Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 27 listopada 2013

Juliczka  Juliczka

Giewoncie wysoki, hej ty dumny szczycie

W Tatrach nam królujes w nocy i o świcie

Twoje skalne lico do nieba wzniesione

Poziyro na turnie, śniygiem posrybrzone

/.../

Wojtek Bajak 'Zawrat' - fragment wiersza "Tatrzański Król".



Sponsorem dzisiejszego odcinka są Tatry i Podhale. Zakopane i pierwsze wakacje z Anną, gościnny dom państwa Klimków przy Chramcówkach, Antałówka i spacery z Krzysiem - Willa pod Jedlami z zamkniętymi na głucho okiennicami, pełna tajemnic i poezji, Bukowina Tatrzańska i najpiękniejszy widok na Tatry z Głodówki, Sylwester w Murzasichlu z porywającą do tańca orkiestrą sióstr Murdarskich - średnia wieku 72 lata.  Kolejny raz obiecuję sobie, że w przyszłym roku na pewno pojadę w góry. Przeglądam album "Tatry" Milica Blahouta i Pavola Repki, podziwiam fotografie.

Zastanawiam się, co sprawia, że Tatry tak przyciągają ludzi, na Ziemi wyrosło wiele potężniejszych łańcuchów górskich. Może ich samotność, pasmo gór występuje nagle, bez jakiegokolwiek przejścia. Milczącemu majestatowi towarzyszy imponująca forma: osobliwe, dzikie reliefy skalne, rosochy wymodelowane powolnymi ruchami spływających lodowców, moreny, tamy, tarasy, amfiteatry, wiszące doliny, studnie, piargi, progi, morza kamienne, bystrzyce, stawy, wodospady i niecki napełniane wodą. Zabarwione słońcem i odbiciem jego promieni, w nocy - księżycem i gwiazdami. Malowane porą roku, dnia, niebem, mrozem, roślinami, lekkim podmuchem, wichurą, rosą, szronem, śniegiem. Zadziwia siła i upór kwiatów, by rosnąć w, wydawałoby się, najmniej życzliwych warunkach klimatycznych, nawet na wierzchołku Gerlacha wdzięczy się drobniutki pierwiosnek. Temat ochrony Tatr, wyciągów, kolejek, szlaków turystycznych, parku narodowego, turystów, w tym wietrzących auto a nie płuca, podziwiających siebie, a dopiero potem góry, pozostawiam za otwarty.

A wraz z "Kuchnią góralską" Oficyny Wydawniczej Związku Podhalan - zapraszam na kwaśnicę z gęsiną, wędzonką lub baraniną.

Mięso gotuje się godzinę w wodzie połączonej z kwaśnicą, czyli sokiem z kiszonej kapusty. Dodaje drobno pokrojone jarzyny: marchew, por, seler, pietruszkę, cebulę i czosnek, doprawia pieprzem, solą, liściem laurowym i gotuje następną godzinę. Na miskę wykłada się odrębnie przygotowane ziemniaki, zalewa kwaśnicą.

Czym różni się od kapuśniaku? Może tym, że do ostatniego wkrawa się kapustę kiszoną, dodaje kminek, jabłka i gotuje na żeberkach razem z ziemniakami. Babcia Marysia zwykła była dorzucać malutkie skwarki z wędzonego boczku. Zupy gotuje się jednakowo długo, Maria Iwaszkiewiczowa żartobliwie ocenia czas przyrządzania na dwa dni, a nawet dwa tygodnie, by potrawa nabrała brązu. Na pewno obie zupy ukoją każdego zmęczonego wędrówką piechura, rozgrzeją narciarza w mróz. Przypomną kanapeczki z awanturką u Poraja, rydze z patelni w Misiu, naleśniki z jagodami pięknej pani Klimkowej. Wywołają obrazek galopującego nocą przez Krupówki, na koniu wyprzęgniętym z sań, w smokingu i rozwianym kożuchu, Daniela Olbrychskiego, Wiesława Dymnego kwitującego wyciągniętą na powitanie dłoń ślicznej jak marzenie dziewczyny: "Dziś nie mam ochoty nikogo poznawać"...

z Kasprowego Wierchu





08:10, julitczka
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 25 listopada 2013

 Ciotuchna

Wisława Szymborska     

 

Żył raz gazda w mieście Sącz      

co z żętycy robił pącz    

Gdy gość tego nie chciał pić      

nieboraka kopał w rzyć      

i doduszał  obu - rącz.

