Rozmowy wśród przyjaciół
czwartek, 27 kwietnia 2017

jb     Jul

Szyny, Tomas Transtromer, przełożył Czesław Miłosz

Druga w nocy, księżyc. Pociąg przystanął
pośrodku równiny. Daleko światełka miasta
mrugają, zimne, na horyzoncie.

Jak kiedyś ktoś zabrnie tak daleko w sen,
że, wróciwszy do pokoju,
już nigdy sobie nie przypomni, że był tam.

I jak kiedyś ktoś tak pogrąży się w chorobę,
że dni dawniej przeżyte są jak rój światełek
zimnych, wątłych, na horyzoncie.

Pociąg stoi zupełnie nieruchomo.
Druga. Pełnia księżyca, parę gwiazd

*

jb

     Katarzyna zajęła "miejsce przy oknie", tak jest napisane na bilecie uprawniającym nas do przejazdu pociągiem. Spragniona krajobrazu wpatruję się w kawałek blachy i - prowadząc typową podróżną rozmowę - przekonuję: - Według teorii „efektu motyla” – tak. Butterfly effect wymyślił Edward Lorenz, amerykański meteorolog i matematyk. To on doszedł do wniosku, że trzepot motyla gdzieś w Singapurze może spowodować burzę nad Karoliną Północną w USA. Ten z pozoru niewinny wpływ jednych wydarzeń na drugie, który może skutkować lawiną kolejnych, zaczęto nazywać właśnie efektem motyla (pewnie też dlatego, że tzw. atraktor Lorenza, graficzny układ trzech równań – przypomina nieco kształt motyla). Był rok 1960, a Lorenz zajmował się komputerowym prognozowaniem pogody. Wykorzystywał do tego specjalne równania. Był zaskoczony, kiedy wprowadzenie do nich różniącej się minimalnie liczby wyjściowej (dokładnie 0,506 i 0,506127), w miarę upływu czasu, zupełnie zmieniało całą symulację i prognozy na dalsze dni. To dlatego żaden szanujący się meteorolog nie poda długoterminowej pogody, bo wie, że nie jest w stanie określić bieżących warunków tak dokładnie, aby uniknąć błędu w dalszych obliczeniach. Milknę. Katarzyna coś czyta, notuje, za chwilę opowiada mi zadziwiającą historię z królem Władysławem Warneńczykiem w tle. Iława. - Obcięłam mamie włosy na Organka, na Tomasza Organka - wypalam. - Maszynką? - zdumiewa się Katarzyna. - Tak, tu, tu i tu, a czub zostawiłam. Śmiejemy się obie, chyba po raz pierwszy widzę, a nawet słyszę inny, niż stonowany, śmiech Katarzyny.

jbjb

   Na zaproszenie pani Natalii i jej uczniów jedziemy do Warszawy, przeżyjemy niezwykłą przygodę. Katarzyna wydrukowała mapę, jak dotrzeć uliczkami do szkoły, jestem pełna podziwu. Bo kogo zapytałabym o drogę, mijałyśmy jedynie koty za płotami i to małomówne. Tylko jeden na pytanie: - Jak jest? - ogłosił: "Oj, ciężko, ciężko. Felix od święta, dach przecieka". Reszta, w tym rudy, milczała. Za to pogoda ładna, ciepło, tulipany w pełnym rozkwicie. Na korytarzach szkoły witane jak dobre znajome - magia Facebooka - domawiamy z panią Natalią szczegóły spotkania i idziemy na kawę. Czujemy się jak na wagarach. "Bosko Włosko", jest, znalazłyśmy, zaserwowane espresso okazało się bosko włoskie, prawdziwe, przepyszne.

