Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 30 kwietnia 2014

 Ciotuchna

pisane z pamieci ....

 

Stepy Akermańskie (z cyklu Sonety Krymskie)
Adam Mickiewicz
 
Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu
Wóz nurza się w zieloność i jak łóka brodzi
Wśród fali łąk szumiących, wśród kwiatów powodzi
Omijam koralowe ostrowy burzanu. 

Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu,
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi,
Tam z dala blyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi,
To błyszczy Dniestr, to wzeszła lampa Akermanu. 

Stójcie, jak cicho, słyszę ciągnące żurawie,
Których by nie dościgły źrenice sokoła,
Słyszę kędy się motyl kołysa na trawie
Kędy wąż śliską piersią dotyka się ziola... 

W takiej ciszy tak ucho natężam ciekawe,
Że słyszałbym głos z Litwy...
Jedżmy nikt nie woła!

12:16, kanadyjka82
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 kwietnia 2014

     Juliczka

 

Musiał poznać do końca doświadczenie krzyża

- artykuł pod takim tytułem zamieścił Janusz Urbaniak, 22 kwietnia 2014, w 991 numerze Rzeczy Krotoszyńskiej. Przyjaciel przysłał mi swój tekst w gazetowym wydaniu, a że spojrzenie na Papieża jest wyjątkowe, to dzielę się nim. Tekst podaję bez skrótów, zmieniłam jedynie zdjęcie, nie znalazłam identycznego.

"Wygląda na to, że nikt lub prawie nikt nie zdaje sobie sprawy, jak wyjątkową postacią w historii Kościoła katolickiego był Jan Paweł II - słowa te otwierają krótki tekst włoskiego pisarza, publicysty i krytyka Pietro Citati Dwaj Papieże. Przed rokiem opublikowała go Corriere della Sierra, a polskie tłumaczenie ukazało się w miesięczniku Odra(nr4/2013). I rzeczywiście, minie zapewne wiele czasu zanim da się opisać w sposób obiektywny i pozbawiony emocji indywidualizm i wielkość polskiego Papieża.

polskieradio

       http://polskieradio.pl

 

     Gdy dziś próbujemy określić najważniejsze cechy jego posługi, mówimy np. o jego nieodpartej potrzebie pielgrzymowania, z którego zaczął rezygnować dopiero przymuszony chorobą.  A także o tym, że jego człowieczeństwo polegało na nieustannym oddawaniu wszystkiego, co miał - innym. Wiązało się ono także z doświadczeniem biedy, którą przeżywał w latach młodości, o czym z takim przekonaniem mówił niedawno w krotoszyńskiej bibliotece Wojciech Bronowicz z Tygodnika Powszechnego. W latach 50. Wojtyła chodził w przetartej sutannie i nie było na to rady. Gdy znajomi sprawiali mu nową, potrafił oddawać ją komuś bardziej potrzebującemu.

     Spotkanie to poświęcone było przyjacielowi Jana Pawła II - ks. Jozefowi Tischnerowi, którego prelegent kilkakrotnie zestawiał z Wojtyłą. Chodziło o sposób patrzenia na życie, na ludzi w ogóle, w których wsłuchiwali się obaj z pełną determinacją i szacunkiem. Ale wobec tego, na co zwrócił uwagę włoski publicysta, wyłania się pewna różnica w pojmowaniu przez nich kategorii cierpienia. Ksiądz Tischner przed swoją śmiercią, pogrążony w ciężkiej chorobie i bólu, zapisał, że cierpienie nie uszlachetnia, tę moc ma tylko miłość innych.

     Wróćmy do Jana Pawła II i kolejnych - niemal natchnionych - słów Pietro Citati.

     Był papieżem i z racji swojej funkcji niósł w sercu nie tylko Chrystusa jako założyciela chrześcijańskiej wspólnoty, lecz i wszystkich późniejszych papieży, od Piotra do Jana Pawła I. Byli mu oni wszakże raczej obojętni. Kochał natomiast bezgraniczną miłością lud chrześcijański, począwszy od pierwszych rybaków jeziora Genezaret, nierozumiejących słów Chrystusa - lub rozumiejących je z trudem - aż po miliard katolików zaludniających dziś świat. Dzięki swojej potężnej wyobraźni utożsamiał się ze wszyskimi świętymi i grzesznikami, był każdym z nich i pragnął wpoić każdemu ową wiarę, która przeniknęła jego życie.

