Rozmowy wśród przyjaciół
wtorek, 30 kwietnia 2013

  Kandyjka

Za moim domem rozciąga sie spory las. Od wielu lat chodzę po tym lesie z moimi psami i zbieram. Zbieram wszystko co tam rośnie. Oczywiście dzikie kwiaty, ale też i dziki czosnek, czarne maliny i grzyby. Na ostatni spacerze zebrałam takie kwiatki:

Foto: Kanadyjka

Dzisiejszy wpis poświęcam dzikiemu czosnkowi, bo pojawia się najwcześniej (kwiecien-maj).

Dziki czosnek (allium ursinum) zwany również czosnkiem niedźwiedzim rośnie w cienistych i wilgotnych lasach, często blisko kamieni lub korzeni drzew. Nazywany jest niedźwiedzim ponieważ żywią się nim niedźwiedzie po obudzeniu się z zimowego snu.

Foto: Kanadyjka

Czosnek niedźwiedzi zawiera szereg substancji czynnych, m.in. olejki eteryczne, których najważniejszym składnikiem jest siarka aktywna, odgrywająca ważną rolę w procesie przemiany materii. Aktywuje całą gamę enzymów odpowiedzialnych za odtruwanie organizmu z metali ciężkich, chemikaliów, pestycydów i innych związków toksycznych. Zapobiega również sklejaniu się płytek krwi, rozrzedza krew i poprawia jej cyrkulację w naczyniach krwionośnych. Dziki czosnek jest także stosowany jako środek obniżający cholesterol oraz ciśnienie krwi, w leczeniu trombozy, arteriosklerozy, migreny i tinnitusa; jako doskonały odtruwacz organizmu; wykorzystuje się go też do regeneracji flory bakteryjnej jelit po kuracjach antybiotykowych. No po prostu samo zdrowie.

W Polsce dziki czosnek jest pod częściową ochroną, co oznacza, że nie wolno go zbierać w lesie i na polach , ale wolno go chodować. Można go wysiać z nasion wczesną wiosną (nasiona powinny poleżeć przedtem ok. 2 tygodni w lodówce), lub posadzić cebulki. Podobno zarówno cebulki jak i nasiona są dostępne w sklepach ogrodniczych. Należy sadzić/siać w miejscach zacienionych i raczej wilgotnych, w kępkach po 2-5 cebulek. Cebulki przykryc 1-2 cm wartswą ziemi. W pierwszych 2 latach nie należy go zbierac aby się dobrze rozrósl.

Oczywiście poza walorami zdrowotnymi jest po prostu pyszny. Można go dodawać do sałatek, omletów, zup, ryb, mięsa, właściwie wszędzie tam gdzie dodajecie czosnek lub szczypiorek. Ja młody posiekany czosnek dodaję właściwie do wszystkiego. Starszy ma większe bulwy ale twardsze liście. Wtedy zachowuję same bulwy i przechowuję je w lodówce w słoiku z woda, którą zmieniam co kilka dni.

Znalazłam w Internecie kilka ciekawych przepisów z wykorzystaniem dzikiego czosnku:

Foto: KanadyjkaPasta z liści dzikiego czosnku

2-3 garście liści dzikiego czosnku
dobra oliwa
sól, świeżo zmielony pieprz

Liście bardzo dokładnie umyć i dobrze osuszyć. Pokroić na drobne kawałki.  Dodać oliwę, sól i pieprz i dobrze zmiksować.

Zupa z dzikiego czosnku

30 dkg dzikiego czosnku
1 litr wywaru (z kury lub jarzyn)
1 duża cebula
100 ml śmietanki
łyżka masła

Pokrojoną drobno cebulę przesmażyć na miękko na maśle. Dodać  pokrojony dziki czosnek i smażyc jeszcze przez ok. 5 minut. Dodać wywar, pieprz i sól do smaku i gotować na małym ogniu przez 30 min. Dodać śmietankę i zmiksować zupe na krem.

Nalewka na dzikim czosnku

Drobno pokrojone liście lub cebulki zalać wódką 40 % i odstawić na 14 dni w ciepłe miejsce, po czym przecedzić. Zażywać 3 razy dziennie po 15 kropli z wodą.

Wino z dzikiego czosnku

Garść drobno pokrojonych liści zalać 1 /4 l dobrego białego wina, krótko zagotować, przecedzić, ostudzić i do smaku osłodzić miodem. Pić dziennie parę łyków.

A dzisiaj zrobiłam kluski z sosem czosnkowym i krewetkami. Była to wariacja na podstawie przepisu Jamie Olivera, bo nie miałam wszystkich skadników. Było pyszne!

4 garście dzikiego czosnku (bulwy i liście)Foto: Kanadyjka
makaron fusili (ja nie miałam, użyłam penne rigatte)
oliwa
cytryna
śmietanka
krewetki surowe

Czosnek bardzo dobrze umyc. Odkroić i posiekać bulwy. Nastawić wode na makaron i jak sie zacznie gotować, posolić i wrzucić na 2 minuty liście czosnku. Liście wyjąć i do wody wsypać kluski. W czasie gdy kluski się gotują, włożyć liście czosnku do blendera, dodać oliwę, trochę startej skórki cytryny, sól i pieprz. Zmiksować na gładką masę. Na patelni rogrzać oliwę, wrzucić posiekane bulwy czosnku i lekko podsmażyć. Dodać obrane krewetki i smażyc aż zrobią się różowe. Dodać nieco śmietanki i mieszając gotować jeszcze 2 minuty.

Ugotowane kluski przecedzić, zostawiając w garnku łyżke stołową wody. Wrzucić kluski z powrotem do garnka, dodać masę z liści i dobrze wymieszać, aby kluski zrobiły sie zielone. Przełożyć kluski na duży talerz, na wierzchu posypać krewetkami.

Myślę, że na takie kluski można położyć i inne rzeczy, np. upieczone warzywa i wtedy jest potrawa wegetariańska, albo kawałki podsmażonej kury. Jamie Oliver podaje również, ze jeżeli nie mamy dzikiego czosnku, to taki zielony sos można zrobić z regularnego czosnku i zblanszowanych w wodzie liści szpinaku.

04:01, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

   Kattinka

Wystarczyłoby powiedzieć: kocham cię i bez ciebie żyć nie mogę. Koniec, kropka, fakt stwierdzony.