jb

     Wczesne popołudnie. Miłosz, Michał, Kasia, Julia, Malwina, Amelia i pozostałe "Robale" pani Natalii - jej uczniowie - już są, siedzą przy wielkim stole zastawionym smakołykami i napojami, jest i księżycowe ciasto z kraterami. Na ekranie widnieje obraz latarni morskiej, skądś dobiegają dźwięki muzyki Krzysztofa Komedy. Zaczynamy spotkanie. Powoli dowiadujemy się, kto, gdzie i dlaczego pierwszy raz odłożył "Księżyc myśliwych", ile przeczytał, co mu przeszkodziło w dalszej lekturze. Z zainteresowaniem słuchamy barwnych opowieści, wiadomo: "pola są zieleńsze w opisie niż w swej zieloności". Podziwiam dorosłość młodych ludzi, obycie, swobodę wypowiedzi, dojrzałość literacką. Są wspaniali, zaskakujący. Uważni - ich egzemplarze książki zdobią liczne zakładki - i wcale nie tacy bezkrytyczni. Potrafiący wprząc wyobraźnię, gdy dywagujemy, co działoby się w książce, gdyby akcja nie rozgrywała się na wyspie. Katarzyna odkrywa kulisy powstawania "Księżyca...", obie mówimy o listach, o oddaleniu, o Portugalii i Gdańsku, o tajnikach pozyskiwania bisioru, jedwabiu morskiego. Niedawno omawiali "Posłańca", "Paragraf 22", padają formułowane wnioski, porównania, trafne oceny.

jb

 

     W jednej z recenzji naszej książki znalazłam zdanie: Czas tu nie istnieje. Przenosi się, teleportuje raczej, od bohatera do bohatera, kołuje, zawraca, tylko po to, by za chwilę pędzić na przód. http://kotnakrecacz.pl/ksiezyc-mysliwych/.

jb     Zdumiona spoglądam na zegarek. Klubowe spotkanie jeszcze się toczy, gdy muszę je opuścić i gnać na dworzec. Taksówka wiezie mnie przez Pragę, przez ulicę Ząbkowską, za mną zostaje Radzymińska; w latach trzydziestych ubiegłego stulecia mieszkała tutaj moja mama, tu chodziła do szkoły. Nieładne. stare domy jawią mi się jako najpiękniejsze na świecie. Pan za kierownicą z dumą mówi o swoim bracie, o tym, jak na własnoręcznie wykonanej łodzi przepłynął Atlantyk, prezentuje zdjęcia kadłubu "Lilu" w telefonie. Historia zatacza koło, historie zazębiają się, nakładają na siebie. Dworzec Wschodni, wysiadam. "Ty jesteś taka moja mała Kate Moss// Chude masz ręce, chude nogi, a oczy// Oczywiście głębokie, że hej, hej, hej/.../" śpiewa w słuchawkach Organek. Wycieram nos.

jb

     Fotografii ze spotkania, tej najważniejszej, z uczniami, z uwagi na politykę prywatności, nie publikuję. A pani Natalii, Katarzynie, Robalom - dziękuję.

NSz

 

 

     

piątek, 14 kwietnia 2017

jb     Jul

     Zajrzałam do Altany z najlepszymi życzeniami Zdrowych, Spokojnych, Pogodnych Świąt.

     Nadchodząca Wielkanoc przywodzi myśl o babach. Pisze o nich
Jarosław Iwaszkiewicz w "Książce moich wspomnień", że:
"były to twory znacznej wysokości i równej cylindrycznej
powierzchowności".

Gdy wreszcie baby upiekły się – a
siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym cały czas trzeba było
chodzić na palcach i mówić szeptem – następował dramatyczny
moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę
po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło, jak na
słynnym rysunku Andriollego. W tym celu wprost z form baby przekładało
się  na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je na poduszkach
jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło. Niezapomniany
był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe
baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata.

Piwnica Pod Baranami

                          Fot. Piwnica Pod Baranami

     Parzone, puchowe, migdałowe, sakramenckie, podolskie. Fałdowane
i niepofałdowane. Z rodzinnych przekazów znam różne skomplikowane
operacje związane z pieczeniem bab. Największą hańbą dla
gospodyni było, jeżeli baby się nie udały. Mówiono o tym cały
rok, a nawet odmierzano czas takim wydarzeniem ( to było wtedy,
kiedy Jadwisi baby się nie udały). Gdy baby rosły nie wolno było
podnosić głosu ani trzaskać drzwiami. Drugi krytyczny moment
następował przy wyjmowaniu z pieca.

