Rozmowy wśród przyjaciół
piątek, 28 lutego 2014

 

     Juliczka

 

Karta członkowska KIPu /Klubu Ignorujących Pączka/ zobowiązuje. Nie zjadłam pączka, faworka też nie, choć wydaje się być bardziej poetycki i w przygotowaniu - to wykrawanie, przewlekanie, przekładanie, i w formie - kruchość, lekkość i cały w pudrze. Jedyna zabawa, jaka miałaby mnie czekać, czyli zjedzenie smakołyku, nie wydała mi się dostatecznym rautem. Bo zanikł zwyczaj "combru", czyli zabawy w tłusty czwartek, gdzieniegdzie jedynie obchodzonej. Pozostały jedynie kolejki po pączki.

rozmierka.eu...

fot. rozmierka.eu.

Mało kto wie, że koniec karnawału, a szczególnie tłusty czwartek i ostatki, były przed wiekami w Krakowie świętem ulicy. "Encyklopedia staropolska" Zygmunta Glogera podaje za Karłowiczem, że zwyczaj wywodzi się od bajecznego burmistrza krakowskiego, który miał być okrutnym i niecierpianym i zmarł jakoby w czwartek. Taką legendę wydrukował Majeranowski w "Pszczółce krakowskiej" /r.1820, I, 110/. Jak pisze Kolberg, czwartkowe święto nazwano "comber" od nazwiska burmistrza, niezwykle surowego dla przekupek, nakładającego na nie wysokie opłaty, a za byle przewinienie wtrącającego je do więzienia. Jego nagłą śmierć w same zapusty przekupki przyjęły za karę. Odtąd właśnie te dni stały się świętem przekupek, które piły w szynkach, częstowały i fundowały każdemu, kto się pod rękę nawinął. Z czasem przerodziło się to w ogólne święto ulicy i biedoty miejskiej. Gawiedź bawiła się tego dnia, a zacni rajcowie musieli na to patrzeć pobłażliwie. W "Piśmiennictwie" zaś I, 181 Maciejowski przytoczył ten sam zwyczaj i wyraz niemiecki zampern, zempern, a potwierdził to Brukner jako zwyczaj przyniesiony przez osadników z Marchii Brandenburskiej. Ludowe święto ulicy jako zabawa, w kostiumach i maskach, śpiewy i tańce przetrwało w niektórych miejscowościach w Poznańskiem, na Śląsku, a że trudno w naszym klimacie bawić się na ulicy, przeniosło się pod dach, do klubów, świetlic.

Jak zrobić pączki, każdy wie. Nikt nie wie, jak zrobić tort Sachera, czytałam o tym w książce Ernsta Hagena "Hotel Sacher", w której jako leitmotiv posłużyły dzieje wiedeńskiej rodziny Sacherów. Zapisała się ona chwalebnie w historii wiedeńskiej gastronomii, co Hagen przedstawił na tle blisko wieku historii Austrii. Istnieje wiele przepisów na tort Sachera, ale recepta oryginalna pozostaje po dzień dzisiejszy tajemnicą. Kiedy potomek Franza Sachera sprzedał przepis światowej sławy cukierni Demela, zaczął się proces, który trwał do 1962 roku, skończony wreszcie ugodą. Rozsyłane codziennie na cały świat oryginalne torty sacherowskie noszą pieczęć Sachera. Tort, pomysł jednej chwili z czasem ulepszony, powstał pewnego biedermeierowskiego popołudnia w 1832 roku w kuchni księcia Metternicha. Franz Sacher wysmarował tortownicę masłem i posypał mąką. Rozpuścił czekoladę na parze, dodał masło i cukier utarte z żółtkami oraz filiżankę przesianej mąki, ubitą pianę z białek, wszystko razem ostrożnie wymieszał i wlał do tortownicy. Czy w słodkim rękodziele może tkwić iskra geniuszu? Dwa tortowe placki zostały posmarowane marmoladą morelową i złożone razem. A do tego jeszcze glazura z czekolady i cukru.

