Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 31 marca 2014

 Wlosz.czy.zna

Adam Naruszewicz "Wiosna"

 ... Nil sine magno 
Vita labore dedit mortalibus . . .


O jak wesołe nastały czasy!
W śliczną się barwę przybrały lasy;
Słońce się coraz wyżéj pomyka;
Ledwo śnieg widać, lecz i ten znika.


Szumny Akwilon skrzydły mroźnemi
Gdzieś do lapońskiéj zaleciał ziemi;
A lekki Zefir na lekkich cugach,
Po rozłożystych sieje kwiat smugach.


Słodki szum czynią, gdy wiatr powiewa,
Papużym liściem ozdobne drzewa;
Gdziekolwiek pójdziesz, wiosenne dzwonki,
Kwilą pieskliwym głosem skowronki.


Tu wełnonośnych owiec drużyna
Młodziuchne trawy ząbkami ścina;
Ówdzie z wiernemi u nóg ogary
Nadyma pasterz huczne fujary.


Wisła okowy zdarszy warowne,
Pędzi do morza statki ładowne.
Czeka gospodarz, by mu za żyto
Holender złotą brząknął kalitą.


Dalej do pługów uprawiać ziemię,
Dalej do wołów, robocze plemię!
Gdy nie zasiejem za dobréj chwili,
Przez całą zimę będziem pościli.

piątek, 28 marca 2014

 Wlosz.czy.zna

Cecina z ciecierzycy

Jakiś czas temu pracowałam z dziewczyna która była urodzona w Versilii TU nadmorska cześć północno zachodniej Toskanii. Pani ta ciągle wychwalała jaka to wspaniała jest Cecina; od niej się dowiedziałam że robiona jest z maki z ciecierzycy i jak jakiś czas temu któraś z Was pisała o ciecierzycy przypomniały mi się te opowieści.
Przyznam się że nigdy nie miałam okazji jej jeść, ale z tego co czytam w Internecie wszyscy ja zachwalają, wiec postanowiłam dać Wam przepis, a jest on szalenie prosty i nie zawiera ani jajek ani produktów pochodzących od mleka; jak głosi przepis jest to potrawa bardzo uboga ale jednocześnie bardzo smaczna.
Do przygotowania jej potrzebna jest mąka z ciecierzycy, woda, oliwa z oliwek i sol; piecze się ja w bardzo mocno nagrzanym piekarniku tak żeby zrobiła się przypieczona skorka na wierzchu i pod spodem a środek był miękki i nie wysuszony, a jeżeli macie do dyspozycji piec drzewny …

Rozgrzewamy piec do maksymalnej temperatury, w tym czasie 200g maki z ciecierzycy wsypujemy do miski, dodajemy do niej 3 łyżki dobrej oliwy z oliwek i ciągle mieszając, powoli dodajemy wody tak żeby otrzymać gładką masę do wlania na blachę (nie ma być to za rzadkie). Blachę, oczywiście natłuszczamy oliwa i pieczemy Cecine przez 15/20 minut aż do uzyskania przypieczonej skórki.
Podaje się na gorąco lekko posypane pieprzem w ostatniej chwili.  



09:46, wloszczyzna79
Link Komentarze (6) »
środa, 26 marca 2014

 Wlosz.czy.zna

Każdy z nas kiedyś napisał jakąś listę rzeczy do załatwienia, sprawunków, rzeczy do zabrania do walizki na wyjazd, czy po prostu listę rzeczy o których musi pamiętać; tak, lista to najlepszy środek przeciw sklerotyczny i na dodatek nie mający przeciw wskazań ani skutków ubocznych. Mistrzynią w robieniu list jest Ciotuchna, ale chyba wielkim mistrzem w robieniu listy zakupów był Michał Anioł; oczywiście lista oprócz zapisanych rzeczy do kupienia, jak przystało na mistrza, ma rysunki ilustrujące to co trzeba kupić, bo najprawdopodobniej po sprawunki został wysłany usłużny, który nie umiał czytać!

Za opublikowane tu zdjęcie musze podziękować mojemu mężowi, który będąc archiwistą historykiem, dostał je od instytucji która przechowuje cenne dokumenty Michała Anioła i jednocześnie jest muzeum Michała Anioła we Florencji, a jest to fundacja Casa Buonarroti mieszcząca się w domu który Michał Anioł kupił, ale w którym nigdy nie mieszkał.

A ja zapraszam Was wszystkich do odgadniecia co Mistrz kazal sobie kupic?