     Żeby ustrzec się przed niepowodzeniami, piekę szybką babkę: 125g mąki, 40g stopionego
masła, 60g cukru, 2 jajka, 2 łyżki śmietany, 8g drożdży
mieszam, pozwalam wyrosnąć, piekę pół godziny, polewam
kieliszkiem rumu. To nic, że może się nie udać, będzie
śmieszniej. Zawsze pozostaje pascha z równej ilości ucieranych
cierpliwie sera, cukru i masła z rodzynkami i czekoladowym sosem.

jb

Na stole Wielkanocnym musi znaleźć się choć jeden mazurek,
może „cygan”? Ucieramy pięć jaj, dosypując stopniowo trzy
filiżanki cukru i filiżankę mąki. Dodajemy jeszcze trzy pełne
filiżanki dużych małych rodzynków oraz migdałów. Mieszamy
dobrze i kładziemy na blasze grubą warstwą. Wstawiamy do niezbyt
gorącego pieca. Dekorujemy zgodnie z indywidualną fantazją.

A do szynki i pieczonego schabu - własnoręcznie tarty chrzan,
doprawiony, wymieszany ze śmietaną i posiekanym jajkiem na twardo.
Wszystko zaś najlepsze uzupełnione rodzinnym, choć chłodno, a, jak doniosła mi Krysia, w Wiżajnach spadł nawet śnieg, spacerem.

Fot. Peter Lindbergh:

Peter Lindgergh

środa, 12 kwietnia 2017

jb     Jul

       W opowiadaniu Haruki Murakamiego "Kino" do baru przychodzi mężczyzna w długim przeciwdeszczowym płaszczu, siada na stołku na końcu kontuaru, cichym głosem zamawia piwo, potem podwójną whisky i czyta grubą książkę. Przychodzi stosunkowo wczesnym wieczorem z książką pod pachą, kładzie ją na barze i czyta. Zawsze grubą książkę w sztywnej okładce, Kino nigdy nie widział go czytającego wydania kieszonkowe. Małomówny, odzywa się tylko wtedy, gdy składa zamówienie. Wyraz jego twarzy świadczy, że jest bardzo skupiony na czytaniu. Gdy czytanie go męczy, podnosi wzrok i przygląda się stojącym na półce butelkom. Zupełnie jakby badał wzrokiem jakieś rzadkie wypchane zwierzęta z dalekich krajów. Czyta jeszcze pół godziny, wstaje, płaci gotówką, sięga po popielaty płaszcz z wieszaka i wychodzi. Kino oddycha z ulgą po wyjściu klienta, lecz przez pewien czas czuje jeszcze jego obecność.

     Bo milczenie jest czasami wymowniejsze, niż potok wypowiadanych słów.

Z Vilmos

   Fot. Zsigmond Vilmos

 

 Nieobecność

Świt i zmierzch i znowu świt
Noc świetlista, ciemne dni
Oswoiłem wieczność, swoją nieobecność
Że mnie nie ma, nie wie nikt

Wreszcie się przestałem bać
Żyć nie muszę, mogę trwać
Tydzień, miesiąc, rok i wiek
Słyszę szum podziemnych rzek
Czasem tylko nagły lęk
Czy to popiół, czy to śnieg
Nie ma mnie i nie ma łez
Cierpi tylko ten, kto jest

Że mnie nie ma, nie wie nikt
Jest powietrze z grubych szyb
Czas wyrokiem nie jest
Lustro się starzeje
A ja się nie zmieniam w nim
Trwam jak kamień, nie jak dym

Jonasz Kofta

 

ea     Koliberek

 

interpunkcja

schowałam się pomiędzy
niebem ziemią dniem i nocą

esencją myśli filtrowanych
przez światło

jestem nieczułością na ilość
wydumanych obrazów

wykrzykników wpadających
w pustkę dopełniaczy

pod kloszem spojrzeń
nie udaję że jestem
przyszpilona
ważka
średnik któremu zgasły oczy

wielokropek wpółsłów
z wieńcem kropki

Wiersz i fotografia: Elżbieta Adamczyk
5 IV 2017

EA

Tagi