Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 31 grudnia 2014

 

          Juliczka

 

     Wyniosło mnie jednak na polowanie. A że nie bywałam i nie opiszę ładnie, to wybrałam odpowiedni na zimową porę fragment Mieszanin obyczajowych Andrzeja Kuśniewicza. Menu wieczerzy wigilijnej, również zawarte w książce, przetrwało jak echo w wielu polskich domach, kuligi bywają, ale polowanie...

CzWasilewski

                     fot.Czesław (I.Zygmuntowicz) Wasilewski, Po polowaniu na łosia, olej, płótno, AgraArt

     "A u nas od lat był taki zwyczaj, że w samą Wigilię rano odbywało się wielkie polowanie. Zjeżdżali się sąsiedzi z daleka nawet, by nie uchybić wieloletniej tradycji. Pamiętacie o polowaniu? - Jakżeby nie - Przyjedziemy na pewno. - Saniami przeważnie. Aż znad Zbrucza, bywało - spoza Tarnopola. I od Czortkowa, i spod Budzanowa, i od Skałata. Zazwyczaj przyjeżdżali na tę okazję, by zostać potem u nas na Wigilii, obaj wujkowie wojskowi, obaj zawołani myśliwi: Stach i Jurek. W tym roku, jak wiemy, Runia nie było.

     Na Podolu lasów mało, toteż przeważały polowania na polach, w kotłach. Zwykle na łagodnym zboczu. Spod małego grabowego lasku - ku niskim łąkom na dole. Myśliwych ustawiano plecami do zagajnika, a frontem ku pochyłości. Od dołu, od potoku w łąkach, posuwała się powoli ku górze szerokim kotliskiem nagonka. Na znak leśniczego zaczynała stukać patykami w blaszane puszki po konserwach i klaskać w ręce, gdy brakło puszek. Nachyleni do przodu zaganiali przed sobą zwierzynę. Przeważnie zające. Rzadziej trafił się lis, prawie nigdy - dzik czy sarna.

fransnydders

                     fot. Still-life with Fruit Basket&Game, Frans Snyders, 1620

     Padło wtedy, a łatwo zapamiętać tę liczbę ze względu na onegdajszy ślub Frania z Fuchą, a i fakt, że było to, dziwnym trafem, ostatnie dla Kazia polowanie w Demidówce - ponad siedemdziesiąt zajęcy. Dokładnie siedemdziesiąt cztery. I jeden lis. Oszlały ze strachu, zaplątany w gromadzie zajęcy, łudzący się jeszcze, że mu się uda jakimś cudem wymknąć z matni, z wywalonym, kapiącym ślinąjęzykiem, kołował i kluczył na ugiętych nogach, niemal się czołgając. Na nic! Zapędzany do środka głośnymi pohukiwaniami i śmiechem nagonki: - huzia! huzia! - wycofał się z obrębu koliska, udając, że go to nie dotyczy, co się wokół dzieje, że czegoś szuka, że za czymś węszy. Na darmo! Pełzał, pełzał, aż go ktoś ustrzelił. Padł płasko, obficie krwawiąc z wydłużonego pyska. Piękna zimowa kita leżała ukosem na śniegu. Łapy jeszcze przez chwilę drgały, kopiąc sypki śnieżny puch. A kocioł się coraz bardziej zacieśniał, już się niebawem miał bokami zamknąć, dochodząc do lasku. Zające padały gęsto, koziołkując. Reszta oszalał ze strachu, zbita w gromadkę na coraz mniejszym obszarze. Ostatnie, żywe jeszcze usiłowały zawracać, wpadając wprost pod nogi ludzi. I wnet był koniec, i pan leśniczy odtrąbił zamknięcie polowania.

JChełmoński

fot. Józef Chełmoński , Zima, olej, płótno.

     A jak zawsze po polowaniu - mała postna przekąska na stojąco, nim goście porozjeżdżają się do siebie szybko, by zdążyć na Wigilię. Po dzwonku śledzika na razowcu i po srebrnym kusztyczku starki lub jałowcówki. I już jedne za drugimi sanie podjeżdżają pod ganek. Pożegnania, ładowanie trofeów na spód sani. I - Wesołych Świąt! - I Szczęśliwego Nowego Roku! - I Szczęśliwego Nowego Roku! I - w drogę!"

Szczęśliwego Nowego Roku. I w drogę.

przekrój

wszystkie obrazki, w tym rysunek z Przekroju, z sieci.

