Rozmowy wśród przyjaciół
niedziela, 29 marca 2015

pharlap Pharlap

Dzisiaj Niedziela Palmowa. W moim parafialnym kościele, na przykościelnym parkingu, odbyła się skromna procesja z palmami...

Palmy

Przypomniał mi się musical Jesus Christ Superstar, który miałem okazję oglądać w Palace Theatre w Londynie w 1973 roku - KLIK.
Niestety zlinkowany fragment z filmu wydaje mi się dużo słabszy niż wspomnienia z musicalu, ale jak napisałem w moim poprzednim wpisie, wspomnienia i sny mają u mnie przewagę nad rzeczywistością.

Zgodnie z obecną liturgią w Niedzielę Palmową czyta się Ewangelię opisującą mękę Pańską. W naszym kościele Ewangelia ta czytana jest na głosy: narrator, Jezus (w tej roli oczywiście ksiądz), czarny charakter (Judasz, Piotr wypierający się znajomości Jezusa), tłum wołający ukrzyżować, ukrzyżować (my, zebrani w kościele wierni). Przez długie lata w roli "czarnego charakteru" występowały panie - droga kobiety w pobliże ołtarza nie jest łatwa, ale jednak są efekty - od kilku lat w roli tej występuje mężczyzna a kobiety czasem występują w roli narratora.

To czytanie, zaledwie kilkanaście minut po radosnej procesji w słońcu, jest dla mnie pewnym szokiem...

- Więc to ty namawiałeś lud do zburzenia jeruszalaimskiej światyni?
Procurator siedział niczym wykuty w kamieniu i tylko jego wargi poruszały się ledwo zauważalnie, kiedy wymawiał te słowa. Był jak z kamienia, bał się bowiem poruszyć głową płonąca z piekielnego bólu.
Człowiek ze związanymi rękami postąpił nieco do przodu i zaczął mówić:
- Człowieku dobry. Uwierz mi...
Ale procurator, nadal znieruchomiały, natychmiast przerwał mu, ani o włos nie podnosząc głosu:
- Czy to mnie nazwałeś dobrym człowiekiem? Jesteś w błędzie. Każdy w Jeruszalaim powie ci, że jestem okrutnym potworem, i to jest święta prawda. - Po czym równie beznamiętnie dodał: - Centurion Szczurza Śmierć, do mnie!
Wszystkim się wydało, że zapada zmrok, kiedy centurion pierwszej centurii Marek, zwany także Szczurzą Śmiercią, wszedł na taras i stanął przed procuratorem. Był o głowę wyższy od najwyższego zołnierza i tak szeroki w barach, że przesłonił sobą niewysokie jeszcze słońce.
Procurator zwrócił się do centuriona po łacinie: 
- Przestępca nazwał mnie człowiekiem dobrym. Wyprowadź go stąd na chwilę i wyjaśnij mu, jak należy się do mnie zwracać. Ale nie kalecz go...

Teraz opuszczę fragment tekstu, proszę jednak zapamiętać, że należy się zwracać: hegemonie.

- Powiedz mi zatem, czemu nieustannie mówisz o dobrych ludziach? Czy nazywasz tak wszystkich ludzi?
- Wszystkich - odpowiedział więzień. - Na świecie nie ma złych ludzi. 

Michaił Bułhakow - Mistrz i Małgorzata.

 "Wszystkim się wydało, że zapada zmrok..." - takie wrażenie zrobiła wezwana na scenę osoba. 
Zmrok, a później również błyskawice i huk piorunów - KLIK.

Pasja wg św Mateusza Jana Sebastiana Bacha. Dość regularnie słucham wybranych fragmentów tego utworu, ale nie w Wielkim Tygodniu. Wtedy raczej czytam pierwszą część Mistrza i Małgorzaty i nasłuchuję co też dzieje się wokół. 

