Rozmowy wśród przyjaciół
piątek, 27 listopada 2015

  Ciotuchna

W marcu 1944 roku aresztowało nas Gestapo, nas to znaczy Mamę, Ojca i mnie, wówczas czternastolatkę. Po całej nocy spędzonej w tzw. tramwajach w podziemiach Gestapo na ulicy Szucha w Warszawie, zapakowano nas do „budy” samochodu-więźniarki, każdego osobno i gdzieś wieziono. Może do więzienia? Może na rozstrzelanie? Nic nie było wiadomo. Wysadzono nas na więziennym podwórzu i stanęliśmy obok siebie przedzieleni strażnikami niemieckimi.

Był słoneczny, cichy, mroźny poranek, wokół morze gruzów. Domyśliłam się, że to Pawiak, który stał w środku zburzonego doszczętnie Getta Warszawskiego.

Doznałam wtedy dziwnego uczucia, uczucia spokoju. Wszystko, czego się od początku pracy konspiracyjnej bałam: wpadki i uwięzienia, to wszystko właśnie się stało, stąd ten spokój. Wiedziałam, że przede mną przesłuchania, bicie, poniewierka lub śmierć, ale na to wszystko byłam przygotowana, tego się nie bałam. A śmierć to wybawienie, sprawa ostateczna i już nie sprawa z Gestapo.

Rodzice patrzyli na mnie z trwogą, a ja oczami dawałam im znak, że jestem silna i gotowa na wszystko, co deklarowałam, rozpoczynając pracę konspiracyjną i składając przysięgę. Co z tego, że miałam czternaście i pół roku, te lata konspiracji odsunęły mój wiek na bok – aby podjąć taką pracęe trzeba być dojrzałym psychicznie, a ta dojrzałość nie idzie w parze z metryką. Dojrzałość to suma przeżytych stresów i umiejętność wychodzenia z nich. Chyba już wtedy miałam zadatki na psychologa, bo potrafiłam zrobić sobie autentyczną autopsychoterapię.

Wróćmy jednak na pawiackie podwórze.

Rodzice oddali to, co mieli cennego przy sobie, do więziennego depozytu, Ojca oddzielono od nas i poprowadzono w stron męskiego Pawiaka, żegnały go nasze zaniepokojone oczy, które bardzo chciały ukryć łzy.

Po nas przyszły dwie wachmajsterki i zaprowadziły nas na kobiecy oddział Pawiaka, zwany Serbia. Skąd się ta nazwa wzięła, tego do dzisiaj nie wiem.

Po krótkich formalnościach otwarto przed nami drzwi celi nr 2, weszłyśmy i ciężkie żelazne drzwi zatrzasnęły się za nami.

Okropny dźwięk i okropny moment, moment przecięcia tym trzaskiem drzwi całego dotychczasowego życia. Od tej chwili, jeżeli przeżyję, nic nie będzie tak jak dawniej…

Tamto życie tymi drzwiami się zamknęło!

Przed nami wąska mała cela i sześć par oczu wpatrzonych w nas, a my obie „wrośnięte” w podłogę, bez możliwości zrobienia ruchu, czy powiedzenia słowa, stoimy przy tych drzwiach – bezwładne.

Nieduża, drobna kobieta wstała z siennika i podeszła do nas. „Nazywam się Maryna”, powiedziała. Kilka zdawkowych słów, uśmiech, dotknięcie ręki, wskazała nam miejsce na sienniku pod ścianą, usiadłyśmy i odrętwienie minęło.

Ta cela przeznaczona była dla dwóch osób, wskazywały na to dwie żelazne prycze przyczepione do ściany jedna nad drugą, obie zamknięte, żeby nie zajmowały miejsca, a mieściło się tu razem z nami osiem kobiet. Wysoko małe okienko zakryte żelaznym koszem i oczywiście z kratami. Na podłodze sienniki położone jeden na drugim i na nich w dzień można było siedzieć. Na noc sienniki rozkładało się w dwóch rzędach, jeden obok drugiego, ciasno, żeby się wszystkie zmieściły. Sienniki kiedyś miały w sobie słomę, ale od częstego używania ze słomy zrobiła się sieczka, miały jeszcze trochę kurzu i trochę pcheł, i to stanowiło nasze spanie. Co w nocy miałyśmy pod głowami, tego nie pamiętam, przykrywałyśmy się własnymi paltami.