A oto przepisana lista:

PANI DUE   DWA CHLEBY
UN BOCCALE DI VINO   DZBANEK WINA
UNA ARINGA   JEDEN ŚLEDŹ
TORTELLI   PIEROŻKI (tortellini)

UNA INSALATA   SAŁATA
QUATTRO PANI   CZTERY CHLEBY
UN BOCCALE DI “TONDO”   DZBANEK WINA “TONDO” (było to wino o delikatnym smaku, nie za bardzo kwaśne)
UN QUARTUCCIO DI „BRUSCO”   ĆWIERĆ LITRA WINA “BRUSCO” (tym razem chodzi o białe wino z San Giminiano)
UN PIATTELLO DI SPINACI   KOSZYK SZPINAKU
QUATTRO ALICI   CZTERY SARDELE LUB ANCHOIS
TORTELLI   PIEROŻKI (tortellini)

SEI PANI   SZEŚĆ CHLEBÓW
DUE MINESTRE DI FINOCCHIO   DWIE ZUPY Z KOPRU WŁOSKIEGO
UNA ARINGA   ŚLEDŹ
UN BOCCALE DI “TONDO”   DZBANEK WINA “TONDO”

08:20, wloszczyzna79
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 24 marca 2014

     Juliczka

 

"Drogi Staszku - pisał Rafał Wojaczek do Stanisława Chacińskiego. Tak, znowu ma się pod jesień. Siedzę u Mamy i hołubię Teresę (...) Ale już pora zbierać się do Wrocławia, tylko znowuż ten cholerny kłopot: gdzie mieszkać. Wiesz, że boję się przyjeżdżać tam w ciemno i znowu tłuc się tu i tam, by wreszcie wylądować w jakimś obskurnym kramiku".

Z jednym krzesłem, wąskim łóżkiem(...)/ Pański pokój nieprzytulny(...)

portliteracki

                                             żródło: portliteracki.pl

Na maj Biuro Literackie przygotowuje wydanie pierwszego pełnego zbioru wierszy i próz Rafała Wojaczka, poety, który w historii literatury zapisał się jako skandalista i świętokradca, fenomen i geniusz. Premierze "Wierszy i próz 1964-1971" towarzyszyć będzie reprint niepublikowanego do tej pory brulionu autora z młodzieńczymi wierszami poety, a książkę uzupełni posłowie Bogusława Kierca, przyjaciela poety.

Urodzić się bezwolnie, by umrzeć z własnej woli... Kim był ten, "Którego nie było", czy raczej którego  - by pozostać w zgodzie z sensem tytułu tomiku - należałoby tak właśnie traktować? W którym nie chciano widzieć poety, bo poeta to dla wielu półka w bibliotece, salony i pomnik na placu, to chmurki i humorki. Który z całą ekspresyjną siłą swego talentu wystawiał na próbę "smak" czytelnika. Należał, jak to kiedyś podkreślił Adam Zagajewski, do "pokolenia rówieśników Polski Ludowej". Nauki pobierał w miejscu swojego urodzenia, w Mikołowie, kontynuował w Katowicach i Kędzierzynie. Po maturze studiował pół roku filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim, wzgardził układnym życiem, w 1964 roku wyjechał do Wrocławia. Debiutował rok później w pierwszym numerze miesięcznika "Poezja". Ostatni wiersz, jaki napisał, nosi datę 8 III 1971 roku. Wydał cztery tomiki poezji (dwa ostatnie ukazały się już po jego śmierci): Sezon (Kraków 1969), Inna Bajka (Wrocław 1970), Nie skończona krucjata (Kraków 1972), Którego nie było (Wrocław 1972. Jesienią 1976 roku Wydawnictwo Ossolineum opublikowało Utwory zebrane Rafała Wojaczka w opracowaniu Bogusława Kierca.

Tymoteusz Karpowicz, rekomendując debiut Wojaczka, napisał: "Jego poezja jest świadomą autoterapią. Zagrożony od lat stanami lękowymi, wymykającymi się określeniom - szuka ich nazwy, jak gdyby wierzył, że nazwane przestaną być groźne". Znaczna część twórczości autora Sezonu została zainspirowana przez dwie sytuacje egzystencjalne: miłość i śmierć. Wszechobecna w wierszach Wojaczka miłość traktowana jest przez poetę jako przeciwwaga, przezwyciężenie, czy raczej jako próba przezwyciężenia, jawiącej się zza muru "Wzniesionego z dwuwierszy" - śmierci. Odbywał wciąż na nowo "nie kończące się krucjaty: między rzeczywistością zastaną a rzeczywistością pożądaną, wskazywał na pierwotną wartość słów i pojęć. Nie mogąc zgodzić się na świat realny przywoływał świat dziecięcej wyobraźni. To właśnie w jego poezji funkcjonują takie formy zapisu, jak piosenka, bajka, ballada, rodem ze świata dzieciństwa, do którego każdy z nas tak chętnie wraca. Sam siebie często witał retorycznym: "Poeta, czyż nie brzmi to niezdrowo?" W Dzienniku wyznawał: "Cóż ja próbuję ustalić? Tożsamość własną? A czym się sprawdzić, wobec czego - wobec rzeczy, kawałka drewna, trawy? Nie wiem. I dlatego, że nie wiem, orzekam brak sensu".