W Australii Wielki Piątek jest dniem wolnym od pracy i zasadniczo wszelkie sklepy są zamknięte. A może nie wszystkie? Zdecydowanie nie jestem na bieżąco z byznesowymi nowinkami.
Od kilku lat, mimo pewnych protestów, czynne jest kasyno. Akurat ta nowinka dostarczyła mi złośliwej satysfakcji. Wszak tradycja gier hazardowych u stóp straconego jest starsza od Wielkiego Piątku - Ukrzyżowali Go i rozdzielili między siebie Jego szaty, rzucając o nie losy, co który miał zabrać. - Ewangelia św Marka 15:31.

Tematyka religijna zagościła w Altanie już raz - dzięki Heimchen - KLIK- halo Heimchen, czy jeszcze o nas pamiętasz?
To ośmieliło mnie do zamieszczenia tego wpisu.

Tu wyjaśnię, że nie jestem osobą wierzącą, ale Wielki Tydzień jest dla mnie Wielkim Tygodniem a coniedzielna msza sprawia mi wiele radości.

Paradoks?
Odpowiedź znalazłem częściowo w książce Alaina De Botton - Religion for Atheists - KLIK
Autor, według mnie bardzo słusznie, zauważa, że w epoce powszechnej wolności, tolerancji i samoakceptacji nie ma miejsca na rozładowanie bardzo istotnych napięć - smutku, poczucia opuszczenia, winy, niesprawiedliwości. Przez tysiące lat takim miejscem była świątynia.
Autor, powołując się na przykłady żydowskich i katolickich ceremonii, pokazuje jak te sprawy traktuje religia.
Na koniec wyciąga praktyczny wniosek - ateiści powinni stworzyć świeckie instytucje, w których będą naśladować obrzedy religijne.
Żeby nie być gołosłownym założył już taką instytucję.

Myślę, że osiągnie sukces finansowy, ale jednak uważam to za bzdurę.

Według mnie za taką ceremonią musi stać poczucie jakiejś mistycznej wartości, sama asertywność nie wystarczy.

Mistycznej wartości... a jakiż to mistyczny element może znaleźć osoba taka jak ja?
Przypominają mi się chłopcy z chóru kościoła św Tomasza w Lipsku...

Chór chłopców

Ta energia, zapał, oddanie. Ja też byłem kiedyś taki. Nie śpiewałem w żadnym chórze, ale wierzyłem święcie w wiele wartości, mocno przeżywałem chwile swoich porażek moralnych, czułem radosną ulgę gdy otrzymałem rozgrzeszenie.
Lekcje religii, straszenie piekłem, długie klęczenie w szkolnej kaplicy. Drodzy wychowawcy - szczerze wam dziękuję.
To były dobre czasy, tak dobre, że samo ich wspomnienie dodaje mi sił.

Drodzy Goście i Gospodynie Altany życzę żeby nadchodzący Wielki Tydzień też dodał Wam sił.

środa, 25 marca 2015

pharlap  Pharlap

W 2004 roku wybrałem się na wycieczkę do bardzo malowniczego zakątka Australii - Flinders Ranges. Nasz pierwszy nocleg był w Quorn - KLIK.
Dziwna nazwa, jak wiele nazw w Australii,   skojarzenie królewskiego geodety, który tu zawędrował wyznaczając trasę przyszłej kolei transkontynentalnej. Bliskość głównej linii kolejowej przyciągnęła tu wielu przedsiębiorczych ludzi. Na początku XX wieku Quorn było jednym z głównych węzłów kolejowych Australii. Jeszcze podczas II Wojny Śwoatowej na stacji Quorn zatrzymywało się 50 pociągów dziennie. Teraz zostały tylko budynek stacji...

Stacja

i rekreacyjna kolej - Pichi Richi Railway...

Pociąg

Miasto wydało mi się pogrążone we śnie. Zasnęło wiele lat temu, gdy samochody zastąpiły kolej.
Myślę, że już się nie zbudzi. Chodzilem więc po Quorn na palcach, minąłem kilka śpiących budynków. Na śpiących ulicach nie spotkałem nikogo...