Ale sprawa ma się zupełnie inaczej, gdy o miłości opowiada poetka. Adriana Calcanhotto, brazylijska artystka, podczas ostatniego koncertu w portugalskim mieście Castelo Branco, śpiewała o miłości delikatnie, kameralnym przyciszonym głosem, lirycznie i nostalgicznie, ale też nieraz z przymrużeniem oka, szczyptą ironii i humoru. To trudne zadanie, „unieść” taki koncert solo, śpiewając i grając na gitarze pełne dwie godziny. Bez przerwy i, co jeszcze trudniejsze, bez wielkiej oprawy, zmian kostiumów, grupy muzyków, bez tego całego sztafażu, jakim otaczają się wielkie gwiazdy. A jednak… Jakie musiało być zdumienie Adriany, gdy po kilku piosenkach zorientowała się, że mieszkańcy tego odległego miasta, gdzieś na północy Portugalii, gdzie Adriana występowała po raz pierwszy - znają  wszystkie jej piosenki na pamięć i cała sala śpiewa razem z nią. Aż zdjęła słuchawki, żeby się przekonać, że się nie myli. Nic dziwnego, że koncert przedłużył się i skończył dopiero po północy. Posłuchajcie TUTAJ.

http://www.lastfm.com.br/music/Adriana+Calcanhotto/+images/16994397

Ale wróćmy do miłości. Słowa piosenek i głos Adriany: „Kocham cię i żyć bez ciebie nie mogę”. Fakt stwierdzony. Jakże inaczej – piękniej! – brzmią te same słowa, gdy o miłości śpiewa poetka. Posłuchajcie TUTAJ.

 Oryginalny tekst piosenki  Polskie tłumaczenie znalezione TUTAJ Nasze tłumaczenie

Fico Assim Sem Você

Taka jestem bez ciebie

Taka jestem bez ciebie

Avião sem asa

Fogueira sem brasa

Sou eu, assim, sem você

Samolotem bez skrzydła

Ogniskiem bez żaru

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie 

Jak samolot bez skrzydeł

Palenisko bez płomienia

Taka jestem bez ciebie

Futebol sem bola

Piu-piu sem Frajola

Sou eu, assim, sem você...

Futebolem bez piłki

Piu-piu bez Frajola (kot z kreskówki?)

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie

Jak piłkarz bez piłki

i kot bez mleka

Taka jestem bez ciebie

Porque é que tem que ser assim?

Se o meu desejo não tem fim

Dlaczego musi być właśnie tak?

Jeżeli moje pragnienie nie posiada końca

Dlaczego tak musi być

Skoro pragnę cie bez końca?

Eu te quero a todo instante

Nem mil auto-falantes

Vão poder falar por mim...

Pragnę ciebie w każdej chwili

Ani tysiąc głośników

Nie będzie mogło mówić za mnie

Pragnę cie w każdym momencie

Tak mocno, że nawet tysiąc głośników

Nie zdoła tego wyrazić za mnie

Amor sem beijinho

Buchecha sem Claudinho

Sou eu, assim, sem você

Miłością bez pocałuneczka

Buchecha bez Claudinho (piosenkarze)

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie

Jak miłość be zcałusa

Jak Tońcio bez Szczepcia

Taka jestem bez ciebie

Circo sem palhaço

Namoro sem amasso

Sou eu, assim, sem você...

Cyrkiem bez pajaca

Chodzeniem ze sobą bez uścisków

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie...

Jak cyrk bez pajaca

I miłość bez uścisków, 

Taka jestem bez ciebie 

Tô louco pra te ver chegar

Tô louco pra te ter nas mãos

Szaleję aby ujrzeć cię przychodzącego

Szaleję aby tylko mieć ciebie w ręcach

 Szaleję, by znów cię zobaczyć

 Szaleję, by wziąć cię w ramiona 
(
Szalona, nosić cię na rękach )


Deitar no teu abraço

Retomar o pedaço

Que falta no meu coração...

Położyć się w twoim objęciu

Ponownie wziąć kawałek

Brakujący w moim sercu...

Zasnąć w twych objęciach

W sercu dziurę załatać

By znów całe się stało

Eu não existo longe de você

E a solidão, é o meu pior castigo

Eu conto as horas pra poder te ver

Mas o relógio tá de mal comigo...

Nie istnieję daleko od ciebie

A samotność jest najgorszą z kar

Liczę godziny aby móc cię ujrzeć

Ale zegarek boczy się na mnie...

Z dala od ciebie nie istnieję

Samotność to kara najcięższa

Liczę godziny, gdy znów ujrzę ciebie

Lecz zegar słuchać mnie nie chce

Por que? Por que?

Dlaczego? Dlaczego?

Dlaczego? Dlaczego?

Neném sem chupeta

Romeu sem Julieta

Sou eu, assim, sem você

Niemowlęciem bez smoczka

Romeuem bez Juliety

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie

Jak dziecię bez smoczka

Jak bez Julietty Romeo 

Taka jestem bez ciebie

Carro sem estrada

Queijo sem goiabada

Sou eu, assim, sem você...

Samochodem bez drogi

Serem bez marmelady z gojaby

Jestem ja, właśnie taką, bez ciebie...

Jak auto bez autostrady

A ser bez marmolady

Taka jestem bez ciebie

Porque é que tem que ser assim?

Se o meu desejo não tem fim

Dlaczego musi być właśnie tak?

Jeżeli moje pragnienie nie posiada końca

Dlaczego tak musi być?

Skoro pragnę cie bez końca?

Eu te quero a todo instante

Nem mil auto-falantes

Vão poder falar por mim...

Pragnę ciebie w każdej chwili

Ani tysiąc głośników

Nie będzie mogło mówić za mnie...

I pragnę cię wciąż tak mocno

że tysiąc głośników powiedzieć

tego za mnie nie zdoła... 

Eu não existo longe de você

E a solidão, é o meu pior castigo

Eu conto as horas pra poder te ver

Mas o relógio tá de mal comigo...

Nie istnieję daleko od ciebie

A samotność jest najgorszą z kar

Liczę godziny aby móc cię ujrzeć

Ale zegarek boczy się na mnie...

Z dala od ciebie nie istnieję

Samotność to kara najcięższa

Liczę godziny, gdy zjawisz się znów

Lecz zegar słuchać mnie nie chce...