 

BYŁA WIOSNA, BYŁO LATO

 

Była wiosna, było lato, i jesień, i zima

Był poeta, co sezony cierpliwie zaklinał

 

Na mieszkanie i na miłość, na trochę nadziei

Na obronę ode klęski, oddalenie nędzy

 

Na ojczyznę, tę dziedzinę śmierci niechybionej

Na jawną różę uśmiechu pięknej nieznajomej

 

Na prawo ważnego głosu, na wiersz nie bez echa

Na Księgę, która by mogła nie zwać się gazeta

 

Na dzień dobry, na noc cichą, na sen, nie na koszmar

Na matkę, na ojca, wreszcie i na litość Boga

 

Ale choć się wierszem wolnym trudził albo rymem

Sennym szeptem, pełnym głosem, rozpaczliwym krzykiem

 

Wiosna przeszła, lato przeszło, i jesień, i zima

I poeta nie zaklina już ale przeklina

1969

instytutmikolowski

żródlo: instytutmikolowski.pl

 

02:13, julitczka
Link Komentarze (3) »
piątek, 21 marca 2014

 Wlosz.czy.zna

W samym centrum historycznym Florencji, na placu Republiki, zwanym również przez florentyńczyków eleganckim salonem miasta, znajduje się wytworna Kawiarnia Paszkowski. Dlaczego, skąd się wzięła ta polska nazwa, to nazwisko? To pierwsze pytania które zadałam sobie jak zobaczyłam kawiarnię i .... okazuje się że to cala historia.
Ale zacznijmy od początku.

 

Karol Paszkowski przyjechał do Florencji w 1903 roku. Jego historia jest bardzo zawiła. Urodził się w Borkowicach na Wołyniu w 1872 roku, w zamożnej szlacheckiej rodzinie, był synem powstańca z 1863 roku. Ojciec jego zmarł bardzo młodo, zostawiając wdowę, hrabinę Burzyńską z pięciorgiem dzieci (2 synami i 3 córkami – Karolem, Tadeuszem, Anną, Tynią i Marią). Hrabina, nie dając sobie sama rady, zleciła wychowanie dzieci bardzo srogiemu kuzynowi, który traktował swoich wychowanków jak tyran. Karol w wieku 17 lat zbuntował się i uciekł z domu; rożnymi sposobami – na piechotę, saniami, konno - dotarł do Niemiec, ale niestety niewielka ilość pieniędzy, którą udało mu się zabrać z domu, szybko się skończyła. Z Niemiec udało mu się dostać do Francji, gdzie zamustrował się na statek płynący do wymarzonej Ameryki gdzie, po to żeby żyć i studiować, wykonywał przeróżne prace zmywając również naczynia w restauracjach. W Ameryce zdał maturę, nauczył się świetnie angielskiego i niemieckiego, zawiązał również wiele cennych przyjaźni; był młodym człowiekiem bardzo lubianym i szanowanym.
Doskwierała mu jednak bardzo nostalgia za ojczyzną i Europą; udało mu się zaoszczędzić wystarczającą sumę pieniędzy na, tym razem, bilet na statek płynący do Europy, podróż tą odbył ze swoim austriackim przyjacielem który namówił go na rozpoczęcie studiów na uczelni w Wiedniu na wydziale chemii przemysłowej, ze specjalizacją w produkcji piwa. W Wiedniu zakochał się i ożenił z Austriaczką Anną Mannhart. Młoda para zaraz po ślubie przeprowadziła się do Florencji, gdzie Karol Paszkowski został jednym z pionierów włoskiego przemysłu piwowarskiego. 

Fabryka piwa Paszkowski znajdowała się na Lungarno del Tempio przy skrzyżowaniu z ulica Orcagna.

Fabryka prosperowała a zyski z niej Karol Paszkowski zainwestował w wiele rożnych działalności, miedzy innymi Anonimową Spółkę Akcyjną C. Paszkowski, która prowadziła Gambrinus Halle, Piwiarnię i Restaurację oraz Caffè Concerto. Dzisiejsza „Kawiarnia Paszkowski” nigdy nie była własnością Karola, nosi tą nazwę z racji faktu, że uzyskała w swoim czasie licencję na sprzedaż piwa produkcji tego przedsiębiorcy.

