Rozmowy wśród przyjaciół
niedziela, 29 czerwca 2014

pharlap  Pharlap

- A to nam zabili Ferdynanda - rzekła posługaczka do pana Szwejka, który opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez lekarską komisję wojskową uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.
- Którego Ferdynanda, pani Mullerowo? - zapytał Szwejk - ja znam dwóch Ferdynandów: jeden jest posługaczem u drogisty Pruszy i przez pomyłkę wypił tam razu pewnego jakies smarowanie na porost włosów, a potem znam jeszcze Ferdynanda Kokoszkę, tego co zbiera psie gówienka. Obu nie ma co żałować.
- Ależ, prosze pana, pana arcyksięcia Fernanda, tego z Konopisztu, tego tłustego, pobożnego.
- Jezus Maria - zawołał Szwejk - A to dobre! A gdzie też to się panu arcyksięciu przytrafiło?
- Kropnęli go w Sarajewie, proszę pana, z rewolweru, wie pan....

Jarosław Haszek - Przygody dobrego wojaka Szwejka.

Wczoraj minęła setna rocznica powyższego wydarzenia, które zapoczątkowało I Wojnę Światową - KLIK.

W piątek usłyszałem w radio wywiad z Margaret MacMillan, Kanadyjką, autorką bardzo cenionej książki - The war that ended peace - KLIK. Nagranie wywiadu tutaj - KLIK.

Szczególnie zainteresowała mnie opinia autorki na temat powodów wybuchu wojny. Europa miała za sobą prawie 100 lat pokoju - od Kongresu Wiedeńskiego w 1815 roku. Jednak pod pokrywą tego pokoju gotowały się nacjonalistyczne tarcia i wielkie ambicje. W 1914 roku powszechna była opinia, że aby te napięcia rozładować konieczna jest wojna. To miała być krótka i decydująca wojna, żeby żołnierze wrócili na Boże Narodzenie do domów. Wojna, która miała być końcem wszystkich wojen.
Gdy zaś politycy mają przeświadczenie, że coś jest nieuniknione, wówczas zaczynają działać w stosowny sposób i przewidywania stają się faktem. Faktem, który przerósł wszelkie przewidywania.

A jakie były przewidywania dobrego wojaka Szwejka?
- W Sarajewie w całej tej sprawie maczali palce Serbowie - nawiązywał wywiadowca Bretschneider.
- Myli się pan - odpowiedzial Szwejk - to zrobili Turcy przez tę Bośnię i Hercegowinę. Turcy przegrali wojnę w 1912 z Serbią, Bułgarią i Grecją. Chcieli, żeby Austria ich poratowała, a gdy Austria nie chciała, zastrzelili Ferdynanda...
- Myślisz pan może, że najjaśniejszy pan puści to płazem? Nie znasz go pan w takim razie. Wojna z Turkami musi być. Serbia i Rosja pomogą nam (Austrii) w tej wojnie...
- Może się zdarzyć, że w razie wojny z Turcją napadną na nas Niemcy, bo Niemcy i Turcy trzymają z sobą. To takie dranie, że drugich takich nie ma na świecie. Ale możemy się sprzymierzyć z Francją, która od roku siedemdziesiątego pierwszego krzywo patrzy na Niemca. I damy sobie radę.

Przewidywania dobrego wojaka Szwejka okazały się równie trafne jak przewidywania mężów stanu.

Autorka zatytułowała swą książkę - Wojna, która zakończyła pokój. Według Margaret MacMillan Traktat Wersalski był zarzewiem konfliktów, które spowodowały wiele tragedii XX wieku i gnębią nas do dzisiaj - na przykład upadek Cesarstwa Ottomańskiego i, ustanowiony przez Anglików, nowy porządek na Bliskim Wschodzie zakończył okres pokojowego współżycia Żydów i Palestyńczyków oraz różnych grup wyznaniowych i etnicznych na terenie obecnego Iraku.

W krajach anglosaskich I Wojna Światowa nazywana jest Wielką Wojną. W Australii w wielu miasteczkach znajdują się pomniki upamietniające mieszkańców, którzy stracili zycie na europejskich frontach. 100-lecie jej wybuchu będzie celebrowane bardzo poważnie - KLIK.