 

Uwaga! Redakcja Altany w polskim tłumaczeniu nic nie zmieniała ani nie poprawiała. Ale wszyscy już wiemy, co nam chodzi po głowie, prawda? Taka piękna piosenka, tak urocza i dowcipna, aż się prosi, by po polsku zabrzmiała równie romantycznie. Zapraszamy do zabawy (pracy) translatorskiej!

02:24, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (24) »
niedziela, 28 kwietnia 2013

   Wlosz.czy.zna

Uwielbiam robienie zdjęć makro, kiedyś do starego aparatu miałam pierścienie do robienia tego typu zdjęć, a jak pracowałam przez krótki okres czasu w laboratorium fotograficznym to miałam nawet do dyspozycji mieszek który mi przesuwał obiektyw do odpowiedniego powiększenia, było to wspaniale urządzenie, zrobiłam przy jego użyciu kilka zdjęć, ale niestety nie mam ich i nie wiem gdzie są. Teraz „bawię się” w robienie dużych zbliżeń moim prostym aparatem cyfrowym. W ten właśnie sposób zrobiłam w zeszłym roku bąka którego pokazałam wam w Kurze i tak też miałam zamiar zrobić pajęczynę; ale żeby zrobić dobre zdjęcie pajęczyny trzeba na nią chlapnąć trochę wody, bo inaczej nic nie wyjdzie

i tak też zrobiłam; znalazłam kilka dni temu piękną pajęczynę na moim balkonie i była ona w dobrym oświetleniu, pobiegłam po aparat i spryskiwacz wody i chłapnęłam na pajęczynę, zanim odstawiłam spryskiwacz na środku pajęczyny pojawił się pająk, sprawdził co się dzieje i natychmiast znikł. Nie spodziewałam się go, a on był tak szybki że nie zdążyłam zrobić zdjęcia! Ale odczekałam chwilkę, tak żeby pajęczyna wyschła i znowu na nią prysnęłam, tym razem byłam przygotowana na to że zjawi się jej właściciel i zrobiłam mu zdjęcie. Tak bawiliśmy się w chowanego kilka razy, a efekt jest tu poniżej.

Dodam tylko że nie lubię pająków, toleruje je tylko na balkonie, a jak wchodzą mi do mieszkania to wołam mojego męża żeby wyprowadził „intruza” – bo pająków nie wolno zabijać!

02:38, wloszczyzna79
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 kwietnia 2013

   Włoszczyzna

Powiem wam tylko to, ze ja nigdy nie robiłam sama Lomoncello, ale to jest przepis mojej koleżanki z Ligurii

Limoncello (2 litry)

Potrzebne mam będzie 8 – 10 cytryn (ale musicie być pewni ze te cytryny nie były niczym polewane, spryskiwane i skórka nie miała kontaktu z żadnym chemicznym świństwem, jednym słowem najlepiej cytryny z własnego ogródka, albo, lepiej, z ogródka Babci lub Dziadka) bo podstawa Limoncello jest skórka z cytryny a jak dobrze wiecie wszystkie świństwa chemiczne zbierają się właśnie w skórce!! Potrzebny jest również litr spirytusu 90°, 600 gramów cukru (jak kto lubi bardziej słodkie to może być i 700 gramów) i litr wody.

Przede wszystkim umyjcie dokładnie cytryny, a następnie wytrzyjcie je do sucha.

Przy pomocy odbieracza do kartofli albo ostrego noża zetnijcie bardzo cienko skórkę z cytryn, musi być jak najmniej tej części białej która jest zaraz pod skórką, i uzyskane skórki włóżcie do dużego słoja, następnie zalejcie spirytusem i dokładnie zamknijcie słój zakrętka, zostawiając skórki do przemacerowania przez tydzień; od czasu do czasu potrząsajcie słojem.

Alkohol będzie sie robił się coraz bardziej żółty a skórki będą blendąć.

Po tygodniu przygotujcie syrop z wody i cukru, podgrzewając i mieszając dopóki cukier nie rozpuści się dokładnie w wodzie. Następnie, po ostudzeniu, dolejcie syrop do słoja z alkoholem i przemacerowanymi skórkami. Wymieszajcie wszystko dokładnie i odcedźcie przez sito. Ostatnia czynność jaka trzeba zrobić to oczywiście rozlać limoncello do butelek i … nie wypijać od razu wszystkiego!!!

   Ciotuchna

Zupa cytrynowa grecka

6 szklanek rosolu,
pol szklanki suchego ryzu
3 jajka
sok z duzej cytryny
3 - 4 plasterki cytryny do przybrania
sol, pieprz

Ugotowac osobno ryż na sypko. Rosół zagotować i zostawić na malutkim ogniu żeby "mrugał". Jaja ubić trzepaczką, az się spienia. Do spienionych jaj wlać sok z cytryny i łyżkę stolową zimnej wody i nadal ubijać. Nie przerywając ubijania wlać łyżkę wazową gorącego rosołu, po następnej chwili ubijania drugą łyżkę rosołu. Rosół zdjąć z ognia i do rosołu wlać zaprawę jajeczną, energicznie mieszając. Dodać ugotowany ryż, doprawić solą i pieprzem, ozdobić plasterkami cytryny.

Cielęcina w sosie cytrynowym

Cielecinę pokroić w sześciany i obtoczyć w mące. Przyrumienić szybko w brytfance, dodać szklankę białego wina. Okroić cienko skórkę z 2 cytryn i wrzucić ją do cielęciny, posolić, popieprzyć i piec w temp. 180 st. przez 40 min. aż mięso będzie miękkie. Dodać sok z 2 cytryn, zamieszać i wstawić do piekarnika na 5 min. Przed podaniem posypać zieloną pietruszką.

   Kattinka

Cytryny marynowane

Oczywiście, powinny być czyste, bez chemikaliów, z hodowli organicznej. Może takie uda Wam się kupić (wyhodować…?). A jeśli nie, to skórki trzeba bardzo dokładnie wyszorować, a następnie kilka razy sparzyć wrzątkiem. A jak już się z tym uporamy…

W wersji afrykańskiej (Maroko, Liban) marynowane cytryny to po prostu całe cytryny (ew. nacięte lekko wzdłuż) ułożone w słoju z dodatkiem soli i soku cytrynowego. Ale tak przygotowane są dość intensywne w smaku i bardzo słone (zobacz TUTAJ).