08:04, wloszczyzna79
Link Komentarze (3) »
piątek, 22 listopada 2013

  Ciotuchna

Wigilijna zupa grzybowa

Jeszcze pare tygodni i będzie Boże Narodzenie! Czas wiec pomyśleć o wigilijnej zupie. Ja nie podaje gestych i pożywnych zup rybnych. Wychodzę z zalożenia, że po przystawkach, a w naszej tradycji obfitych i zasycających, czas przepłukac żoładki czymś lekkim a smacznym.
Tegoroczne suche lato było ubogie w grzyby, a szczegolnie w grzyby szlachetne jak prawdziwki zwane rownież borowikami. Już teraz spróbojmy zgromadzić zapas tych suszonych grzybów. Mogą być pół na pół z suszonymi podgrzybkami. Kupujcie tylko te które mają nazwisko zbieracza i atest.
 Nie żałujcie grzybów na zupę, powinno ich być po dobrej garści na osobę.
W przeddzień Wigilii wsypujemy grzyby do garnka i zalewamy zwykłą wodą z kranu, wody powinno być dużo. W Wigilie rano wyławiamy ostrożnie łyżką cedzakową grzyby i wkładamy do innego garnka (ostrożnie to znaczy tak, żeby nie zburzyć wody, która jest w dolnej części garnka, a mokre grzyby plywają w części górnej.) Jeżeli woda się zburzyła, zostawmy ją na godzinę w spokoju, żeby sie ustała. Po godzinie, do drugiego garnka gdzie czekają już wyłowione grzyby, powolutku wlewamy ustałą wodę (jest już nieco zabarwiona na brązowo), ostrożnie, żeby piasek, który opadł na dno garnka nie dostał się do grzybów. Teraz wodę z grzybami stawiamy na  niedużym ogniu, żeby się gotowały, aż grzyby będą miękkie. W drugim, przepraszam, w trzecim, garnku gotujemy postny "rosół" z włoszczyzny i wszystkich dodatków jakie dajemy do normalnego rosołu i mocno go solimy. Włoszczyzna nie powinna być drobno pokrojona. Gotujemy aż włoszczyzna będzie miękka. Odcedzamy gotujący się rosół do garnka gdzie gotują się grzyby. Próbujemy i doprawiamy do smaku. Jeżeli grzyby są miękkie, wkładamy do zupy łyżkę surowego masła, przykrywamy i odstawiamy do ostygnięcia.
Teraz mozna zastosować jedną z dwóch metod: albo po ostygnięciu odcedzamy grzyby i robimy z nich farsz do uszek, któe podamy w zupie grzybowej, albo wylawiamy wszystkie grzyby i ladne kapelusze kroimy w paseczki, beda wygladały jak makaron w zupie grzybowej. Pozostale grzyby dodamy do kapusty albo bigosu.
Ja nie podaję uszek do zupy, serwuję ją w dużych filiżankach lub miseczkach z paskami grzybow. Jest to zupa smaczna i bardzo elegancka i daje wytchnienie żołądkowi przed następną porcją dość ciężkiego jedzenia.