Dla Polski ta wojna nie zapowiadała niczego dobrego. Polacy zostali wciągnięci do walczących przeciwko sobie armii. A jednak stało się coś niemożliwego - nasi zaborcy, którzy walczyli przeciwko sobie, wszyscy jednocześnie przegrali.

08:19, pharlap
Link Komentarze (7) »
sobota, 28 czerwca 2014

   Ciotuchna

 
Pisanie listow sie do mnie "przykleilo" od mlodosci.
Po maturze moj ówczesny narzeczony, a teraz maz, zdawal egzaminy na Wydzial Medyczny Uniwersytetu Warszawskiego ( Akademie Medyczne jeszcze wtedy nie istnialy), ale dostal sie na Wydzial Medyczny Uniwersytetu Wroclawskiego. Wyjechal do Wroclawia i tam studiowal trzy lata. Pisalismy do siebie listy - telefonow wtedy prawie nie bylo. Przeniosl sie do Warszawy po trzecim roku studiow, a wtedy ja wyjechalam do Lodzi na dalsze studia psychologiczne. Korespondencja "kwitla" miedzy nami. Jeszcze jak bylam w Warszawie to listonosz spotykal mnie na ulicy i wolal niech pani szybko idzie do domu bo do skrzynki wrzucilem list z Wroclawia. Po slubie polaczylismy moje listy do narzeczonego i jego listy do mnie. Uzbierala sie spora paczka, bo tych listow jest prawie...500 ! Leza w kartonie, przewiazane wstazka i czekaja kto je ponownie przeczyta.
W czasie malzenstwa maz wyjezdzal kilka razy na dluzsze pobyty zagranice, na rok, na trzy kwartaly, na cztery miesiace. Na staze, kontrakty, szkolenia i znow korespondencja krazyla miedzy nami i uzbierala sie nastepna spora paczka.Wreszcie oboje wyjechalismy na trzy lata do Libii i korespondowalismy z corkami, ktore zostaly w Warszawie. To byla trudna korespondencja. Poczta w Libii praktycznie nie istniala. Dam taki przyklad - oczekiwalismy przylotu corki z dwuletnia wnuczka, w oznaczonym dniu nie przyleciala- nie wiedzielismy co sie stalo nie moglismy sie niczego dowiedziec, szalelismy z niepokoju. Po pieciu dniach przyszla DEPESZA, ze corka nie dostala wizy libijskiej.
Listy do Polski podawalo sie przez okazje, zabierali je ludzie obcy jadacy na urlop, lub w odwiedziny do rodzin. Ta droga przychodzily odpowiedzi na nasze listy. Znalismy adresy i telefony rodzin Polakow pracujacych w Trypolisie. Przed powrotem z Kraju do Libii dzwonilo sie do tych rodzin i zawiadamialo kiedy leci sie spowrotem. Czesto ludzie przychodzili na lotnisko i wreczali cale pakiety korespondencji.
Wrocilismy z Libii z mocnym postanowieniem, ze juz zadnej pracy zagranica nie bedzie, zadnych listow i zadnej korespondencji. Zapomnielismy, ze prawie od roku nasza corka juz mieszka la we Florencji. Czesciej telefonowalismy do siebie niz pisalismy listy ale.... minelo poltora roku i druga corka z cala rodzina wyjechala na stale do Kanady. Rozmontowalismy Rodzine ! Nie bede tu pisac o naszych przezyciach z tym zwiazanych.
Teraz znow kwitla korespondencja, bo telefon do Kanady to byla loteria. Polacza, albo nie i nie wiadomo o ktorej godzinie, a listy chodzily dosc dobrze. Mam je wszystkie, ktore dostawalismy od obu corek, a z czasem i od wnuczek. Teraz Kanadyjka chce dostac listy z poczatku pobytu na emigracji, zeby przypomniec sobie jak to bylo i jak sie zaczynalo nowe zycie.
W latach dziewiecdziesiatych ubieglego wieku dostalam pierwszy, stary laptop, ktory robil rozne kawaly, ale listy - emile mozna bylo na nim wysylac. A to juz zupelnie inny rodzaj korespondencji niz na papierze. Tu mozna napisac dwa zdania i wyslac, a na papierze trzeba napisac dlugi list. Najpierw go przemyslec, zanotowac punkty, usiasc miec blok papieru i cos do pisania, skonstruowac taki list, zeby mial poczatek i koniec, a nie byle co i byle jak. Jak sie robi taki "rozmach", adresuje sie koperte, przykleja sie znaczki i idzie sie do skrzynki, zeby ten list wrzucic - to jest juz cala operacja logistyczna... a do laptopa, czy komputera podchodzi sie i nawet na stojaco mozna cos napisac, bo wlasnie przyszlo nam to na mysl i klik i juz wyslane - poszedl list, no moze nie list a wiadomosc.
Czy to zubozyło nasza epistolografie? moze tak, a moze nie?
Mnie to bardzo ulatwilo zycie, a dla mnie to wazne.
05:00, kanadyjka82
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 czerwca 2014

