Rozmowy wśród przyjaciół
czwartek, 30 marca 2017

elżbieta adamczyk     Koliberek

Ostatnio moje poranki zaczynają się od bardzo intensywnych
ćwiczeń.

Nasz Złodziej/ka Wiewiór/ka próbuje jeść nasiona ptaków z
karmnika dokładnie wtedy, gdy siadam przy śniadaniu.

Elżbieta

Widząc jej / jego działania wypadam na balkon i krzyczę na nią
/ niego, tupiąc mocno po deskach balkonu, robiąc przerażający - w
moim przekonaniu - hałas.

Oczywiście ona/on ucieka, żeby wrócić kiedy zasiadam do
lunchu.

----Następnego dnia należy powtórzyć ćwiczenia w tej samej
kolejności.

Elżbieta

My mornings nowadays begin with very vigorous exercise routine.

Our Thief Squirrel attempts to eat birds seeds from a feeder at
the exact time I sit at my breakfast.

So, seeing her/his actions I go out and yell at her/him and make
sure that I stomp on the balcony boards really hard, making frightful
- I am sure - noises.

...

Of course, she/he runs away only to return when I am sitting at my
lunch.

----You should repeat the exercise sequence next
day.
--------------------

Tekst i zdjęcia: Elżbieta Adamczyk.

el

czwartek, 16 marca 2017

jjj     Jul

     "Jako kilkunastoletni chłopiec mieszkałem w Komorowie pod Warszawą w domu moich dziadków Zdziechowskich. Dom był duży, pełen rodziny i różnych przytulonych przez babunię osób, a czasy jeszcze przedtelewizyjne. Królowało natomiast w naszym domu radio. Pamiętam cienki ołówek dziadzia, zaznaczający w niedzielne popołudnie, czego też będziemy słuchać w tym tygodniu. I pamiętam jeszcze , że właśnie głos Kazimierza Rudzkiego był jednym z głosów radiowych niesłychanie lubianych w naszej rodzinie. Babunia, przygłucha już nieco, podnosiła do ucha szylkretową trąbkę i słuchała z uśmiechem anegdot czytanych przez Kazimierza Rudzkiego wraz z Władysławem Grabowskim i Danutą Mancewicz (interludia fortepianowe Franciszki Leszczyńskiej). To wysoka klasa - mówiła po każdej wygłoszonej przez Rudzkiego dykteryjce - tylko że, kochani, nie dla hołoty...

Joanna Kraśnicka

                          Fot. Joanna Kraśnicka    

     Jak ja to wówczas odbierałem? Głos Rudzkiego kazał mi się zastanowić, że oto jest możliwe niesłychanie poważne przekazanie rzeczy ogromnie śmiesznych, a jednocześnie, że istnieją różne gatunki i piętra śmieszności. Że obok humoru czy śmieszności wprost istnieje humor czy śmieszność nie wprost i to się łączy z uważnym , szybkim myśleniem odbiorcy. Miałem rodzaj pawłowskiego odruchu na głos Kazimierza Rudzkiego - przystawałem zelektryzowany i maksymalnie wytężałem uwagę, aby po chwili wybuchnąć śmiechem. Kazimierz Rudzki był wówczas, w tych komorowskich zielonych latach, moim prawdziwym idolem. Był jednocześnie jednym z tych, którzy kształtowali rodzaj mojego poczucia humoru, choć wówczas nie bardzo jeszcze zdawałem sobie z tego sprawę.

     Pod koniec roku 63-go ruszyła w Warszawie w kawiarni U Ewy na ul. Konopnickiej impreza pod nazwą Giełda Piosenki. Kazimierz Rudzki chadzał regularnie na każdą z Giełd i zasiadał przy jednym stoliku z Ludwikiem Sempolińskim. Oczy wszystkich zwrócone były rzecz jasna na ten stolik: jak reaguje? - czy się śmieje? - czy bije brawo? Na jednej z takich imprez zaryzykowałem i z przerażeniem w oku wykonałem jeden ze swych śpiewanych felietonów, jak je później nazywano, pt. Niedziela na Głównym. Idąc podświadomie starym kabaretowym tropem obrażałem nieco snobistyczną publiczkę i oczywiście ogromnie się jej to podobało!

