Rozmowy wśród przyjaciół
czwartek, 29 czerwca 2017

jb     Jul

     Zapanowało na tyle kapryśne lato, że - gdzie tylko się da - szukam pogody i uśmiechu. - Miałam sześć lat i poszłyśmy z mamą zwiedzać groby wielkanocne. W kościele wśród paprotek leży na zielono podświetlona figura Pana Jezusa, jakaś babcia klęczy i chlipie. Po cichu podchodzimy do tej gipsowej postaci naturalnej wielkości, a nagle ja na cały kościół wrzeszczę: 'Tu nie ma co stać, tu trzeba pogotowie wzywać!' - opowiedziała kiedyś w Wysokich obcasach Katarzyna Lengren. Tu nie ma co stać, tu trzeba w deszczu tańczyć! Przyglądam się "Rozmowom przy stole" autorstwa Jerzego Bralczyka, Katarzyny Lengren i Jacka Wasilewskiego.

jb

     Dostawiłabym do książek o jedzeniu, które już mam, czasami zajrzała. Jako "zamiast", bo więcej o potrawach mogę czytać, niż się nimi - z dietą "lilak" (bez cukru, bez fruktozy, bez glutenu, bez, bez, bez...) - delektować. Książki kucharskie w ostatnich dwóch przeprowadzkach przepadły, musiałam dokonać wyboru i ścieśnić bibliotekę. "Piąty smak" Łukasza Modelskiego i "Przez kuchnię i od frontu" Miry Michałowskiej zabrałam, cenię opowieści i rytuały jedzeniowe. Jedzenie smakuje lepiej, chwilę obejmuje we władanie szczególne znaczenie.  Nabiera jakości, zapisuje się w pamięci jako prowadząca do czegoś ważnego, a nie tylko zaspokojenia głodu.

jb

     I choć w literaturze niewiele jest przykładów na to, co bohaterowie jedli, gdy kochali, porzucali, przyjeżdżali, odchodzili, rozważali, płakali, to staram się wyczytać menu. Co okazuje się trudne lub wręcz niemożliwe. Trafiam na wyszczególnienie motywów i tematów twórczości tego czy tamtego autora, znajduję obyczaje, miłość, morderstwo, zemstę, sprawiedliwość, władzę, narkotyki, strach, karę, ideały, szczęście, tajemnicę, cierpienie, nawet głupotę i wiatr, jest calvadosu cierpki smak - jedzenie milczy, nie ma. Lub pojawia się nader rzadko, wyjątek potwierdza regułę. O rurkach z kremem u Hrabala już pisałam, "Cebulę" Wisławy Szymborskiej każdy zna, jada się w "Smacznym życiu Charlotte Lavigne" Natalie Roy, instrumentalnie pije się w "Na wspak" Joris-Karla Huysmansa, , wybija takt kością indyka w "Straszykoniu w różanych sidłach" Friedricha Josefa Franza Rittera von Herzmanovsky-Orlando, uff, jedzenie pojawia się na kartach "Mapy i terytorium" Michela Houellebecq'a. 

jb Wbrew nastawieniu, podarowana mi przez Katarzynę "Autobiografia Alicji B. Toklas" pióra Getrudy Stein, przepisów ani doniesień o potrawach nie zawiera. Prowadzi za to przez galerię portretów Paryża z początku ubiegłego wieku, przez samo miasto, przez ludzi, relacje z rozmów, sprawy i zdarzenia. Gertruda czasami przyznawała się, że nie ma pojęcia o gotowaniu. - Ale krytykować potrawy potrafię - mawiała. - Krytykować nie jest trudno. W końcu Alicja nie umie pisać, a moje utwory ocenić umie i doskonale poddaje je krytyce. Alicja rzeczywiście poddawała utwory Gertrudy krytyce, ale entuzjastycznej. Kierowała się żelazną zasadą Ernesta Hemingwaya, według której artyście niepotrzebna jest krytyka ujemna, należy go zawsze chwalić. Pochwały dodają mu skrzydeł, nagany spychają na dno piekieł. Smaczna gawęda.

     jb Jak wszystkie równie smaczne rozmowy w "Piątym smaku" pełnym ciekawych przepisów na uciechy stołu. Wybrałam Gyutataki: 500 g wołowiny lub rostbefu, 150 ml sosu sojowego, 2 łyżki miodu, kilka ząbków czosnku, czarny pieprz, kilka gałązek kolendry. Wołowinę oczyść, przypraw świeżo zmielonym pieprzem, obsmaż krótko na patelni grillowej. Zmieszaj sos sojowy z miodem w pokrojonym w plasterki czosnkiem. Włóż mięso do marynaty i odstaw na godzinę do lodówki. Gyu podawaj pokrojone w cieniutkie plasterki z drobno posiekaną świeżą kolendrą. To moje signature dish - danie, które o mnie opowiada, sumuje ładnie Grzegorz Łapanowski.