pharlap  Pharlap

Kilka dni temu, przypadkiem, wpadła mi w ręce ta książeczka...

DogLover

Moją uwagę zwróciło przede wszystkim nazwisko osoby, która skompilowała ten tom. Jeff Kennett to były premier naszego stanu Wiktoria, mocno kontrowersyjna, ale również barwna postać. Literatura i sztuka nie były jego mocną stroną więc dość sceptycznie przerzucałem kartki książki. Zawodowy recenzent nie zostawił na książce suchej nitki - KLIK. Mnie jednak bardzo spodobał się otwierający książkę wiersz...

Na początku

Autor nieznany.

Podaję tylko oryginalny tekst angielski a to ze względu na to, że istotne znaczenie ma zawarty w ostatniej zwrotce semordnilap - słowo, które czytane od końca jest innym słowem.
Nie udało mi się dokonać satysfakcjonującego tłumaczenia tego wiersza więc to niesatysfakcjonujące umieszczam w komentarzu. Zapraszam czytelników do dalszych prób.

01:03, pharlap
Link Komentarze (7) »
piątek, 20 czerwca 2014

 

     Juliczka

      Ogólne zalecenia dietetyków koncentrują się wokół racjonalnego urozmaicenia naszego jadłospisu, zaś dobry letni czas - wokół warzyw i owoców.

Gwarantują dostarczenie organizmowi całego bogactwa składników odżywczych, witamin i soli mineralnych, gdyż każda roślina ma przypisaną przez przyrodę różne, niejako "osobiste" zalety.

racjonalnystylzycia.wordpress  

     O powodzeniu warzyw w stosowanym menu decydują walory smakowe, ale i tradycja, konserwatywne upodobania. Jak wobec tego wytłumaczyć, że z naszych stołów zniknął jarmuż? Albo w ogóle nie gościł. Sama pamiętam go tylko jako dekorację lad chłodniczych w restauracjach lub skrawki ozdobnych liści przy smutnej sałatce, śledziku i galaretce z nóżek. A jest warzywem bardzo starym, znanym już w antycznej Grecji i Rzymie, bogatym w witaminy i sole mineralne.

     Jarmuż, podobnie jak inne kapustne wywodzące się od dzikich kapust z rejonu Morza Śródziemnego, wszedł do uprawy bardzo wcześnie. Przeniesiony z Rzymu na północ znany był w XIII wieku we Francji, a prawdopodobnie i u nas - w przyklasztornych warzywnikach. Bezsporną zaletą jarmużu są jego wartości odżywcze i niskokaloryczność/ 100g to tylko 71kcal/. Zawiera witaminę A, witaminy z grupy B, rzadko spotykaną naturalną witaminę E oraz witaminy K i PP. Nawet po przemrożeniu, a zbierać go można od listopada do wiosny, świetnie przechowuje się pod śniegiem, kiedy zawartość witaminy C w liściach spada, jest jej dwukrotnie więcej niż w cytrynie. Bogaty w sole mineralne ma wapnia dwa razy więcej niż mleko i jest to w dodatku wapń przyswajalny - w odróżnieniu od szpinaku, w którym zawartość kwasu szczawiowego utrudnia przyswajane wapnia. Zawiera dużo sodu i potasu w idealnej proporcji dla pompy potasowo-sodowej, magnez, żelazo, fosfor oraz jedną z największych /po szpinaku/ ilość jodu.

