Rozmowy wśród przyjaciół
sobota, 28 lutego 2015

Pharlap  Pharlap

Dowiedziałem się o tym dzisiaj rano.

Bohdan Tomaszewski - chyba właśnie jemu zawdzieczam zainteresowanie sportem.
Nie jestem pewien jak to się zaczęło, ale  na pewno Igrzyska Olimpijskie w Melbourne obserwowałem z zapartym tchem.

Obserwowałem? Przecież wtedy nie było jeszcze transmisji telewizyjnej.
Tak - obserwowałem.
Podczas olimpiady Przegląd Sportowy wychodził 5 razy tygodniowo a w nim reportaże trzech panów T - Tuszyński, Trojanowski, Tomaszewski.
To nie były reportaże, to były opowieści na miarę mitów greckich. Czytałem je z wypiekami na twarzy i zapamiętywałem w całości. Oczami wyobraźni oglądałem tych współczesnych herosów i ich szlachetne zmagania.
Bo też były szlachetne. W biegu na 3000m z przeszkodami późniejszy zwycięzca Anglik Chris Brasher potrącił Norwego Larsena i został zdyskwalifikowany. Gdy Larsen o tym usłyszał zgłosił się do komisji sędziowskiej i oświadczył, że nie żywi do Brashera żadnych pretensji i uważa, że należy mu się zwycięstwo. Sędziowie uznali jego argumenty. W rezultacie Larsen otrzymał brązowy medal. A przecież już miał srebrny w kieszeni.
W rzucie oszczepem większość zawodników używała oszczepów nowej konstrukcji, które w kapryśnym melbourneńskim wietrze zachowywały się bardzo dziwnie. Do ostatniej kolejki prowadził zdecydowanie Polak Sidło, który używał tradycyjnego oszczepu.
Widząc frustrację norweskiego oszczepnika Danielsena Sidło zaoferował mu swój oszczep. Danielsen skorzystał, pobił rekord świata, który należał do Sidły i zdobył złoty medal.

Zaraz, miało być o Bohdanie Tomaszewskim.
I jest. Przeszukałem dość gruntownie internet i nie znalazłem potwierdzenia tych faktów. Nie twierdzę, że ich nie było. Istotne dla mnie jest, że Bohdan Tomaszewski szukał w sporcie szlachetnej strony rywalizacji i starał się ją przekazać słuchaczom. To było dla niego ważniejsze niż suche wyniki.

Następną olimpiadę, w roku 1960, w Rzymie, oglądałem już w telewizorze. Chyba wtedy zacząłem tracić zainteresowanie sportem. Najwyraźniej tylko sport oglądany przez pryzmat wrażliwości Bohdana Tomaszewskiego był dla mnie interesujący. 

Olimpiada w Tokio (1964) to ostatnie igrzyska, które wzbudziły moje zainteresowanie. Pewnie dlatego, że ze względu na odległość i różnicę czasu bezpośredniej transmisjii telewizyjnej nie było.
Był za to Bohdan Tomaszewski.
Do dzisiaj pamiętam jego relację z finału biegu na 400m mężczyzn. W finale był jeden Polak, Andrzej Badeński. Pan Bohdan darzył tego biegacza o niewielkim wzroście lecz wielkim sercu specjalną sympatią.
To była niezwykła relacja. Strzał startera, Bohdan Tomaszewski woła dramatycznym głosem - Badeński. I potem nie podaje żadnych faktów tylko powtarza to jedno słowo - Badeński, Badeński, Badeński...  
To było lepsze niż wszelkie inne słowa. Tempo narracji, intonacja głosu oddawały w pełni to co działo się na bieżni.
Badeński, Badeński... to ostatni zakręt, Polak wyraźnie prowadzi. Nagle głos się załamuje, tempo narracji spada, następuje wymowna cisza. Już wiem co się stało. Nagranie tej relacji pewnie nie jest już dostępne, proszę obejrzeć ostatnie kilkanaście sekund biegu tutaj - KLIK. Andrzej Badeński, w białej koszulce, wychodzi pierwszy z ostatniego zakrętu... Badeński, Badeński!

Nie pamiętam żebym później słuchał jakichś transmisji z zawodów sportowych. Zapewne okoliczności nie sprzyjały. I dobrze. Wolę zachować w pamięci ten specyficzny głos, charakterystyczną intonację, pewnie w dzieciństwie pobierał lekcje francuskiego, kulturalną relację, która pozwalała wierzyć, że człowiek to istota szlachetna.