     Przy stole, obok Ziny, siedział jego kolega służbowy, nauczyciel francuskiego, Tremblant. Przed Pustiakowem postawiono talerz z zupą. Wziął lewą ręką łyżkę, ale przypomniawszy sobie, że lewą ręką nie wypada jeść w przyzwoitym towarzystwie, wymówił się, że już jadł obiad i że mu się jeść nie chce. — Ja już jadłem… Merci… —wybełkotał —Byłem z wizytą u wuja Jelejewa i ten mnie namówił… tego… zjeść obiad. Duszę Pustiakowa ogarnął smutek żałosny i wściekły gniew: od zupy rozchodził się ponętny zapach, a nad jesiotrem unosiła się niezwykle apetyczna para.

Antoni Czechow, "Order" i fragment, który w niedosycie pięknie o Mistrzu opowiada.

Andrey Tarkovsky

          Fot. Andrei Tarkovsky

     Dlaczego omijam "W podróży" Sandora Marai i jego kunszt deziluzji przenikliwych opisów Paryża, Londynu, Wenecji? Nie wiem. Bo wolę wierzyć w zachwyt kolorytem wrażeń, zmysłów, urody i zapachów? Być może, to o mnie opowiada. Poczytam do poduszki "Kubusia Fatalistę i jego pana" Diderota, dzisiaj przyniosłam, to też o mnie opowiada. "Napisane jest na górze, że póki Kubuś będzie żył, póki jego pan będzie żył, a nawet skoro obaj pomrą, jeszcze będzie się mówiło "Kubuś i jego pan".

 

    

 

 

 

czwartek, 22 czerwca 2017

jb     Jul

Zabicie czasu, Łukasz Jarosz.

Na szczęście nieraz zapominam, że jestem.
Na szczęście
jest ktoś, kto nie wierzy w moje wiersze.
Pojedyncze,
wielokrotne, wśród innych.
Pojedynczy, zwielokrotniony, sam, z
innymi czy też
w nie wierzę? Rozrzedzam się, jednoczę nad
ziemią,
w piasku ostrym jak szkło. Wieczorem czytam,
fale
wiatru nużą. Domem jak łodzią, pokojem
jak kajutą oddalam się
od brzegu, gdzie ludzie
żegnają się, kochają, kłócą i
krzyczą.

*

M Waldbauer

           Fot. Martin Waldbauer

     Rozumiem psy, wiem, co mówią, mogę o nich pisać. Gdy Ewa opowiada o Paniczu, co nocą w stajni skobel otwiera i pozostałym koniom-współbratymcom kantary zdejmuje, to widzę go wyraźnie. Pogwizduje szelmowsko. W myśl zasady: "Akceptuj ludzi takimi, jacy są albo odejdź, nie próbuj ich zmieniać, bo zwykle jest na to za późno" - potrafię poruszać się po zbiorowości dorosłych, obserwować, unikać, podchodzić bliżej, omijać. Dzieci - nie umiem. Czy są kimś innym, niż my, dorośli?

moje

          Halina Wiktor, Tajemnica starego lasu, ilustr. Barbara Kiedrowska

     Wszystkie dzieci - oprócz tego jednego - dorastają. Szybko dowiadują się, że kiedyś dorosną, a Wendy dowiedziała się o tym tak: pewnego dnia, gdy miała dwa lata, bawiła się w ogrodzie, zerwała kolejny kwiatek i pobiegła z nim do mamy. Przypuszczam, że wyglądała zachwycająco, bo pani Darling położyła rękę na sercu i wykrzyknęła:  - Och, dlaczego nie możesz taka pozostać na zawsze? To było wszystko, co sobie na ten temat powiedziały, ale od tego czasu  Wendy wiedziała, że musi dorosnąć. Jak się ma dwa lata, to się wie. Dwa lata to początek końca.