Karol Paszkowski był człowiekiem bardzo energicznym i bardzo przywiązanym do swojego ojczystego kraju. Został mianowany Honorowym konsulem Polski i przez długi czas był czołowym eksponentem florenckiej Polonii; jego dom a szczególnie kawiarnia gościła wielu słynnych polaków, którzy składali podpisy w specjalnym albumie zatytułowanym „Polska we Florencji”. Dedykacje złożyli w tym albumie Stanisław Brzozowski, Karol Szymanowski, Leopold Staff, Stefan Żeromski i poeta Jan Lechoń, który napisał o Spółce że „w poczekalni złoty barokowy anioł rozlewa z wdzięcznym uśmiechem piwo ‘birra Paszkowski’” Niestety podczas powodzi w 1966, album, jak i większość dokumentacji dotyczącej fabryki piwa i kawiarni, uległy zniszczeniu.
Fabryka istniała do 1934 roku, kiedy przemysł piwowarski we Włoszech przeszedł ogromny kryzys i z 92 fabryk piwa pozostało tylko 18. Fabryka Paszkowskiego została wchłonięta przez dużą i słynną do dziś fabrykę Birra Wührer.
Karol Paszkowski zmarł zaraz po wybuchu II wojny światowej, był ojcem dwojga dzieci urodzonych z małżeństwa z Anna Mannhart.  

 

09:18, wloszczyzna79
Link Komentarze (10) »
środa, 19 marca 2014

  Kattinka   i     Ciotuchna

I tak, od wiersza amerykańskiego poety Roberta Frosta przez angielski film z 1939 roku, myśl o Dobrym Nauczycielu doprowadziła nas do Warszawy. Na list Ciotuchny odpowiedziałam natychmiast: 

Ciotuchno Droga,

Twoja opowieść – w całości – oczywiście nadaje się do Altany! Poruszająca historia – historia zanurzona w Historii.

Jeśli chodzi o dopiski, to miałabym dwie sugestie: czy pamiętasz, jak wyglądał pan nauczyciel, który uczył Cię w miasteczku Złotokłos? Bo myślę sobie, może zbyt romantycznie, że mimo wojny i trudnych warunków byliście przecież młodzi. I na przykład, nauczyciel mógłby okazać się nie tylko młody, ale i… przystojny.

I sugestia druga: może dodałabyś kilka zdań o tym nauczycielu, który was przygotowywał do wystawienia Fredry? Wiem, pamiętam, pisałaś już o tym przy innej okazji, ale tu może warto przypomnieć postać nauczyciela? Bo trzeba było mieć charyzmę i wizję, by w tamtych czasach podjąć się takiego zadania, jak szkolny spektakl, prawda?

Jeśli o mnie chodzi, to napisałam już krótki wstęp o filmie. A na koniec dodamy apel do Altanowiczów, żeby dołączyli ze swoimi wspomnieniami.

Dużka buźka i mocny uścisk pisarskiej dłoni!

Kattinka

Ciotuchna, jak to Ciotuchna, odpowiedziała jeszcze tego samego dnia:

Na pierwsze pytanie odpowiadam od razu: ja miałam wtedy 13 lat i uroda męska mnie jeszcze nie obchodziła. Nauczyciel był młody, to prawda, miał może 25-27 lat, ale był…właściwie nie pamiętam, jaki był. Dla mnie był wtedy starcem!

O tym nauczycielu, który przygotował nas do Fredry, napiszę, jak wrócę z miasta.

Buzi, Janka 

Po powrocie z zakupów Ciotuchna napisała:

W IV klasie byliśmy zaproszeni do szkoły w Skolimowie, która przed wojną była filią naszego Gimnazjum i Liceum, a teraz się usamodzielniła i zorganizowała sobie kółko teatralne, które wystawiło „Śluby Panieńskie” Fredry. Pojechaliśmy tam i zobaczyliśmy tę sztukę, ale średnio nam się podobała.

Wróciliśmy nieco naburmuszeni: „Co to, nasza filia ma kółko teatralne, a my-centrala nie mamy? Musimy mieć!” Poszłam z koleżanką do naszego polonisty i przedstawiłyśmy problem. Odesłał nas do łacinnika, który podobno był specem od teatrów szkolnych. Był to profesor Staszczyk (od kształtu łysej głowy zwany Żarówką). Powiedział, że pomyśli, czy da się w trudnych warunkach ciasnoty  szkoły i nadmiaru w niej uczniów, zrobić jeszcze teatr. Po kilku dniach nerwowych oczekiwań, wezwał nas do siebie i powiedział, że już wybrał sztukę, którą na inaugurację zagra nasz teatr i że będą to „Damy i Huzary” Fredry.

A jak przygotowywaliśmy tę sztukę, zdobywaliśmy kostiumy i inne rekwizyty, pisałam już na naszym blogu i nie będę się powtarzać. TU LINK Chcę natomiast napisać o wysiłku profesora, który zostawał z nami po lekcjach, prowadził żmudne próby, uczył nas dobrze mówić tekst, uczył poprawnego ruchu scenicznego, jednym słowem, robił z nas aktorów. Był wyrozumiały, cierpliwy i ojcowski, a przecież miał dom, żonę i dzieci, a jednak cierpliwie z nami siedział i ćwiczył, żeby scena, którą mieliśmy akurat na warsztacie, brzmiała poprawnie i dojrzale.

Cieszył się później z naszych osiągnięć, tak jak my cieszyliśmy się z jego pochwał.