 

poniedziałek, 29 grudnia 2014

 

          Juliczka

 

     Czasami sięgam po dzieła oczywiste. W Wigilię minęła kolejna rocznica urodzin Adama Mickiewicza. O tym, że wielkim poetą był, wiemy doskonale. Rzadziej mówimy o wieszczu jako o równie wielkim znawcy polskiej kuchni. W Panu Tadeuszu, mam tekst z ilustracjami Michała E. Andriollego, namalował życie narodu polskiego z jego zwyczajami i obyczajami, nie pominąwszy żadnego wyrazistego rysu, świateł i cieni. Barwnym piórem z najdrobniejszymi szczegółami przedstawił wszystkie stany i zawody przy pracy, w zabawie, podczas uczt, na polowaniu, w czasie bitwy. W tło wplótł muzykę, której motywem był "ostatni zajazd na Litwie".

z sieci

     Świątecznie piękne są fragmenty epopei, ze znajomością tematu oddają wdzięk uczt i biesiad polskich.  Opisy różnych dań, a nawet sposobu ich przyrządzania, jak kultowego bigosu, brzmią niezwykle przekonywująco. W księdze II poeta rozpoczyna wykład opisem śniadania szlacheckiego, poświęcając dłuższy ustęp kawie i kawiarkom.

filmpolski

               fot. filmpolski, Pan Tadeusz.

Takiej kawy, jak w Polsce, nie ma w żadnym kraju.

W Polszcze, w domu porządnym, z dawnego zwyczaju,

jest do robienia kawy osobna niewiasta

Nazywa się kawiarka; ...

... bierze ziarna  w najlepszym gatunku,

i zna tajne sposoby gotowania trunku,

Który ma czarność węgla, przejrzystość bursztynu,

Zapach mokki i gęstość miodowego płynu.

Do każdej filiżanki w osobny garnuszek,

Aby każdą z nich ubrać w osobny kożuszek.

     Porannym daniem było też:

Z gorącą śmietaną bielonego piwa,

W którym twaróg gruzłami posiekany pływa.

     To dla dam, męskie żołądki, nieznające dolegliwości, nie zadowalały się tak lekkim menu:

Dla mężczyzn wędliny leżą do wyboru;

Półgęski tłuste, kumpia, skrzydliki ozoru,

Uwędzone w kominie dymem jałowcowym;

W końcu wniesiono zrazy na ostatnie danie.

     Sztuka kulinarna święci też triumfy w księdze XI i XII, przygotowania do uczty, sama uczta. Słowami Wojskiego opowiada o znaczeniu serwisu. W księdze IV jest opis śniadania myśliwskiego spożywanego po skończonej obławie na niedźwiedzia. Śniadanie myśliwskie! Mickiewicz przybliża nam z najdrobniejszymi szczegółami potrawy i zestawienie dań, a ile energii w strofach. Tak smacznie i z takim apetytem tylko w lesie pożywić się można, klękajcie narody.

Bigos już gotów. Strzelcy z trzykrotnym wiwatem.

Zbrojni łyżkami biegną i bodą naczynie.

Miedź grzmi, dym bucha, bigos jak kamfora ginie,

Zniknął, uleciał, tylko w czeluściach saganów,

Wre para, jak w kraterze zagasłych wulkanów.

     Barszcz królewskim zwany, rosół staropolski z kilkoma perełkami i sztuką monety, półmiski kontuzów, arkasów, blemasów, z ingreudyjencyjami pomuchl, figatelów, cybetów, piżm, dragantów, pinelów, brunelów, łososie dunajeckie, kawijary weneckie, tureckie, szczuki główne i szczuki podgłówne, łokietne, flądry i karpie ćwiki i karpie szlachetne, w końcu sekret kucharski - ryba niekrojona u głowy przysmażana, we środku pieczona, a mająca potrawkę z sosem u ogona...

Pokusiłam się, oto co znalazłam:

kontuza - rosoł z kurczęcia lub cielęciny z przetartym mięsem

arkas - rodzaj słodkiego twarożku

blamas (blemas) galaretka migdałowa z różnymi zaprawami

pomuchla (pomuchel) - dorsz

figatele - pulpety

cybet, piżmo - wonne przyprawy z wydzielin gruczołów zwierzęcych

dragant - guma roślinna używana do wyrobów cukierniczych

pinele - orzeszki limbowe

brunele - śliwki suszone

skowroda, użyte w innym miejscu słowo - to patelnia.

Została jeszcze kumpia.

   Pyszne, arcywyborne specjały, w dzisiejszych czasach podobna uczta kosztowałaby dobry folwark i kto wie, "czy by się obeszło".

z sieci

 zdjęcia, w tym fot. Józef Chełmoński Zima, Dworek, z sieci.

 

 

wtorek, 23 grudnia 2014

 

Żona Oburzona

 

Pamiętacie ten wpis?

Tegoroczne pieczenie pierniczków to trochę nowości.

Nowe foremki w kształcie płatka śniegu dały nam dużo frajdy, ale zawdzięczamy im też zakwasy - lukrowanie takich kształtów, to  już nie przelewki.

Rezygnujemy za to ze kształtów, które w ostatnich latach piekłyśmy z upodobaniem. Nie ma reniferów, wycinanych nożem kotów i piernikowej rybki.

Po raz pierwszy pieczemy ciasteczka w mojej nowej kuchni. Po kilku latach goszczę znowu ten miły rozgardiasz u siebie.