Ulica


Przebudzenie nastąpiło dopiero w pubie, w którym pożywiało się kilka grup wycieczkowych.
Ale i tam spotkałem kilku ludzi, którzy wydali mi się przeniesieni ze świata marzeń. Jednym z nich był kelner. Zresztą pub też był ze snu.

Małe sale, dziwnie pokręcone korytarze. Nic mi się tam nie zgadzało, jestem pewien, że były tam sale niedostępne dla współczesnych gości. Jedli tam i pili farmerzy, hodowcy bydła, poganiacze wielbłądów i pasażerowie nieistniejących pociągów. A obsługiwał ich ten kelner, na którego od początku zwróciłem uwagę. On ciągle gdzieś znikał a gdy się wreszcie pojawiał w naszej sali to miał minę jakby wrócił z innego świata.
Mówił zresztą też jakoś po staroświecku i pilnowal żebyśmy za wszystko płacili z góry.
W pubie to zreszta normalne, ale jestem przekonany, że w tym przypadku nikt się nie obawiał, że klienci znikną bez zapłacenia rachunku. To ten kelner nie był pewien czy on do nas jeszcze wróci z niewidocznych sal.

Nocowalismy w hostelu YHA w starym budynku gdzie kiedyś był szpital. Tu uklad pokoi był równie tajemniczy jak w pubie. Może to był dom wariatów zaprojektowany przez szalonego architekta?
Wysokie pokoje o jakichś dziwnych proporcjach. Niedomykające się okna i drzwi, zacinające się zamki w drzwiach. Źle dopasowane kafelki w łazience, kapiące krany, brązowe zacieki od okropnie żelazistej wody na wannach i umywalkach.
Kierownik hostelu musiał być przyjacielem kelnera z pubu. Łysy, o szerokiej, czerwonej twarzy i odstających uszach. Usta od ucha do ucha, maly nos i duże jasno-niebieskie oczy. Wyglądał mi na Kozaka z Zaporoża. Chodził mocno kiwając się na boki na bardzo krzywych nogach.
Gdy mówił to czasami nagle przerywał i czegoś nasłuchiwał. Wytężałem w takich momentach słuch, ale nic nie słyszałem. Jestem jednak pewien, że były tam głosy przeznaczone tylko dla niego.

Następnego ranka ruszyliśmy w drogę. Kierownik sceptycznie przygladał się naszemu pojazdowi, pewnie czekał żebyśmy zniknęłi a on będzie mógł dosiąść swojego konia, albo wielbłąda...

W drogę

Ta historia przypomniała mi się w ostatni piątek gdy w porze lunchu zajrzałem do centrum Melbourne.

Odwiedziłem mojego syna w miejscu jego nowej pracy. Stary solidny budynek na skrzyżowanieu dwóch głównych ulic naszego miasta. W środku oczywiście biura banku. Mój syn nie pracuje jednak w banku tylko w firmie Red Bubble - KLIK. Firma zajmuje sale zwolnione przez bank. Michał otwiera drzwi i przenosimy się z kamiennego, bankowego świata w jakieś senne widzenie.
W salach łóżka nakryte narzutami jak ta na zlinkowanej stronie, kanapy zarzucone setkami poduszek w przedziwne wzory -  jakież sny mogą człowieka nawiedzić na takiej poduszce?
Przez szybę zaglądam do sąsiedniej sali gdzie młodzi ludzie malują graffiti. To warsztaty twórcze dla młodych malarzy - wyjaśnia Michał.
Kręcę z niedowierzaniem głową - Red Bubble - synku czy wy czasem nie pękniecie niespodziewanie jak bańka mydlana?
Tatusiu, ty nie masz pojęcia jak świat się zmienia. Widzisz, bank się kurczy bo przechodzi na internet. A my sprzedajemy co godzinę towary za kilkanaście tysięcy dolarów.