Cela była tak mała, że jeżeli któraś z więźniarek coś cicho mówiła, wszystkie pozostałe ją doskonale słyszały. Kobiety w trudnych sytuacjach albo mówią niewiele, lub w zdenerwowaniu mówią prawie bez przerwy, byle co, aby mówić. To je uspokaja, ale denerwuje pozostałe osoby zmuszone do słuchania, które w ciszy chciałyby przemyśleć swoje osobiste kłopoty.

Duszą celi była Maryna, w „cywilu” naczelna pielęgniarka jednego z warszawskich szpitali. Organizowała różne gry, zgadywanki, były kostki zrobione z chleba i karty z kartonów z paczek.

Ta mała cela to kwarantanna, gdzie każdą więźniarka musiała przebywać dwa tygodnie. Niemcy bardzo bali się chorób zakaźnych i przez te dwa tygodnie miały się one ewentualnie ujawnić.

Każdego dnia, koło południa otwierały się drzwi celi i stawała w nich więźniarka z tzw. kolumny sanitarnej w towarzystwie korytarzowej i oznajmiała „gorąca woda”. Ta z kobiet, która była najbliżej drzwi, brała konewkę i pod opieka kolumny sanitarnej szła do łaźni i przynosiła gorącą wodę do mycia dla całej celi. Pewnego dnia kobieta która stanęła w drzwiach, gestem dłoni wskazała Mamę i powiedziała, „pani pójdzie po wodę”.

Mama wzięła konewkę i zniknęła za drzwiami, zostałyśmy w celi zdumione i milczące. Po kilkunastu minutach Mama wróciła z pełną konewka, ale twarz miała białą jak kreda. Nie zadawalam żadnych pytań, ale wiedziałam, że coś się wydarzyło. Po pewnym czasie, kiedy siedziałyśmy blisko siebie nad miską zupy, mama mi szepnęła: „w łaźni podeszła do mnie kobieta, która podała dawno już ustalone hasło i spytała, co trzeba usunąć z naszego mieszkania. Powiedziała, że zaraz po naszym aresztowaniu w mieszkaniu byli chłopcy i zabrali, co ich zdaniem było kompromitujące, ale nie wiedzą, co jeszcze trzeba usunąć”. Mama tak się zdenerwowała, że z trudem zebrała myśli i odpowiedziała.

To była pierwsza wiadomość o tym, że na wolności myślą o nas. Wiadomość ta bardzo podniosła nas na duchu. Może nie wszystko stracone – nie jesteśmy sami na świecie.

Tagi: wojna
05:16, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (4) »
środa, 25 listopada 2015

 

          Juliczka

 

     Pozwólcie się zaprosić.

/.../ Tutaj najlepiej jej się myślało, z tym widokiem, który znała na pamięć, o każdej porze dnia i nocy: z furtką w niskim kamiennym ogrodzeniu na pierwszym planie i drogą, asfaltową i niezbyt uczęszczaną, za którą, patrząc na prawo, można było zobaczyć dom starego pana Meyera. Dalej zaczynało się pasmo białych wydm, porośniętych zwartymi kobiercami rozchwianych traw, za nimi pas plaży i pas morza, a jeszcze dalej: niebo. Bo nad morzem niebo nie jest wysoko, tylko - daleko, za morzem. Przynajmniej jej się tak zawsze wydawało.

Fragment powieści Katarzyny Krenz i Julity Bielak "Księżyc myśliwych".

 

Jacek Krenz

                                 

                                  Plakat aut. Jacek Krenz 

czwartek, 19 listopada 2015

  Ciotuchna

Nawet w największym nieszczęściu może się przydarzyć odrobinka szczęścia. Taki szczęśliwy traf przeżyliśmy wszyscy troje w niecodziennych okolicznościach.

Na Pawiaku w czasie trwania kwarantanny najczęściej nie wzywano na przesłuchania do siedziby Gestapo na Szucha. Przez ten czas obie z Mamą dużo rozmawiałyśmy o tym, o co mogą nas pytać na przesłuchaniach. W kilku wypadkach miałyśmy wątpliwości, jak na takie pytania odpowiedzieć. Między sobą ustaliłyśmy odpowiedzi, ale jak to przekazać Ojcu, zamkniętemu w oddalonym męskim Pawiaku?