     Karol Wojtyła jako duchowny nie wyrzekł się niczego ze swej natury i doświadczeń, a nawet przeciwnie - wszystko, co było w nim, potrafił uczynić przedmiotem drążącej wiary. Piastując urząd papieża, nie dystansował się od świata, jak robili to poprzednicy. Do samego końca zachował w sobie wiele autentyzmu, a jego ostanie próby nawiązania kontaktu z wiernymi nacechowane były szczególnym dramatyzmem.

     Przemawiał z entuzjazmem, śmiał się, gestykulował, jeździł na nartach, grał w teatrze, pisał wiersze i dramaty... Potrafił odrzucić swoje ograniczenia, i od czasu przybycia do Rzymu czuł w sobie rodzaj trawiącej go gorączki. Ponieważ był kontynuatorem dzieła Chrystusa, jego życie musiało się odmienić na podobieństwo Jego życia, powtórzyć je we wszystkich swoich fazach, ze śmiercią włącznie, szczególnie ze śmiercią.

     W ostatnich, straszliwych latach ambicja ta stała się czymś oczywistym. Ponieważ Chrystus zawisł na krzyżu, Jan Paweł II również musiał poznać aż do końca doświadczeń krzyża. W jego przypadku możemy chyba mówić o najbardziej przejmującej "imitatio Christi", jaka stała się kiedykolwiek udziałem papieża.

     Dźwigając do samego końca swój krzyż, Jan Paweł II przeniósł nas - katolików, w sam środek największej tajemnicy wiary. Wspominamy to dziś u progu Świąt Śmierci i Zmartwychwstania, w dniach poprzedzających uznanie jego niezwykłej świętości. Wtedy, gdy podchodził do swojego okna i nie potrafił wymówić choćby jednego słowa, niósł w sobie przedłużenie męki Chrystusa, która dokonywała się także na oczach tłumów. Był do końca niezwykle autentyczny i głęboko ludzki w potwierdzeniu przyjęcia na siebie cierpienia, które zamyka życie tu, a otwiera gdzieś indziej.

     W ten sposób sobą samym - idąc za Chrystusem - poświadczył sens największej prawdy naszej wiary".

 

piątek, 25 kwietnia 2014

ANZAC Day

They shall grow not old, as we that are left grow old;
Age shall not weary them, nor the years condemn.
At the going down of the sun and in the morning,
We will remember them.

Ode of Remembrance.
 

 pharlap  Pharlap

Dzisiaj (25 kwietnia) obchodzimy w Australii ANZAC Day - święto narodowe upamiętniające bitwę pod Gallipoli w 1915 roku. Pisałem o tym szczegółowo z okazji zeszłorocznych obchodów - patrz TUTAJ - wzgórze samotnej sosny,  TUTAJ - rys historyczny i TUTAJ - obchody w Melbourne w środowisku polonijnym i rodzinnym (w tym przepis na ANZAC biscuit).

W tym roku ograniczyłem się do udziału w porannej ceremonii (5:45) w lokalnej szkole skąd pochodzą powyższe i poniższe zdjęcie...

 ANZAC Day

Korzystając z okazji pozwolę sobie przytoczyć swoją relację na temat ANZAC Day, którą opublikowałem rok temu na swoim blogu.

Żołnierz, którego nie było.

Przy wyjściu z supersamu zauważyłem starszego pana z czerwonym makiem w klapie i tacą ze znaczkami, takimi jak ten...