Zjeżdżamy na dół na lunch. Znowu marmury, beton, bankowa solidność. Naciskam guzik otwierający drzwi na tyły budynku. Odrzuca mnie zapach z kilkunastu pojemników ze śmieciami. Na ścianach znowu graffiti, ale takie autentyczne, uliczne. Dwa kroki i jesteśmy na Desgraves Street...

Desgraves St

Powyższe zdjęcie ściągnąłem z internetu. Teraz tłok jest jeszcze większy bo stoliki wypełzły dalej na środek ulicy.
Kupujemy lunch na wynos, wygodniej bedzie zjeść w biurze. Czekając w kolejce rozglądam się wokoło. 
Boże, gdzie ja byłem przez ostatnie kilka lat? Przecież ci wszyscy ludzie są mi tak dalecy i obcy - niezwykłe tatuaże, mozaika wszelkich ras i kolorów skóry. Przedziwne fryzury i kolory włosów, wyzywające stroje dziewczyn i chłopaków.
Jestem przekonany, że dla tych ludzi, jeśli ktokolwiek mnie zauważył, prezentowałem się dokładnie tak jak ten kelner czy kierownik schroniska w Quorn. 
I tak samo jak oni nasłuchuję głosów i dialogów ze świata, który przeminął.

Tagi: Australia
05:00, pharlap
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 23 marca 2015

 

          Juliczka

 

     Altana przemilczała Światowy Dzień Poezji, jak to możliwe? Początek wiosny też nam umknął. Pewnie dlatego, że poezję i poetów kochamy przez okrągły rok, wiosna zaś, jak dotąd, poszarpała niektórych silnym wiatrem i sypnęła śniegiem z deszczem, a dzisiaj przymrozkiem. Dała do zrozumienie, że to jeszcze na czas na wędrówki po Sopocie w poszukiwaniu kwitnących magnolii. Podziwiam te krzewy od lat, mam swoje ulubione tuż obok pensjonatu "Maryla" i przy uniwersytecie. Żadne zdjęcie nie odda powabu kwiatów.

     Ale skoro i tak tam nie będę - w Japonii - to z zainteresowaniem przeglądam strony internetowe z fotografiami święta hanami.

cultureJapan

 

     O hanami wiem tyle, co z Wiki. Przeszukiwałam "Historię Japonii" Jolanty Tubielewicz wydaną przez Ossolineum, jednak podstawowym jej wątkiem jest historia polityczna kraju. Obok głównego nurtu politycznego, ukazanego na tle przemian ekonomiczno-społecznych, podano też podstawowe elementy historii kultury. W tych podstawach nie poświęcono miejsca tradycyjnemu japońskiemu zwyczajowi podziwiania urody kwiatów, przynajmniej ja nie znalazłam. Nie żałuję jednak czasu i uwagi, które poświęciłam na lekturę. Egzotyczne dla mnie informacje, arcyciekawe i naukowy klimat opracowania kazały pójść po notatnik, pisać, porządkować, układać schematy, systemy, funkcje, rangi, religie, panujących, rody. Śledzę szczególnie japońską cechę, którą można chyba uznać za cechę narodową, przetrwała bowiem przez wszystkie wieki aż do czasów nam współczesnych mimo różnych fal importowanej mody - oszczędność w przejmowaniu kontynentalnego stylu życia. Japończycy są znacząco odrębni. Przyglądam się prostocie urządzania wnętrz, próbuję zrozumieć powściągliwość sztuki. Wojny omijam i tak nie zapamiętam.