facet.interia.pl

     Kupuje się całe krzaki jarmużu odcięte z łodygą pod najniższym liście. Jeśli się kupuje, jeśli się na niego natrafi, bo wcale niełatwo. Krzaczki powinny być zdrowe, jędrne, nie nadgniłe, na co narażone są głównie liście dolne. Dlatego bywają odłamywane, co przyspiesza więdniecie krzaczka. Jutro wybieram się na ryneczek na rekonesans. U FiKa na blogu Facet i kuchnia, pretendującego do tytułu kulinarnego bloga roku, mignął mi przepis na dorsza krótko smażonego na patelni wyłożonej papierem, serwowanego z dodatkiem jarmużu, szparagów i cukrowego groszku. Mniam. Ostatni dzwonek na szparagi i cukrowy groszek. Albo już po ptakach. To nic, będzie jarmuż ze szpinakiem albo brokułem.

     Można zrobić surówkę z młodych liści dodając ogórek małosolny i winegret, przyrządzać podobnie jak szpinak, używać go na zupę - może w kombinacji z kaszą jaglaną, do zapiekania, duszenia, na kotleciki, budyń... Duszony z innymi warzywami: burakiem, marchwią i cebulą. Z jajem. Z omletem. Z kiełbaskami i boczkiem, jak kto może. Ugotowany na pół miękko, wymieszany z tartym jabłkiem, gałką muszkatołową, przełożony do naczynia żaroodpornego na warstwę ugotowanej kaszy i przykryty kaszą z wiórkami masła. Zapieczony, podawany z sosem koperkowym. Ale zrobiło się wesoło. To może jeszcze koktajl z jarmużu, na pewno rano nieźle stawia na nogi, lepiej od kawy. 

 

Tagi: jarmuż
00:55, julitczka
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 16 czerwca 2014

 

     Juliczka

 

     Po wielkich porządkach przychodzi wielkie szukanie: było, stało, to tutaj leżało, a nie leży, gdzie leży, czemu leży tam, a nie tutaj. Przestawiłam, zmieniłam według wówczas znanego sobie klucza. Dobrą stroną szukania jest znajdowanie zupełnie nie tego, czego szukałam. O! - Wespazjan Kochowski "Dzieło Boskie albo Pieśni Wiednia wybawionego i inszych transakcyjej wojny tureckiej w roku 1683 szczęśliwie rozpoczętej" wydane przez Ossolineum, co za papier! Czy czytałam książkę, czy ją w ogóle otwierałam, nie sądzę. Czeka wraz z innymi na czas mojego fotelowego czytania, a nie kuchennego, spacerowego. Przyrzekłam dzielnemu Wespezjanowi z Kochowa, herbu Nieczuja, rycerzowi i poecie, że do niego zajrzę. Kiedyś.

moje  

           Hel/ dawn.Hela/, musicie uwierzyć mi na słowo.

     Do fotelowego stosiku dodaję "Satyry" Ignacego Krasickiego. wydanie ilustrowane przez Jana Marcina Szancera. Chwila zastanawiam się, a może są na teraz, może nic nie straciły na aktualności, celności obserwacji... Jak ta Do króla:

   Im wyżej, tym widoczniej, chwale lub naganie

Podpadają królowie, najjaśniejszy panie!

Satyra prawdę mówi, względów się wyrzeka,

Wielbi urząd, czci króla, lecz sądzi człowieka.

Nie moje to jest zdanie, lecz przez rozum bystry,

Dawno tak osądziły przezorne ministry;

Wiedzą oni ( a czegoż ministry nie wiedzą?)

Przy sterze ustawicznie, gdy pracując, siedzą,

Dociekli, na czym sekret zawisł panujących.