Szanowni państwo - oto projekt całkiem nowy,

jak zlikwidować kompleks Sali Kongresowej,

jak się nie załamywać i nie tonąć w spleenach,

oto recepta jedyna:

     Na wszystkie smutki - Niedziela na Głównym!

     Panie o słowiańskich oczach waliły brawo, a ja zbiegłszy w kulisę obserwowałem wiadomy stolik. Trwało to sekundę, bo wybiegłem się ukłonić. I wtedy Profesor Rudzki wstał, uciszył salę gestem dłoni i powiedział mniej więcej coś takiego: "Panie Wojciechu, to jest giełda, ale zabraniam panu sprzedawać tę piosenkę komukolwiek. Ma pan zawsze śpiewać ją sam". Dziś z perspektywy lat mogę stwierdzić, że był to jeden z momentów przesądzających o wyborze fachu, który wykonuję - śpiewającego autora".

Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Wojciech Młynarski, Zabraniam panu sprzedawać tę piosenkę, Czytelnik 1981.

Nermin Smajic

                    Fot. Nermin Smajic

     Odszedł.

     Z początków kariery Wojciecha Młynarskiego pamiętam koncert w Hali Stoczni, niełatwe do opanowania przez artystę wnętrze. Udźwignął, publiczność bijąc brawa wstała z miejsc. Przez lata trwałam przy Jego wrażliwości, kulturze, poczuciu humoru, dobrym smaku i pewnej nieuchwytnej lekkości języka.

     - To był człowiek barwny, przydający wdzięku środowisku coraz bardziej tracącemu wdzięk. Obserwując szarzyznę dzisiejszych publicznych i prywatnych zgromadzeń towarzyskich myślę sobie często, jak bardzo nam Go brak - mówił o Kazimierzu Rudzkim. Dzisiaj mówię to o Wojciechu Młynarskim ja.

Je m'en vais l' dimanche à Orly.
Sur l'aéroport, on voit s'envoler
Des avions pour tous les pays.
Pour l'après-midi... J'ai de quoi rêver.
Je me sens des fourmis dans les idées
Quand je rentre chez moi la nuit tombée.

Gilbert Becaud, Dimanche a Orly.

     Każdy ma swoją niedzielę na Głównym, skąd pociągi odjeżdżają w nieznanym kierunku.

z sieci

          Fot. Montmarte 1958, z sieci.

poniedziałek, 06 marca 2017

jb     Jul

 

W ciemnych pokojach, w których moje dni mozolne         
przeżywam, ciągle chodzę od ściany do ściany,
próbując znaleźć okna. To będzie pociecha,
kiedy choć jedno okno wreszcie się otworzy.
Lecz żadnych okien nie ma albo ich nie umiem
znaleźć. I może lepiej, że ich nie znajduję.
Może światło okaże się nową tyranią.
Któż to wie, jakie rzeczy nieznane odsłoni.

Konstandinos Kawafis, Okna, przełożył Zygmunt Kubiak.

Barbara Rozmierska

     Rozmawiamy ze sobą w myślach, wydajemy sobie polecenia, załóż, zrób, pospiesz się, taka mała schiza, czyż nie? Codzienność, przedmioty nazywam głosem mamy - chusteczkę chowam do kieszonki, w czajniczku jest wodziczka, zima zawsze jest zimochą, a lato - latkiem. Głosu ojca nie pamiętam, rzadko się odzywał. Głos siostry znam, mówiłyśmy tym samym. I choć to od ćwierć wieku niemożliwe, pojawia się przy mnie. Widuję jej cień w Sopocie, wszędzie tam, gdzie kiedyś mieszkała, przy Czyżewskiego jeszcze z pierwszym mężem, rzeźbiarzem. Na 23 Marca słyszę stukot jej szpilek, czuję zapach pachnącego groszku. Zawsze kupowała świeży bukiecik, gdy wracałyśmy z plaży. To tu niepostrzeżenie wytaczaliśmy z bratem z garażu Warszawę, żeby nocą pojeździć po mieście. Barbara i Mietek pewnie się domyślali, przymykali oko. A może nie.

