Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 28 listopada 2016

     Juliczka

     Ty, który tu wchodzisz, wybacz oszołomionej lodowatym wichrem, listopadowym śniegiem za oknem i ślizgawicą na chodnikach sprawczyni wpisu, będzie o niczym. Nie wyszłam z domu, kończy się jedzenie, a i kawy mało.

CSWmateriały prasowe

     Instalacja Chleb z chlebem Wilfrieda Preto z 2011 roku - w sensie metaforycznym dowód na to, że humor i wyobraźnia mogą pomóc przeżyć. Co nie zmienia faktu, że pochodzący z Kuby Prieto w dzieciństwie borykał się z problemem braku jedzenia, a instalacja może być opisem rzeczywistości indywidualnej oraz społecznej, która potrzebuje samej siebie, aby uzasadnić swoje istnienie.

moje

   Nie z głodu, a z ciekawości kupiłam pudełko półfrancuskich rożków drożdżowych nadzianych masą makową z migdałami. Żywię duży sentyment do poznańskich rogalików świętego Marcina, objętych certyfikatem tradycyjnej receptury, chciałam poznać smak gdańskich. Co z nimi robi Śpiąca Królewna? Jeździ ze mną tramwajem, układam się z nią, czytam, chowam do torby i tak na zmianę. Twórczość i dokonania Mariusza Sieniewicza nie są mi obce, z zainteresowaniem zatem wzięłam "Spowiedź..." do ręki: "Raz na wozie, raz pod wozem, choć nigdy nie wiadomo, jaki koń go ciągnie. Mnie też wygoniono z bajki, z objęć towarzysza Bogatkiewicza, i rzucono w objęcia księgowego. Ale miotły nie pozwoliłam sobie odebrać". I czytam dalej, nie dla obrazu życia dobiegającej czterdziestki samotnej Emi, a dla wielkiego znaku zapytania, czy dam sobie zgodę na akceptowanie w literaturze języka przesadnie dosadnego. Wszyscy tak mówią - słyszę zewsząd, być może. Kolejny raz królewnę uśpiłam w torbie, sięgnęłam zaś po dołączoną do kartonika zadrukowaną ulotkę. Jak się okazało, zawierała legendę o dwóch przyjaciołach, których połączone dwa kaszubskie rożki do tabakiery dały formę rogalikowi. Baśń opracował i podpisał na reklamowej ulotce prof. Jerzy Samp z Uniwersytetu Gdańskiego. Przemówił znak czasów, nauka w służbie marketingu, gwiazdy na czerwonym dywanie, nic innego, jak spełniona wizja Andy'ego Warhola. Z reklamy wyciągnął nie tylko pieniądze, ale i mądrość. Stworzył sam siebie - mityczną postać, która ukrywała się pod pseudonimem Andy Warhol. Zamiast reklamować produkty na zlecenie, postanowił promować Andy'ego Warhola, postać żyjącą w świecie konsumpcji, masowych fascynacji, sławy. In the future  everyone will be famous for 15 minutes.

moje

     Zatopiona w filmach lat sześćdziesiątych, wyglądam z nich od czasu do czasu i idę do kina. Stąd wiem, że niektórzy współcześni aktorzy pracują.  Piosenkarze nagrywają płyty, koncertują, malarze tworzą. Nie wszyscy tylko "noszą" sukienki, garnitury, auta światowych marek po to, byśmy my, zwykli zjadacze chleba, kupowali zegarki, okulary, torebki, te, a nie inne. Kto chce, może i auto. Byśmy śledzili plotki o gwiazdach, po to generowane są skandale, prawdy i nieprawdy o ślubach i rozwodach. Niech pierwszy rzuci kamieniem... Sama kochałam się kiedyś w pewnym piosenkarzu, znosiłam do domu kolorowe gazety, spełniałam mrzonki z dzieciństwa, wówczas niedostępne. Ktoś powie: "Filipinka", jasne. I "Na przełaj". Przeszło mi (mamie - nie), jednak nie wyrzuciłam pasemka włosów idola, mam je nadal, mam pukiel Piaska - nie tylko autograf, ale kawałek idola, kawałek Andrzeja Piasecznego. Nie wstydzę się, on akurat pracuje, i to ciężko. Na chleb.