/.../

     A Świat zepsuty: "Godzi się kraść ojczyznę, łatwą i powolną,/ A mnie sarkać na takie bezprawie nie wolno?" Złość ukryta i jawna: "Łatwiej nie łgać poetom, ministrom nie zwodzić,/ Łatwiej głupiego przeprzeć, wodę z ogniem zgodzić/ Niż zrachować filuty/.../"? Wreszcie Przestroga młodemu: "Miej Janie ostrożność/ Wychodzisz na świat/ Zewsząd cię zbójcy, zdrajcy, filuty opadną;/ Zewsząd łowcy przebiegli, kształtną biorąc postać,/ Będą czuwać, jakby cię w sidła swoje dostać" ? Jeśli satyry nadal są aktualne, to dlaczego są, dlaczego to nie stoi tam, gdzie stać powinno, nie leży, gdzie leży... Ktoś przysłał SMSa do "Szkła kontaktowego" - Wszyscy podsłuchują, a robić nie ma komu. Może tu tkwi klucz!

moje

          ... i droga do Morskiego Oka, piękna nasza Polska cała.  

 

niedziela, 15 czerwca 2014

 

     Juliczka

 

     Zmienna aura nie zawsze pozwala na czytanie książki podczas spaceru. Ot, choćby dzisiaj, gdy wiatr zdejmował i zakładał mi kaptur kurtki, a przelotny deszcz rozkładał i składał parasol. Czytam więc teraz, w spokoju i chłodzie domowego wieczoru.

moje

     "Bajkami chińskimi dla wszystkich" Zbigniewa Królickiego zainteresowałam się z czystej ciekawości. Wiedzieć wszystkiego nie warto, król Salomon od tego zwariował, ale dużo, a przynajmniej więcej - na pewno tak. Dawno przyrzekłam sobie nie wiedzieć za dużo, to zakreśla granice poznania. Krótki przystanek, chwila zastanowienia nad sobą i światem jest daleko bardziej celowe, przeprowadza przez zakręty życia. Czy też prostuje jego koleiny. Z notki wydawcy dowiaduję się, że "nowe opowieści dziwnej treści", jak określa je autor, twórca polskiej metody Silvy, są przeznaczone dla tych, którzy cenią sobie spojrzenie w głąb siebie. O metodzie więcej nie wiem, opowieści polubiłam. Inspirowane są zarówno starożytną mądrością Dalekiego Wschodu, jak i historiami wziętymi z codzienności. Podnoszą na duchu i skłaniają do uśmiechu. Jak uczy bowiem Mencjusz, "nieszczęście wchodzi drzwiami, które zostawia mu się otwarte".

     Na dzisiejszy wieczór przy świecach wybrałam bajkę zatytułowaną Prawdziwa wartość.

     Uczniowie zwrócili się z prośbą do mistrza, by omówił problem poczucia własnej wartości. Bo czują mało dowartościowani, nic im się nie chce i wpadają w depresję. Ciągle słyszą, że do niczego się nie nadają, że nic im dobrze nie wychodzi, nic nie potrafią. Jak mają postępować, by wszyscy ich szanowali - zapytali. Szczególnie w zderzeniu z opinią mistrza, że są zdolni i mądrzy, że będą kimś. Zarzucili mistrzowi kłamstwo, bo życie wskazuje na coś zupełnie innego. 

     Mistrz nic nie mówił, słuchał i szukał czegoś po kieszeniach. W końcu wyciągnął portfel i wyjął z niego nowiutki banknot studolarowy. Na pytanie, kto chciałby go dostać podniosły się wszystkie ręce uczniów. Po kolei mistrz: zmiął banknot, zdeptał go, polał herbatą. Za każdym razem ręce żądnych banknotu podnosiły się. Mistrz zaapelował o zapamiętanie lekcji o tym, że nieważne co zrobił z banknotem, nie umniejszył jego wartości, nadal był wart 100 dolarów. Wiele razy jesteśmy powalani na ziemię, zmięci i rzuceni w błoto przez tych, którzy mają nad nami władzę. Czasami przez własne decyzje, które kiedyś podjęliśmy, i okoliczności, które potoczyły się w niezamierzony sposób. Niekiedy przez trudności, które stanęły nam na drodze. Czujemy się mniej wartościowi przed nagle zatrzaśniętymi drzwiami. Bo ktoś powiedział: "nie". To nie powinno mieć dla nas znaczenia. To nie zmienia naszej prawdziwej wartości. Wartość życia wynika z tego, kim jesteśmy, a nie kogo znamy, ile mamy majątku, jaki rodzaj pracy wykonujemy. Brudni czy czyści, zmięci czy w dobrej formie jesteśmy ciągle bezcenni dla tych, którzy nas kochają.