     Świetnie się ubierała, miała ten zmysł, równie dobrze gotowała. Ze smakiem dbała o wystrój mieszkania, na brzydki abażur zarzucała szal z kordonku, sama zrobiła, tworzyła klimat.

BR

     Weszła przebrana w szary kostium, skromny, ale elegancki. Na głowie miała granatowy beret, na nogach półbuty ze świńskiej skóry. Wyglądała jak pensjonarka, dziewczyna z dobrego domu w parę dni po maturze, nie miała w sobie nic z dziewczyny spod znaku półświatka i północka. Szła pośpiesznym i rzeczowym krokiem osoby, która po godzinach urzędowych opuszcza miejsce pracy. Naciągnęła na palce granatowe rękawiczki z cienkiej skóry, uśmiechnęła się do mnie i wzięła mnie pod rękę: - Idziemy? - przedstawia Lidkę Stanisław Dygat w "Pożegnaniach". Opis przypomina mi - wyznawczyni trampka - Baśkę, nie dbałość o szczegóły, a nastrój. Pewnie dlatego książkę zabieram ze sobą do kolejnych domów. Stawiam obok "Francuski szyk", "Jak być glam", "Chanel",  zaglądam rzadziej. Jak do kucharskich, tych niedawno kupionych. Wystarczają mi "Gawędy o jedzeniu" Marii Iwaszkiewicz. Czytam: "kapuśniak gotować dwie godziny albo lepiej - dwa dni", kiwam głową. Kuchnia potrzebuje czasu, serca i składników, jak nie dasz, to nie masz. Tort makowy silnie migdałowy, nasączony mocną esencją herbacianą ze spirytusem, przełożony czekoladowym kremem i migdałami ozdobiony, aromatyczny rosół - cztery piąte w garnku czegoś, jedna piąta wody, schab pieczony z maleńkimi kartofelkami albo pyzami. Tak gotowała Baśka. Po raz kolejny kleję grzbiet książki taśmą.

     Różniło nas - co masz, to dasz, a pokój z łóżkiem i krzesłem, też może być domem - wszystko.

BR

     Zapisuję kolejny zeszyt, szkicuję sopockie ulice, wywołuję z pamięci tamtych ludzi: Ewę, Jurka, Adę, Jasia, Andrzeja. Baśka zagląda mi przez ramię. - Czy to wtedy Ewa przyleciała z Paryża? Przecież wiesz, mieszkaliście w jednym domu, najpierw przy Dąbrowskiego, potem przy Słowackiego, nawet na jednym piętrze. Spotkania towarzyskie, gdy zaczynały się u Jurka, to u was się kończyły. I na odwrót. Albo tutaj, spójrz tutaj - z kolejki wysiedli Cybulski i Kobiela, obaj, na znak sympatii dla klasy robotniczej, w kufajkach. Schodzili Monte Cassino w dół czy szli do akademika przy Kościuszki? Tu zaś cały fragment poświęcony Andrzejowi Cybulskiemu, ceniłaś go wyjątkowo. Jest i Grand Hotel, specjalnie oglądnęłam film dokumentalny Marcela Łozińskiego "Moje miejsce", wynotowałam uwagi. Czytasz?

     Nie odpowiada.

BR

     Włączam radio. ’Cos for twenty-four years I’ve been living next door to Alice - śpiewają Smokie, przywiozła ich płytę z Londynu, uwielbiała tę piosenkę. Tylko ja o tym wiedziałam, jak bardzo.

     Jej wnuczka ma na imię Alicja.