11:11, pharlap
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 lutego 2015

Pharlap Pharlap

Mam tylko trzy swoje zdjęcia z dzieciństwa, tylko jedno z okresu szkoły podstawowej - z pierwszej komunii. Tylko trzy z okresu szkoły średniej, w tym maturalne. Plus 3 zdjęcia do legitymacji szkolnych.

Nic więc chyba dziwnego, że darzę fotografie dużym respektem.

Nic dziwnego?
Bardzo późno zorientowałem się, że wielu ludzi uważa ograniczenia narzucone im przez naturę, ekonomię, politykę, za niesprawiedliwość dziejową. Z tego wyciągają praktyczny wniosek, że gdy takich ograniczeń nie ma należy brać, używać, jeść, korzystać do zupełnego zatracenia.

Również fotografować.

Fotografia, przy obecnej technologii, przynajmniej nie jest szkodliwa, nie niszczy przyrody ani zdrowia, tylko zajmuje trochę bezpłatnej pamięci komputerowej.

Ja jednak nadal traktuję robienie zdjęcia jako swego rodzaju ceremoniał. Wiele razy uruchamiam aparat, celuję w wybrany obiekt, oglądam go w okienku aparatu i rezygnuję. Nie, tego nie da się przenieść na zdjęcie. Wolę to zapamiętać choćby mgliście i na krótko niż oglądać w niezadowalającej formie.

Zupełnym ideałem oczywiście nie jestem. Po przeniesieniu zdjęć z aparatu na komputer zawsze jest coś do wyrzucenia. 

W każdym razie zrozumiałe jest, że zachwyciła mnie poniższa historia...

Jim Brandenburg to bardzo znany i uznany fotograf natury - KLIK.
Lista przyznanych mu nagród i honorowych tytułów jest bardzo długa. Zwróciłem uwagę na jedną pozycję - album 40 najważniejszych fotografi natury zawiera aż cztery jego fotografie. Wśród nich skok arktycznego wilka zaliczony do 100 fotografii, które zmieniły Kanadę - KLIK.

W 1998 roku Jim Brandenburg nie był jeszcze aż tak sławny, ale przecież na tyle respektowany, że gdy wspomniał swojemu wydawcy, że zamierza spędzić na pustkowiu 90 dni polując na widoki zanikającego światła (te 90 dni to okres od jesiennego zrównania dnia z nocą do najkrótszego dnia w roku), to wydawca bez wahania zadeklarował, że kupuje prawa do albumu na pniu.

Jakież było zdumienie wydawcy gdy po 3 miesiącach nadeszła koperta z trzema rolkami filmu. Czymprędzej zadzwonil do fotografa:
- Jim, co ty nam przysłałeś? Przecież na pewno zrobiłeś tysiące zdjęć i zaraz zabierzemy się wspólnie za selekcję, edycję, no nie muszę ci tłumaczyć, przecież nie raz już wydawaliśmy twoje albumy.
- Tu nie ma pomyłki - odpowiedział Jim - 3 rolki, nawet niepełne, razem 90 zdjęć. Pozwalałem sobie zrobić tylko jedno zdjęcie każdego dnia.

Tak się złożyło, że byłem w USA na początku 1999 roku, właśnie gdy w księgarniach ukazał się album Chased by the Light. Teraz zdjęcia można obejrzeć również on-line - proszę kliknąć TU a potem najechać myszą na SELECT GALLERY w prawym górnym rogu i wybrać Chased by the Light.

Cóż tu komentować - Jim Brandenburg - to wyjaśnia wszystko. W książce każdy dzień jest opatrzony krótkim komentarzem. Bardzo rzeczowym, jaka była pogoda, co zwróciło jego uwagę, co się wydarzyło lub nie wydarzyło w lesie.

Muszę przyznać, że nieco mnie to rozczarowało. Wyobrażałem każdy dzień tej przygody jako swego rodzaju rosyjską ruletę. Wstaję rano, idę przez las i coś zwraca moją uwagę, wyciągam aparat - chwileczkę - czy dzisiaj nie napotkam już niczego ciekawszego? A może to co zauważyłem poczeka do jutra a ja wykorzystam dzisiaj jakąś inną, niepowtarzalną, szansę? A może właśnie to jest tą unikalna szansą i juz się nie powtórzy?
Zastanawiałem się czy Jim Brandenburg po zrobieniu zdjęcia jeszcze krążył po lesie bo ja chyba bym wracał do chaty nie rozglądając się na boki żeby nie napotkać szansy, której już nie wolno mi będzie wykorzystać.
I odwrotnie - jak spędzał dzień, na który zaplanował zrobienie wieczornego zdjęcia? Czy siedział w domu do wieczora żeby uniknąć pokusy.