J.M. Barry, "Piotruś Pan i Wendy:, Przeł. Michał Rusinek, ZNAK emotikon.

moje

     Do tych pięknych dodałam książki wychowawcze, przestudiowałam, zeszło mi na tym z pięć tygodni. Przepadłam dla świata i ludzi. I stoję w miejscu. Kreślę postać dziecka, raz chłopca, raz - dziewczynki, a kontury wciąż zamazane, niebieskie nakłada się na różowe, małe na duże, głośne na ciche. Bo dzieci, jak wszystko, co nas otacza, zmieniają się. Obserwowane przeze mnie Julki, Stasie, Szymony, Oliwki w niczym nie przypominają znanych mi dzieci sprzed lat. Dawnych aniołków noszących wykrochmalone białe spodenki i wypolerowane na glans skórzane buciki. Obłożyłam się zatem literaturą fachową, by z jej kart zaczerpnąć wiedzę, jakie są współczesne dzieci, jakie być powinny. Czego się od nich oczekuje. Czytam o zajęciach, które pomagają w kształtowaniu odwagi i pewności siebie. Na początek - zgniatacz strachów, czyli obrotowa maszyna, która ściera na miazgę wszystkie strachy. Ale najpierw należy sporządzić karty zdolności: fizycznych, artystycznych, społecznych, szkolnych, sportowych, dramatycznych, muzycznych, przyrodniczych, szczególnych, związanych z pracą w domu (wycieranie do połysku, odkurzanie, sprzątanie) oraz z ciałem. Zręcznie łapie, jest giętki, nieustraszony, kaligrafuje, tka, uprzejmy, nie poddaje się, zjada do końca, maluje, szybko myśli, umie przegrywać, umie wygrywać, kolekcjonuje, trafia rzutkami do celu, liczy na siebie, działa z motywacją, ładnie się przedstawia, ciekawie opowiada, pisze sztuki teatralne, tworzy dekoracje sceniczne... A przede wszystkim nie boi się, bo strach jest uczuciem o wielkiej mocy i może zniszczyć pewność siebie uważają autorki 365 zabaw i gier. "Zgniatacz strachów" daje dziecku siłę do zniszczenia lęków i w efekcie pokazuje mu, jak wykorzystać swoje wrodzone zdolności i talenty, by być odważnym. Wystarczy poprosić dziecko, by wyjawiło nam męczące go strachy, zapisać je na krakersach. Na wałek do ciasta nawinąć i przykleić zadrukowane pozytywnymi przymiotami karty zdolności. Teraz położyć na stole krakersy i wytłumaczyć dziecku, że każda z cech zapisanych na zgniataczu strachów jest daleko silniejsza, niż sam strach i jeżeli zmobilizuje się je wszystkie i obmyśli odpowiednią strategię działania, z pewnością zwycięży. Zaczyna się zabawa: dziecko wypowiada na głos cechy, które zwalczą strach i z całej siły zgniata wałkiem krakersy. Okruszki zdmuchuje ze stołu, są niczym innym, jak pyłkiem na wietrze, strach pokonany. Acha.

moje

     Postanowiłam się ukształtować i wypróbować na sobie zgniatacz strachów. Z braku wałka kartę zdolności (grzecznie mówi "dzień dobry", "do widzenia" i "nie mam grosika", jedyne, co przyszło mi do głowy) nawinęłam na butelkę po winie, zgniatałam, dmuchałam. Nabałaganiłam, trzy dni sprzątania (plus na karcie zdolności) i nic się nie zmieniło: tak samo boję się zimna, zadymki i wszelkich zadym oraz dzwonka telefonu. Wspinania się na wysoką górę, nisko latających wielkich samolotów, dużych statków nawet, jeśli stoją w porcie. Wielu rzeczy, ale dzwonka telefonu najbardziej. To pozwala mi przetrwać, nie spaść ze stuletniego dębu na twarz, bo tam nie wchodzę. Działa instynkt samozachowawczy.

S Kubrick

                             Fot. Stanley Kubrick

     Wraz z powszednimi strachami nękającymi i innych ludzi, z których 40 procent najbardziej boi się przemawiać publicznie, 32 procent boi się przestrzeni, czyli miejsc otwartych i stromych, 22 procent lęka się owadów, kłopotów finansowych i głębokiej wody, 19 procent boi się choroby i śmierci, 18 procent drży przed podróżą samolotem, 14 procent lęka się samotności, 11 procent boi się psów, 9 procent czuje obawę przed kierowaniem lub jazdą samochodem, 8 procent boi się ciemności, tyleż obawia się jazdy windą. Zadziwia dalekie miejsce obawy przed samotnością. Ktoś to kiedyś zbadał, a odpowiedzi świadczą o tym, iż lęk przed pospolitymi rzeczami jest tak rozpowszechniony, że trzeba go uważać za zjawisko normalne. I nie zgniatać, a oswoić.

hannah

     Pisarz Leo Buscaglia powiedział: "Ci, którym się wydaje, że wiedzą wszystko, nie mają możliwości przekonania się, że tak nie jest". Studia zatem nad postacią dziecka prowadzę nadal. w niedzielę mam zamiar przeprowadzić badania empiryczne. Zbieranie rozproszonych informacji jest przecież podstawą rozwoju intelektualnego. Kto zna "Bajkę na końcu świata" Macieja Podolca, ten wie.

 

Tagi