     O rogalikach nic nie powiem, podarowałam przyjaciołom, Świnka Eata mi kazała: "Rogaliki? Słodkie? Z cukrem?", pytania, jak o ciepły spirytus rano z mydelniczki. Może ktoś jadł marcjanki profesora i opowie.

     Zaraz ranek, czas na mnie.

rolex

czwartek, 24 listopada 2016

     Juliczka

     A nie, nie gotuję, zniechęciły mnie trzy nieudane próby wykonania sufletu w naleśniku z czekoladowym kremem i owocami spod ręki. Suflet siada równie łatwo, jak się o nim mówi. Podduszę się jedynie w krótkim refleksyjnym sosie.

moje

     Z Literackiego Sopotu wróciłam z m.in. esejem o Gombrowiczu. "Bohaterem tego eseju jest Gombrowicz, pisze we wstępie Grzegorz Jankowicz, stąd tytuł, do którego dorzuciłem angielskie słówko loading. Ma ono kilka znaczeń. W pierwszej kolejności odsyła do procesu wgrywania czegoś lub wczytywania (np. programu komputerowego lub materiałów cyfrowych). Ale wyraz ten oznacza również zajmowanie miejsca, załadunek, dźwiganie dużego ciężaru, a nawet - etymologicznie - obieranie właściwego kursu, wybór najlepszej drogi oraz wejście w nurt (np. rwącej rzeki). Wszystkie te sensy będą stale powracały w mojej opowieści". Pokiwałam głową, acha. Przygotowałam się do czytania, wypożyczyłam, dla przypomnienia, "Ferdydurke" i "Kosmos", przez "Kronosa" przeszłam stosunkowo niedawno, uzbroiłam w notatnik. I się zaczęło. Czytałam, wertowałam i, nieświadoma pułapki, coraz więcej pisałam. Z wypiekami na twarzy maszerowałam do biblioteki po następne książki, bo Italo Calvino mam. Potrzebne były: "Nasz wspólny przyjaciel" Dickensa, "Kim jest autor" Michela Foucaulta, "Dionizos..." Karla Kerenyi'a, Platon z "Państwem", i twierdzenia Derridy, Luigi Pirandello z "Jeden, nikt i sto tysięcy", Butler, Franczak, tezy z dyskusji o "Kronosie" profesora Ryszarda Koziołka, inne eseje Jankowicza...

     Lista nie kończyła się, zapełniałam zeszyt, utknęłam w labiryncie. - Dokąd zmierzasz, siostro? - spytałam któregoś dnia. Czytasz to wszystko jako kto? Ekonomistka z teczką? Pożal się Boże programistka dawno nieżyjących języków? PLAN, kto jeszcze programuje w PLAN-ie. Czytasz jako kosmetyczka, z dyplomem, ale kosmetyczka? Opanuj się, Grażyna! Nie dogonisz, nie masz czasu. Niedawno, dopiero co, ledwie kilka lat temu - Tak? równo dwadzieścia! - wkuwałaś anatomię, fizjologię, fizykoterapię z "Winien Ma", bilansem, materiałami w drodze, kosztami zakupu z tyłu głowy, z "załaduj komórkę do akumulatora, prześlij do innej komórki, albo akumulatora, albo cholera wie gdzie, nigdy nie wiadomo, dokąd program pójdzie".  

moje

moje

moje

     Miasta zmieniają się, nachodzą na siebie, nowe nie znają się ze starymi, ludzie też. Wyrecytuj, proszę, parę wzorów z ekonometrii lub odkrywczych stwierdzeń ze statystyki, finanse, też niezła mgła, tylko trochę geografii i historii gospodarczej zostało, strzępi się po pamięci. Tak, roboczej. Bo ta inna, fantazyjna, zawsze zajęta była literaturą. - Filologia? Studia humanistyczne? Polonistyka? A gdzie będziesz pracowała? Dzieci na wsi będziesz uczyła? A z czego będziesz żyła? - słyszałaś. No, pożyłaś, popracowałaś, a teraz się rozerwij, baw się. Odpoczywaj.