I tyle Robert Frost, Mister Chips i Ciotuchna. Nie wątpimy jednak, że było takich Nauczycieli wielu… Napiszcie o nich, napiszcie!


02:54, kanadyjka82
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 17 marca 2014

„Marzec”

Wracamy z parku. Wreszcie przeszła zima.
Spod stopniałego śniegu wyjrzały murawy.
Drzewa nagie, lecz prawie kiełkują już trawy.
Choć na stawie zielony, cienki lód się trzyma.


Z upojonymi wiosną wracamy oczyma,
Krokiem lekkim, jak podczas tanecznej zabawy.
Ulicą po słonecznej stronie idziem prawej,
Za sobą ciepła słońca czujemy plecyma.


W rozpiętych płaszczach spieszą ochoczo przechodnie,
Jacyś świeżsi, wesoło patrzą i pogodnie,
Niańki z dziećmi wychodzą z ciemnych domów sieni.


A my pierwszą przechadzką dumnie upojeni,
Idziem w miasto po płytach suchych już chodników,
Z grudkami pulchnej ziemi na piętach trzewików.

a tak juz wyglada wiosna we Florencji

10:05, wloszczyzna79
Link Komentarze (3) »
środa, 12 marca 2014

  Ciotuchna

 

Friday, February 14, 2014 10:44 AM

Trudneś mi, Kattinko, zadała zlecenie, pomnij na to, żem w czas wojny nauki pobierała. Chcę tu napisać chronologicznie, do jakich szkół chodziłam, zanim maturę zdałam. To, co napiszę, jest do Twojej wiadomości, bo na Altanę się zapewne nie nada.

Otóż zaczęłam naukę, mając lat 6, mieszkałam wtedy w Zielonce, do szkoły było bardzo daleko i nie cieszyła się ona wysokim poziomem nauczania. W Zielonce był (i jest do dziś) Dom dla Emerytowanych Nauczycielek, i tam Mama moja i dwie inne panie wygrzebały… najgłupszą z nauczycielek, ponoć specjalistkę od nauczania początkowego, niejaką pannę Malwinę. Pod jej skrzydła oddały swoje pociechy w liczbie trzech. Po pół roku panna Malwina orzekła, że ja to jestem chyba niedorozwinięta, bo ona mówi, a ja patrzę w okno. No, ale była tak strasznie nudna, że nie dało się jej słuchać. Naukę w wydaniu pani Malwiny (I i II klasę)  zakończyłam z pełną dysleksją, co w czasie wakacji zdiagnozowała babcia Eugenia i spróbowała to jakoś naprawić, co jej się częściowo udało. To były lata szkolne 1935/36i 1936/37. Od następnego roku szkolnego jeździłam już do Warszawy, do szkoły nr 171, na ulicę Hożą 13, tam pobierałam nauki przez dwa lata w klasie III (1937/38) i IV (1938/39).

Hoża 13 - szkoła mieściła się w oficynie

Domyślasz się, co było dalej – wojna. Po zakończeniu działań wojennych (tj. kampanii wrześniowej – przyp. Kattinka), kiedy wszystko jako tako się unormowało, zaczęłam ponownie uczyć się w szkole w Zielonce, w strasznych warunkach, bo Niemcy zabrali gmach szkolny, a my tułaliśmy się po prywatnych domach, przebijając się przez śnieg i mróz z domu do domu. W tych warunkach chodziłam do klasy V i VI w latach 1939/40 i 1940/41. Zaczęłam klasę VII w roku szkolnym 1941/42, która w dawnym systemie szkolnym była klasą dla dzieci, kończących edukację na podstawówce, ale coś trzeba było robić, innej możliwości nie mieliśmy. I tu ciekawy epizod, o którym dowiedziałam się dopiero niedawno od dziennikarza piszącego książkę o latach konspiracji w naszym Okręgu AK. W początku marca 1942 roku Mama i ja wyjechałyśmy pod Tarczyn do Korzeniówki, gdzie brat Mamy, Ryszard, prowadził mały mająteczek ziemski swojego znajomego i zaangażował Mamę jako ogrodniczkę. Wiedziałam, że Tata został w Zielonce. Teraz dopiero dowiedziałam się, jak było naprawdę. Otóż Tacie, jako komendantowi konspiracyjnej Szkoły Podchorążych, zaproponowano prowadzenie dwóch turnusów tejże szkoły w... klasztorze w Pustelniku, z wiktem i opierunkiem, i zapłatą. My same nie mogłyśmy zostać w domu, było to zbyt niebezpieczne, i stąd ta cała Korzeniówka.

