Rozmowy wśród przyjaciół
piątek, 25 marca 2016

          Juliczka

 

     *** (Wiosna przyszła...) Andrzej Poniedzielski

Wiosna przyszła z tą swoją zielenią

blade toto, niemrawe, brudzi

zanim jakie kwiatki wystrzelą

to nastęka się, namarudzi

No i co, że ptacy wrócili?

No i co, że fruwają w parkach?

- tyle, że w jakich drzewach czy hebziach

z przeproszeniem złożą swe jajka

Te zajączki, króliczki, kacuszki

wszędzie - w lasach, po łąkach, po domach

Mam się cieszyć, że "budzi się życie"

- mam się cieszyć, że budzi się komar?

Przyszła wiosna z tą swoją nadzieją

blade toto, niemrawo się dłubie

Pytam - czemu na szczęście?

Pytam - czemu najbardziej?

Pytam - czemu ja tak to lubię

*

     Wraz z wiosną nadchodzi Wielkanoc, która to już w Altanie? A wcześniej u Ewy Marii na dwóch Kurach, Kurze i Qrze? Piękny wynik! Życzę równie pięknych Świąt, spokojnych, rodzinnych, pogodnych.

 

wojciech karpiński

          Vincent van Gogh, Martwa natura z otwartą Biblią, 1885 

     Otwartą na początku pięćdziesiątego trzeciego rozdziału Księgi Izajasza. Wypalona świeca. I, jako kontrapunkt, zaczytana powieść Emila Zoli La joie de vivre, dwa światy.

piątek, 18 marca 2016

 

          Juliczka

     - W Holandii mamy takie wyrażenie - powiedział, wskazując na mój tobołek. - Tropikalne lata. Bo widzisz, kiedy Holendrzy kolonizowali Indonezję, służba wojskowa liczyła się podwójnie. A trzeba ci wiedzieć, że było tam przeraźliwie gorąco. Do tego malaria, choroby i tym podobne. Więc odbywało się to tak, że jeden rok służby wojskowej w tropikach liczył się za dwa lata. Nazywali to tropikalnymi latami. Tak samo jest z posiadaniem dzieci, rozumiesz?

Elisa Albert "Od urodzenia", Wydawnictwo kobiece, 2016.

    

     Na naukę zawodu poświęcamy lata: szkoła, studia jedne, drugie, specjalizacja, kursy, szkolenia. Czytamy literaturę fachową. Zgłębiając tajniki matematyki, najpierw uczymy się prostego dodawania i odejmowania, potem procentów, a w końcu przechodzimy do bardziej abstrakcyjnych obliczeń algebraicznych i geometrycznych. Nie uczymy się konkretnych liczb, lecz zachodzących pomiędzy nimi związków. Każde działanie rodzi przeciwdziałanie. I na tym właśnie rzecz polega. Jeśli nie pojmie się zasady mnożenia, to nauczenie się na pamięć tabliczki mnożenia może, co najwyżej, dopomóc w rozwiązywaniu kolejnego testu. Zadziwiająco lekko, bez przygotowania, bez matematycznego myślenia, jak jazzman na jam-session, wchodzimy w rolę rodzica. Powielamy wyniesione z domu wzory, bądź - wprost przeciwnie - odwracamy je o 180 stopni. Jeśli nawet kosmonauci w przestrzeni kosmicznej bez trudu mogą się porozumieć z Centrum Kontroli Lotów w Houston, to dlaczego jako rodzice borykamy się z problemami? Nadajemy na falach długich, gdy odbiór nastawiony jest na krótkie? Czy w takiej sytuacji można odebrać jakikolwiek przekaz?

     Na tym właśnie polega problem: nikt nas niczego nie uczy. Jak szyć, zdobywać jedzenie, przechowywać jedzenie, budować, naprawiać, rozpalać ognisko, rodzić dzieci, opiekować się dziećmi, karmić dzieci, iść przez życie, starzeć się, umierać, przeżywać żałobę, zmieniać się, siedzieć spokojnie, w ciszy.

wydawnictwo kobiece

     Elisa Albert wie, o czym pisze. Wszechstronnie wykształcona, absolwentka prestiżowego Columbia University, zarządzającego Nagrodą Pulitzera oraz Brandeis University z siedzibą w Waltham, finalistka Nagrody Sami Rohr, wstawia bohaterów książki "Od urodzenia" w środowisko akademickie Utrechtu w stanie Nowy Jork. Ari, matka rocznego Walkera, jest doktorantką, jej mąż - profesorem uniwersyteckim. Każdy, kto właśnie został ojcem lub matką i rozpoczyna swa podróż przez rodzicielstwo, z drżeniem wchodzi do tej dzikiej dżungli. Jeśli przedtem bywało się tam tylko po to, by zgładzić pytona czy piranię,  to człowiek raczej nie zdaje sobie sprawy, że może być inaczej. Jak to zwykle bywa z pieszymi wędrówkami, kilka pierwszych kilometrów niebezpiecznego szlaku zawsze jest pod górkę. Zdarza się, że całkiem nieoczekiwanie trzeba stoczyć walkę z jakąś groźną bestią. Tym dla Ari jest traumatyczne wspomnienie przyjścia na świat jej pierworodnego.