 Wlosz.czy.zna

Przepis na makaron z fasolą jest jednym z najbardziej tradycyjnych we Włoszech i przygotowywanym w wielu regionach, oczywiście z rożnymi wariantami.
Z powyższego powodu nie może powiedzieć z pewnością skąd pochodzi oryginalny przepis, tym niemniej Veneto i Toskania są dwoma regionami gdzie ta bardzo gęsta zupa jest najbardziej popularna.
Przepis na makaron z fasolą urodził się w knajpkach starożytnego Rzymu, byla to tania potrawa, ale smaczna i pożywna, nadająca się do nakarmienia wiele i różnych klientów odwiedzających  karczmy.
Ja podaje przepis florencki na 

PASTA E FAGIOLI

200g. klusek (bardzo dobre są resztki rożnych typów makaronów, co to zostają i nie wiadomo jak wykorzystać); 200g. białej suszonej fasoli (jeżeli macie świeżą to 0,5 kg); 2 ząbki czosnku; rozmaryn, szałwia, ostra papryka, oliwa z oliwek, sól i pieprz.
Ugotować fasolę z ząbkiem czosnku i szałwią, następnie przetrzeć przez sito razem z woda od gotowania, tak żeby pozbyć się skórek.
W osobnym garnku, w 4 łyżkach oliwy, podsmażyć ząbek czosnku (smak czosnku musi przejść do oliwy), trochę rozmarynu i ostrą paprykę; tak „dosmaczoną” oliwę wlać do przetartej fasoli; doprawić solą i pieprzem do smaku (trzeba koniecznie spróbować!). 
W tak przygotowanej zupie ugotować makaron, kluski, czy co macie pod ręką; w razie gdyby zupa była za gęsta dolać trochę wody.
Do gotowania fasoli można dodać trochę pomidora.


Żona Oburzona
Z wiekiem zmienia mi się smak. W wieku dziecięcym nie byłam może Tadkiem-Niejadkiem (kto zna tę bajkę?), ale miałam swoje zwyczaje. A to nie jadłam niczego w kolorze czerwonym. Albo nie smakował mi koperek. Nie jadałam istot pływających. A zupa nie mogła mieć w sobie zbyt dużo farfocli. Z tego wszystkiego pozostała mi niechęć do ryb i owoców morza. Natomiast repertuar jadanych przeze mnie ze smakiem zup bardzo się zmienił.
Zupy lubię zwłaszcza zimą. I chociaż lubię i gotuję takie, w których pływają warzywa, mięso, makaron, czy ryż, to wciąż specjalną atencją darzę zupy-kremy. Właściwie gotuję je wg tej samej receptury, niezależnie od tego, z czego zupa jest robiona. Poniżej przepis na zupę-krem o smaku tego, czym ma smakować.
około pół kilograma czegoś, czym smakować ma zupa (pieczarki, groszek, marchewka, pomidory, ziemniaki, brokuły, dynia)
3 cebule
ząbek czosnku
porcja włoszczyzny
udko kurze
serek topiony śmietankowy
sól, pieprz
przyprawy (stosownie do tego, czym ma smakować zupa; np. dynię warto połączyć choćby z imbirem)
Udko zalewam zimną wodą, zagotowuję, odlewam wrzątek, zalewam znowu zimną wodą, dodaję włoszczyznę i gotuję bulion, odcedzam. Cebulę obieram i kroję w piórka, szklę na oliwie. Coś, czym smakować ma zupa, obieram (jeśli trzeba), kroję w kostkę, plastry (jeśli trzeba - groszek daję w całości :)). Dodaję do cebuli i podsmażam, następnie wrzucam do bulionu. Gotuję tak długo, aż uznam, że już... W zależności od tego jak twarde jest to coś, czym smakować ma zupa. To coś musi bowiem porządnie zmięknąć. Następnie miksuję blenderem, dodając serek topiony. Doprawiam solą, pieprzem i pozostałymi przyprawami.