cultureJapan

     Są jednak w książce opisy takich cudów, że natychmiast chciałoby się złapać walizeczkę, samolot, wyruszyć w podróż, zobaczyć, jeśli się zachowały. Jak świątynia Joruriji, w miejscowości Kamo niedaleko Kioto. Leży na uboczu znanych szlaków turystycznych i nie jest tłumnie odwiedzanym zabytkiem. Wyróżnia ją nie konstrukcja, a usytuowanie w krajobrazie. Jest tak doskonałe, że patrząc na obraz  skomponowany z zalesionego górskiego zbocza, pagody i stawu można zrozumieć nagle, co Japończycy rozumieli niegdyś przez pojęcie mono-no aware. Nad całym terenem panuje ponoć melancholijna atmosfera zapomnienia, przydająca szczególnego, dzikiego uroku zarówno temu, co stworzyła natura, jak i temu, co zbudował człowiek. Daleka od komercyjnego zabarwienia święta hanami obchodzonego w wielkich miastach. Fotografia nie przedstawia Joruruji, nie było jej na stronce cultureJapan, skąd pochodzą inne zdjęcia, trzymam się zatem kwiatów wiśni. Bo prędko przekwitają, ledwie tydzień i już ich nie ma.

cultureJapan

     Pharlap podpowiedział - dziękuję - stronę internetową Asian Historical Architecture z fotografiami i opisem Joruri-ji (inna pisownia), urzekające miejsce. Nieprzemijające piękno kompozycji wymusza milczenie podziwu. I myślenie.  

 

Japońska akwarela

 

obraz za mgłą mokrej szyby

tramwaj na pustej ulicy głucho dzwoni

znaki zapytania dygoczą z zimna

zwinięte w kłębek na słomiance

pod moimi drzwiami -

 

nadzieja jak drzewko dzikiej wiśni

na papierze ryżowym

*

Katarzyna Krenz, Z nieznajomą w podróży

on-hanami

                     Obraz Tayohara Chikanobu, On-hanami,1894. 

poniedziałek, 16 marca 2015

 

          Juliczka

 

     Zadzwoniła moja przyjaciółka z propozycją wspólnych wakacji w Portugalii. Hal czyta właśnie "Nocny pociąg do Lizbony", ja na swój egzemplarz książki Pascala Merciera czekam, pan listonosz przyniesie. Odbywamy naszą podróż w marzeniach, a jeśli nie dojdzie do skutku, to opowiemy sobie o pragnieniach, wydeptywanych nowych ścieżkach, o nas samych. Czy mogłybyśmy stać się kimś innym, niż jesteśmy. Wracam do wierszy Katarzyny Krenz, tych z tomu Z nieznajomą w podróży.

     I piszę list.

 

Paryż o zmierzchu

Zapach fioletu

kwiat szałwii

płynie miodem

ku mojej pamięci

 

kieliszek nasturcji

i młodego wina

wpisują się pękiem aromatu

w letni wieczór/.../

*

wiosna w Paryżu

Droga Mała Mi,

jesteś, jadę do Ciebie.

Gdańsk, Tczew, Wałcz, Słubice, Forstenwalde /E8/, Magdeburg /E6/, Helmsted /E8/, Hannover /E73/, Bielefeld, Dortmund, Koln /E5/, Aachen, Liege /E10/, Namur, Valenciennes, Paryż. Zbyt często pokonywałam tę trasę, znam ją na pamięć, każdy zjazd z autostrady, stacje benzynowe, motele. Podpowiedziałaś, by w tym roku coś zmienić, pojechać do Lizbony. Jest taki nocny pociąg.

Ellen Schmitz

                     fot. Ellen Schmitz

Pomysł już realizuję, siedzę w barze u Almana, piję fryzyjską herbatę i przyglądam się ludziom. Przyjeżdżają tu, wyjeżdżają, uciekają, by szukać szczęścia, zostają z nadzieją znalezienia tej niedefiniowalnej ułudy. Co ja tutaj robię? Wspominam. Zapominam.

Rano powinnam być w Paryżu, czekaj. Pójdziemy w miasto, omówimy szczegóły wyprawy, zajrzymy do klubu.

Frank Horvat

                                     fot. Frank Horvat

I pojedziemy do Lizbony. Na Paryżu świat się nie kończy. Choć podobno się zaczyna.