Album nosi tytuł Chased by the Light - Ścigany przez światło. Jak to ścigany? Ściganym przez światło w grudniu to można być w Australii, ale nie w mrocznych lasach stanu Minnesota czy Wisconsin. Tam trzeba raczej polować na każdą chwilę światła.
Przypomniały mi się moje wstępne rozważania o tych ograniczeniach i niedostatku. Chyba J.W. Goethe powiedział - mistrza poznaje się po ograniczeniach. Mistrz fotografii jakim jest Jim Brandenburg czuł się ścigany przez sytuacje, które prosiły go żeby zrobił im zdjęcie. Ale do tego trzeba być mistrzem.

07:50, pharlap
Link Komentarze (7) »
sobota, 21 lutego 2015

 

          Juliczka

 

     Przeprowadzka, wydawałoby się taki wdzięczny temat, nośny. Dopóki osobiście nie dotyka. Która to z rzędu, liczyć? Wspominać? Inwentaryzować , co zabrane, co zostało w kolejnych miastach, domach, pokojach. Zastanawiać się, czy ostatnia?

     Co pakować, w co pakować? Targać walizy czy zapomnieć o pamiątkach, zasuszonych kwiatkach w książkach, o dzbanuszkach, w końcu z ilu dzbanuszków naraz można nalewać mleko. A jeśli będę żałowała, jeśli zechcę wiosną postawić obok filiżanki ten z fiołkami. Cała jestem potargana emocjami.

     Tamten pociąg dawno odjechał, czym pojadę teraz, ciuchcią, torpedą i jak się odnajdę w zupełnie nowej poczekalni, choć w równie starej części miasta..

 

muzeum

                     fot. Muzeum Regionalne Krotoszyn 

 

                                 JEREMI PRZYBORA

PRZEPROWADZKA                                             STACYJKA ZDRÓJ

Przeprowadzka -                                                Stacyjka Zdrój, miasteczko przy niej

planowana czy znienacka                                    A nad miasteczkiem widzę tym

przeprowadzka                                                   Jak niziuteńko niebo płynie

Zapaskudzi się posadzka.                                    Nad którym imię twe pisze dym...

Przeprowadzka.                                                  Na rynku zawsze ludniej

Trzeszczy szafa, pęka tacka.                                Gdy targ przy starej studni

Oj, z gratami się nie cacka                                   U wrót plebanii drzemie dziad

przeprowadzka.                                                   I kasztanami sypie wiatr...

Módl się do świętego Jacka.                                  Wciąż wracam na stacyjkę białą

Czemu Jacka?                                                      Pociągiem, który lato wiózł

Bo on pomaga w przeprowadzkach.                       Wesołych brzóz go sześć witało

Ta posadzka!                                                       Sześć go żegnało zmartwionych brzóz...

Żegnaj nam, ulico Bracka!                                     Ze stacji droga krótka

Witaj - Nowostarogradzka!                                    Zielona stara zaskrzypi cicho furtka:

Nie dojadłeś tego placka.                                      - "Jak się masz?

Rozsypana sól karlbardzka.                                   Podobną kiedyś znałam twarz?...

Tu bywała Zosia Czacka.                                       A potem sień... ktoś drzwi odmyka...

Stamtąd bliżej nam do Wacka.                              Głosy wzruszone... twój i mój...

Ktoś na oknie coś napackał.                                  A potem cień... i wszystko znika...

Uśmiech losu, czy zasadzka?                                 I już umyka Stacyjka Zdrój...

Przeprowadzka.                                                    *

Potłuczona Samotracka.

Mina coraz mniej junacka.

Módl się do świętego Jacka.

*

     Przeprowadzkę i Stacyjkę Zdrój śpiewa Grzegorz Turnau, kiedyś nauczę się wstawiać linki, to nie takie trudne. Stacyjkę znalazłam też w wykonaniu Kaliny Jędrusik, trochę szumi, ale za to jak wzrusza.