Ale największą nowością jest to, że... odkrywamy smak pierniczków! Jeszcze kilka dni do Świąt,  a myśmy zjadły więcej pierniczków, niż przez te wszystkie lata razem wzięte. Oby nie oznaczało to pieczenia w przyszłym roku ciasteczek z 5 kilogramów mąki... Samo pieczenie nie jest takie męczące (trzeba liczyć godzinę na kilogram), ale lukrowanie...

pierniczki

Korzystając z okazji, wszystkim bywalcom Altany chciałabym złożyć życzenia.
Niech  nadchodzące Święta Bożego Narodzenia i Nowy  Rok
dadzą Wam to, czego potrzebujecie.
Radość, jeśli w Waszym życiu ostatnio gości smutek.
Spokój, jeśli macie za wiele stresu.
Siłę, jeśli potrzebujecie jej, by się zmierzyć z jakimś wyzwaniem.
Wszystkiego Dobrego!

00:21, zona.oburzona
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

 

          Juliczka

 

     Grzegorz Ciechowski 29.08.1957 - 22.12.2001



 

PREZENT

co położę pod choinką

chyba wronę całą w szronie

przemarzniętą szarą myszkę

i konika niemrawego

i Jezuska w rękawiczce

 

co położę pod choinką

sam rozbiorę się do naga

albo świnkę ci przyniosę

wykąpaną która gada

 

co położę pod choinką

chyba siebie tylko mogę

a zwierzęta przemarznięte

niech przez las wędrują

sobie pomalutku

*

Ze zbioru "WOKÓŁ NIEJ", Tęcza Warszawa 1996.

moje

                                 fot. z mojego albumu, Opera Leśna Sopot.

niedziela, 21 grudnia 2014

 

          Juliczka

 

     Ciche, posępne a zarazem piękne. W horrorach występują jako zwiastun straszliwych wydarzeń, we współczesnej kulturze Zachodu, ale i w bajkach, są przedstawiane jako źródło mądrości. Sowa mądra głowa. Sowa huczy, choć ją nikt nie uczy. Znane sowy: Hedwiga, Errol, Sowa Dracona Malfoya, Hermes.  W społeczności Kikuju - największej grupie etnicznej Kenii - sowa jest zwiastunem śmierci. W hinduizmie sowa to Wahana, fizyczna postać bogini Lakmi. W indiańskim plemieniu Hopi sowy otaczało tabu, łączono je z czarną magią i złem. Większość z nich prowadzi nocny tryb życia, tylko kilka dziennych potrafi rozróżniać kolory. Sowy interesuje tylko jedno - myszy! Bezszelestni łowcy - oto określenie idealnie pasujące do sów. Rzadziej lub wcale mówi się o płomykowatych lub puszczykowatych jako o strażnikach zimy.

sowypolski

     Sowy występują w świecie magii, a także w świecie mugoli. W świecie magii sowy wykazują się większą przywiązywalnością do człowieka, niż w świecie mugoli. Wysoki poziom inteligencji, bystre oczy i zdolność świetnej nawigacji pozwoliły udomowić sowy jako zwierzęta pocztowe. Wystarczy, że osoba wysyłająca list powie sowie, gdzie ma lecieć, a dzięki instynktowi sowa odnajdzie adresata zawsze i wszędzie. Aby wysłać list za pomocą sowy, wystarczy przywiązać kopertę do nóżki sowy. Adresat odwiązuje list, a sowa czeka na odpowiedź. Lub nie czeka. Wielu czarodziejów ma własne sowy. Są niezwykle towarzyskie i mimo tego, że nie potrafią rozmawiać, są świetnymi towarzyszami ludzi smutnych oraz samotnych.

poczta

     Oczy sowy zwrócone są do przodu jak u człowieka. Dzięki temu obraz z prawego i lewego oka nachodzą na siebie, co skutkuje widzeniem przestrzennym, czyli trójwymiarowym. W ten sposób ptak potrafi odliczyć odległość od danego obiektu lub swej ofiary. Dodatkowo wspomagają się ruchami okrężnymi głowy. Mimo, iż sowy posiadają stosunkowo wąski kąt widzenia (ok.70st) , natura wyposażyła je w elastyczne szyje, dzięki którym mogą obracać głową nawet o 270 stopni. Nocą przydaje im się świetny słuch. Wyczulony słuch z zakresu 50-21 000 Hz pozwala na dokładne namierzenie ofiary nawet w egipskich ciemnościach. Sowy dysponują bogatym repertuarem głosowym - oznaczają terytorium, przywołują partnera, komunikują się, reagują na zagrożenie - a wokalizacja jest częściej wrodzona, niż wyuczona.

sowypolski

     Małą, ale wygadaną sową jest pójdźka, moja ulubiona. Może pohukiwać niczym miauczenie kota, gdy zechce, niczym szczekanie psa, świetnie naśladuje odgłosy miasta, a nawet... chrapanie. Potrafi też zgrabnie chodzić i biegać po ziemi. Bezbłędnie wybiera dobry dzień na polowanie - poluje nisko, z zasiadki lub z ziemi - nadmiar pożywienia chowa do spiżarni. Zimą do lodówki, nie jada jednak mrożonek, o nie. Zanim spożyje smaczny posiłek rozmraża go własnym ciepłem, siada na nim i spokojnie czeka aż się "ugotuje".