moje

     "Mogłem tedy dopomóc pamięci, przespacerować się z miesiąca na miesiąc po przeszłości - ale co z tego? Co robić, pytam, z tą litanią wyszczególnień, jak wchłonąć te fakty, gdy każdy rozpadał się na mrowie drobniejszych zdarzeń, które w końcu przeradzały się w opar, było to osaczenie wielomiliardowe, rozpuszczenie w ciągłości nieuchwytnej, coś jak brzmienie inaczej... jak tu w ogóle mówić o faktach?'.

- Witold Gombrowicz, "Dziennik 1961-1969", Kraków, str. 96.

     ... suflet w naleśniku, naleśnik jak naleśnik, wiadomo, suflet też, ubija się na puszystą masę, którą zawija się w naleśnik, całość zapieka, polewa się sosem czekoladowym i przybiera owocami, widziałam w telewizji, elegancki.

stylowi.pl

wtorek, 15 listopada 2016

     Juliczka

     Czas w każdej rodzinie odmienia role.

- Jak zjesz Kiri, to mam coś dla Ciebie.

- O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej...

- Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.

- Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! ...gdzie masz ten serek?

moje

     Taka to bajka, lepsza, niż "Pchła Szachrajka" Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,

Nasza zaś lubiła bardzo

Tartoletki, papatacze,

Ptysie, bezy i sękacze,

Rurki z kremem, tort z wiśniami

I babeczki z malinami. /.../

Dzisiaj rurki z kremem zjem,

Bo ogromnie lubię krem.

Proszę podać ze trzydzieści,

Stolik więcej nie pomieści!

     Bajka rodem z "Postrzyżyn" Bohumila Hrabala: "W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/.../".

     Tylko w "Śniadaniu u Tiffany'ego" śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

moje

 

 

    

piątek, 11 listopada 2016

Żona Oburzona

 

Dzisiaj, w dniu, w którym w mediach pojawiła się informacja o śmierci Leonarda Cohena, mogę tylko zaznaczyć to w naszej Altanie, przypominając tę piosenkę. Banalne, ale ta wydaje mi się najbardziej odpowiednia. 

Kiedyś pisałam o Leonardzie Cohenie, czy to było tu, czy na Kurze? Nie pamiętam i nie mogę tego wpisu znaleźć. Może ktoś z Was pomoże? Znalazłam za to lekcję angielskiego Juliczki.

wtorek, 01 listopada 2016

          Juliczka

     Po książki chodzę, szukam, odwiedzam księgarnie, celebruję chwilę. Wiele z nich, jak "Miniaturzystka", pozostaje w sferze marzeń, inne trafiają do mnie znienacka, niewytłumaczalnie wpadają w rękę.