W kilka dni po przejściu na „stałą celę” wywołano nas obie na przesłuchanie. Strach ścisnął nam serca, ale na nic nie było czasu. Obie starałyśmy się robić dobrą minę na pocieszenie tej drugiej. Poprowadzono nas na męski Pawiak, gdzie stała tak zwana „buda” czyli samochód do przewożenia więźniów. Miał on nie tylko duże pomieszczenie ale jeszcze dwie lub trzy tak zwane izolatki. Do jednej z nich wepchnięto Mamę i mnie, i zatrzaśnięto drzwi. Nie widziałyśmy, czy ojca też wzięli na przesłuchanie. Dopiero na Szucha zobaczyłyśmy, że Ojciec też jest, ale każde z nas zostało zamknięte w osobnej celi tak zwanego tramwaju. Słyszałyśmy tylko charakterystyczny kaszel Ojca. Siedzieliśmy na Szucha w tych tramwajach i żadnego z nas nie przesłuchano. Po południu wywołano całą długą listę więźniów. Nie wiedzieliśmy, dokąd nas zawiozą. Na podwórzu stała buda, wsiadłyśmy jako jedne z pierwszych do ogólnego pomieszczenia, jako jeden z ostatnich, gdy buda była już bardzo zatłoczona, wszedł Ojciec. Ojciec zakaszlał, dając nam znać, że jest, na co Mama cicho zagwizdała naszą domową melodyjkę, używany od wielu lat sygnał rodzinny. W tym strasznym tłoku Ojciec przepchnął się do nas. W ciągu dość długiej jazdy ulicami Warszawy wymieniliśmy się naszymi przemyśleniami i wątpliwościami, ustaliliśmy też wspólne odpowiedzi na wiele pytań. Czasu mieliśmy tyle, że przed dojazdem do Pawiaka opowiedzieliśmy sobie, co dostaliśmy w paczkach otrzymywanych „z wolności”.

W czasie następnych przesłuchań okazało się, że nasze przemyślenia były trafne i przewidzieliśmy pytania, które nam zadawano. Przesłuchiwano nas osobno, ale nasze odpowiedzi choć czasami kłamliwe, były zgodne, co bardzo nam pomogło, bo wzmogło naszą wiarygodność.

No, czyż to nie był szczęśliwy traf, decydujący o naszym życiu?

Tagi: wojna
06:06, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 listopada 2015

  Ciotuchna

W Zielonce, w jej części wyżynnej, na morenowej wydmie była tak zwana Kolonia Kolejarska.

Dyrekcja Kolei okręgu Warszawskiego (nie jestem pewna nazwy) zakupiła od gminy pewien teren, podzieliła go na działki i po niższej cenie sprzedawała je swoim pracownikom z przeznaczeniem  na budowę domków jednorodzinnych. Teren był częściowo zalesiony i piaszczysty. Nie wiem czy kolej pomagała i jak przy budowie domów, ale w roku 1932, kiedy my zamieszkaliśmy w Zielonce Kolonia była już zabudowana i tętniła życiem.

Poniżej tej kolonii był spore torfowisko, które podzielono na małe działeczki i każdy właściciel domu na kolonii miał swoje miejsce na torfowisku z pozwoleniem na eksploatacje torfu.

Przed wojna nikt się tym torfowiskiem nie interesował, mieszkańcy palili w piecach węglem. Węgla starczyło jeszcze na ostrą zimę 1939/40 r., ale od wiosny na torfowisku rozpoczął sie ruch. Sznurkami zostały wygrodzone poszczególne działki i właściciele ich rozpoczęli przygotowania do eksploatacji.

Teren był zarośnięty różnymi dzikimi krzaczkami, które trzeba było wykarczować, aby kopać torf.

Rodzice moi mieli na Kolonii Kolejarskiej znajomych, którzy byli już ludźmi starszymi i na kopanie torfu nie mieli siły. Zaproponowali więc żebyśmy kopali ich torf i podzielą się z nami po połowie. Przystaliśmy na taką propozycje, ustalono że torf będzie odwożony na ich posesję, tam ułożony w pryzmy do suszenia. Połowę wysuszonego torfu  zabieraliśmy do naszej piwnicy.

Ojciec z powierzchni torfowiska usunął wszystkie krzaki razem z korzeniami, które porąbane też się nadawały do spalenia. Całe lato roku 1940 (4 - 5 dni w tygodniu) obie z Mamą kopałyśmy torf łopatami, tworząc kawałki podobne kształtem i wielkością do cegły, a Ojciec taczką odwoził "urobek" na miejsce składowania i suszenia.

torf

Wożenie było ciężką pracą, bo droga od torfowiska biegła częściowo pod górę. Samo kopanie nie było bardzo ciężkie, trzeba było tylko wyrobić sobie sposób kopania i formowania, torf jest lżejszy od ziemi.