     Większość polskich sów charakteryzuje monogamia, włochatka jest jednak poligamistą. Dlaczego akurat dzisiaj o sowach? Nic nie mam do reniferów. Miło byłoby mieć w domu chrapiącą pójdźkę, włochatkę-kochasia wykorzystywać do wysyłania życzeń świątecznych. Od obu uczyć się polowania z zasiadki. W literaturze fachowej pisze się jeszcze o piórach, zakrzywionym nosie i pazurach, ale uznałam, że przekazane informacje wystarczająco przybliżą sowi obraz. I magię Świąt.

Zdjęcia z sieci.

sowypolski

Tagi: sowy
02:54, julitczka
Link Komentarze (8) »
sobota, 20 grudnia 2014

 

          Juliczka

 

     Przedświąteczny czas.

     WYOBRAŻENIE:

z sieci

    

 RZECZYWISTOŚĆ:

Elmur Babayew

                                    fot. Elmur Babayew

01:12, julitczka
Link Komentarze (2) »
środa, 17 grudnia 2014

 

     Juliczka

 

     Koziniec. Willa pod Jedlami, niedawno remontowana. W pamiątkowej księdze Marię Jasnorzewską-Pawlikowską wpisano w zakładkę "Inne ciekawe osoby". Niby w rodzinie, a jednak nie.

     Obchodziłam kiedyś dom Pawlikowskich, okiennice zamknięte na głucho, tajemnica. Zapadał zmrok, nadciągał halny, można było marzyć, można było się bać, zasmucić. Nagle sama sobie zarządziłam odwrót, biegłam przez Antałówkę, zdyszana dopadłam progu gościnnego domu pana Stanisława. O nic nie pytał, niczemu się nie dziwił. Nie poszłam tam drugi raz, tak zostało. Ze wspomnieniem zauroczenia książką "Maria i Magdalena" zaczytywaną w dzieciństwie, wszystkie kartki fruwają. Tak być miało, Maria z Kossakówki. Bo potem już było tylko smutniej.

z sieci

Maria Jasnorzewska-Pawlikowska

Górski oset

Na szczycie górski oset, ta rycerska róża

Jak polip, srebrną piersią objął ciepłe wzgórza.

Promieniami wrósł w ziemię.

Wichry go nie wytną.

To wizerunek słońca

I order za szczytność.

 

z sieci

 

Gwiazda śnieżna

 

I czemuż Ten, co śnieg stworzył i gwiazdy lepi z niego,

architekt snów i diamentów, w warsztatach swoich niebieskich

nie zrobi z mojego życia gwiazdy zamiast śniegu,

zdobiąc ją równie misternie w ostrza, gałązki i kreski?

 

Stałabym w środku tak cicho, jak gdyby mnie już nie było,

patrząc, jak się wkoło mnie dowcipna prześliczność zgęszcza,

a w każdym kancie tej gwiazdy me serce by głośno biło -

i drżałoby każde ostrze ściągając pioruny szczęścia,

aż On by się sam zadziwił żyjącej gwieździe szczęścia...

 

z sieci

 

Christmas cards

 

Angielko zacnego serca, która na bliskie już święta,

Wybierasz powinszowania urzeczona nimi - zaklęta,

Gdyż barwne są i dziecinne - śniegiem błyszczące, gwiaździste.

Czy wiesz, że ja do rodziny od lat już nie piszę na Christmas

chociaż ją kocham nad życie, choć o niej bardzo pamiętam...

Zdumiona słuchasz, Angielko - i łza u rzęs twoich cięży...

- Wesołe są wasze greetings, niedoścignione w pomysłach,

Lecz ich nie wyślesz do Polski, jak ich nie wyślesz na księżyc.

*

(zdjęcia z sieci)

 

 

 

  

 

 

 

 

 

piątek, 12 grudnia 2014

 

     Juliczka

 

"O! Edward Hopper ( 1882-1967), Pokój Hotelowy, Thyssen Collection, Lugano" - Czesław Miłosz

 

O! jaki smutek nieświadomy, że jest smutkiem!

Jaka rozpacz, nieświadoma, że jest rozpaczą!

Kobieta kariery, obok jej walizki, siedzi na

łóżku, półnaga, w czerwonej halce, uczesanie jej

nienaganne, w ręku ma kartkę z cyframi,

Kim jesteś? - nikt nie zapyta, sama też nie wie

*

Czesław Miłosz "to", wyd. Znak, Kraków 2001.

 

z sieci

                     Edward Hopper "Pokój hotelowy", olej na płótnie, 1931r. (z sieci) 

niedziela, 07 grudnia 2014

Mikołaj doręcza niespodziankę dla Pharlapa

 

 

 

W tym roku Mikołaj u nas trwa i trwa. Jego wizyta jest nieco dłuższa. Nie jest łatwo przecież odpowiedzieć na wszystkie listy, zrealizować marzenia w nich niezapisane i jeszcze do tego wszystkie niespodzianki...

http://finlandia.2taj.net/images/list_z_polski.jpg

Drogi Pharlapie, zasiądź wygodnie, posłuchaj muzyki i zobacz jeszcze jeden prezent, który w mikołajowych saniach się znalazł, ulepiony wspólnymi siłami kilku Elfów i mikołajowych reniferów.