Jarosław Kużniar blog

                     fot. Jarosław Kużniar

- Twoja Klara

     Obiecywałam sobie na dziś wpis poświęcony twórczości Edwarda Stachury, mobilizowałam się, przeglądałam notatki. Nadal "mam coś do załatwienia", jeszcze jeden wiersz, jeszcze jedna piosenka, przekład. Pochylam głowę nad Jednym dniem: "Teraz jestem na dworcu, w poczekalni dworcowej, gdzie nie ma czułości. Jest noc i nie ma w niej czułości. Patrzę na innych. O, usnąć! Usnąć w tej zawsze przeklętej godzinie. Usnąć, by niczego nikomu nie zazdrościć. A potem obudzić się. Obudzić się potem, kiedy już nie będę myślał, nigdy już więcej nie będę wędrował ani w myślach. Kiedy podejdzie do mnie , weźmie mnie za rękę, zaopiekuję się mną, weźmie mnie za rękę i powie: "Na imię mam Olga. Zamknij oczy. Będę ci wszystko opowiadała".

     Osobliwa to proza, z powtórzeniami, niby naiwnymi zdaniami, melancholijna, z wiarą w miłość. I nowela Nocna jazda pociągiem, przychylnie opiniowana przez Jarosława Iwaszkiewicza, z modlitwą franciszkańską oddającą głębokie wewnętrzne umiłowanie życia: " Wielkie dzięki. Że przejechałem taki kawał drogi, wielkie dzięki. Że już żyję taki kawał czasu, dwadzieścia parę lat, wielkie dzięki. Że są góry i morza, i rzeki, wielkie dzięki. Że jest wiosna i lato, i jesień, wielkie dzięki. Że jest zima, wielkie dzięki. Że są pola i lasy, i słońce, i lasy cieniste, wielkie dzięki. Że są psy i krowy, i kozy, wielkie dzięki. Że jest ziemia i niebo, że są chmury, wielkie dzięki. Że może będzie padać śnieg, wielkie, wielkie dzięki.".

Jechaliśmy. Pociąg się rozpędzał.

Sylt1888

 

 

 

 

niedziela, 08 marca 2015

Pharlap Pharlap

Dzisiaj Dzień Kobiet. Dla mężczyzn pewnie powinno być to przypomnieniem żeby spojrzeli bliżej na kobiety, pomyśleli o nich.

Myśleć więcej o kobietach? Ależ ja o niczym innym nie myślę!

Dowodem może być choćby moja działalność blogowa. Od 4 latach piszę na blogach prowadzonych przez kobiety.

Mój stryjek (brat ojca) stwierdził w latach 50 ubiegłego wieku, że przez ostatnie 150 lat w Polsce panował matriarchat. 
Dom prowadziła babka i matka gdyż pan domu albo zginął w kolejnym powstaniu albo był zesłany na Syberię. Chłopcy byli od dziecka przygotowywani do nadchodzącego zrywu patriotycznego.

Mój ojciec i jego bracia byli w szczęśliwszej sytuacji, mieli ojca, ale w domu o wszystkim decydowała Matka...

Jadwiga Chełchowska

Stryjek wspominał jak to w czerwcu 1920 roku wszyscy czterej bracia zjechali do domu na letni urlop. Pierwsze pytanie ich matki brzmiało - co, wy nie w mundurach?

Oczywiście, że mieli ze sobą mundury...

W mundurach 

Lech MZiemowit M

Moja Babka, Jadwiga z domu Chełchowska, pochodziła z rodziny o długich i bogatych tradycjach zaangażowania w prace społeczne. Jej brat - Stanisław Chełchowski - KLIK - był uznanym botanikiem, etnografem, działaczem oświatowym społecznym, politycznym.
Moja Babka pewnie miałaby równie bogatą karierę i dorobek gdyby w tamtych czasach kobiety miały takie samo jak mężczyźni prawo do edukacji i pozycję w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym.