Trudność sprawiała nam woda podskórna, która po wykopaniu torfu podchodziła na wolne miejsca. Pracowałyśmy w kaloszach i rękawiczkach.

Potrzeba jest matką wynalazku, Ojciec chcąc ulżyć ciężkiej pracy wożenia taczka, wyciągnął z piwnicy stary rower i dwa kotły do gotowania bielizny (dziś już zupełnie nie znane naczynia), przymocował je grubym drutem z obu stron roweru, w kotły kładł cegły torfowe i tak prowadził rower, odpadło mu dźwiganie taczki.

Z wodą, która zalewała torfowisko był kłopot, ale w ciepłe, letnie dni woda szybko parowała i wsiąkała w grunt, należało tylko zawiesić pracę na 2 - 3 dni i już wody nie było. Kopaliśmy tak przez letnie miesiące od lata 1940 do 1943, kiedy to złoże się wyczerpało.

Cała Zielonka paliła torfem, bo takich torfowisk było kilka, a z kominów leciał dym o charakterystycznym zapachu.W czasie wojennych zim mieszkaliśmy zawsze w jednym pokoju, gdzie stawiało się tak zwaną kozę która ogrzewała pokój i w której paliliśmy własnoręcznie wykopanym torfem, na kozie też gotowało się posiłki. W pozostałych pomieszczeniach mieszkania suszył sie torf z jesiennego kopania.

03:08, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 listopada 2015

 

     Juliczka

 

     Z recenzjami, opiniami, wywiadami - słowem z pełnią "Księżyca myśliwych" - jesteśmy na www.ksiezycmysliwych.weebly.com. Wielka zasługa Kattinki. Pozostajemy tez w Altanie, czasem w pełnym słońcu, czasem w deszczu, a czasami w poświacie księżyca. Ze smutnym wierszem albo wesołą piosenką.

 

     "W blasku księżyca wszyscy robimy dziwne rzeczy - wtedy, gdy czuwamy, i kiedy śnimy".

     "Gubimy się w nadmiarze tego wszystkiego, czym (i kim) nie jesteśmy. Boimy się".

     "- Czekamy. - Na co? - Aż się coś wydarzy".

     "W jakimś stopniu każdy z nas manipuluje rzeczywistością".

     "Uciekamy w dzieciństwo, ten czas największej beztroski, choć paradoksalnie wcale nie bezpieczny, bo kruchy".

 

Life

                        fot. Life okladka

    

     "Niesiony wiatrem połamany parasol podskakiwał na chodniku, wreszcie ugrzązł w kałuży".   

     "Zanosi się na deszcz, nie pada. Jakby ktoś drażnił cię piórkiem, bębenkiem albo urodzinową trąbką, taką kolorową, co to wysuwa się, gdy dmuchniesz. I tak od tygodnia: piórko, bębenek, trąbka".

     "Muzyka Komedy wie, jak zejść po trapie z promu na nabrzeże i w porywach wiatru otworzyć parasol".

Gotlandia

           Fot. Gotlandia.com

     "Życie to nie imieniny u cioci, tu się nie mówi "dziękuję" i wychodzi. Życie to nieustający wyścig z innymi. I ze sobą. Możesz tylko wygrać albo przegrać, na remis nie ma miejsca. Ulepieni jesteśmy z cytatów".

     "Sami też byli jak dwa cytaty".

     Zakładki w książce, niektóre poprawne, inne - złapane w locie, wybrały mi parę zdań z "Księżyca myśliwych". Mam ich jeszcze całe mnóstwo.

 

LillianBassman

                     Fot. Lillian Bassman 

 

 

czwartek, 05 listopada 2015

   Ciotuchna

Tak, byłam łączniczką, zostałam więc włączona również w szkolenie łączniczek.

Można zapytać, po co szkolenie żeby oddać i odebrać małe kartki bibułki?

Nie tylko po to były szkolone łączniczki, a po to żeby być przydatne w razie różnorodnych akcji zbrojnych, takich na przykład jak powstanie. Uczono nas obsługi polowych łącznic telefonicznych, doprowadzania do nich kabla i instalowania ich, odbierania , notowania i przekazywania odebranych ważnych wiadomości. To były sprawy trudne dla nas, ale konieczne.