     Przecięli mnie na pół, wyciągnęli dziecko z mojego bezwładnego, ziejącego pustką, skauteryzowanego brzucha. Bezlitosne światła szpitalne, zasłona przed nosem. Skuteczny sposób na wyjście z siebie. Zapach przypalanego mięsa. Zostałam zszyta przez grupę ludzi, których nie znałam i którym nie przyszło do głowy, żeby spojrzeć mi w oczy, żadnemu, ani razu. Leżałam rozcięta od biodra do biodra, unieruchomiona, ogłupiona, zacewnikowana, przywiązana do łóżka, i słyszałam rozdzierający krzyk mojej ptaszyny, kiedy wywozili ją gdzieś, do jakiegoś piekła.

   Mimo mądrej bliskości Paula, chaotycznie brnie przez macierzyństwo, przez niekończące się potrzeby synka, cierpi na huśtawki nastrojów, snuje się po domu w pidżamie, nie dosypia: "Przez większość czasu siedziałam na kanapie i karmiłam, jak to z noworodkami bywa - karmi się i karmi, i karmi". Szuka oparcia w telefonicznych rozmowach z teściową, mistrzynią sztuk kobiecych i pasjonatką patchworku. Znajduje zapewnienie, że poradzi sobie sama. Zmęczony umysł przywołuje obrazy z dzieciństwa, analizuje relacje z matką (matka jadała spalone tosty, w świetle życiowej filozofii Teri Hatcher, wyłożonej w książce "Spalony tost" - nigdy, przenigdy nie powinna była tego robić - w poczuciu przegranej demonstracyjnie rezygnować z rzeczy dobrych), ocenia stare przyjaźnie.

elisa albert

     Obserwuję Ari, słucham i porównuję z Betsy Sternberg z "Domu przy Alei Rothschildów" autorstwa Stefanie Zweig. Kobiety dzielą pokolenia, dzieli też poczucie względności życia wyrażające się w ocenie przyczyn i skutków. A także podejście do pojęcia intymności, dyskrecji i rozumienia roli gospodyni, żony i matki. Łączy poczucie humoru, zapisane w książce Stefanie Zweig jako krótka rozmowa Betsy z mężem: " - Podoba mi się twoja nowa sukienka - powiedział. - Tę sukienkę dwa lata temu uszyła mi Bachmaierowa na letnią zabawę w Ogrodzie Palmowym. Ale fryzurę mam nową. Od czwartku. Nic nie szkodzi. Nie musi ci być wstyd. Mamy przecież dopiero niedzielę".

     Na szalkach wagi zwanej życiem przypadek stawia naszej bohaterce Minę Morris, poetkę, dawną gwiazdę rocka, teraz - świeżo upieczoną mamę Zeva. I koncept na znalezienie pokrewnej duszy, wraz z nią -  nadzieję na stworzenie dla siebie nowej przestrzeni. By nie stracić z oczu tego, co jest ważne. Dlatego warto mieć swój plan B na wyboistą drogę, konfrontować go z ideałem, uczyć się nie tylko zawodu, ale i bytu, otoczenia oraz ...siebie. Ludziom "się przydarza" i w jednej chwili, bezpowrotnie, zmieniają się ich losy. Jak się dźwignąć, jak znowu pewnie stanąć na nogi, o tym jest ta książka. Trzeba się wsłuchać, co słyszy autorka "Od urodzenia", co słyszy jej bohaterka. Elisa Albert wierzy w czytelnika, uruchamia wyobraźnię i zaciekawienie. Opowiada potocznym, współczesnym językiem, czasami dalekim od decorum, przekraczającym granice, anachronicznego dziś dla wielu, pojęcia dobrego smaku. Czy mogę powiedzieć, że znam życie, czy wolno mi - uważam, że tak. Ogólnikowo stwierdzę - bywało różnie. Nie szukam niektórych z tych - excuse le mot - "różności" w książkach, filmach, obrazach, w teatrze: przeżyte raz wystarczą. Inne, z tej samej półki, na tę samą półkę odkładam. Nie mam potrzeby mówienia wprost i w sztuce unikam nazywania rzeczy po imieniu. Szukam może i nieprawdy, ale ładnie wymyślonej, wymyślonej mądrze i czemuś, w poszukiwaniu piękna, służącej. Rozumiem jednak potrzebę twardej, trochę zwariowanej, a trochę poważnej, płynącej prosto z serca, prawdy. Prawdy "Od urodzenia".

     Zgadzam się pójść z Miną do sklepu. Zev ma już sześć tygodni i ładnie się zaokrąglił. Zmienił się przez te kilka dni, kiedy go nie widziałam. Siedzimy w milczeniu w kawiarni. No dobrze. Dobrze. Dobrze. Dobrze.



wydawnictwo kobiece

Dziękuję Wydawnictwu kobiecemu za udostępnienie książki.

"Od urodzenia" Elisa Albert

Tłumaczenie: Aleksandra Weksej

Data premiery: 29.03.2016



   

     

     

     

     

     

     

     

    

     

    

Tagi