W pobliskim miasteczku o pięknej nazwie Złotokłos, wujek znalazł ukrywającego się tam nauczyciela któregoś z gimnazjów warszawskich. Jeździłam do niego na rowerze, a ten młody człowiek uczył mnie wszystkich przedmiotów, wchodzących w zakres I klasy gimnazjum. W ciągu trzech i pół miesiąca nauczył mnie całego materiału, od łaciny począwszy, a na matematyce kończąc, tak byli przygotowani przedwojenni nauczyciele. Spytał, jakiego języka chcę się uczyć, bo mógł mnie nauczyć trzech. Przygotował mnie tak, że w końcu czerwca 1942 roku stanęłam do egzaminu eksternistycznego w gimnazjum Roszkowskiej i Popielewskiej w Warszawie i zdałam go z oceną dobrą. I to był jedyny nauczyciel, którego wiedzę i pracowitość wspominam do dziś.

Po powrocie z Korzeniówki uczyłam się w domu, i przyznać trzeba, że była to nauka raczej „chałupnicza”. Mama uczyła mnie polskiego i historii, Tata fizyki i matematyki, moja patrolowa z konspiracji, z zawodu farmaceutka, uczyła łaciny, itd. I tak przerobiłam (wraz z dwiema koleżankami) klasę II i III gimnazjum w roku szkolnym 1942/43 i 1943/44. No, a w połowie III klasy zostaliśmy z Rodzicami aresztowani, i – to był koniec nauki.

Po wszystkich „przygodach”, [związanych z aresztowaniem i pobytem na Pawiaku – przyp. mój], w roku 1944 trafiłam do Żyrardowa, gdzie wylądowałam z powrotem w klasie III, bo nic z niej nie pamiętałam. A rok później wróciliśmy do Warszawy i na ostatnie trzy lata nauki poszłam nareszcie do normalnej szkoły – do Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Reytana, gdzie w 1948 roku zdałam maturę.

Jak dobrze policzyć, przeleciałam przez siedem szkół. Przepraszam za ten przydługi wywód, Kattinko, ale oceń sama, czy to wszystko na coś Ci się przyda.

Buzi, Ciotuchna.

03:32, kanadyjka82
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 10 marca 2014

     Juliczka

 

Wiersz jest o przemijaniu, ja zaś zatrzymam się przy kwiatach.

Tłumaczę to jednostajnie szarym światem za oknem. Tej zimy "biały puszysty śniegu tren" krótko cieszył oko, dokuczał mróz i wiatr. Tęsknię za trawnikami, rabatami, listkami, klombami, kwitnącymi drzewami i krzewami. Przystawanie przy oknie wystawowym kwiaciarni nie stanowi rekompensaty i budzi dylemat, czy bukiet w wazonie oddaje piękno ogrodowych kwiatów. Od dawna jeśli przystrajam dom ciętymi roślinami, to jedną różą w wysokim flakonie, to bukiecikiem pachnącego groszku w śmiesznym wazoniku.

moje  

Potrzebujemy koloru, barwy oddziałują na naszą psychikę i fizjologię. Żółta działa pogodnie, wywołuje uczucie ciepła, żywości, wesołości, lekkości, światła i słońca. Symbolizuje życie i radość, lecz w jaskrawym odcieniu - zazdrość i zawiść. Czerwona wzmaga aktywność, pobudza fizjologię, ale przy dłuższym jej oddziaływaniu męczy, powoduje apatię i znużenie. Jasne odcienie czerwieni wywołują podniecenie i napięcie, ciemne wyzwalają uczucie powagi. Mówi się o niej jako o barwie miłości. Niebieska jest spokojna, ciężka, poważna i chłodna. Uspokaja, ale jeśli dominuje w otoczeniu - przygnębia. Symbolizuje nieskończoność, dal, tęsknotę, wierność, zaufanie. Pomarańczowa nastraja wesoło, optymistycznie, czynnie. To kolor ciepła, słońca, radości, ale i władzy. Zimna fioletowa przygnębia i przytłacza, nastraja melancholijnie, obniża temperaturę otoczenia. Może być jasna, ale także i mroczna, uroczyście pyszna. Oddaje dostojeństwo, przepych, wielkość i wspaniałość, znaczy przyjaźń. Zielona uspokaja, orzeźwia; jasnozielona - ożywia, ciemnozielona - wywołuje wrażenie chłodu, powściągliwości. Niesie spokój, żyzność i tęsknotę. Neutralna biała wnosi zaś światło, ożywienie, jest symbolem czystości i niewinności. Podobnie neutralna czarna uważana jest za kolor powagi, uroczystości, żałoby.