Tagi: zupy
08:02, kanadyjka82
Link Komentarze (4) »
czwartek, 21 listopada 2013

powsinoga  Powsinoga

Pomysł pokazania w Altanie samotnego spaceru przyszedł w samą porę. Jesień to najbardziej fotogeniczna pora roku, więc bez zwlekania wybrałam się z aparatem do "mojego" parku, który często odwiedzam, a od kilkunastu lat sprzątam raz w miesiącu z przemiłą grupą wolontariuszy. Ostatnie w tym roku sprzątanie wypadało w sobotę, więc na spacer z przyglądaniem się kolorom jesieni, a nie śmieciom, poszłam w piątek.
Pogoda była piękna, jak nie w listopadzie. Słońce, błękitne niebo i prawie ciepło. Na trawnikach buszowały tabuny wiewiórek, objadających się żołędziami, które spadły z drzew razem z liśćmi. Na lagunie – sztucznej odnodze rzeki Chicago – dzikie kaczki tworzyły ruchome kompozycje z kolorowego odbicia nadbrzeżnych krzewów.
W wodzie stała wielka siwa czapla. Nie zdążyłam jej "złapać", bo zobaczyła mnie wcześniej, niż ja ją, i odleciała z głośnym łopotem skrzydeł. A na zupełnie już gołym drzewie zobaczyłam gniazdo szerszeni, wcześniej ukryte wśród liści.
W wodzie nie było już widać żółwi ani żab; dla nich pewnie za zimno i śpią na dnie.
Na drzewach i na ziemi – feeria barw. Ale o tym pisać nie będę. Od kolorów są obrazki. Zobaczcie je na własne oczy -- proszę kliknąć w zdjęcie, żeby wyświetlić je w pełnym wymiarze.

kj1 kj2

 kj7 kj8

kj9  kj10

kj12 kj13

kj15 kj16

 

Napisałam na początku: "w samą porę". W czasie, kiedy piszę, pada śnieg.

Tagi: spacer
04:05, pharlap
Link Komentarze (6) »
środa, 20 listopada 2013

 Juliczka  Juliczka

 

 

W niedzielę natknęłam się na dziewczynę z psem. Już go widywałam w towarzystwie młodego człowieka - piękny wilczur. Bez tylnej łapy. Teraz ta dziewczyna, szczupluteńka, krucha, wiotka, o twarzy anioła.

Pojawili się od akademików politechniki, szłam za nimi. Pies przemieszczał się z trudem, może cierpi, może przywykł. Nie dorabiałam mu historii, jak miewam w zwyczaju. Po prostu za nimi szłam. Na światłach przystawali, pies kładł się na chodniku. Dziewczyna kucała, tuliła go, szeptała coś do ucha, gładziła kark. Pies spoglądał przed siebie, nie wdzięczył się. Ogarnęło mnie trudne do opanowania wzruszenie, tłumione dusiło w krtań. Nie wiem, czy dziewczyna z psem zauważyła, starałam się ukryć, chusteczka.  Co spowodowało żal, nie znam odpowiedzi. Radosny spacer ze swingiem w słuchawkach zamienił się w zamyśloną przechadzkę, to pewne.

Nie na wszystko musimy znać odpowiedź, nie o wszystko pytać. Obserwować, poznawać, zatracić siebie na jakiś czas, pozwolić ponieść emocjom, by czegoś się nauczyć. Człowiek jest dla siebie najlepszym przyjacielem. Bywa też najokrutniejszym wrogiem, należy odróżniać jedno od drugiego.

W "Scenach z życia małżeńskiego" Bergmana Johan mówi do Marianne: - "Według mnie to jest tak: człowiek jest absolutnie samotny. Wszystko inne jest złudzeniem/.../ Trzeba żyć ze świadomością, że samotność jest absolutna. Jest też totalna.  Wtedy człowiek przestaje się skarżyć, przestaje narzekać. Dopiero wtedy uzyskuje poczucie bezpieczeństwa i uczy się akceptować ten absurd z pewną satysfakcją". Świadomość samotności pomaga w budowaniu więzi - przyjacielskich, partnerskich, wzbogaca miłość, kreuje odpowiedzialność. Człowiek lepiej się czuje dając z siebie wszystko, a przynajmniej wiele, aniżeli rezygnując.

Dziewczyna i pies pokazali, jak dwa różne światy mogą przenikać, nakładać się na siebie, wspomagać tajemnymi przejściami. Choć forteca każdego z nich pozostaje niedostępna, obwarowana. Ty w swoim zamku, ja - w swoim.

 



 





00:34, julitczka
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 18 listopada 2013

  Juliczka

Przypadek zatrzymał mnie przy wierszu chińskiego poety. Nie szukałam, nie zabiegałam. Przeczytałam i zainteresowałam się Twórcą.