Miałyśmy wykłady z terenoznawstwa, posługiwania się mapami i orientowanie ich to znaczy takie ustawianie, żeby pokazywały właściwy kierunek w otwartym terenie, jak i w terenie gęsto zabudowanym, takim jak duże miasto. Te wiadomości przydały mi sie i po wojnie, kiedy uczyłam swoje harcerki posługiwania sie mapą. Wiedza ta przydatna jest dla mnie nawet teraz, bo nigdy nie "ginę" w obcym mieście.

Ciekawe i zupełnie obce były dla nas zajęcia z bronią. Uczono nas budowy broni, rozpoznawania ich marek i gdzie zostały wyprodukowane. Na zajęciach praktycznych rozkładało się pistolety, czyściło, konserwowało i składało z powrotem. Po tych zajęciach umiałam rozłożyć i złożyć każdy pistolet.

Pewnego razu takie ćwiczenia odbywały się na pierwszym piętrze jednej z zielonkowskich willi. Było ciepło, okna były pootwierane, a my pod okiem instruktora pracowałyśmy przy stole. W pewnym momencie do pokoju weszła właścicielka willi i wyszeptała: "zamknijcie okna, bo szczęk broni słychać aż na ulicy".

Byłam młoda. miałam słabe dłonie i nie mogłam przepisowo zarepetować pistoletu VIS 9, który należało trzymać w prawej dłoni, a lewą zarepetować, czyli wprowadzić kulę do lufy. Brałam więc pistolet między kolana i obydwoma rękami repetowałam, ale w warunkach bojowych taka czynność była niemożliwa. Dobrze repetowałam mniejszy pistolet, Siódemką łatwiej wykonywało się tę czynność.

Rozpisałam się o broni, ale wiąże się z nią pewna scena, którą odegrałam w zupełnie niecodziennych warunkach. W czasie pierwszego przesłuchania w Gestapo, wprowadzono mnie do pokoju i kazano usiąść przy stoliku, na którym leżały pistolety wyjęte z kabur. Podejrzewam, że chciano mnie nastraszyć, miałam 14 lat i minę naiwnego niewiniątka. Wprawnym okiem pobieżnie obejrzałam te pistolety i zrobiłam wystraszoną minę, głowę schowałam w ramiona i odwróciłam się, żeby na nie nie patrzyć. Co chwila popatrywałam na nie i widać było, że coraz bardziej się boję czy same nie wystrzelą. Odwróciłam się spłoszona na krześle, aż gestapowcy, śmiejąc się. pochowali pistolety do kabur.

Mimo że byłyśmy łączniczkami, przeszłyśmy kurs sanitarny i inne kursy potrzebnej w danym momencie wiedzy.

Oczywiście uczono nas zasad konspiracji, np. jak zobaczyć za pomocą puderniczki, czy ktoś nas nie śledzi, a przecież każda kobieta ma w torebce puderniczkę.

W początkach wojny pokutował jeszcze dziewiętnastowieczny stereotyp konspiratora, który odziany w czarna pelerynę i kapelusz z dużym rondem, bacznie się rozglądał czy ktoś na niego nie patrzy, kiedy wchodził do konspiracyjnego lokalu. Taki stereotyp zupełnie był nie przydatny w połowie XX wieku.

05:00, kanadyjka82
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 listopada 2015

 pharlap  pharlap

Pierwszy wtorek listopada oznacza w Australii Melbourne Cup - the race that stops the nation. W naszym stanie Victoria jest to dzień wolny od pracy.

W tym roku wyścig rozgrywany był po raz 154. Tak, początki siegają roku 1861

Więcej szczegółów podałem w zeszłorocznym wpisie - KLIK

Co nowego w tym roku? 
Jest wielka nowość - wyścig po raz pierwszy w historii wygrała kobieta - Michelle Payne - KLIK.
Zlinkowany powyżej artykuł wikipedii informuje, że Michelle została w wieku 6 miesięcy osierocona przez matkę i wraz z dziewięciorgiem rodzeństwa była wychowywana przez ojca. Siedmoro z jej rodzeństwa wybrało zawód związany z końmi. Jej brat jest stajennym, ktory opiekował się zwycięskim koniem - Prince of Penzanze.

Fragment wywiadu z Michelle i końcowe metry wyścigu tutaj - KLIK.

Tagi: Australia
08:21, pharlap
Link Komentarze (1) »
Tagi