Rozlegają się dźwięki sań. Po chwili wkracza św. Mikołaj w asyście dwóch Aniołków.

PAN A: Święty Mikołaj, nie spodziewaliśmy się. Co za niespodzianka!
PAN B: Nie spodziewaliśmy się już Waszej Ekscelencji...
MIKOŁAJ: Święty Mikołaj o nikim nie zapomina. A że troszkę się spóźni... (do Aniołków) No, ptaszyny moje, wnosić dary. Tylko szybko, szybko. Na jednym skrzydełku! Co to tu u was tak gorąco?
PAN A: Bo to koniec grudnia, Wasza Ekscelencjo...
MIKOŁAJ: Szybciej, szybciej mów, kochany, czasu nie ma! Spóźniony jestem.
PAN B: Może kieliszeczek?
MIKOŁAJ: Nie, ja dziękuję. Ptaszętom dajcie. Prędko, ptaszyny, prędko!
PAN A: (częstując Aniołki) Prosimy po kieliszeczku. Zaraz przyniosę coś do przekąszenia...

Aniołki gestem odmawiają przekąski. Poprzestają na powąchaniu gałązki świerczyny, a następnie przynoszą dalsze dary.

PAN A: Lodówka, telewizor, adapter!
MIKOŁAJ: Nie cieszcie się pojedynczo z każdego daru, kochani, bo czasu nie ma. Globalnie się ucieszcie, jak wszystko już będzie wstawione... Aha, już wszystko? No to teraz ucieszcie się, ale mocno, z całego serca!
PANOWIE: Z całego serca się cieszymy!/.../
Z Kabaretu Starszych Panów: Kaloryfeeria

I my, Pharlapie Drogi, cieszymy się globalnie i z całego serca Ci dziękujemy Za Mikołajkowe wpisy. Jesteś Wielki!

Poprzestajemy też na powąchaniu gałązki świerczyny. Dzię-ku-je-my!

Waxing Gibbous 98.5% illuminated, rising by Burt Castle, Co. Donegal, Ireland - the moment the giant moon emerged from the surrounding cloud.   Photo by Martina Gardiner

 



22:38, zona.oburzona
Link Komentarze (3) »

Ho-ho-ho

Mikołaj  pharlap Ewa Maria pisząc ten wpis nie wiedziała na kogo trafi, wypadło na Pharlapa

Gdy siadałam do komputera, żeby przygotować ten wpis dla Ciebie, w ogóle nie wiedziałam, o czym będzie. O kinie, o filmie, o mnie? Postanowiłam, że napiszę o tym, co mi przyjdzie do głowy. Gdy położyłam palce na klawiaturze i uderzyłam w duże P tytułu, pojawił się z nikąd film Niedziele w Avray. Cofniemy się więc w czasie niemal o pół wieku i pójdziemy do kina Leningrad w Gdańsku na Niedziele w Avray.

Piszę ten tekst, nie sprawdzając niczego w internecie. W końcu cofnęliśmy się o pół wieku, jak czegoś nie wiesz, to musisz się naszukać, żeby się dowiedzieć.

Ewa lata 60

Jestem licealistką. Chyba mądrą, ale jak patrzę na zdjęcie, to myślę, że tego nie widać. Na zdjęciu widać raczej melancholię. Mam jedną sukienkę (tę na zdjęciu), dwie spódniczki i 
trzy bluzki. Trudno powiedzieć, żebyśmy były dobrze ubrane, my licealistki w latach 60. 
Lubię czytać i czytam bez przerwy, co jest określeniem niezgodnym z prawdą, bo czytam przede wszystkim na przerwach. Wyznaję w owym czasie zasadę, że szkoła jest w porządku, najgorsze są przerwy. Na przerwach czytam więc. Ale kiedyś koleżanka namawia mnie, żebyśmy się jednak przeszły i popatrzyły na chłopaków. Jesteśmy już w 10 klasie, najwyższa pora. Podchodzimy do schodów, opieramy się o poręcz i patrzymy na dół. Po schodach idzie do góry chłopak, wybitnie jasny blondyn, bardzo wysoki, chudy jak szczapa. Ma posuwisty krok. Chciałabym z nim chodzić, mówię do koleżanki. No coś ty, odpowiada, wygląda jak szkielet. A mnie się podoba, odparowuję. 
Naprawdę, uwierz mi, nie pamiętam, jak to się stało, że w tydzień później ten chłopak, 
Zygmunt, pojawił się na prywatce, na którą i ja zostałam zaproszona. Od tego dnia chodziliśmy ze sobą.
Och, oby mi się wszystkie życzenia w życiu tak szybko spełniały, jak to!