Z kolei, indyjskie przepisy są zbyt ostre. Stąd moje poszukiwania „łagodniejszych” przepisów.

Jamie Oliver przyrządza je tak (i jest to przepis dość indyjski) - zobacz TUTAJ

Wyborne marynowane cytryny do potraw z curry

2 łyżeczki nasion gorczycy
2 łyżki stołowe oliwy z oliwek
kilka pokruszonych suszonych listków curry *(?)
1 mała łyżeczka żółtej Mung Dal (to odmiana soczewicy, tzw. indyjska)
1 mała łyżeczka chili w proszku
4 łyżki stołowe białego octu winnego
2 cytryny

Jamie używa suszonych listków curry firmy „Barts”, które ew. możemy kupić on-line tutaj.

Umyć i wypestkować cytryny, pokroić w całości, ze skórką, na kawałki wielkości „kęsa”.

Na patelni rozgrzać oliwę i krótko uprażyć ziarna gorczycy, jak zaczną strzelać, dodać listki curry i Mung Dal. Zmniejszyć ogień, mieszając, aż całość nabierze lekko brązowej barwy, potem dodać ocet. Uwaga, jeśli mamy i dodamy soczewicę, musimy dopilnować, by była miękka!

Dodać cytryny, kilka minut smażyć, cały czas przegarniając, zdjąć z ognia, ostudzić. Można przechowywać w lodówce przez kilka dni.

Wersja II (moja, wypróbowana, wyśmienita)

3 cytryny
sok z 2 cytryn
3 duże ząbki czosnku
1 listek laurowy
szczypta ostrej papryczki
2 łyżeczki mieszanki curry
sok z 2 cytryn
2 łyżeczki soli
2 łyżki oliwy z oliwek
2 łyżeczki od herbaty nasion gorczycy

Umyć i wypestkować cytryny, pokroić w całości, ze skórką, na kawałki wielkości „kęsa”. Dodać drobno posiekany czosnek, przyprawy i sok z cytryny. Wymieszać, niech przez chwilę „naciągną”.

Na patelni rozgrzać oliwę i krótko uprażyć ziarna gorczycy, jak zaczną strzelać, zdjąć z ognia i dodać do posiekanych cytryn.

Wymieszać, przełożyć do słoików. Jeśli sosu będzie za mało, można dodać kilka łyżek oliwy. Świetnie przechowują się w lodówce.

I na koniec:

Marokańska sałatka couscous  z dressingiem z marynowanych cytryn

Ingrediencje:

1 1/2 filiżanki (300g) couscous
1 1/2 filiżanki (375 ml) wrzątku
20 g masła
1 puszka ciecierzycy (420 g), odsączonej na sicie
1/3 filiżanki (55 g) rodzynek sułtanek
1/3 filiżanki (50 g) uprażonych orzeszków piniowych (można. zastąpić ziarnem słonecznika)
100 g rukoli
3/4 filiżanki drobno posiekanej pietruszki
1 filiżanka (120 g) zielonych oliwek bez pestek

Dressing:

1 łyżka startej skórki z cytryny
1/4 filiżanka (60 ml) soku z cytryny
1/4 filiżanka (60 ml) oliwy z oliwek
łyżki stołowe drobno posiekanych marynowanych cytryn

Listki mięty do posypania

1.  Zalać couscous wrzątkiem (w żaroodpornej misce), przykryć, zostawić na 5 minut, aż woda całkiem się wchłonie (przegarnąć od czasu do czasu widelcem). Dodać masło. Zostawić na 10 min

2. Przygotować dressing.

3. Połączyć delikatnie wszystkie składniki i przełożyć do salaterki. Posypać listkami mięty.

Świetny dodatek do jagnięciny i wszelkich pieczonych mięs. Przyznam, że w tym przepisie pomijam ciecierzycę, a za to dla „podkręcenia” smaku dodaję 1 szalotkę, bardzo drobno posiekaną, i odrobinę siekanego szczypiorku.



 

Żona Oburzona

Bardzo lubię cytryny. W dzieciństwie słynęłam w rodzinie z tego, że potrafiłam zjeść kilka plasterków cytryny ot tak bez cukru. Teraz stanowią one niemal podstawę mojego jadłospisu. W ciągu dnia popijam wodę z cytryną, dodaję jej do herbaty i niemal do każdej marynaty do mięsa. Cytrynową nutę czuć w mojej drożdżówce, kilka kropel dodaję do kruchego ciasta. Lubię kwaśny smak.

Podzielę się z Wami przepisem na tagliatelle w sosie cytrynowo-bazyliowym. Przepis bardzo prosty i szybki. To przykład, że czasem nakład pracy jest odwrotnie proporcjonalny do smaku. To danie jest naprawdę przepyszne. Dla dwóch głodnych osób potrzebujemy:

200 g (w zupełności wystarczy, choć na początku próbowałam zaproponować Wam 400...) makaronu tagliatelle (jak to jest, że z innym makaronem już tak dobrze nie smakuje?)
250 g sera mascarpone
1 cytrynę
świeżą bazylię (dużo - ja zużywam prawie wszystkie listki z doniczki kupowanej w supermarkecie)
sól, pieprz

Nastawiamy wodę na makaron. Kiedy wrzucimy go do wrzątku, zabieramy się za sos. Na patelni podgrzewamy skórkę otartą z cytryny (wcześniej sparzonej) i wyciśnięty z niej sok. Kiedy będzie gorący (należy uważać, żeby się nie zagotował), dodajemy ser mascarpone i mieszamy, aż się rozpuści i będzie ciepły. Solimy, pieprzymy i dodajemy posiekaną bazylię. Łączymy sos z makaronem, wykładamy na talerze i zajadamy.

  Kanadyjka

O dziwo nikt nie podał przepisu na jakis wypiek cytrynowy. No więc ja podam, jako, że wypieki to moja specjalność.

Cytrynowe ciasto z makiem i jagodami

2 kubki mąki
1 łyżeczka proszku
20 dkg masła
1 kubek cukru
4 jajka
vanilia
1 łyżka suchego maku
1 łyżka startej skórki z cytryny
1/3 kubka mrożonych jagód

Rozgrzac piekarnik do 160C.