 

krotoszyn niezwykły

                       fot. Krotoszyn Niezwykły    

     Odnajdę się, pomyślałam, przecież się nie zgubiłam. Do nieznanego wpasuję oswojone szkiełka, książki, puzderka, dostawię odkrywcze bibeloty. Ta sama będzie towarzyszyć mi muzyka, dołączę inne piosenki.  Urządzę się, okiełznam, wyjrzę rano na wschód, może nawet nie zawieszę firanek. Umebluję czymś szalonym - czarny manekin w tiulowej spodniczce? Odjechana kanapa? Zamieszkam.

ANDRZEJ PONIEDZIELSKI

DOM

 

Ludzie, gdy poczuli strach

Zaraz wymyślili dach

Kiedy wyszło, że nie każdy o tej samej porze może

być pijany

no to wymyślili ściany

Gdy się nagle stało jasne

że na człeka, na kolację

nie przypada cały wół

zaraz wymyślili stół

Kiedyś biegli, jak to zimą - dla rozgrzewki

jeden stanął, mówi - ileż można biec?

Chodźmy, wymyślili piec.

 

I tak ludzkość

wytężając

a to rozum

a to serce

a to ręce

doszła żmudnie i powoli

do kafelków

w łazience.

Tak więc ludzkość

jeśli nie policzyć bomb

głównie wymyślała DOM

Nawet koło

wymyślono nie z powodu "ciężka praca"

Koło wymyślono po to

by do domu szybciej wracać

A proch? Dziś tak już znienawidzony

wymyślono przecież po to

by móc zwiedzać inne domy.

 

Ale w domu

choćby roże rosły w murze

telewizor był w glazurze

i w doniczce każdej kran

Jeśli serce nie zamieszka

to to będzie pustostan

*

architecure&designe

                     fot. architecture&designe, Paris2050. 

 

 

 

 

sobota, 14 lutego 2015

Pharlap  Pharlap

Przyszedłem Ciotuchno, jak się umówiliśmy, rano.
Ta pani powiedziała, że jesteś w dziale fortepianów.
Spytałem, gdzie te fortepiany, proszę pani.

Na pierwszym piętrze, hala numer trzy.
Jadę. A ciebie nie ma. A przez szkło szyb
tylko rzeka i most z latarniami.

Możliwe, że wyszłaś Włoszczyzno do działu harf,
powiedział woźny, który miał lekki garb,
ósme piętro, hala numer dwudziesty drugi.

Bukiet rozsypał mi się w windzie, jak pawi ogon.
Pukam. Dzwonię. A w dziale harf nikogo.
A przez okno zoo, gdzie huśtały się papugi.

Gdy południe wydzwoniły miejskie zegary,
szukałem Cię Juliczko w dziale okaryn,
potem wśród saksofonów, z koleżankami trzema - 
myślałem, ze to Ty Żono Oburzona, ale Ciebie tam nie ma. 

potem w dziale bębnów chodziłem od ściany do ściany,
potem chciałem Cię szukać Powsinogo w dziale fletów zaczarowanych,
ale powiedzieli, żebym nie strugał Mozarta i że takiego działu nie ma.

O czternastej całkowicie
zaplątałem się w muzycznym labiryncie
i jeździłem z góry na dół i z dołu do góry.

Kwiaty gdzieś przepadły. Woźny mnie dogonił
i powiedział, że jesteś Kanadyjko w dziale fisharmonii,
biurko pod oknem, przez które widać wieżę, wrony i chmury.

Zjechałem piętro niżej. W hali siedem
fisharmonie stały długim rzędem,
fisharmonia za fisharmonią,

tylko Ciebie Ewo Mario, ani śladu, ani nisko, ani wysoko,
więc stanąłem przy oknie, a przez okno
widać było pomnik króla na koniu.

A może jak w operze komicznej
zapadłaś się Kattinko pod podłogę?

I szukam cię dalej w Centrali Instrumentów Muzycznych,
i odnaleźć ciebie nie mogę.

Ale w dniu dzisiejszym moje Panie
znajduję Was wszystkie W Altanie! 

Wzorzec - Konstanty Ildefons Gałczyński - Dziewczyna z Centrali Instrumentów Muzycznych.

00:56, pharlap
Link Komentarze (10) »
piątek, 13 lutego 2015

 

     Juliczka

 

     Kazimierz Przerwa-Tetmajer 12 lutego 1865 - 18 stycznia 1940. I wiersz.