Ubieranie się na prywatkę zajmowało masę czasu i nie wiem, dlaczego. Przecież miałam 
jedną sukienkę, dwie spódnice – jedną czarną rypsową, a jedną szarą – i trzy bluzki, jakąś 
ciemną, jasnoniebieską i białą, która w kolejach losu straciła swoją biel, ufarbowałam ją więc na zielono. Taka butelkowa zieleń. Na tę rzeczoną prywatkę włożyłam rypsową spódniczkę i zieloną bluzkę.

Sukienka lub bluzka

Zdjęcie powyżej zostało zrobione chyba rok lub dwa później. Ta dziewczyna w białych 
okularach i sukience to ja. Sprawiłam ją sobie tuż przed maturą. A ta stojąca tyłem kobieta w spodniach to moja siostra, która ma na sobie ową słynną zieloną bluzkę. 
Ale na razie to jeszcze ja mam tę zieloną bluzkę i wkładam ją zawsze, gdy wychodzimy 
z Zygmuntem. Chodzilibyśmy na spacery, w Gdańsku są dobre miejsca spacerowe, 
oczywiście plaża, ale też po drugiej stronie osi komunikacyjnej Gdańsk-Gdynia są porośnięte lasami wzgórza i tam jest naprawdę super. Można iść do altany Gutenberga, na cmentarz żołnierzy francuskich, na ślimaka. Kwitnie janowiec. Ale jest jesień, robi się coraz zimniej, u mnie w domu jest młodsza siostra, u Zygmunta w ogóle nie może być mowy o żadnych odwiedzinach, czasem chodzimy do Teresy lub pani Marii, czasem, jak mamy dość pieniędzy – idziemy do kina. 
W Gdańsku są cztery kina, to znaczy jest ich chyba więcej, ale ja pamiętam cztery. 
Najważniejsze jest kino Bajka we Wrzeszczu na Jaśkowej Dolinie. Teraz jest tam dyskoteka 
albo klub Gogo, albo coś w tym guście. To w tym kinie, gdy mój syn był jeszcze mały i 
nie umiał czytać, obejrzeliśmy Gwiezdne wojny i ja mu przeszeptałam do ucha wszystkie 
podpisy. To były wszak czasy bez dubbingu. Publiczność mało mnie nie zlinczowała. 
Dalej w stronę Oliwy było kino Znicz, a w Gdańsku na Długiej były dwa kina obok siebie, 
Kameralne i Leningrad, Kameralnego w ogóle nie pamiętam, ale kino Leningrad to był kult. 
Wszystkich tych kin już nie ma.
Niedziele w Avray były chyba pierwszym filmem, jak wspólnie obejrzeliśmy z Zygmuntem. 
Był to czarno-biały francuski film o dorosłym mężczyźnie, który co niedzielę spotyka się 
w małym podmiejskim lasku w Avray z dziewczynką w bereciku i szkolnym mundurku. 
Dziewczynka ma chyba 12 lat. Oboje bawią się w lesie, niewiele pamiętam, poza bezlistnymi gałęziami drzew na tle bladego nieba. Mężczyzna i dziewczynka bawią się w berka czy chowanego, dziewczynka kryje się za pniem drzewa.
Tyle pamiętam z tego filmu. Piękne, tajemnicze szczęście tych spotkań, w których nic się nie dzieje.
Dziś, gdy przypomina mi się ten film, dziwię się naszej niewinności i niewinności połowy lat 60. Nie wiem, czy ten film skrywał jakąś paskudną tajemnicę, niewyjaśnioną czy nie dającą się wyjaśnić tajemnicę seksualnego molestowania małej dziewczynki, jak to było oczywiste w Dzienniku panny służącej. Ale wydaje mi się, że Niedziele w Avray były naprawdę filmem o szczęściu relacji międzyludzkich, nie skrywały złych intencji i nie piętnowały, bo nic tam nie było do piętnowania. 
Tyle chciałam Ci opowiedzieć. Tu link do tekstu w Wikipedii o tym filmie - KLIK.
Nie ma tam jednak ani słowa o treści filmu. Tę znajdziesz tu - KLIK.
A tu jeszcze link do wpisu o kinie Leningrad - KLIK.

Dziękuję mojej siostrze Kasi za to, że znalazła dla mnie te zdjęcia.

Ho-ho-ho

Mikołaj  Żona Oburzona zaprasza Kattinkę  Kattinka

Pośród lubianych przeze mnie filmów znajdują się bardzo różne pozycje. Są takie, które mogę ciągle oglądać od nowa, w związku z tym znam je niemal na pamięć. Domyślasz się zapewne Kattinko, że są to raczej filmy z gatunku lekkich, łatwych i przyjemnych. Nie śmiałabym Ci proponować aż tak niewymagającej rozrywki w ten mikołajkowy wieczór, choć przecież wcale nie uważam, że powinniśmy oglądać jedynie filmy w rodzaju "Obywatela Kane'a".