Będąc ograniczona przez liczne obowiązki domowe znajdowała jednak czas na prowadzenie szkoleń gospodarczych dla kobiet zamieszkałych w pobliskich majątkach. We własnym gospodarstwie zorganizowała ochronkę dla dzieci tych kobiet. Zbierała ludowe pieśni i opowiadania i publikowała je w czasopiśmie etnograficznym, prowadziła badania na temat higieny ludu i publikowała je w piśmie Zdrowie.

Moja Babka zmarła gdy miałem 1.5 roku więc oczywiście nie pamiętam Jej, ale pamięć o Niej była w mojej rodzinie bardzo silna.

Napisałem powyżej, że gdyby w drugiej połowie XIX wieku kobiety miały równe z mężczyznami prawa i szanse to moja Babka...
Tak sobie myślę, że wtedy moja Babka prześgnęłaby pewnie swojego zasłużonego brata, ale być może nie byłaby wtedy niczyją babką.

Uznaję w pełni prawa kobiet do działalnościi sukcesu w każdej dziedzinie, ale martwi mnie, że bardzo często, może nawet zawsze. te prawa są rozpatrywane z czysto męskiej perspektywy - osiągnięcie WYMIERNEGO sukcesu.
Tymczasem według mnie najważniejsze sprawy w życiu są niewymierne.

Kochane Panie - w Waszym Dniu życzę Wam poczucia własnej wartości i uznania bliskich i dalekich osób...

kwiaty

04:44, pharlap
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 marca 2015

 

          Juliczka

 

Janusz Urbaniak

    

     ***

obolały, nie czuł zmęczenia,

szedł, góra wydawała się blisko,

wielka góra, do której szeptał

 

odganiał muchy i przeglądał

tłuste lata, jak to możliwe

że wcześniej nie dostrzegł nic

 

przeglądał dzień po dniu,

dużo tego, czasami widział

spokojną dolinę, jak przebijała 

się przez stalowy ekran,

kilka domów uśpionych

 

wypił trochę wody, oglądnął się

za siebie, a potem zwrócił się

ku górze, coś powiedział,

otarł mokry kark

 

i znów płynęły te dni,

których nie umiał zatrzymać

2007

Forum Kobylińskie

 

moje

          fot. Janusz Urbaniak

     Dla Leszka Podciechowskiego dni, te składające się na sześćdziesiąt cztery lata, zatrzymały się.

     Odszedł.

     Wraz z Nim pewniki jedenastu wspólnie spędzonych lat, dla mnie tych najszczęśliwszych, że dopiero zaczynamy, że jeszcze wszystko jest możliwe. Że nasza przyjaźń jest oparciem, która zawsze da poczucie bezpieczeństwa. Bo zawsze dawała, mimo, że po maturze rozjechaliśmy się do wielkich miast. Ale spotykaliśmy się, łączyła trudna do opisania więź właściwa kołłątajowcom. Umieliśmy siebie słuchać.

     Zdążyłeś, Leszku, opowiedzieć nam o swoim życiu, pokazać zdjęcia. Podziwiałam Twoje dokonania, dla siebie, dla rodziny szedłeś wyboistą drogą, nic nie było łatwo. Mówiłeś o swojej odpowiedzialnej pracy lekarza, kreśliłeś ambitne plany na przyszłość. Wierzyłam, że je zrealizujesz. W końcu kto, jak nie Ty, tłumaczył zagrożonej z matematyki koleżance zawiłości geometrii, bo Ty rozumiałeś. Napomknąłeś, jak dobrze pamiętasz mój dom, zapach. Śniadanie na plebanii u Stanisława w Racocie, Twój uśmiech i głos, nieodłączny aparat fotograficzny w ręku...

     Leszku, jest nam tak bardzo smutno, nie zapomnimy Cię, ani Marylka i Dziunia, ani ja.

moje

    

    

    

 

 

 

02:33, julitczka
Link Dodaj komentarz »
Tagi