Barwy odbieramy rożnie i ze względu na światło, tło, a nawet hałas, i ze względu na nasz temperament. Zestaw barw żółtej i czerwonej wpływa na działanie skierowane na zewnątrz: u choleryka - lekkomyślnie, podniecająco, u sangwinika - świadomie podnosi jego siłę woli, u flegmatyka - umysłowo podniecająco, pobudzająco do czynu, u melancholika - ułatwia kontakty, skłania do udzielania się. Zerkam do notatek z kursu "Artystyczne układanie roślin", który kiedyś ukończyłam, nieporadne rysunki wywołują uśmiech. Jak ten o stosowaniu w kompozycjach kwiatowych proporcji złotego podziału odcinka wyrażony zależnościami a:b = b:c lub 3:5 = 5:8, by całość aranżacji osiągnęła zgodność proporcji, a więc harmonię. Czytam, że różnorodny odbiór barw i zestawień kolorystycznych zależy nawet od chwilowego nastroju, usposobienia, pory roku. Bukiet złocistych nagietków otrzymany w chłodny deszczowy dzień sprawi wiele radości, gdy ustawiony w mrocznym pokoju będzie świecił jak promień słońca. Ale taki sam bukiet otrzymany w skwarny upalny dzień i to w chwili, gdy wybieramy się na plażę, będzie "parzył" nam dłonie. Dlatego też więcej radości budzą kwiaty otrzymywane w zimie, gdy wokoło jest szaro lub biało od śniegu, niż w lecie, gdy pełno podobnych kwiatów w parkach, na skwerach, w lesie czy w ogrodzie. Obdarowana bukietem nie sprawdzam zasad, że kompozycja od górnego brzegu wazonu do swego szczytu powinna mieć wysokość wynoszącą półtora do dwóch razy większą niż wysokość naczynia, a w naczyniach niskich - najwyższy pęd rośliny powinien równać się 1,5 lub dwukrotnej szerokości naczynia. Stosuję złoty środek, czyli wlewam wodę do wazonu i stawiam w często mijanym miejscu, nie dbam o światło i cień, strukturę powierzchni kwiatów i liści, proporcję i rytm, uszeregowanie i układ, osiową przestrzenność, kontrasty, grupowanie, równowagę, płaszczyzny, bryłę i wnętrze. I tak: "Lepiej było nam na grządce" - Krysine tulipany zdają się mówić.

moje

 

Halina Poświatowska

MARGERYTKI ALBO CYKL BIOLOGICZNY

 

nie miały więcej niż osiemnaście lat

siostra przyniosła je rano

jeszcze ślepe

mgłą ubrane

 

w południe

miały już trzydzieści

szeroko otwierały złote oczy

rozpostarte liście

z trudem mieściły się w wazonie

 

przyszedł wieczór

i wyniosłam je do kubła na śmieci

malutkie pomarszczone

***

CarlaLovesPhotography

01:54, julitczka
Link Komentarze (4) »
sobota, 08 marca 2014

pharlap  pharlap

Dzisiaj Święto Kobiet. W Australii przypominają o tym dość często i mają prawo gdyż Australia była drugim (po Nowej Zelandii) państwem gdzie kobiety uzyskały prawo do głosowania (rok 1902). Nie obejmowało to wprawdzie Aborygenek, ale Aborygeni mężczyźni też nie mieli prawa głosu.

Z lat szkolnych pamiętam jak co roku o tej porze notowaliśmy pilnie jak to Klara Zetkin i Eugenia Cotton zaproponowały w 1910 roku obchody Międzynarodowego Dnia Kobiet. Moja Matka kręciła nosem - komunistyczne zwyczaje.

Później, w mojej pierwszej pracy, każdy z pracowników otrzymywał za pokwitowaniem tulipana z poleceniem wręczenia wskazanej koleżance z pracy. Obdarowana nie musiała niczego kwitować.

Nic dziwnego więc, że święto to przyjmuję z nieco mieszanymi uczuciami. Dlatego też odwołam się do mojej duchowej przystani - literatury.

W cudownej książce Antoniego Gołubiewa - Bolesław Chrobry - wspomniana jest siostra walecznego króla - Świętosława. Skandynawowie zmienili jej imię na Sigrid i dodali przydomek Storrada co angielska wikipedia tłumaczy jako Haughty - Wyniosła - KLIK.
Imię trzeba było zmienić gdyż dla skandynawów Świętosława było zbyt trudne do wymówienia. A okazji do wymawiania nie brakowało - Sigrid stała się bohaterką wielu skandynawskich sag.
Google tłumaczy storrada na - świetna linia. Absolutna racja - z rodu Piastów!

W książce Gołubiewa Świętosława pojawia się w obozie Bolesława gdy ten toczy walki z Wikingami na wyspia Wolin. Świętosława, żona szwedzkiego króla Eryka Zwycięskiego, właśnie owdowiała i chciała się poradzić i zorientować czy może liczyć na wsparcie ze strony swojego brata. Odpowiedź była odmowna, Polska jest uwikłana w wojny na kilku frontach - radź sobie sama siostro.

I poradziła... Pierwsza sprawa to znaleźć męża - Szweda. Konkurentów było kilku, przekaz audiowizualny żaden w związku z czym Świętosława zaprosiła ich wszystkich jednocześnie do swojego zamku - pokażcie co jesteście warci. Prezentacje musiały być bardzo kiepskie gdyż po krótkim czasie królowa poleciła podpalić w nocy budynek, w którym zalotnicy spali i wszyscy spłonęli.