Tao Yuanming urodził się w 365 roku n.e. w tak zwanym Okresie Rozbicia, który nastąpił po upadku wschodniej dynastii Han, zmarł w roku 428. Mimo znakomitego pochodzenia i wykształcenia zrezygnował z kariery urzędniczej i zamieszkał na wsi w górach Lushan, utrzymując się z pracy na roli. Był jednym z pierwszych poetów opisujących życie na wsi. Tyle Wiki, tyle net.

 

PIJANY PUSTELNIK w przekładzie Jarka Zawadzkiego.

 

Bimber samotnie w swej pijesz pustelni,

Nawet do lustra pić nie jest ci dane.

Rybę z jeziora smażysz na patelni,

O bambusową opierasz się ścianę.

Przyjaciół swoich wspominasz przy wódce,

Z którymiś młode w mieście spędził lata.

Gdy na jezioro wypływasz w swej łódce,

Nie tęsknisz wcale do wielkiego świata.

Skały nad lichą się wznoszą chaciną

I chryzantemy kwitną u drzwi progu.

Gdy zmrok zapada, ty z wesołą miną

Czarkę przechylasz i zasypiasz w rogu.

Wielka twa mądrość i zacna niewiedza.

Wszyscy cię znają, mało kto odwiedza.


Nieliczni mają w sobie dość odwagi, by nie tylko odkryć swoją naturę, ale i podążyć za nią. Za marzeniami. Zamienić bezpieczne życie właściwe naszej kaście, stanowisku, pochodzeniu na dni, którym jedynie my sami moglibyśmy nadawać ton i nastrój. Bez wielkomiejskiego zgiełku, gonitwy „po sprawach”, hałasu, potrząsania naszym osobistym wszechświatem. Przemykają myśli – Ech, rzucić to wszystko.

Morskie Oko

01:14, kanadyjka82
Link Komentarze (15) »
piątek, 15 listopada 2013

 Powsinoga

...nie mogę się powstrzymać przed podaniem przepisu z "Kuchni polskiej", wydanej nakładem księgarni Stefana Knasta (Inowrocław 1912). 
Pisownia oryginalna, całość przepisana starannie. 

380. Pierniki toruńskie

Gotować miód tak długo, aż części wodne już znikną, do pół piątej litra wlewać po trochu sporą filiżankę spirytusu, mięszać za każdem wlaniem, aby się nie zapalił. Wsypać garstkę lawendy, łyżeczkę tłuczonego imbiru, pół kubka ugotowanej i usiekanej pomarańczowej skórki, tyleż cytrynowej i trochę anyżu.

Wymięszać wszystko dobrze i wlać do pięciu litrów mąki grubej żytniej, dobrze podprażonej w gorącym rądlu, wybić mocno łopatką, a skoro ostygnie, mięszać parę godzin rękoma. Potem wlać do form, maczając ręce w piwie z miodem przegotowanem; tem samem piwem posmarować z wierzchu, obłożyć cykatą i migdałami, a jak pierniki trochę podrosną, wstawić do pieca, jak na chleb wypalonego.


 

 Ciotuchna

Chcecie coś słodkiego na prędce? no to może

Ciasto urzędnicze


szklanka mleka

szklanka cukru

szklanka maki

3 cale jajka

5 dkg. drożdży

wszystko razem  wrzucić do miski, byle jak rozmieszać, przykryć ścierką i postawić w ciepłym miejscu (ale nie za ciepłym). Można iść do pracy na 8 godzin. Po powrocie z pracy zdjąć ścierkę, wsypać 2 i pół szklanki maki, dodać zapachy  (wanilie, pomarańcz, czy cytrynę, mogą być i rodzynki) rozpuścić w garnuszku 25 dkg masła albo dobrej margaryny, wlać do ciasta i dokładnie rozmieszać.