Oczywiście, za 10 dni ANZAC Day, tutejsze święto wojska.
- Jesteś weteranem wojennym? - spytałem. Pan kiwnął potakująco głową.
- Z której wojny? Może z koreańskiej?
- Nie, druga wojna światowa, służyłem całe 6 lat.
- Druga wojna.. biłeś sie w drugiej wojnie światowej? - zaskoczenie odebrało mi mowę.
- Nie wierzysz, popatrz to moje zdjęcie w "slouch hat", miałem wtedy 18 lat - ze zdjęcia patrzył na mnie sympatyczny młody chłopak.
- Na którym froncie walczyłeś? - spytałem mając nadzieję, że odpowie Tobruk gdzie Australijczycy walczyli wspólnie z Polakami.
- Na Pacyfiku - Nowa Gwinea, Wschodni Timor..
- Byłeś na Kokoda Trail?
- Nie, ja byłem w specjalnej grupie dywersyjnej. Zrzucali nas na tyłach Japończyków z zadaniem zabijania dowódców.
- Ukrywałeś się w dżungli i z ukrycia strzelałes do japońskich dowódców?
- Tak, przez sześć lat - potwierdził pan uśmiechając się jak przez mgłę.
- To niesamowite, na pewno napisałeś o tym książkę.
- Nie. Złożyłem przysięgę, że do końca życia nie ujawnię żadnych szczegółów naszej operacji.
- Ale przecież po 50 latach ujawnia się wszystkie tajne dokumenty.
- Nie ma żadnych dokumentów. Zostały zniszczone po zakończeniu wojny. Prawdopodobnie nasza działalność była sprzeczna z konwencją haską. Warunki służby były jasne: całkowita tajemnica, żadnych awansów ani odznaczeń. Nie ma nas. Zakładano, że nikt nie wróci żywy. Ja jestem jedyny, który przeżył - starszy pan uśmiechnął się przekornie.
- W jaki sposób was rekrutowali do tej jednostki?
- Wszyscy zgłosiliśmy się na ochotnika. Jestem Wal - wyciągnął do mnie dłoń - znaczy Wally, Wallace - uścisnęłiśmy sobie dłonie.
- Oczywiście będziesz maszerował w paradzie ANZAC.
- Nie. Przecież nie mam z kim iść. Nikt z moich kolegów nie wrócił, moja jednostka nie istniała.
Odsunąłem się żeby ustąpić miejsca chętnym do zakupu znaczków. Rozglądałem się bezradnie dookoła. W głowie kłębiło mi się wiele pytań, które chciałbym jeszcze zadać. Czy wypada pytać? Czy można być tak natarczywym? Mój wzrok powrócił w miejsce przy wyjściu. Starszego pana już nie bylo. A może to wszystko mi się przyśniło? Sięgnąłem do kieszeni, dłoń natrafiła na znaczek. A więc jednak był.

ANZAC

Tagi: Australia
23:33, pharlap
Link Komentarze (6) »
czwartek, 24 kwietnia 2014

  Żona Oburzona

Kilkanaście lat temu pracowałam w kawiarni. Czasem pojawiał się u nas znany gość, jak to w lokalu umiejscowionym w centrum dużego miasta, w którym roi się od kulturalnych wydarzeń. Stałym i częstym gościem był znany wrocławski artysta, który pozostawił po sobie charakterystyczne ślady w miejskiej przestrzeni. Kiedyś dzień przed swoim koncertem pojawiła się piosenkarka o rzadko spotykanej skali głosu. Miałam też przyjemność podania kawy starszemu panu, sympatycznemu i skromnemu. Był to dla mnie wtedy powód do dumy.

Tym starszym panem był Tadeusz Różewicz.

Świadek

Ty wiesz że jestem
ale nie wchodź nagle
do mego pokoju

mogłabyś zobaczyć
jak milczę
nad białą kartą

Czy można pisać
o miłości
słysząc krzyki
zamordowanych i pohańbionych
czy można pisać
o śmierci
patrząc na twarzyczki
dzieci

Nie wchodź nagle
do mego pokoju

Zobaczysz niemego
i skrępowanego
świadka miłości
którą zwycięża śmierć

21:51, zona.oburzona , wiersze
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 kwietnia 2014

pharlap  Pharlap

 

Konstanty Ildefons Gałczyński

Rodzina wyjechała do Hagen.
Sam zostałem w tym ogromnym domu.
Po galeriach krokami dudnię.

Bardzo śmieszą mnie te złocenia
i te pelikany rzeźbione jak od niechcenia,
i te chmury mknące na południe.

Ja bardzo lubię chmury. I światło pochmurne.
Jak fortece. Jak moje fugi poczwórne.

Cóź to za rozkosz błądzić przez pokoje
z Panią Muzyką we dwoje!
Jak las jesienny świece w lichtarzach czerwone.

A dzisiaj jest Wielkanoc. Dzwon rozmawia z dzwonem.
O, wesołe jest serce moje!

W starych szufladach są stare listy,
a w książkach zasuszone kwiaty,
jak to miło plądrować wśród starych papierów…
O, świąteczne godziny pełne złotych szmerów!
o, natchnienia jak kolumny złote! O, kantaty!

Ubrany w zielony aksamit
brodzę, błądzę tymi pokojami,
i po galeriach, i po schodach;
o, jeszcze tyle, tyle do wieczora godzin,
żeby mruczeć, żeby nucić, żeby chodzić,
żeby płynąć jak zaczarowana woda!

Ciemne jak noc portrety witają mnie w salach,
jeszcze bardziej ciemniejąc, kiedy się oddalam.

To śmieszne, że niektórzy nazwali mnie mistrzem,
mówiąr że w mych kantatach zamknąłem niebiosa.
Szkoda, że tu nie wszyscy znacie mego kosa,
ach, jakże ten kos śpiewa, jakże ten ptak gwiżdże,
jemu wiele zawdzięczam. No i wielkim chmurom.
I wielkim rzekom. I piersiom twoim, Naturo.