moje

     Tak było z "latem" i "nocą": z "Ostatnim latem" Cesariny Vighy wróciłam do domu kierowana tajemnicą osoby autorki, poetki, wenecjanki z pochodzenia, mieszkanki Rzymu. Zadziałało, słowa spięły się w działający na wyobraźnię bodziec. Podświadomie liczyłam na wzniosłe metafory, błądzenie po uliczkach cierpienia, niedomówienia, które pokoloruję jak zechcę. Wiedziałam, że książka będzie traktować o chorobie, godzeniu się z losem, a mierzyłam się z literaturą faktu, szczegółową autobiografią napisaną prostym do okrucieństwa językiem, pełną przypominanych sobie obrazów. Nie żałuję, że latem czytałam "lato", po coś miałam to zrobić, zdobyć określone doświadczenie, różne od refleksji związanych z lekturą "nocy" Carla-Henninga Wijkmarka.       "Nadchodzi noc", doceniona Nagrodą Augusta, opowiada o godzeniu się ze śmiercią w specyficznie piękny, elegancki sposób. Wracałam z książką z Literackiego Sopotu i bałam się jej: "Ech, taki śliczny sierpień, po co wleczesz te czarne okładki z Czarnego, kupiłabyś te z dziewczynami w sukienkach i kapeluszach, zadziwiłabyś się, czy on ją kochał, a ona jego nie, rozmarzyłabyś się". Nie żałuję "nocy", wcale nie straszy, jest mądra, dojrzała, cenna. Wystarczy uznać śmierć za swego przeciwnika i mierzyć się z nim, konfrontować, umykać. Jak? Rozciągnąć nie tylko moment śmierci w czasie, ale i cały poprzedzający ją okres przez, jak nazywa to autor, "faszerowanie się" literaturą, sztuką, filozofią, antropologią, religią, by zyskać nowe spojrzenie na śmierć bez jednego słowa o cielesnej realności, bez studiów z doktoratem traktujących o własnych wnętrznościach. "Patrzę na swoją rękę, wielkie niebieskie żyły. Czy to ja? Dobrze jest odpocząć od "ja", które widziało i przeżyło wszystko, w każdym razie wszystko, co się da, zużyło się w codziennie powtarzanych czynnościach, niezmiennych i niewzruszonych, umyć zęby, zagotować wodę, wynieść śmieci i tak dalej. Jak dobrze uwolnić się od tej martwoty. /.../ Czy to jest właśnie szczęście - nie potykać się o siebie?".

moje

 

     Tymczasem wypełniam wszystkie powinności związane ze Wszystkimi Świętymi. Majoryzowanie żywych przez zmarłych miało odbyć się kiedyś, w bliżej nieokreślonej przyszłości, a jest, nastało. Dokłada zniczy do torby, wydłuża drogę od cmentarnej bramy do grobu ojca. Przystaję, najdłużej u Juty, zapalam, idę dalej. Omiatam liście, brat wyręczył mnie w szorowaniu kamienia. Stawiam znicz, kładę kwiaty, litera po literze składam dwa wyrazy, zapalam, patrzę w płomyk świecy. Nie rozmawiam, nie rozmawiam z ojcem, bo go tu nie ma. Nigdy go nie było, nie znał tego miejsca, tego cmentarza, odszedł ledwie pół roku po przeprowadzce. Widzę go domowego, zaczytanego, biurowego, przechadzkowego, wakacyjnie sopockiego, ale nie cmentarnego.  Pamiętam ten dreszcz osłupienia, gdy towarzyszyłam koleżance przy grobie jej ojca: "Tatuś, patrz kogo ci przyprowadziłam!". Baśka też na mnie na sopockim cmentarzu nie patrzy, nie rozmawia ze mną, jest w domu, tnie dopiero co kupioną spódnicy na kawałki, komponuje nową, zajęta jest pieczołowitym układaniem włoskich szpilek w szafie, każda z prawidłem w osobnym miękkim woreczku, nakładaniem makijażu, pieczeniem najlepszego na świecie tortu makowego, zaraz przyjdą goście.

     Wybiorę się do Sopotu na molo, przejdę spacerem do końca, tam będą, tam ich spotkam, Baśkę i ojca. Każde z nas, zapisana książka. Zadeklamowany wiersz.

Katarzyna Krenz

Grand Hotel w Sopocie

 

Spóźniona, jak zawsze, staję w progu

widzę morze, tak, to pokój z widokiem

to na pewno ten pokój sprzed wielu lat

chociaż nigdy nie byłam tu przedtem

a ty nie wróciłeś nigdy potem

co miało być, stało się, ale tylko we mnie

dodało soli do łez, a życiu dodało cienia

dziś mój cień u stóp jak wierny pies leży

słucham wiatru od morza, słyszę: przyjdziesz?

lecz tego głosu teraz już nawet we mnie nie ma

tak miało być, że nie było, patrz, chmurzy się

już jesień - idzie na sztorm i niepogodę

*

 

moje

    

Tagi