Jest to porcja na 2 keksówki lub babkę z kominem. Ja wlewam zawsze do nasmarowanej babki z kominem i piekę w temp. 175 - 190 st. przez godzinę, albo aż patyczek będzie suchy i wierzch rumiany. Po ostudzeniu wyłożyć na talerz lub deskę i oprószyć cukrem pudrem. To jest jedyne ciasto drożdżowe, które mi się udaje i jest pyszne. Podałam jako na prędce, bo jest przy nim mało pracy - 2 razy po kilka minut.



 Julitczka

Doskonale.
Po bardzo prędkiej babce, upieczmy listopadowego, ciemnego jak noc, murzynka.
Od kilku dni prześladuje mnie obrazek dużego kawałka murzynka na talerzyku, na murzynku łyżka wiejskiej, kwaśnej śmietany, na śmietanie - kilka wiśni z wiśnióweczki.
Odkąd odkryłam radość ruchu, nie pozwalam mózgowi na podpowiedzi "upodlenia się" słodkimi smakołykami, by zajeść smutek czy stres. Nie po to mozolnie liczę przepływane długości basenu, nie po to z przyklejonym uśmiechem, na wdechu macham hantlami w siłowni, nie po to maszeruję z kijkami, by po chwili zasiąść do deseru. Ale bywają takie dni...
Że trzeba wziąć:
- 35 dkg mąki
- kostkę Kasi
- 25 dkg cukru
- 5 jajek
- 4 łyżki kakao
- 1/2 szklanki śmietany
- proszek do pieczenia i szczypta sody
- aromat waniliowy
- powidła lub krem
 
Margarynę utrzeć z cukrem, ucierając dodawać po jednym jajku. Wlać śmietanę, dodać mąkę z proszkiem i sodą, na końcu kakao i aromat, wymieszać. Piec w średnio nagrzanym piekarniku, po wystygnięciu przełożyć powidłami lub kremem. 
Oddaję głos na krem, jeszcze nie wiem, jaki. Chyba, że w przedbiegach wygra polewa mocno czekoladowa.  


 

Z murzynkiem na talerzyku i herbatą w filiżance wyniośle spojrzeć na okno rano jeszcze ciemne, popołudniu już ciemne i sięgnąć po książkę, co to dawno obiecywaliśmy sobie przeczytać.
- Jul



  Kanadyjka

MURZYNEK

25 dkg tłuszczu
2 szklanki cukru
1/2 szklanki wody
3łyżki kakao

Powyższe składniki włożyć do garnka i zagotowac, ciągle mieszając. Odlać pół szklanki rozpuszczonej masy (będzie do polukrowania).

Masę w garnku ochłodzic i dodać:

2 szklanki mąki
4 żółtka
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Wymieszać i dodać piane z 4 białek. Delikatnie wymieszać, włożyc do foremki i piec ok. 40 minut.

Upieczone ciasto polukrować odłożoną masą czekoladową.


środa, 13 listopada 2013

  Juliczka

Odpoczywamy w Altanie, rozmawiamy. Relacjonujemy wspomnienia z wakacji, smakujemy ciasto, kartkujemy strony tomików wierszy, słuchamy muzyki. Znamy swoje ulubione kubki, książki, a nawet regały z książkami.

Uprawianie lektury, wymagające skądinąd przedsiębiorczości – czytanie jest czynnością - napotyka na wielu rywali. Łatwiejsze w odbiorze stały się informacje przekazywane przez audiowizualne media. Wieczór przed telewizorem, seans w kinie uważane są za rozrywkę, wypoczynek. Czas spędzony nad książką - kojarzony bywa ze szkołą. Chyba, że nawyk czytania rozstrzygnie wcześniej dom, najbliższe otoczenie.

Czytałam, porzucałam, powracałam. W dzieciństwie marzyłam o książce pod choinkę, o „Dziadku do orzechów”, a nie lali w lokach. Odkrywałam autorów, przeżywałam losy bohaterów, ba – utożsamiałam się z nimi – stylizowałam na Dorotę z „Disneylandu” Stanisława Dygata. Poznawałam wiersze , legendy autorów z „Kaskaderów literatury”. Za filmem „Do widzenia do jutra” zaglądałam w „Okno Zbyszka Cybulskiego” Jerzego Afanasjewa. Nutę nostalgii wieszałam na „Wspomnieniu o Kazimierzu Rudzkim”.