Spójrzcie na te niebieskie hiacynty,
na te krzesła z czarnego drzewa,
na te wszystkie złocone sprzęty,
na tę klatkę z papugami, która śpiewa,
na te obłoki jak srebrne okręty,
które wiatr południowy podwiewa.
Tak. Spójrzcie. To jest moje mieszkanie.
Też wspomnienie po Janie Sebastianie.

Mówią, że jestem stary. Jak rzeka.
Że czas coraz bardziej z rąk mi ucieka.
To prawda, że mi wiele godzin przepadło.
Ale to nic. Do diabła! Ja gram na mocnych strunach
i są jeszcze kantaty moje, do pioruna!
Nie czas mnie, ale ja go wziałem na kowadło.

Zaraz przyjdzie rodzina i zacznie się uczta.
Córy moje, nim siadą, przejrzą się do lustra.
I chmara gości ściągnie. I nastąpi taniec.
Podjedzą sobie setnie i podpiją dobrze.
I pasterz z gobelinu też huknie na kobzie.
A potem wieczór przyjdzie. I zniknę w altanie*.

Bo lepsza od mych skrzypiec, gdym grywał w Weimarze,
niźli perły, o których. dla mej żony marzę,

niż sonaty mych synów, niż wszystkie marzenia,
taka chwila wielkiego, wielkiego wytchnienia,

właśnie teraz, gdy widzę przez altany szparę
rzecz niezwykłą, zawrotną, szaloną nadmiarem:
WIOSENNE GWIAŹDZISTE NIEBO.

* pogrubienie moje - pharlap.

Źródło: http://kigalczynski.republika.pl/wiersze/wielkjsbacha.html?p=_wi

Wszystkim stałym i przelotnym gościom Altany życzę radosnych Świąt Wielkanocnych.

Link do Oratorium Wielkanocnego tutaj - KLIK.

czwartek, 17 kwietnia 2014

 

     Juliczka

 

W materiałach do wpisu o Rafale Wojaczku, poecie wynajętego pokoju, znalazłam wzmiankę o spisanym przez niego życiorysie. Odręcznie, ołówkiem zapewne: "Urodziłem się w 1945 roku. Chodziłem do szkół, dorastałem w bibliotekach, na dworcach kolejowych, w domach cudzych i mniej cudzych, w barach lepszej i gorszej kategorii, w jeszcze innych miejscach. Pływałem po rzekach, jeziorach i po wielkiej wodzie. Udzielałem się Przygodzie (...)". Trudno i nudno jest pisać życiorys, może dlatego wymyślono CV.

Urodziłam się w województwie wielkopolskim, we Włoszakowicach (do 1918 r. Luschwitz), rodzinnej wsi Karola Kurpińskiego.

wloszakowicepl 

                         źródło: http://wloszakowice.pl

Państwo Kurpińscy pół roku przed narodzinami Karola sprowadzili się tu z Bukówca, by ojciec mógł pełnić funkcję organisty w tutejszym kościele. Dziadek mojego ojca był warszawskim organistą, a rodziców rzuciła po Warszawie ze Starachowic wojenna zawierucha. Również mieszkaliśmy krótko. I ta wieś, i te organy, to jedyne, co mnie łączy z uznanym kompozytorem przełomu klasycyzmu i romantyzmu. Twórcy wielu oper, jak choćby Krakowiaków i górali, pieśni z okresu powstania listopadowego o tematyce patriotycznej - Marszu obozowego, Mazura Chłopickiego i słynnej Warszawianki. Kurpiński miał wielki talent do komponowania prostych, pięknych nawiązujących do pieśni ludowych, wpadających w ucho melodii. Najcenniejszym zachowanym dziełem w repertuarze koncertowym Kurpińskiego jest Koncert klarnetowy, z symfonicznej twórczości wyróżnia się symfonia poświęcona Napoleonowi Bitwa pod Możajskiem. O Warszawiance wiedziałam ze szkolnego chóru, Krakowiaków i górali znam, resztę doczytuję.