Debiutanci

Postanowiłam zaprosić Cię dzisiaj do obejrzenia filmu, który i ja z radością zobaczę. Widziałam go bowiem  tylko raz w kinie. Nie skorzystałam z możliwości ściągnięcia go z internetu, to nie taki film... A na  TVP Kultura go przeoczyłam. Niezbyt często  widuje się go w  polskiej telewizji. Nie jest na pewno łatwy, lekki też nie, a mimo tego... niezwykle przyjemnie się go ogląda. Choć  emocjonalny bagaż  niesiony przez głównego  bohatera ciąży i widzom. Komediodramat to chyba najlepsze określenie. 

Ewan McGregor (czy Ty również Kattinko lubisz tego aktora, którego uroda nie jest  nachalna, a on zdaje się być przy tym  prawdziwym mężczyzną?) gra Olivera,  który zmaga się z żałobą po śmierci matki, chorobą ojca oraz wspomnieniami smutnego dzieciństwa. Niezrozumiałe niegdyś relacje z rodzicami stają się bardzej czytelne, gdy ojciec przestaje mieć przed synem tajemnice. Do tego Oliver się zakochuje, choć w miłość dotąd raczej nie wierzył  i nie przewiduje szczęśliwego  zakończenia...  Dużo w tym filmie smutku  i nostalgii, żalu za tym, co utraciło się kiedyś i na co nie widzi się szansy w przyszłości. A jednocześnie film daje nadzieję. Przede wszystkim dzięki temu,jak ojciec Olivera cieszy się swoim życiem u jego kresu, gdy wreszcie ma odwagę robić to, na co ma ochotę.

Jest i coś dla miłośników zwierząt w tym filmie, a tych u nas w altanie przecież nie brakuje. Oto jednym z głównych bohaterów jest  Arthur  - piesek niezwykłej  rasy Jack Russel Terrier. Arthur uosabia wszystko  to, co Ciocia Wiki o nim  pisze. Przede wszystkim jest  głęboko przywiązany do swojego pana, a gdy jego zabraknie, całe psie serduszko ofiarowuje nowemu opiekunowi. Myśli Arthura to najbardziej komiczny akcent filmu, z tymże nie jest to  głośne HA  HA  HA, ale raczej promienny uśmiech. Cosmo, czyli  odtwórca roli Arthura, zrobił takie wrażenie na Ewanie McGregor, że aktor ze smutkiem myślał  o zakończeniu zdjęć i niedługo potem przygarnął psa. Wcale mu się nie dziwię, Kattinko! Ja sama po obejrzeniu "Debiutantów" uznałam, że mogłabym mieć kiedyś psa, choć nigdy wcześniej o tym nie myślałam.

Debiutanci

A gdy  przyjrzysz się ścianom w mieszkaniu głównego bohatera, być może dostrzeżesz Kattinko  niebanalne plakaty filmowe. Tak, intuicja Cię nie myli. To polska szkoła plakatu, której fanem jest reżyser filmu. Ot, taka mała ciekawostka.

Mam nadzieję Kattinko, że ten seans pełen emocji sprawił Ci przyjemność, że znalazłaś w tym filmie coś dla siebie.

Ho-ho-ho

Mikołaj     Juliczka zaprasza  Ciotuchnę Ciotuchna

Jak w kinie.
Zasypało na biało, Ciotuchno.  Śnieg pada już trzeci dzień, płatki tańczą w snopie światła latarni. Zamiera ruch na ulicach, przechodnie, zażenowani nieporadnością pokonywania śliskich chodników, schronili się do przytulnych domów. Nie słychać tramwajów. Cisza. Co robić w taki wieczór, tylko pić herbatę, czytać albo oglądać filmy. 

Herbata


 Zaraz przygotuję herbatę, nie byle jaką, sprezentowaną przez Ewę Marię. Taką piją mieszkańcy Fryzji. Mocną, z mlekiem i cukrem w dużych kryształach, finezyjnie osadzonym na patyku. Do tego hanzeaty, ciastka o ząbkowanych brzegach, sklejone konfiturą i polukrowane na biało i czerwono, w kolorach flagi Hanzy. Czym je zastąpimy? Zobaczmy, co jest w kuchni. Bo i tak nie oójdziemy do kina, trudno brnąć przez zaspy. Do wypożyczalni filmów też daleko.
W USA alternatywą dla stacjonarnej wypożyczalni jest tzw. Redbox (ang. „czerwone pudełko”), niewielka czerwona skrzynia wyglądem przypominająca prostopadościenną skrzynkę na listy. Nie dajmy się jednak zwieźć pozorom, albowiem ta maszyna to nic innego, jak skomputeryzowana wypożyczalnia filmów. Wystarczy zalogować się za pomocą dotykowego ekranu, wybrać produkcję, którą chcemy obejrzeć, uiścić zapłate, a maszyna natychmiast wyda nam DVD. Redboxy umieszczane są przy osiedlach mieszkalnych, w sieciowych restauracjach, marketach. Maszyny oferują najnowsze hity prosto z kina, trudno w nich o starsze tytuły z uwagi na ograniczoność miejsca. 