BR

- Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? - mówiła dalej.
-To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść - odparł Kot-Dziwak.
-Właściwie wszystko mi jedno.
-W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
-Chciałabym tylko dostać się dokądś - dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
-Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.
 Alicja nie znalazła na to odpowiedzi, zaczęła więc z innej beczki:
-A kto mieszka tutaj w okolicy?
-W tym kierunku mieszka Kapelusznik - rzekł Kot zataczając krąg prawą łapa, - A w tym (ten sam ruch lewą) - Szarak. Możesz odwiedzić któregoś z nich: obaj są zwariowani.
-Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami - rzekła Alicja.
-O, na to nie ma już rady - odparł Kot. - Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.
-Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? - zapytała Alicja.
-Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

Lewis Carrol, Alicja w krainie czarów.

     Baśka o tym nie wie, nie wie, że ma wnuki.

     Wie?

     Alicja kiedyś o niej opowie?

BR

("I wtedy zauważyłem brak przecinka...", opublikuję wpis, dopiero wtedy zobaczę błędy, jak zwykle).
 

    

    

    

 

piątek, 03 marca 2017

m     Jul

     Pan listonosz, który doręczył mi dzisiaj "Młokosa" Fiodora Dostojewskiego, zastał mnie nad "Książką twarzy" Marka Bieńczyka. Za brawurę uznałam połączenie lektury obu tomów, klasyka poczeka. Bo wiem, że niegdyś "Młokosa" nie czyta się lekko, Dostojewski zawarł w nim sporo rozważań i przemyśleń o filozofii, wielkich ideach, Rosji, relacji ojciec-syn, mistycyzmie, dramacie egzystencjalnym człowieka, moralnej prawdzie, dobru i złu w konstrukcji z powtarzającą się frazą kierowaną bezpośrednio do czytelnika:

     Przeskakuję okres niemal dwumiesięczny: niech czytelnik będzie spokojny, wszystko stanie się zrozumiałe dzięki późniejszym wyjaśnieniom. Teraz o czymś zupełnie innym. /.../ Dlatego, jeżeli niekiedy zwracam się w notatkach do czytelnika, to jest to tylko zwrot retoryczny. Mój czytelnik jest postacią fikcyjna.

Konstantin Korowin

          Konstantin Korowin, Przy stole, 1888.

     Ale jest, siedzi tu, kartkuje strony i raduje go ponowny przekład powieści, docenia twardą oprawę. Na lata. Przeczyta, powoli, uważnie.

     W myśl fragmentu zbioru esejów Bieńczyka:

     Kiedy dziś rano zobaczyłem w pewnym instytucie urzędniczkę - prawdopodobnie w ciężkiej depresji - odpowiadąjącą przez paręnaście minut na wszelkie pytania i prośby repliką Bartleby'ego, tą jedną z najsłynniejszych replik w dziejach literatury, "wolałabym nie", pomyślałem, że Melville musiał usłyszeć swoje zdanie realnie i że uderzył go jego niezwykły potencjał, burzycielska siła. Czy bez lektury jego opowiadania zareagowałbym równie silnie (w instytucie zamarłem na krześle) na odpowiedzi urzędniczki? Tego nie wiem; być może nie, ale w każdym razie mogłem doświadczyć bezpośrednio działania tej formuły, poczuć w jednej chwili jej podmuch przenikający aż do trzewi i zgrozę, jaką wywołuje.

     Niektórzy będą twierdzili, że uwagę Melville'a przyciągnęła oryginalna forma odmowy, wyrażona rodzajem niedopełnionej przerzutni: "I would prefer not to". Również po polsku zdanie "wolał(a)bym nie" czymś takim jest, odmową, która nie precyzuje się do końca i której brak precyzji połączony z osobliwą delikatnością wzmaga siłę; odmowa przestaje dotyczyć konkretnej rzeczy, staje się "nie" uogólnionym, mówionym wszystkiemu.

moje

     - Odłożysz analizę cudowności zdań Raymonda Chandlera, którego ma Bieńczyk, i słusznie, za jednego z największych stylistów naszych czasów i rzucisz się na "Młokosa"? - Wolałabym nie. Kierując jednocześnie podziękowania dla Lubię czytać za piękny podarunek.

    

    

    

Tagi