Wymieszać mąkę, proszek i mak. W robocie wymieszać masło, cukier i skórkę cytrynową na gładką masę (ok. 5 min.). Dodawać po kolei jajka, dobrze ubijając masę po każdym dodatku. Dodać wanilię, i mąkę z makiem. Dobrze wymieszać. Dodać jagody i delikatnie wymieszać.

Wlać masę do nasmarowanej keksówki. Piec ok. godziny. Ciasto jest upieczone gdy patyczek włożony w środek jest suchy.

04:56, kanadyjka82
Link Komentarze (12) »
czwartek, 25 kwietnia 2013

  pharlap

ANZAC Day i sprawa polska.
Polscy i australijscy żołnierze spotkali się nieraz na frontach II Wojny Światowej. Najznaczniejsze było zapewne spotkanie pod Tobrukiem. Był to bardzo ciężki odcinek frontu. Pewnie dlatego Anglicy wysłali tam Australijczyków. Gdy po 5 miesiącach Australijczycy zażądali zluzowania, zastąpiono ich Polakami – Brygadą Karpacką. 
Niemcy nazywali obrońców Tobruku pogardliwie szczurami. Rats of Tobruk - Australijczycy, z wrodzoną przekorą, uznali to za szczytną nazwę. Polacy przyjęli ją z dobrem inwentarza. Gdy Polscy kombatanci zaczęli przybywać do Australii spotkał ich jednak zimny prysznic.  Zarząd RSL (Stowarzyszenie Weteranów Wojennych) przez długie lata nie zgadzał się na założenie polskiej sekcji. Polacy mogli brać udział w ANZAC Parade, ale nie jako osobna grupa narodowa, tylko wspólnie z reprezentantami kilkudziesięciu państw alianckich. Dopiero w 1981r w paradzie ANZAC pojawili się weterani spod Monte Cassino, pancerniacy generała Maczka, lotnicy którzy bronili Anglii, żołnierze AK...


Poniżej Polskie Szczury Tobruku... 

Pierwszy raz oglądaliśmy paradę z ciekawości. Jako nowi migranci staraliśmy się zapoznać z różnorodnymi australijskimi tradycjami i zwyczajami. Po kilku latach uroczystość ta nabrała dla nas konkretnego znaczenia. Najpierw udział Polaków, wielu z nich poznaliśmy osobiście. Następnie nasz syn uczestniczył w paradzie jako polski harcerz, potem jako australijski kadet w Melbourne High School. Od ośmiu lat w paradzie uczestniczy cała rodzina naszego syna. W apelu poległych o 6 rano. To za sprawą jego żony - rodowitej Australijki. Wyznam, że ujęła mnie tym. Kto szanuje historię i tradycję swojego kraju zrozumie również patriotyczne sentymenty innych.

W zeszłym roku spotkaliśmy się przy Shrine of Remembrance całą szóstką. Mimo ciemności, zimna i deszczu młode pokolenie przyjechało na rowerach. Migawki z tego wydarzenia poniżej...

 

Przepis: ANZAC biscuits. Jak łatwo się domyślić są to suchary, którymi odżywiali się australijscy i nowozelandcy żołnierze.
Błąd! Żołnierze odżywiali się sucharami tak twardymi, że nazywali je ANZAC tiles (kafelki, dachówki). Dla szerszej publiki wymyślono coś bardziej strawnego.

Składniki: 
- 180 g roztopionego masła,
- filiżanka (250 g) mąki,
- filiżanka cukru,
- filiżanka płatków kokosowych,
- filiżanka płatków owsianych,
- łyżka Golden Syrup - syrop z cukru - czy to istnieje w Polsce? 
- łyżka sody,
- szczypta soli. 

Rozgrzać piekarnik do 180 C. Zmieszać roztopione masło, syrop i sodę. Osobno zmieszać mąkę, płatki owsiane, płatki kokosowe i sól. Zmieszać razem stałe i płynne składniki. Rolować masę w niewielkie kulki (1.5 łyzki stołowej każda) i lekko spłaszczyć. Położyć na tacy nakrytej papierem do pieczenia przewidując, że wyrosną do średnicy 6 cm. Piec około 12 minut, aż nabiorą brązowo-złotego koloru. Wyjąć z piekanika i studzić 5 minut na tacy.

środa, 24 kwietnia 2013

pharlap   pharlap

W niedzielę pisałem o lokalnych uroczystościach poprzedzających ANZAC Day - według mnie najbardziej australijskie z wszytkich świąt. Dzisiaj napiszę o historii tego  święta.

Wojenko, wojenko..
Gdy wybuchła I Wojna Światowa, Australia miała za sobą dopiero 14 lat niezależnego bytu państwowego. Obywatele Australii uważali się nadal za brytyjczyków (independent Australian Britons) i byli nieco zdezorientowani oficjalnym odcięciem od macierzy. To tłumaczy entuzjazm z jakim przyjęli wiadomość o wybuchu wojny. Urzędy rekrutacji ochotników nie mogły sobie poradzić z ilością kandydatów. Jaka była ich motywacja? Wydaje się, że dwojaka - z jednej strony poczucie, że po raz pierwszy jesteśmy równorzędnym partnerem Wielkiej Brytanii, z drugiej - chęć sprawdzenia się, i porównania – jacy jesteśmy po tych latach samodzielnego bytu?
Ciekawy jest fakt, że rząd australijski rozpisał dwukrotnie referendum w sprawie wprowadzenie przymusowego poboru. I dwukrotnie obywatele odrzucili ten projekt. Ale w tym samym czasie do urzędów rekrutacyjnych zgłosiło się prawie 422 tysiące ochotników. Jakaś przekora – chcę iść do wojska, ale tylko z własnej, nieprzymuszonej woli. Warto zdać sobie sprawę, że w tym okresie w Australii było niecałe 3 miliony mieszkańców płci męskiej. Na wojnę pojechało 332 tysiące. 
Pierwsze transporty australijskich rekrutów wylądowały w Egipcie, gdzie rozpoczęły intensywne szkolenie. Do Egiptu przybyła również regularna armia nowozelandzka oddana na okres wojny do dyspozycji Wielkiej Brytanii. Wtedy właśnie powstał skrót ANZAC - Australian and New Zealand Army Corps. 


25 kwietnia to data rozpoczęcia bitwy pod Gallipoli - chrztu bojowego australijskiej armii. Gallipoli (z greckiego Kalli-poli - piękne miasto) - Turcja - okolice mitycznej Troi. Co Australia miała tam do roboty? 