Tablicy upamiętniającej postać Karola Kurpińskiego wbudowanej w ścianę kościoła nie pamiętam, natomiast wieś z pałacem - tak. Z wakacji, które spędzałam u mojej matki chrzestnej, pani Heleny. I jest to sielski obrazek dostatniej wsi, uporządkowanej, wysprzątanej, wyszorowanej ryżową szczotką i mydłem Biały Jeleń, wykrochmalonej, z pomalowanymi płotami, sztachety równiutkie, świnki na obcasach, krowy od rana w pełnym makijażu, kury śnieżnobiałe, konie uśmiechnięte, kogut z szabelką. Zapach kwiatów... i ziemniaków z parownika, widać nie ma nic pyszniejszego dla pięciolatki, jak gorące ziemniaki w łupinach wymieszane ze śrutą, to nic, że przeznaczone dla świń; trochę dla mnie, trochę dla ciebie, tak to wyglądało. Znałam swoje miejsce w dużym gospodarstwie, obowiązki do wypełnienia w domu, stodole, oborze, kurniku, stajni, w ogrodzie. Pozostawało mnóstwo czasu na wspólny odpoczynek -  idę wypieloną dróżką wyznaczoną przez połówki dachówek, ostrożnie niosę talerz z ciastem, w altanie siedzą już państwo Błażejczakowie, spoglądają pogodnie, stół uświetnia dzbanek z kawą przykryty atłasową haftowaną kołderką. Potem biegnę do parku okalającego pałac,  idealnego miejsca do marzeń.

polskaniezwyklapl

          źródło: http://polskaniezwykla.pl

Pierwotny pałac zbudowany został w latach 1641-1643 według projektu Krzysztofa Bonodury Starszego dla wojewody Krzysztofa Opalińskiego, na miejscu dawnego zamku Gryżyńskich. Obecny wzniesiono jako pałacyk myśliwski dla ks. Aleksandra Józefa Sułkowskiego z Rydzyny w latach 1749-1752. Zbudowany prawdopodobnie według projektu jednego z saskich architektów, przez Karola Marcina Frantza, późnobarokowy pałac został znacznie zmieniony w XIX wieku, wówczas zastąpiono kopułę nakrywającą piętro płaskim dachem. Założony na planie równobocznego trójkąta o wklęsłych narożnikach, pałac usytuowany jest na sztucznej wyspie z fosą. Portal zdobi kartusz herbowy Sułkowskich Sulima, pod tarczą widnieją wstęgi z orderem Orła Białego i św. Andrzeja. W piwnicy istnieje dawna sala terrena, naśladująca grotę skalną ozdobioną płaskorzeźbami o tematyce roślinnej.

W ponad 3-hektarowym pięknym parku rosną stare platany, jeden z nich o obwodzie 800 cm. Platan ma zaświadczać o zamożności i rozległych kontaktach właściciela ziem, do których należy park, gdzie go zasadzono. W Polsce mamy festiwal drzew Klubu Gaja, nie wiedziałam. Drzewem Roku 2012 został platan z Kóz (woj. śląskie). Konkurs promuje postawę poszanowania dla przyrody w najbliższym otoczeniu oraz pokazywania silnych związków pomiędzy kulturą i historią lokalnej społeczności a drzewem, do którego przywiązuje ona szczególne znaczenie.

Nie było nas, był las.

swietodrzewapl

          źródło: http://swietodrzewa.pl

 

00:38, julitczka
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2014

pharlap Pharlap

Dzisiaj rozpoczyna się Wielki Tydzień. Dziwnym trafem zbiór poezji Gałczyńskiego otworzył mi się na poemacie Wit Stwosz. Ostatnie trzy części wydały mi się bardzo właściwe na nadchodzący czas - zakończenie ziemskiego dzieła, porzucenie, odejście, lęk przed męką, dzielenie się chlebem, matczyna troska.

Jako ilustrację muzyczną proponuję początek Pasji według Św Mateusza Jana Sebarstiana Bacha...

Konstanty Ildefons Gałczyński - Wit Stwosz

VI. Modlitwa mistrza

"Ja nie po to tutaj przyszedłem,
by z gamratkami gzić się i popić,
ale na ciężki trud. Dźwigam go ledwo.
A ten ołtarzyk to mój podpis.

Co panowie rada uchwalili,
tom wykonał, jak trzeba.
Niebo? Nie mówcie mi o tym, moi mili.
Więcej we mnie ziemi niż nieba.

To dla wielkich panów bankiet w niebie,
a ja nie byłem nierób."
(Gdyby Stwosz dzisiaj żył, toby rzeźbił
monterów i szoferów.)

"Wszystkom w dzieło tchnął. Nic tu nie dodasz.
FINlS CORONAT OPUS. Warsztat zamilkł.
A to nie jest mistyczny ołtarz;
to są ludzie, co chodzą ulicami.
A ja do Norymbergi. Może na mękę.
But dziurawy. I wszy mnie gryzą.
Ale idę. Idę aż pod ten wydęty jak ośli pęcherz
horyzont".