     "Jesteś do końca życia skazany na siebie. Zadbaj, abyś miał dobre towarzystwo" - uczy Zig Zigler.

z sieci

          fot. znaleziona w sieci

     Przyglądam się sobie - lekko zmięta - i nic a nic mnie to nie obchodzi. Dobranoc.

 

    

poniedziałek, 09 czerwca 2014

 

     Juliczka

 

     Nakładem Wydawnictwa Znak ukazała się właśnie książka Kaliny Błażejowskiej "Uparte serce. Biografia Poświatowskiej".

     Zapowiadana jako odsłona nieznanej twarzy poetki: zbuntowanej, ironicznej, dalekiej od sentymentalnego wizerunku. Wierzę, że książka równie dobitnie podkreśla potrzebę zmysłowego potwierdzenia swojego istnienia autorki pięknych wierszy wśród światła, kolorów, zapachów.

 

moje    

     Zostawiłam dziś miasto za sobą, genderowo zanurzyłam się w wielką zieleń. W Zielone Świątki. Zabrałam ze sobą rozdział Kaskaderów literatury, zaczytanych na śmierć, wszystkie kartki fruwają. Czytam wiersze Poświatowskiej, zrywam kwiatki koniczyny, plotę wianek. Nie zapomniałam.

Nie myślę.

 

moje     

 

***

 

jeśli zechcesz odejść ode mnie

nie zapominaj o uśmiechu

możesz zapomnieć kapelusza

rękawiczek notesu z ważnymi adresami

czegokolwiek wreszcie - po co musiałbyś wrócić

wracając niespodzianie zobaczysz mnie we łzach

i nie odejdziesz

 

jeśli zechcesz pozostać

nie zapominaj o uśmiechu

wolno ci nie pamiętać daty moich urodzin

ani miejsca naszego pierwszego pocałunku

ani powodu naszej pierwszej sprzeczki

jeśli jednak chcesz zostać

nie czyń tego z westchnieniem

ale z uśmiechem

 

zostań

    

piątek, 06 czerwca 2014

 

     Juliczka

 

     Książka Kiran Desai "Zadyma w dzikim sadzie" wybrała mnie, nie ja ją wybierałam.

     Nie żałuję. Z uśmiechem, strona po stronie wędruję przez zwariowany, poetycki świat pełen soczystych barw, egzotycznych zapachów i smaków. Kiran Desai, młoda indyjska pisarka, pisząca w języku angielskim i mieszkająca w Stanach Zjednoczonych, opowiada mi o miłości, wierze, rodzinie i pewnym młodym pustelniku oraz gromadzie uzależnionych od alkoholu małp.

"- Urzędnik pocztowy wspina się na drzewo - odczytał pan Ćawla zdumionej rodzinie jeszcze w tym samym tygodniu, kiedy historia dotarła już nawet do miejscowego ośrodka informacji i została uznana za godną uwagi. - Uciekając od swoich obowiązków w placówce pocztowej w Szabkocie, urzędnik, jak nam doniesiono, osiedlił się na wielkim drzewie guawy. Zgodnie z powszechną opinią jest on człowiekiem niezwykle uduchowionym, łączącym dziecięcą naiwność z niezgłębioną mądrością". To właśnie w tym momencie pan Ćawla doznał raptownego olśnienia. Mogą być bogaci!".

     Ojciec postanowił zbić majątek na dziwactwu syna ogłaszając go prorokiem. Popularność Sympatha rozsławiła spokojne dotąd miasteczko Shahkot, przyciągnęła tłumy ciekawskich, a także gromadę pijanych małp oraz tajemniczego szpiega.