Scena polityczna.
Turcja przechodziła właśnie okres poważnych zmian wewnętrznych. Sześć lat wcześniej nastąpił ostateczny upadek Cesarstwa Ottomańskiego. Kraj potrzebował spokoju i stabilizacji, szukał sprzymierzeńca. Mogłaby być nim Anglia, ale stało się inaczej. 3 sierpnia 1914r, jeden dzień przed wypowiedzeniem Niemcom wojny, Winston Churchill nakazał konfiskatę dwóch pancerników zbudowanych dla Turcji w angielskich stoczniach. Wtedy znalazł się przyjaciel, Niemcy oddały do dyspozycji floty tureckiej pancerniki Goebel i Breslau. Pod koniec sierpnia 1914r nastąpiła kolejna prowokacja – Anglia zarekwirowała turecką łódź torpedową. W odpowiedzi Turcja ogłosiła blokadę Cieśniny Dardanelskiej odcinając w ten sposób Morze Czarne od reszty świata.

Ministrem Wojny Wielkiej Brytanii był lord Kitchener, którego Anglia uwielbiała za odbicie Omdurmanu z rąk zwolenników Mahdiego i zwycięstwo w wojnie burskiej. Nic dziwnego, że użyto jego wizerunku na plakacie wzywającym brytyjczyków do broni.
Przebieg wojny na kontynencie europejskim zaskoczył Kitchenera. Regularna armia niemiecka to było coś innego niż tłumy sudańskich fanatyków uzbrojonych w dzidy. Może dlatego z taką chęcią ruszył na Turcję, uważał ją za kolejną konfrontację białych z barbarzyńcami.
12 marca 1915 r Lord Kitchener wezwał do swego gabinetu generała Iana Hamiltona i zlecił mu misję dowodzenia operacją lądową opanowania Dardaneli. Wiadomym było, że Grecja rozważała taką operację przy użyciu 150 tys żołnierzy. 
Half of this number will do you handsomely - powiedział Kitchener do Hamiltona - I hope you will not have to land at all.
Atak floty brytyjskiej nastąpił 18 marca. Siedemnaście okrętów bojowych miało za zadanie unieszkodliwić baterie tureckiej artylerii i umożliwić rozminowanie cieśniny. Bardzo szybko zniszczono nadbrzeżne fortyfikacje, ale to nie rozwiązywało sprawy. Za zasłoną wzgórz znajdowały się ruchome baterie artylerii, które mogły bezkarnie ostrzeliwać atakujące okręty. Bilans dnia: trzy pancerniki zatopione, następne trzy jednostki unieszkodliwione. Winston Churchill ponaglał do powtórnego ataku, ale wiceadmirał Carden oszczędzał swoje okręty i powiadomił Londyn, że konieczna jest operacja lądowa zanim flota ruszy do następnego ataku.

Komedia pomyłek.
Generał Hamilton dostał rozkaz desantu. Zapomniano, że 75 tys wojska to ilość wystarczająca tylko dla wsparcia floty, że frontalny atak wymaga dwa razy większych sił. Zapomniano wyznaczyć dowódcę operacji, który mógłby koordynować działania sił lądowych i floty. Nie było żadnego planu działania, pierwsi pracownicy sztabowi i administracyjni przybyli do Aleksandrii 1. kwietnia. Zaczęło się gorączkowe gromadzenie środków, ale nikt nie wiedział dokładnie co i w jakiej ilości jest potrzebne. W ostatniej chwili ktoś zauważył, że w dniu desantu będzie ponad 3000 rannych. Na wąskiej plaży nie ma możliwości postawienia szpitala polowego, potrzebny jest statek-szpital. Na 3000 osób? Z Anglii wysłano dwa statki szpitale, każdy o pojemności 700 osób. Stracono wszelką szansę zaskoczenia przeciwnika. Wszyscy wiedzieli co się szykuje. Dowódca sił tureckich, niemiecki generał Otto von Sanders, metodycznie przygotowywał się do obrony.

Piekło na ziemi.
Desant nastąpił 25 kwietnia o godzinie 4:05,w ciemnościach nocy. Chodziło o to, aby turecka obrona nie mogła ostrzeliwać lądujących żołnierzy. Australijczycy mieli lądować na płaskim odcinku wybrzeża, który wyglądał tak zachęcająco, że nazwano go Brighton Beach. Jednak w ciemności statki wiozące Australijczyków popłynęły za daleko na północ. Żołnierzy wysadzono na stromy, skalisty, pocięty wąwozami brzeg. Proszę porównać zdjęcie z poprzedniego linku z TYM
Nastąpiło totalne zamieszanie. Nikt nie wiedział gdzie jest, ani w którą stronę ma iść. Dowódcy stracili łączność z żołnierzami, żołnierze stracili kontakt ze swoimi jednostkami bojowymi. Do końca dnia wylądowało 15,000 Australijczyków. Angielska flota nie mogła udzielić im wsparcia artyleryjskiego, gdyż nikt nie był w stanie ustalić gdzie przebiega linia frontu. Turecka obrona strzelała bezkarnie. Tego dnia zginęło 2000 australijskich żołnierzy. Ale nie wycofali się. W innych punktach wyniki desantu były podobne. Wojska aliantów okopały się. Zamiast ataku i marszu na Konstantynopol zaczęła się obrona beznadziejnych pozycji. W grudniu 1915 r rząd brytyjski zarządził wycofanie wojsk. Straty Australijczyków wyniosły 8,709 zabitych i 19,441 rannych.
 

Początek legendy.
Pierwszy obszerny reportaż z walk pod Gallipoli, autorstwa angielskiego dziennikarza Ellisa Ashmead-Barletta, ukazał się w Sydney Morning Herald 8 maja i trafił do serc i wyobraźni Australijczyków. 
The Australians who were about to go into action for the first time in trying circumstances were cheerful, quiet, confident. There was no sign of nerves… They did not wait for orders… but sprung into the sea… rushed the enemy’s trenches. I have never seen anything like these wounded Australians in war before… They were happy because they knew they had been tried for the first time and not found wanting…. There has been no finer feat in this war than this sudden landing… These raw colonial troops, in these desperate hours, proved worthy to fight side by side with heroes of Mons, Ypres.
To było dokładnie to, co ludzie chcieli przeczytać. Właśnie po to zgłaszali się dobrowolnie na tę wojnę. Nie odstraszały ich listy strat, które zaczęły się pojawiać w następnych dniach. Wprost przeciwnie. W lipcu 1915 r zgłosiła się rekordowa ilość ponad 36,000 ochotników.
Listy od żolnierzy potwierdzały to, co pisał Ashmead-Bartett. Australijczycy okazali się być lepszymi żołnierzami niż ich brytyjscy koledzy. Byli lepsi, bo byli bardziej zaradni, samodzielni, egalitarni, optymistyczni i koleżeńscy. Właśnie te cechy stały się definicją australijskiego charakteru narodowego.
25 kwietnia został nazwany ANZAC Day. W 1927 r ANZAC Day został uznany za święto we wszystkich stanach Australii.