VII. Komentarz prozą

25 lipca, na Jakuba, ołtarz obchodził swoje siódme urodziny. Był rok 1496, dziewiętnasta szczęśliwa, ale ostatnia dżdżysta jesień Stwosza w Krakowie. Już za bramą miejską dopędził go stolarz (Laszlo Władysław), ofiarował mu na drogę woreczek żytniej mąki i pocałował go w rękę. Na drodze było błotno i ciemno. 

VIII. Piosenka o Wicie Stwoszu

Gdy go matka rodziła
zimowego wieczora,
nie wiedziała, że synek
będzie z drzewem się porał.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Nie wiedziała, że z domu
pójdzie w dalekie światy
i że drzewo przemieni
w ludzi, ptaki i kwiaty.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

I poszedł syn udały
nocą, w stronę tej gwiazdy.
W drodze tylko migały
rzeki i miejskie baszty.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Nieraz westchnął: - Oj, ciężko,
ale tak już na świecie.
Bylem tylko miał drzewo,
a do drzewa narzędzie!

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Dłutkiem w słoje lipowe
i w mig: z kawałka drąga
I professorowi sowę,
miłującym - gołąbka.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

Taki wiatr, mój syneczku,
zbójcy chodzą po drogach.
Oj, nie przechodź tą rzeczką.
woda taka głęboka.

Matko, rękę mi podasz.
Ja teraz rzeźbię ołtarz.

Lampę tak późno świecisz.
może jesteś w biedzie?
Oj, ulicą koń pędzi,
jeszcze mi cię przejedzie. 
Matko, matko, mój skarbie,
koniam wyrzeźbił także;

strzemię i Zwiastowanie,
wszystko w złocie się pali
i zamki blankowane,
i owieczki na hali.

Synku, niebo się chmurzy.
Zasłonię cię od burzy.

A tu widzisz? tu Maria
i Jan, i gwiazdki małe,
a te szaty wiatr targa,
bo wiatr też wystrugałem.

Synku, w niebie wiatr wielki.
Nie chodź do Norymbergi.

Ale poszedł. Przez deszcze.
z pieśnią gniewną. Jak Dawid.
Polską żył. Co najlepsze,
wszystko Polsce zostawił.
A Krakowowi serce
jak jabłko na jabłoni;
a skonał w Norymberdze;
a nikt nie płakał po nim.

Synku - 

Tekst poematu pobrano ze strony: http://galczynski.kulturalna.com/index.php?ac=a&id=6617&p=3

PS. Obawy matki, burza, gniewna pieśń (język niemiecki dodaje grozy) - u Jana Sebastiana Bacha znajdziemy wszystko...

sobota, 12 kwietnia 2014

     Juliczka

 

Wpadłam na chwilę z czekoladą, podobno w jej dniu. Wystraszona zapowiadaną zwyżką cen kakao w najbliższym czasie.

kobieta.pl

          http://kobieta.pl

Rosnące ceny surowca mogą doprowadzić do tego, że w dostępnych na rynku wyrobach czekolady będzie coraz mniej. Wkrótce w czekoladowych tabliczkach i batonach może pojawić się więcej orzeszków i innych składników, które pozwolą utrzymać obecne ceny produktów - prognozuje brytyjski dziennik "Daily Mail". Według szacunków firmy Barry Callebaut w ciągu najbliższych dziesięciu lat zapotrzebowanie na nasiona kakaowca zwiększy się o milion ton. Panuje opinia, że czekoladę wyjątkowo upodobali sobie Chińczycy.  Zgodnie z oceną Hansa Vriensa, kierującego w Barry Callebaut działem innowacji, wzrost popytu oznacza, że klienci będą płacić więcej pieniędzy za produkty z mniejszą ilością kakao. Będzie więcej pralinek, a mniej tradycyjnej czekolady.

Spieszmy więc smakować tę, której tak trudno się oprzeć. Zatem najpierw tradycja - z moich "365 obiadów Lucyny Ćwierczakiewiczowej" wybrałam krem czekoladowy: "Ćwierć funta czekolady połamać w kawałki i wrzucić na pół kwarty gotującej się śmietanki. Trzy czwarte funta żelatyny namoczyć na godzinę w zimnej wodzie, wycisnąć z niej i wrzucić w gorącą czekoladę. Ćwierć funta cukru ubić w czterema żółtkami, zaparzyć te rozbite żółtka czekoladą, wszystko razem trzymać na wolnym ogniu i mieszać, aż zacznie gęstnieć. Byle się nie zagotowało. Gdy wystygnie, ubić dobrze, żeby zgęstniała, wlać w formę wylaną wodą, wysypaną cukrem i wynieść do piwnicy dla zastudzenia. Dla oszczędności można ubić pianę i z ubitą już masą wymieszać. Lepiej jednak bez piany, ale będzie o wiele mniej".

zapach-lawendy.blog.spot

          http://zapach-lawendy.blogspot.