Pożegnania

Znalazłam sposób, by sobie radzić, za chwilę możemy obejrzeć „Pożegnania”, albo „Jowitę” lub „Do widzenia do jutra”. Mam też Woody Allena, jeśli przyjdzie nam na ten rodzaj myślenia ochota.
Są „Pożegnania” Wojciecha Hasa z Mają Wachowiak i Tadeuszem Janczarem, tacy piękni oboje. O, ten fragment, gdy wyszli z restauracji w Podkowie Leśnej (krupnik i gulasz): „Szliśmy wolno, bez celu, z leśnego parku przyglądały się nam zza drzew szklanymi oczami okien porozrzucane wille. Lidka skakała dokoła mnie jak ruchliwa osa, plotła głupstwa, śmiała się, zrywała kwiaty, łapała muchy, ciskała we mnie szyszkami i wrzucała mi za koszulę białe, płaskie kamyczki. Zachowywałem wyrozumiałą powagę, uśmiechałem się, jakbym uśmiechu nie mogł wbrew woli powstrzymać, i niby poirytowany strofowałem ją jak małą dziewczynkę. Wyszliśmy z lasu w pola, tu była prawdziwa wieś, bez pogubionych przez miasto dodatków. Słońce jak reflektor w teatrze zmieniło ton światła na cieplejszy, świat, jakby oblewany sokiem z wielkiej pomarańczy, poczynał zasnuwać się złotawym kolorem, owady ograniczyły swoją żywotność. Lidka westchnęła radośnie, z ulgą rozprężyła ramiona i podskoczyła, kiedy wyszliśmy na otwartą przestrzeń/.../”. Potem już był tylko smutniej.

Ale mądrze, jak to u Stanisława Dygata, czyż nie, Ciotuchno?

Pożegnania

Ho-ho-ho

Mikołaj      Pharlap zaprasza Włosz.czy.znę na film Brae Nue Dae Włosz.czy.zna

 

Bran nue day

Jeśli tytuł budzi wątpliwości to dodam, że dystrybutor tego filmu na rynek USA przetłumaczył go na Brand New Day. Oryginalny tytuł próbuje imitować aborygeńską wymowę tej frazy.

Australijscy Aborygeni to wyjątkowo trudny temat i być może dlatego twórcą żartobliwego musicalu na ich temat jest Australijczyk japońskiego pochodzenia - Jimmy Chi. Musical powstał ponad 25 lat temu a na ekrany przeniesiono go w roku 2009. Dla mnie dość istotnym faktem jest to, że reżyserem filmowej adaptacji jest Rachel Perkins, córka Charlesa Perkinsa charyzmatycznego bojownika o prawa Aborygenów. 

Rzecz dzieje się w 1969 roku. 15-letni aborygeński chłopak Willie wraca po wakacjach do szkoły z internatem. Szkoła, zarządzana przez bardzo surowego Ojca Benedictusa - Geoffrey Rush, ma ucywilizować chłopców. Niestety już pierwszej nocy Willie wraz z kolegami włamują się do kuchni i czynią spustoszenie w dziale napojów i słodyczy.

Kara będzie okrutna - chłosta wymierzona narzędziem przypominającym kij do gry w krykieta. Willie wywija salto, odśpiewuje piosenkę "There is nothing I would rather be than to be an Aborigine" i odchodzi w siną dal. Jego celem jest wrócić do rodznnego Broome. Noc spędza pod mostem w towarzystwie bezdomnych Aborygenów. Jeden z nich - Uncle Tadpole (wujek Kijanka) - popularny australijski komediant Ernie Dingo - oferuje mu pomoc.

Od Broome dzieli ich ponad 2,200 kilometrów. Wujek Kijanka ochoczo wpada pod nadjeżdżający samochód licząc, że w ten sposób zdobędzie fundusze na podróż. Rezultat jest jeszcze lepszy. W samochodzie - rozklekotany volkswagen van - jedzie gamoniowaty turysta z Niemiec w towarzystwie australijskiej hippiski. Chętnie przyjmują pasażerów i biorą kurs na Broome. Jednocześnie w pościg za zbiegiem rusza Ojciec Benedictus.

Po zwariowanej podróży przez cudownie czerwoną australijską pustynię oba zespoły docierają do Broome gdzie na plaży natrafiają na imprezę miejscowego Towarzystwa Trzeźwości. Willie znajduje swoją matkę i dziewczynę. Matka Williego rozpoznaje w Wujku Kijance swojego byłego partnera a zatem ojca Williego. Okazuje się również, że gamoniowaty niemiecki turysta jest synem Ojca Benedictusa.
W roztańczonym tłumie roztapiają się wszelkie konflikty. Nie jestem tylko pewien czy Towarzystwo Trzeźwości zdołało zachowac swój status.

Jeden z komentatorów witryny Rotten Tomatoes napisał: "The quirkiest musical I've ever seen, and despite its flaws I enjoyed it". Zgadzam się, mam nadzieje, że i Ty Włosz.czy.zno też się zgodzisz.

Trailer filmu tutaj - KLIK.

Ho-ho-ho

Mikołaj życzy Wesołych Świąt wszystkim stałym i przelotnym gościom Altany.

06:47, pharlap
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2
Tagi