i wesele. Po weselu powiedziałam Marii " z Twoim ślubem musisz zaczekać co najmniej trzy lata aż wszyscy odpoczniemy".

W lutym mieliśmy oboje z mężem jechać na 2 tygodnie do Zakopanego, ale mąż sie poważnie rozchorował, musiał leżeć w łóżku i miał bardzo ostrą dietę. O wyjeździe nie było mowy. Maria podjęła sie opieki nad chorym Tata, a ja z Małgosią pojechałyśmy do Zakopca.

Do kwietnia mieliśmy trochę spokoju, jeżeli spokojem można nazwać walenie głową w urzędniczy mur kwaterunku ( co to był kwaterunek zaraz sie wyjaśni).

My mieliśmy małe trzypokojowe mieszkanie, Ojciec mój miał dwa duże pokoje z kuchnią, a Andrzej mąż Małgosi miał kawalerkę.

Chcieliśmy zabrać Ojca do nas bo był juz bardzo stary i chory i nie mógł mieszkać sam. Do mieszkania Ojca przeniosłaby się Małgosia z mężem, a kawalerkę Andrzeja wzięłaby Maria. Proste? Proste i w dodatku w rodzinie. Miał to tylko zatwierdzić i wydać zgodę Urząd Kwaterunkowy i to była ta ściana!

Pytali nas kto, komu i ile zapłacił, bo bez pieniędzy to nie jest możliwe załatwienie tego nawet w rodzinie!! Niedwuznacznie dopominali się o łapówkę, ale my nie mieliśmy pieniędzy. Jak zwykle wtedy żyło sie od pierwszego do pierwszego.

Któregoś dnia przy kolacji padło nazwisko szefa stołecznego kwaterunku do, którego miałam zamiar iść z tą sprawą. Nazwisko było nie tuzinkowe i nagle mąż zaskoczył " Jeżeli to jest to nazwisko, to ja kilka lat temu operowałem jego dziecko. Operacja była trudna, ale dziecko wyszło na własnych nogach do domu."

No to nie ja poszłam do kierownika tylko mąż, i kiedy wszedł do gabinetu tego "wszechmocnego", ten zerwał się od biurka i padł mężowi w ramiona. " Czym sie mogę panu doktorowi odwdzięczyć?" Mąż przedstawił sprawę, która została pozytywnie załatwiona w 10 minut !!!

Kamienie spadły nam z serc. Tak sie załatwiało sprawy w PRL.

c.d.n

03:38, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 15 lipca 2013

 Juliczka

Wieczorna burza posadziła mnie w fotelu. Mnie, ktorej dni wypełnione bywają krzątaniną oraz wbieganem i wybieganiem, jak mawia Łukasz, po sprawach.
Ciemne chmury wymusiły zapalenie lampy. Sięgnęłam po kopertę dostarczoną mi przez pana listonosza, przesyłkę od Ewy Marii. Powoli przeglądałam "Antologię wierszy współczesnych".
/.../ Dla mnie, jako dla niepoprawnego personalisty, źródłem niegasnącej radości było - przy budowaniu tej książki - zaczynać od osób i miejsc - od konkretnych, osobnych poetów, którzy "byli w środku". Którzy byli w Kutnie na Festiwalu "Złoty środek poezji" - pisze we wstępie Artur Fryz. Odwraca słynną maksymę Goethego "Kto chce poznać poetę powinien udać się do jego kraju" na - "Kto chce poznać kraj - powinien poznać jego poetów".
Zatrzymuję się przy wierszu Krzysztofa Kuczkowskiego, poety, założyciela i szefa dwumiesięcznika literackiego Topos, organizatora festiwali poezji w Sopocie.


 

DO EWY W TOURS NAD LOARĄ
 
oddalają się adresy przybliżają ludzie
nieważne wielką liczbę zostawmy w spokoju
chodzi o ja spotykające ty
o to że dla ciebie jestem w kojącym
chłodzie pod sklepieniem katedry Saint Gatien
i na tarasie w Saint Cyr w energetycznym powiewie
wiatru w którym unosi się zapach ziemniaków
pieczonych w grubej soli i aromat schłodzonego rose
dla ciebie wypełniam swoim wyniszczonym ciałem
powiaty landy i departamenty przekraczam granice
państw i ludzkich możliwości śmiejesz się że to niemożliwe
ależ tak tak i pomyśl takie cuda czyni miłość
stworzenia do stworzenia a tamta większa
czy tęsknisz za nią jak ja
...
 
Podnoszę głowę znad książki, błyskawica pokazała fioletem bukiecik groszku w śmiesznym wazoniku. Wiem, że stoi na stole, pachnie. Ukośne strugi deszczu na balkonie, zagrzmiało pierwszy czy kolejny raz, nie słyszałam, chłodna herbata (kiedy zdążyła wystygnąć?) smakuje cierpkim winem - sztuka czarowania poezji.
Ewo Mario - dziękuję.


Zdjęcie - moja własność

02:28, wloszczyzna79
Link Komentarze (4) »
piątek, 12 lipca 2013

 Wlosz.czy.zna

Lato to u mnie w kuchni okres prostych, zimnych i szybkich do przygotowania potraw, mam ich sporo a tym razem sałatki na bazie kartofli

Sałatka letnia 1
ugotowane kartofle, najlepiej młode, kroję w plastry i układam na talerzu, na to rozkładam kawałeczki ugotowanej ryby i pokrojone pomidory; wszystko posypuję posiekana natka pietruszki, sole i polewam lekko oliwą z oliwek, ale nie koniecznie.



Sałatka letnia 2
ugotowane kartofle, najlepiej młode, kroję w plastry i układam na talerzu, na to rozkładam pokrojona w kawałki ugotowana fasolkę szparagowa, pokrojony w kostkę ser typu feta, pomidory i szynkę; sole i polewam lekko oliwą z oliwek.

zdjecia wlasnosc wlosz.czy.zna

 Ciotuchna

U nas lato nie jest tak zjadliwe jak w Wloszech, ale trafiaja sie cale tygodnie upalow. Oprocz chlodnikow robie jeszcze ryz gotowany na mleku, studze go i dodaje pokrojone rozne owoce, posypuje cukrem, albo polewam smietana z cukrem. Teraz kiedy nie moge jesc zadnych surowizn, przed koncem gotowania ryzu dodaje owoce, studze i smietana lub cukier.

 

09:42, kanadyjka82
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2
Tagi