Tradycję postanowiłam uzupełnić innowacją - Chocolate aus fruits confits z książki Barbary Buczmy i Bożeny Bonik "Kuchnia francuska na co dzień i od święta". Na ciasto czekoladowe/ bez mąki!/ potrzebne będzie: 6 jajek, 50g cukru, cukier waniliowy, 2 łyżki kawy rozpuszczalnej, 200g czarnej czekolady, 200g kandyzowanych owoców/ pomarańcze, morele, figi/, 200g zmielonych orzechów, cukier puder do posypania.

Żółtka z cukrem i wanilią utrzeć na puszystą masę, dodać stopioną wystudzoną czekoladę i kawę, wymieszać. Do masy dodać mielone orzechy i drobno pokrajane kandyzowane owoce. Białka ubić na sztywną pianę i połączyć z masą czekoladową. Formę w kształcie wieńca wysmarować masłem, wysypać mielonymi orzechami i wypełnić do 3/4 wysokości. Piec w letnim piekarniku 40 minut. Ciepłe ciasto wyłożyć na talerz. Po raz kolejny obejrzeć film "Czekolada".

dziurawykociolladypoison.blogspot

          http://dziurawykociollady.blogspot

 

Tagi: czekolada
01:12, julitczka
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 kwietnia 2014

     Kanadyjka

Pierwszej wiosny w naszym poprzednim domu z radością stwierdziłam, że pod dębem z tyłu domu jest rosną konwalie. A potem okazało się, że jest ich również pełno w lesie za domem. Przez lata nosiłam do pracy bukiety konwalii, znajomi wykopywali sobie kepki konwalii w lesie i sadzili w swoich ogrodkach. A teraz jesteśmy w nowym domu i czekam aż zniknie śnieg żeby odkryć co też tam w tym naszym lasku rośnie.

Poczytałam również o konwaliach na Internecie, i dowiedziałam się że:

 

Konwalia jest symbolem szczęścia, czystości, skromności i młodości, dlatego często jest używana w bukietach panien młodych.

 

 

 

 

 

 

 

W średniowieczu konwalia była symbolem wiedzy i sztuki medycznej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

We Francji i Niemczech obchodzono święto konwalii 1 maja.

 

 

 

 

 

 

Konwalia jest narodowym kwiatem Finlandii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W XV i XVI wieku konwalia nazywana była Lilium convallium czyli lilia z doliny. Stąd wzięła się angielska nazwa Lily of the Valley.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nazwy zwyczajowe i ludowe konwalii to: konwalia leśna, lanusz, Lanka, lanuszka, końska grzywa, lilia podobna, gładysz, konwalilia, konwalyja majowa, kokoryczka, Larysz, majówka, padolna.

 

 

 

 

 

Znalazłam również taką piosenkę o konwaliach.

04:12, kanadyjka82
Link Komentarze (7) »
wtorek, 08 kwietnia 2014

pharlap   Pharlap

Znak zapytania w tytule to rezultat obejrzenia tego filmiku - KLIK. Aktor zwraca uwagę na specyficzną cechę australijskiego akcentu - tendencję do podwyższania melodii zdania pod jego koniec. To może stwarzać wrażenie, że zdanie jest pytaniem(?) Może to być dowodem, że Australijczycy nie czują się zbyt pewni siebie? że unikają kategorycznych stwierdzeń? że oczekują od rozmówcy potwierdzenia? akceptacji?
Czasami może to wyglądac na makabreskę - na przykład taka relacja z wakacji - Susie została zjedzona przez rekina? Czasem mogłoby to zmienić oblicze świata - na przykład gdyby Jezus był Australijczykiem, to pierwsze błogosławieństwo z Kazania na Górze mogłyby brzmieć: Błogosławieni ubodzy duchem????