Książki dawały mi ucieczkę, wypełniały samotność, choć, wciąż wśród ludzi, o tym nie wiedziałam. Malowałam nimi życie, kształtowałam wyobraźnię, podróżowałam. Trwałam w poszukiwaniach czegoś złudnego – czasu, ludzkich relacji, nadziei, prawd. I wciąż czekałam na styczną literackich obrazów i moich dni, przeżywanych zza kulis.

Film łatwiej, i ładniej, sprawniej, opowiada, niż życie, niż książka, przedstawienie teatralne. Łączy je dramat, iluzja, metafora, partytura efektów specjalnych, przenikanie i nakładanie obrazów. Taki zaczarowany świat marionetek, pajacyków, kolombinek, ty w swoim zamku, ja w swoim. W przedstawieniach Bim Bomu nie było stałości miejsca, czasu i akcji. Dynamikę opowieści twórcy osiągali przez plastykę sceny, perspektywę dźwiękową, dzielenie kurtynami, kolory i zmianę świateł. Na proscenium obowiązywała teraźniejszość, choć, bywało, że przechodziły tu postaci drugiego planu – iluzji. Przeszłość też jest iluzją. Części widowiska kończyło zaciemnienie – w filmie oznaczające upływ czasu. Ciemność zmazywała obraz, poprzednio usłyszany dźwięk, iluzja uciekała w przeszłość, gasła pointa. Kilka sekund na refleksję. Rozjaśnienie, zmiana natężenia dźwięku niosły kolejny obraz, nowy wątek, następną iluzję. Sen z papieru krzywo przyciętego.

Na scenie życia traciłam złudzenia, pióropusz zamieniałam na maskę, zyskiwałam doświadczenie nazywane mądrością. Stabilizacja jest wygodna, ale czy usprawiedliwiona. Książki nadal były obecne, ale tylko w formie podręczników. Nie wiem, które z nich dawały więcej światła, które rzucały cień. Ocenić nie mogę, jestem stroną w sporze.

I gdy powoli daję sobie zgodę na siebie, akceptuję zwyczajność, wracam do książek. Sięgam po nowości, z szacunkiem buduję stosik „jeszcze raz”. Powtórne czytanie raduje, zadziwia nowymi treściami, znaczeniami, tajemnicami. Toczę z książkami swoisty razgawor, niekończące się rozmowy o życiu. Raz smakuję „Rosyjskie konfitury” Ludmiły Ulickiej, to znowu chronię się do „Wiśniowego sadu” Antoniego Czechowa. Dają odpowiedzi, choć już nie stawiam pytań, inspirują, odpędzają upiory z mojego, naszego świata. Najważniejszego, reszta to pozory.

Na blogu Ewy Marii, Piotr Oczko przywołuje stare niderlandzkie stwierdzenie: „Doe normaal, dan doe je al gek genoeg. Zachowuj się normalnie, wtedy jesteś dostatecznie szalony”.

Sprzedaj ścigacz, kup małą żaglówkę.



04:02, kanadyjka82
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 11 listopada 2013

 Ciotuchna

W roku szkolnym 1938/39 chodziłam do klasy IV szkoły podstawowej. Do języka polskiego mięliśmy książkę zwaną wtedy Czytanką, a w niej był taki wiersz, który kilka lat temu mi się przypomniał i go zapisałam. Ze mną jest tak zawsze, wiersze pamiętam, ale autora nie pamiętam - trudno taki mam mankament.

A oto ten wiersz:

Bolesław Chrobry

 W nurtach Elby i Sali, wśród dnieprowych wód fali

Kto to słupy żelazne tam bije?

I z za Karpat wyżyny po Bałtyku głębiny

Czyje godła i znaki lśnią czyje?

To Bolesław, mąż chrobry, ludów swoich pan dobry,

Ale straszny na zdrajce i wrogi.