Obrona Gallipoli to również legenda turecka. Dowódcą jednostek walczących przeciwko Australijczykom był Mustafa Kemal, który kilka lat później stanął na czele rządu tureckiego i zyskał szczytne miano Ataturk - ojciec Turków. 

Tagi: Australia
01:57, pharlap
Link Komentarze (2) »
wtorek, 23 kwietnia 2013

 

 

Żona Oburzona

 

Nie lubię pająków, owadów i innych robali. Tak, zdaję sobie sprawę, że są to bardzo różne gatunki, dla mnie jednak kategoria "robale" jest bardzo pojemna. Zalicza się do niej również zdechła mucha, której nie tknę. Każdy ma jakieś dziwactwa...

Czasem jednak spotkam jakieś żyjątko i zachwycę się nim. Zdjęcie jest trochę nieostre, więc nie widać, że te kropeczki były złotawe. Wiecie może, jak się to coś nazywa?

żyjątko

Tagi: fauna
06:15, zona.oburzona , Żona Oburzona
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 22 kwietnia 2013

 

 

Żona Oburzona

Minulost

Jako když k půlnoci na dveře zaklepe nezvaný host
Stejně tak na tebe za rohem čeká tvoje minulost
Šaty má tytéž vlasy má tytéž a boty kožené
Pomalu kulhavě za tebou pajdá až tě dožene

A řekne tak mě tu máš
Tak si mě zvaž
Pozvi mě dál
Jestli mě znáš
Jsem tvoje minulost

V kapse máš kapesník který jsi před léty zavázal na uzel
Dávno jsi zapomněl to co jsi koupit měl v samoobluze
Všechno cos po cestě poztrácel zmizelo jak vlaky na trati
Ta holka nese to v batohu na zádech ale nevrátí

Jen říká tak mě tu máš
Tak si mě zvaž
Pozvi mě dál
Jestli mě znáš
Jsem tvoje minulost

Stromy jsou vyšší a tráva je nižší a na louce roste pýr
Červené tramvaje jedoucí do Kunčic svítí jak pionýr
Jenom ta tvá pyšná hlava ti nakonec zůstala na šíji
Průvodčí kteří tě vozili před léty dávno nežijí

Tak mě tu máš
Tak si mě zvaž
Pozvi mě dál
Jestli mě znáš
Jsem tvoje minulost

Na větvích jabloní nerostou fíky a z kopřiv nevzroste les
To co jsi nesnědl včera a předvčírem musíš dojíst dnes
Solené mandle i nasládlé hrozny máčené do medu
Ty sedíš u stolu a ona nese ti jídlo k obědu

A říká tak mě tu máš
Tak si mě zvaž
Pozvi mě dál
Jestli mě znáš
Jsem tvoje minulost

Rozestel postel a ke zdi si lehni ona se přitulí
Dneska tě navštíví ti kteří byli a kteří už minuli
Každého po jménu oslovíš neboť si vzpomeneš na jména
Ráno se probudíš a ona u tebe v klubíčku schoulená

Řekne ti tak mě tu máš
Tak si mě zvaž
Pozvals mne dál
Teď už mě znáš
Jsem tvoje minulost 

Tym, którzy znają i cenią Bułata Okudżawę, Leonarda Cohena, Włodzimierza Wysokiego pewnie nie trzeba przedstawiać Jaromira Nohavicy. Ten pieśniarz to tym razem sąsiad zza naszej południowej granicy. Przytoczona przeze mnie piosenka pochodzi z ostatniej płyty tego artysty. To jeden z najładniejszych ostatnio słyszanych przeze mnie utworów. Od dwudziestu tygodni znajduje się w zestawieniu listy przebojów Trójki, z czego 8 razy na samym szczycie tego zestawienia.

Myślę, że ułatwi Wam zrozumienie tego pięknego tekstu informacja, że słowo minulost oznacza w języku czeskim przeszłość. Kiedy sprawdziłam u Wujka Gugla tłumaczenie tego słowa, resztę zinterpretowałam sobie intuicyjnie. A może ktoś z Was zechce przetłumaczyć?

Tagi: muzyka
06:34, zona.oburzona , Żona Oburzona
Link Komentarze (17) »
niedziela, 21 kwietnia 2013

   pharlap

Zbliża się ANZAC Day tutejsze święto wojska. Według mnie jedyne święto w Australii, które jest obchodzone na serio, bez szału zakupów i fajerwerków. 25 kwietnia, w rocznicę bitwy pod Gallipoli, tłumy ludzi przychodzą na ceremonie odbywające się o świcie przy Shrine of Remembrane - tutejszym Grobie Nieznanego Żołnierza - a następnie oglądają paradę weteranów wielu wojen.

Atmosferę ANZAC Day czuć już od kilku dni. Pierwszym zwiastunem są starsi panowie z czerwonym makiem w klapie sprzedający pamiątkowe znaczki - tacy jak opisany TUTAJ.

Dzisiaj, przejeżdżając na rowerze przez położony blisko naszego domu Wattle Park, byłem świadkiem kolejnej wzruszającej uroczystości. W centralnym miejscu parku rośnie "samotna sosna" - Lone Pine Tree - wyhodowana z ziarna przywiezionego z pola bitwy...

Samotna Sosna pod Gallipoli to miejsce jednej z najbardziej zażartych potyczek podczas trwającej 8 miesięcy bitwy. Turcy wycięli niewielki lasek, aby nie dawał osłony australijskim żołnierzom, ale jedna sosna się uchowała. 6 dni walk o 60 metrów terenu kosztowało życie ponad 8 tysiecy żołnierzy. Tym razem australijczycy byli górą co jednak nie miało wpływu na końcowy rezultat bitwy. Samotne drzewo zostało mocno poturbowane przez artyleryjski ogień, ale jakimś cudem zachowało się kilka szyszek. Dwie z nich zostały przywiezione do kraju przez australijskich żołnierzy. Zakiełkowało tylko 5 nasion, pierwsze właśnie w bliskim mojemu sercu Wattle Park.