Tak więc język australijski nie istnieje (*), ale na pewno istnieje australijska wymowa. Anglicy nazywają ją - Australian whine - czyli jęczenie, stękanie. Mają niestety rację. Australijczycy mają tendencję do mówienia szybko, pod nosem, bez otwierania ust. Popularnym wytłumaczeniem jest ciągłe niebezpieczeństwo połknięcia muchy. Stąd bierze się popularne określenie Australian salute - KLIK - ilustracja tutaj - KLIK. Zlinkowany filmik przedstawia sielankową scenę, piknik, odganianie much gałązkami. Rzeczywistość jest bardziej bezwzględna - odgania się dłonią. W dzienniku telewizyjnym oglądam liczne sceny nagrane w terenie gdzie rozmówcy odganiają muchy, czasem bezskutecznie.

Najbardziej autorytatywnym demonstratorem australijskiej wymowy może być chyba nasz były premier Bob Hawke. Tutaj jego występ już na emeryturze - KLIK.

Wybrałem jeszcze dwie prezentacje języka australijskiego - pierwsza, to wprowadzenie do australijskiego slangu - KLIK - druga, to tłumaczenie z australijskiego na angielski - KLIK.

Łatwo zauważyć charakterystyczną cechę australijskiego slangu - skracanie słów. I tak: Australijczyk to Ozzie, mieszkaniec Tasmanii - Tassie, komar - mozzie, barbecue - barbie, uniwersytet - uni, zwolnienie chorobowe (sick day) - sickie, kruche ciastko (biscuit) - bikkie, motocyklista (bike rider)  - bikie, ambulans - ambo, murarz (bricklayer) - brickie, taaa - dziękuję. Kompletny słowik podany jest tutaj - KLIK.

Do napisania tego wpisu sprowokowała mnie Kattinka przesyłając mi link do artykułu sugerującego wprowadzenie niektórych australijskich zwrotów do języka amerykańskiego - KLIK.

Nie zamierzam sugerowac wprowadzenia jakiegokolwiek australijskiego terminu do języka polskiego. Kolonizacja języków świata przez angielski jest czasem niepokojąca. Co innego narodowe odmiany angielskieg - amerykański, kanadyjski - Powsinogo, Kanadyjko - może Wy opowiecie nam jak daleko i w którą stronę od macierzystego angielskiego powędrowały Wasze języki? A Włosz.czy.zna i Kattinka może napiszą coś na temat włoskiego i portugalskiego slangu.
A Polacy? Też przecież nie gęsi. Oczywiście w każdym slangu roi się od wulgaryzmów. Te w naszym ojczystym języku rażą nas najbardziej. Ale jest też wiele perełek ludowej inteligencji i dowcipu - bardzo proszę cały zespół redakcyjny i naszych czytelników o ich przedstawienie.

Na zakończenie zapraszam do wysłuchania nieoficjalnego hymnu Australii - piosenki Waltzing Matilda...

W tej piosence nie brak typowo australijskich określeń, poniżej ich tłumaczenie:
- swagman -  hmmm, jakby tu rzec i nikogo nie wskazać palcem? No, po prostu - powsinoga. Osobnik włóczący się od farmy do farmy w poszukiwaniu dorywczego zajęcia i jakiejś strawy. Dachu nad głowa mu nie potrzeba, bo swagman nosił na plecach swag czyli prosty brezentowy śpiwór. Na głowie nosił kapelusz z korkami odganiającymi muchy - patrz tutaj - KLIK. Oprócz śpiwora jego podstawowym wyposażeniem był wspomniany w piosence...
- billy - metalowy garnek do zagotowania wody na ognisku.
- billabong - jeziorko powstałe w martwej odnodze rzeki - słowo pochodzenia aborygeńskiego.
- tucker bag - torba na jedzenie. Słownik tłumaczy tucker na żarcie. Aborygeni używali go jako generalne określenie żywności. 
- jumbuck - owca. Ponownie słowo o aborygeńskim rodowodzie - patrz tutaj - KLIK
- squatter - osadnik na królewszczyźnie (crown land).  Początkowo słowo to miało pogardliwy charakter - osadnik bez prawa do ziemi. W Australii wszystko przekręciło się do góry nogami. Squatters gospodarowali na ogromnych połaciach lądu, dorobili się dużych majątków i stali się tutejszą arystokracją. Nic dziwnego, że w piosence squatterowi towarzyszą policjanci i biednemu swagmanowi nie pozostaje nic innego jak utopić się w jeziorku.

(*) Pominąłem w tym wpisie sprawę języków aborygeńskich. Niestety wiem bardzo mało na ten temat. Zainteresowanych odsyłam do wikipedii - KLIK. Powyżej podałem dwa przypadki przeniknięcia aborygeńskich słów do australijskiej gwary. Kolejnym jest boomerang chociaż tu sprawa nie jest taka prosta - patrz tutaj - KLIK

Tagi: Australia
05:30, pharlap
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2
Tagi