Złączył braci Lechitów, i jak orzeł z błękitów,

Precz daleko rozpuścił swe drogi.

Za trud ciężki, znój krwawy, kupił bratnie Morawy,

Wydarł Niemcom Luzatów dziedziny;

Potem na Ruś daleką, gdzie gród stary nad rzeką,

Poszedł zbierać rycerskie wawrzyny.

Lecz choć w murach Kijowa tyle skarbów się chowa,

Drogie szaty i droższe klejnoty,

On nic nie wziął tym razem, tylko miecza żelazem,

Jak pan, wyciął po bramie ich Złotej. 

A gdy z wrogów pogromu wrócił wreszcie do domu

I do pochwy miecz schował zszczerbiony,

W nowej Gniezna świątyni biskup królem go czyni,

Czoło wieńcząc mu złotem korony.

Lata jeszcze żył potem, już nie miecza łoskotem,

Lecz mądrością swą głośny po świecie;

A gdy wreszcie legł w grobie, naród chodził w żałobie,

Niby smutne po ojcu swym dziecię.


00:49, wloszczyzna79
Link Komentarze (6) »
piątek, 08 listopada 2013

 

 

 Juliczka

 

NOWA SZATA BURAKA

Burak swoje, a chrzan swoje,
zaperzyli się oboje (...)

Uwagi Ciotuchny o szarlotce, że wciąż taka sama, że nudna, skłoniła mnie do pochylenia się nad buraczkiem. Odświeżaliśmy już groszek, by nie mdlił z marchewką do cielęciny, pokazywaliśmy selera w nowych odsłonach, były szparagi, na pewno dynia. Tuningowania buraczka w Altanie nie pamiętam.

Choć jego samego, ugotowanego i startego na drobnych oczkach, zasmażanego w maśle - jak najbardziej. Zachowam wspomnienie świątecznego obiadu, buraczka w duecie z zającem w śmietanie, krzątaninę babci Marii, przewiążę wstążeczką. Warzywo zaś przyrządzę inaczej, lekko, aromatycznie, kolorowo.

Czyli w formie sałatki z pieczonych buraczków i koziego serka. Przepis pochodzi z programu Kuchni+ "Surfowanie po menu":

12 małych buraków
białe części z jednej sałaty frisee
60 g koziego twarożku
125 ml octu balsamicznego
3 łyżki oliwy
1 cytryna
tymianek, koperek, estragon, pieprz, sól

Wyszorować buraczki, ułożyć w naczyniu do zapiekania wraz z gałązkami tymianku, polać oliwą, częścią octu, doprawić pieprzem i solą. Zakryć folią, wstawić do piekarnika na godzinę. Zdjąć folię i dopiec. Ostudzić, obrać, pokroić. Ułożyć na półmisku na liściach sałaty, posypać kozim serkiem, estragonem i koperkiem. Pokropić oliwą, resztą octu balsamicznego i cytryną.

Buraczek buraczek
miał czerwony fraczek
z cebulką tańcował
nóżek nie żałował.

"Sobota w kuchni" Kuchni+, a w niej buraczki z cebulą:

6 buraków
3 cebule w łupinach
4 całe ząbki czosnku
4 łyżki oliwy, gałązki tymianku
2 łyżki wywaru drobiowego
2 łyżki octu balsamicznego, sól, pieprz

Na blasze umieścić buraki, cebule, czosnek, gałązki tymianku, pokryć oliwą. Piec, aż buraki będą miękkie, obrać, pokroić. Blachę postawić na średnim ogniu, wlać wywar, ocet, zdrapać przypieczenia, dodać tymianek, odparować. Doprawić solą i pieprzem, ułożyć na półmisku, polać sosem.

Przemawia też sałatka z pieczonych buraczków z marchewką i pasternakiem w sosie śmietanowo-musztardowym. Albo z pomarańczami i prażonymi orzechami włoskimi. Pieczarkami, startymi jabłkami, orzechami laskowymi i serem w majonezie. By buraczek nie był smutny.

 
1 , 2
Tagi