Obok Samotnej Sosny stoi niewielka wieża z zegarem wzniesiona przez matkę żołnierza poległego na polach bitewnych Francji...

Dzisiaj pod sosną zebrali się przedstawiciele australijskiej armii, reprezentanci federalnego i stanowego rządu, nasi lokalni działacze, harcerze i sporo gapiów takich jak ja. Wartę wokół zegarowej wieżyczki pełnili kadeci Melbourne High School, jednostki do której przed laty należał nasz syn...

Australijska harcerka recytowała wiersz Maki na polach Flandrii. Flandria, Turcja, Monte Cassino... tysiące żołnierskich mogił. Lest we forget - nie wolno nam o nich zapomnieć.

PS. Ciąg dalszy historii ANZAC Day w środę.

Tagi: Australia
08:24, pharlap
Link Komentarze (6) »
sobota, 20 kwietnia 2013

   Kattinka

RAZEM

Z miłością od pierwszego wejrzenia tak bywa. Jest wielka i silna, dlatego nie zważa na przeszkody. Gdy brat-proboszcz, a zarazem jej opiekun, wpadł w gniew i próbował zabronić tego „głupstwa”, Teodora zamknęła się w swoim pokoju i ogłosiła strajk głodowy. Przeszkody nie stanowiła też różnica wieku (Izydor był młodszy o 14 lat). Teodora postawiła na swoim i nigdy swej decyzji nie żałowała. 23 maja 1899 roku, w kościele parafialnym w Wielu brat Teodory udzielił im błogosławieństwa. Zaprzężoną w cztery konie bryczką, państwo młodzi przybyli do Wdzydz Kiszewskich.

DOM i ŻYCIE

W początkach XX wieku Wdzydze Kiszewskie były wioską nikomu nieznaną i bardzo biedną. Gulgowscy byli wielkimi pasjonatami i obrońcami kulturykaszubskiej. Już wtedy mieli świadomość, że oto na ich oczach „przemija postać świata”. Pisał Izydor: Może nadejść dzień, w którym wszystkie nasze skarby nie starczą na to, aby stworzyć obraz dawno minionych wieków.

Postanowili wydźwignąć wieś z nędzy, a zarazem ukazać światu szczególną urodę tej miejscowości. W 1906 roku kupili liczącą 150 lat chatę, wraz z meblami i sprzętami gospodarczymi, którą następnie rozebrali i postawili na własnym kawałku gruntu. To był początek muzeum. Izydor, poza pracą w szkole, cały czas poświęcał na poszukiwanie eksponatów do muzeum, uczył mieszkańców wyplatania koszy z korzeni sosny, nakłaniał do zachowania tradycyjnego rzemiosła. Był także poetą kaszubskim, dziennikarzem i publicystą, współzałożycielem Kaszubskiego Towarzystwa Ludoznawczego w Kartuzach. Teodora, która jeszcze przed zamążpójściem zainteresowała się wzornictwem kaszubskim, na co niewątpliwy wpływ miały studia plastyczne, stworzyła we Wdzydzach zespół hafciarek, dla których sama projektowała wzory i kolorystykę. Prace wdzydzkich hafciarek zaczęły trafiać do miast, dając wsi tak potrzebny zarobek, zyskały również sławę na ogólnopolskich i zagranicznych wystawach rękodzieła ludowego.


POTEM

Izydor zmarł przedwcześnie, 22 września 1925 roku, na białaczkę. Miał 52 lata. Zgodnie z życzeniem pochowano go obok muzeum, na szczycie wzniesienia, wśród sosen, skąd rozciąga się widok na jezioro oraz na dzieło jego życia. Na grobie położono wielki kamień, na którym jego żona kazała wyryć krzyż, daty urodzenia i zgonu, a sama namalowała kolorowe kwiaty. Teodora do końca życia kontynuowała wspólne dzieło, jak to ona, na przekór wszystkiemu, z uporem. W 1929 roku przekazała prywatne zbiory ówczesnemu Ministerstwu Oświecenia Publicznego, pozostając nadal kustoszem muzeum. W 1932 roku wielki pożar strawił całe muzeum, w tym również dom mieszkalny Teodory. Spłonęły wszystkie cenne zbiory.


Pomimo że Teodora przekroczyła już 70. rok życia, nie załamała się. Rozpoczęła starania o odbudowę muzeum; sama zamieszkała w swojej dawnej pralni. Odbudowała chatę-muzeum, sprowadziła sprzęty, meble i narzędzia gospodarcze. W czasie II wojny światowej, od 1939 do 1945 roku, wnętrze odbudowanej chaty muzealnej po raz kolejny uległo dewastacji, gdy na teren muzeum wprowadzili się uciekinierzy i przesiedleńcy niemieccy. Szereg eksponatów zginęło bądź zostało mocno uszkodzonych. Po wojnie ciężko chora Teodora żyła w skrajnej nędzy, czego dowodem mogą być listy, jakie słała do wojewody. W jednym z nich (1946 r.) pisała do Wielmożnego Pana Franciszka Sędzickiego: Jak najserdeczniej dziękuję, że Pan moją biedą się opiekuje. Spędziłam swoje ostatnie dnie życia w największej biedzie, żyję czasami tylko kartoflami z solą, bo na co inne środki nie starczą. Pisząc te słowa, miała 86 lat.


W 1948 roku skansen przejął skarb państwa. Teodora Gulgowska dożyła blisko 90 lat, zmarła we Wdzydzach 21 maja 1951 roku. Została pochowana obok Izydora, skąd rozciąga się widok na jezioro i skansen – dzieło ich życia.


Opr. na podstawie:

http://ssi.slupsk.pl/ziemia_slupska/haft_kaszubski_wdzydze.html

http://wiano.eu/article/814

oraz tekstu Tadeusza Majewskiego

http://kociewiacy.pl/gminy/kaliska/index.php?option=com_content&task=view&id=95&Itemid=33

01:59, kanadyjka82
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3
Tagi