Trzeba niezwykłej wyobraźni, talentu do opowiadania, doskonałego wyczucia stylu i nastrojów, by w ciekawy sposób namówić czytelnika do odczuwania tego, co odczuwać powinien. Zdobywczyni Booker Prize udaje się to znakomicie. "Zadyma w dzikim sadzie" uzyskała wiele pochwał od takich znakomitości, jak Salman Rushdie, autorka uzyskała też za nią Betty Trask Award. I ja chwalę książkę, sprawdza się też w lekturze na plaży. Co ciekawe, dołączyła do cytowanego kiedyś w Altanie wiersza Tao Yuanminga "Pijany pustelnik", chiński poeta również zrezygnował z kariery urzędniczej i osiedlił się w górach Lushan.

moje    

   Wiosenno-letnia aura, mimo kaprysów rodem z Bollywood: "Czasem słońce, czasem deszcz", i tak zachęca do nadmorskich spacerów z książką. Szkoda czasu na gotowanie. Wystarczy zupa szparagowa rachu ciachu - jaka to była baba? Powsinogi? "naprędce"? - w tym samym czasie bulgocą młode ziemniaki, koperek się kroi, kefir - jest!, sałata z ogórkiem wymieszana. Do tego świeżo "złowiona" od rybaka w plażowej, sopockiej budce pachnąca, wędzona makrela. I po obiedzie!

     

01:57, julitczka
Link Komentarze (8) »
wtorek, 03 czerwca 2014

     Juliczka

 

     Na pytanie, jak to się stało, że z twórczością Alice Munro zetknęłam się dopiero wraz z "Przyjaciółką z młodości", oryginalnie pochodzącą z 1990 roku, nie znam odpowiedzi. Podejrzewam, że nie jestem w tym osamotniona. Być może przy wyborze lektury omijałam krotką formę, jaką są opowiadania. Alice Munro uważana jest za mistrzynię tego gatunku. Na półce stoi u mnie, po wielokroć czytany, tomik "Opowiadań wybranych" Janusza Głowackiego, sam otwiera się na 56 stronie i tytule Kongo na Kubusia Puchatka. Nie udowodnię, jakie opowiadania próbowałam do tych Głowackiego porównać, choć jako - excusez le mot - ekonomistka, powinnam. Zetknęłam się z opinią, że na poznanie pisarskich dokonań noblistki Przyjaciółka z młodości nadaje się idealnie. I tego będę się trzymać.

moje

 

     Daję sobie czas na czytanie, tak działa i treść, i styl dziesięciu opowiadań kanadyjskiej pisarki. Niespiesznie poznaję bohaterów, ich życie, otoczenie, jak się ubierają. Dowiaduję się o ich losach, losach zwykłych ludzi, a że często są to kobiety - tym lepiej. Choć to Murray mówi w Jabłkach i pomarańczach: "Moje życie się zmieniło, nie będzie już takie jak dotąd, ale w ogóle nie rozumiem tego, co się stało". Bo zwykłe dni zwykłych ludzi zmieniają się, stają się opowieścią. Jak i oni sami, a najtrudniej jest dać sobie przyzwolenie na zwyczajność, być zwykłym człowiekiem. Rozgrywać swoje życie z nadzieją na przyszłość i spojrzeniem wstecz. Nie po to, by rozpamiętywać, to co było, a przeszłość określić. I żyć dalej. Warto grać, by życie nie stało się czczą gonitwą, nieustannym błądzeniem, rozwlekłą mową bez znaczenia. O tym jest ta książka, o tym jest Przyjaciółka z młodości. O niezwykłej codzienności. Przywoływałam już w Altanie słowa Antoniego Czechowa o inscenizacji Wiśniowego sadu: "Nie co dzień ludzie strzelają się, wieszają, składają sobie miłosne wyznania. Przeważnie jedzą, piją, włóczą się, plotą głupstwa. Niech na scenie wszystko będzie równie proste i równie zawiłe, jak w życiu". I książka jest równie prosta i równie zawiła. Jak życie.

moje

01:15, julitczka
Link Komentarze (5) »
Tagi