Tutaj Świętosława zagrała jednak niezbyt fair gdyż była już wtedy zakochana w Olafie Trygvassonie, królu Norwegii - KLIK. Trudno, stało się, zalotnicy spaleni, nikt nie może jej zarzucić, że nie szukała produktu lokalnego, Świętosława nie musi kryć się ze swoim uczuciem. Śle posłańca do Olafa - przybywaj Wikingu - bierz mnie!

Olaf przyżeglował ze swoją flotą do Goeteborga. Jestem Storrado, ale nie spodziewaj się żebym zszedł na ląd, to Ty przyjdź do mnie.
Wikingowie zbudowali pomost, pokryli czerwonym dywanem. Kroczy Storrada dumnie - idę do ukochanego - patrzcie na mnie.
Olaf przygląda się z uśmiechem, nagle daje znak i ukryci pod pomostem Wikingowie podcinają przęsła. Most się wali, Storrada wpada do wody, Olaf śmieje się w głos  - masz nauczkę zdradliwa kobieto! 

Ta zniewaga krwi wymaga, ale co może zrobić samotna kobieta? Proste - zaproponować małżeństwo królowi Danii Svenowi Widłobrodemu. Oczywiście pod warunkiem, że uderzy na Norwegię. Propozycja nie do odrzucenia. W roku 1000 Sven wspomagany przez króla Szwecji Olafa Skotkonunga (syna Świętosławy) uderza na Norwegię. Główna bitwa morska opiewana w licznych norweskich sagach rozgrywa się pod Svold - KLIK. Olaf traci kolejne okręty i, aby uniknąć niewoli, wyskakuje ze swego okrętu do morza. I tyle go widzieli chociaż chodzą słuchy, że później ktoś go napotkał w Jerozolimie.

Dopiąwszy swego Świętosława urodziła duńskiemu mężowi dwóch synów. Harald i Kanut Wielki byli kolejno królami Danii a Kanut również królem Anglii - KLIK.

Po śmierci męża - Svena Widłobrodego - Świętosława wróciła do Polski, ale gdy dwa lata później jej syn Kanut Wielki usadowił się na dobre na angielskim tronie to ściągnął matkę na swój dwór.

Dawne czasy, dawne opowieści, czasami ze sobą sprzeczne.
Nie znalazłem nigdzie potwierdzenia opisywanej przez Gołubiewa sceny podtopienia Świętosławy. Wszystkie źródła wspominają, że Olaf uderzył ją w twarz rękawiczką. Powodem miała być odmowa przyjęcia chrześcijaństwa. Ilustracja spotkania z Olafem poniżej...

Sigrid i Olaf

Źródło - Wikipedia

Świętosława, córka Dąbrówki, była poganką?! Według mnie to bardzo prawdopodobne. Wskazuje na to choćby pogańskie imię. Zarówno Olaf Tryggvason (ciekawostka - dzieciństwo spędził w Kijowie) jak i Bolesław Chrobry (ciekawostka - młodość spędził na dworze cesarskim w Akwizgranie i był świadkiem otwarcia grobu Karola Wielkiego) bezlitośnie tępili pogańskie obyczaje w swoich krajach, ale była to wielka polityka - być albo nie być na europejskiej mapie. A co tam w duszy się tliło? Kobieta nie musiała publicznie afiszować swoich przekonań. 

Niektóre źródła podają, że Storrada spaliła tylko dwóch zalotników. Tylko jedno źródło wspomina o zauważeniu Olafa w Jerozolimie. Sagi norweskie przypisują przeżycia Sygrydy Storrady kilku kobietom. Nie dziwię im się, trudno to pomieścić w jednym życiu, trudno to pomieścić w norweskiej głowie. Trzeba być z rodu Piasta.
Przykład tego pomieszania można znaleźć choćby tutaj - KLIK. Strona genealogii podaje, że Sigrid Storrada była córką szwedzkiego wojownika Tosti, ale równocześnie informuje, że alternatywną matką dzieci Storrady mogła być Sigrid MIEZKODOTTIR czyli córka Mieszka. 

Przypomina mi się klasyfikacja prawd księdza Józefa Tischnera: g... prawda, tysz prawda i święta prawda. Osobiście przedkładam intuicję pisarza ponad szkiełko i oko historyków czy fantazje norweskich bajarzy. To co oni opowiadają to tysz prawda, ale świętą prawdę o Świętosławie podaje tylko Antoni Gołubiew.

Powyższy wpis dedykuję wszystkim Paniom. Niech historia Świętosławy doda Wam siły a rzeczywistość niech będzie dla Was na tyle sympatyczna, żeby zawsze pozostało sił na uśmiech.

00:25, pharlap
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2
Tagi