 

POD RYSAMI

 

Ciemno. W powietrzu wilgoć. W rysach potok huczy

staw uderza o brzegi, bulgota i pluszcze;

wiatr błądzi przez nadwodne, puste, głuche puszcze

i gwiżdżąc po upłazach i turniach się włóczy.

 

W ciemni blask czasem zalśni metaliczny, kruczy

na wodzie, którą lekki wiatr marszczy i muszcze;

zaczernią się na brzegu kosodrzewu kuszcze

lub skała się w cień blady, posępny obłóczy.

 

Ciemno - wtem gdzieś w przepastnej nieprzejrzanej dali

zabłysło - czy to spadła na brzegi odmętu

gwiazda o promienistym blasku dyjamentu?

 

Już błysła druga, trzecia, już dziesięć się pali -

rzekłbyś, że się gwiazdami podnóże gór złoci -

a księżyc wyszedł mgławo w powietrznej wilgoci

*

 

z sieci

          fot. z sieci.

     Bo czasami nie wiadomo, czego się szuka, dopóki człowiek tego nie znajdzie. Przecież tam, gdzie myślimy, że nas coś ominęło, zostało nam coś oszczędzone.  

Przeprowadzam się, wyżej, choć miasto i piętro to samo.

 

piątek, 06 lutego 2015

Żona Oburzona

W 2010 roku bardzo dużo czasu spędzałam w pociągach. Delegacje tu i tam... Już kilka lat wcześniej doszłam do wniosku, że warto korzystać z okazji. Skoro nocuję w jakimś miejscu, to może warto wyściubić nos z hotelu i zobaczyć, co ciekawego miasto oferuje?  Tym sposobem po raz pierwszy obejrzałam Łódź, czy Międzyzdroje. Ale najczęściej wyjazd służbowy oznaczał Warszawę. A tu atrakcji moc: cmentarze i inne ślady historii miasta, spacery po miejskich parkach i nad Wisłą, muzea. I teatr.

Właśnie do teatru udałyśmy się z koleżankami, by uprzyjemnić sobie cały tydzień spędzany w stolicy. Jedna z nas  wybrała sztukę "Między nami dobrze jest" Doroty Masłowskiej w  reżyserii  Grzegorza Jarzyny. Do dzisiaj bardzo się z tego wyboru cieszę. Co prawda nie jestem fanką tej  pisarki (prawdopodobnie dlatego, że jej pisarstwa nie rozumiem), ale sztuka zrobiła na mnie duże wrażenie. Osoby, które nie miały  okazji  jej zobaczyć, mogą obejrzeć filmową adaptację. Była pokazywana na ostatnim festiwalu w Gdyni, teraz puszczana jest jeszcze w kinach o ambitniejszym repertuarze. Sztuka mówi coś bardzo ważnego o polskości i Polakach, urodzonych w różnych momentach historii  XX wieku. Jedną z głównych ról  w sztuce gra rewelacyjnie Danuta Szaflarska.

Tamtego roku po obejrzeniu sztuki udałyśmy się z koleżankami na małą kolację i lampkę wina. Wybrałyśmy  przyjemny lokal mieszczący się tuż obok  teatru  o nazwie - o ile dobrze pamiętam - nawiązującej na  nazwy teatru. Okazało się, że w tej samej  restauracji stolik  miała zarezerwowana ekipa: aktorzy i realizatorzy sztuki. Miałyśmy zatem okazję zobaczyć Danutę Szaflarską  na żywo nie tylko w aktorskiej kreacji, ale również w  sytuacji  niemalże prywatnej. Co brzmi jakoś nieodpowiednio, zważywszy na to, jak mało mówi się o jej prywatności. W każdym bądź razie zauroczone wpatrywałyśmy się w jej uśmiech, podziwiałyśmy energię i naturalność, z jaką rozmawiała i zaśmiewała się z aktorami o kilkadziesiąt lat od niej  młodszymi. Dopiero następnego dnia zaskoczona dowiedziałam się z internetu, ile lat ma Danuta Szaflarska, wcześniej myślałam, że o kilkanaście mniej...

Dziś Danuta Szaflarska, doskonała aktorka teatralna i filmowa, kończy 100 lat. I jak  tu składać życzenia?

Danuta Szaflarska

Tagi