"Wniesiono tort. Franz Sacher pokroił go na kawałki i podawał z bita śmietaną. Również pomysł jednej chwili, który dopiero dodawał tortowi ostatecznego blasku. Teraz w pokoju zapanowała bezwzględna cisza. Tylko księżnej Bunau wypsnęło się trochę dwuznaczne westchnienie. Dziewczęta miały pełne usta bitej śmietany, a Bunau wziął sobie taka porcję, jakby miał zaraz wyruszyć w bój. Metternich podniósł widelczyk do ust i przesłał swemu kuchcikowi uśmiech pełnego zadowolenia. To był jego pierwszy uśmiech tego wieczoru. - Czegoś tak pysznego jeszcze nie jadłam - wyznała księżna. jej córki wydawały tylko jakieś niedorzeczne okrzyki zachwytu. Zachowywały się niemal jak źle wychowane panny i prawie nie można ich było uspokoić. A Bunau mruknął, całkiem już bez żenady oblizując językiem wargi. - Jestem załatwiony. /.../ Metternich pochylił głowę".

Słodki temat z ulicy i salonów uzupełnia dokument poświęcony dawnym warszawskim cukierniom - http://ninateka.pl/film/maria=kwiatkowska-kronikarz.

I krótka refleksja, że zamieniłabym w tej chwili wytworną, pełną galanterii, mniej wytworną kolację z deserem na wiaderko własnoręcznie uzbieranych jagód pachnących konwaliami i dziką miętą. A jakie wiaderko!

moje

 

 

 

 

 

 

 

02:33, julitczka
Link Komentarze (4) »
środa, 26 lutego 2014

  Kattinka

Jakiś czas temu przypomniał mi się uroczy film, zatytułowany „Żegnaj Chips”, nakręcony w 1939 roku. Oglądałam go kilkakrotnie, najpierw w „Starym Kinie” (pamiętacie ten program?), a potem, bodajże, na TCM. Film jest uroczy, ale też poruszający do głębi. Mówi bowiem o postawach ludzkich, które z jakiegoś tajemniczego powodu w ostatnim czasie ulegają zatarciu, a wręcz zapomnieniu. Świat żyje innymi sprawami, zachwyca się i emocjonuje innymi „sławami”. Jakby to ująć najkrócej? Kiedyś na pierwsze strony gazet trafiali królowie i bohaterowie, a dziś wręcz przeciwnie… I nie mówimy tu, oczywiście, o naszych złotych medalistach na Olimpiadzie w Soczi, oni stanowią szlachetny i jakże pozytywny wyjątek.

Film „Goodbye, Mr. Chips” opowiada o Nauczycielu z Prawdziwego Zdarzenia, który dla swoich uczniów był mistrzem i wzorcem moralnym, i to nie dlatego, że sam tak o sobie myślał, tylko dlatego, że w taki sposób postępował. Profesor Chips był człowiekiem dobrym i szlachetnym. W starożytnej Grecji dobro stanowiło jedno z podstawowych pojęć etycznych, utożsamiano je z pojęciem bytu. Sokrates wynosił je ponad wszystkie inne wartości, twierdząc, że tylko to, co dobre, jest naprawdę pożyteczne. Według niego prawdziwym dobrem jest cnota, która jest jedna, ponieważ każda cnota jest wiedzą. Zdobywając wiedzę, osiągamy dobro, a z nim pożytek i szczęście. Z kolei, idea dobra u Platona stała na czele jego systemu, przewyższając w hierarchii nawet ideę istnienia. Była pierwszą zasadą, wedle której powstał świat i ostatecznym celem, do którego ów świat dąży. Na temat pojęcia dobra głos zabierali też stoicy i święty Augustyn, Kant i Nietzsche, my jednak – pozostańmy dziś przy filmie…

Brytyjski melodramat, w reżyserii Sama Wooda, nakręcono na podstawie opowiadania Jamesa Hiltona, z 1934 roku, pod tym samym tytułem. Notabene, opowiadanie doczekało się w sumie dwóch ekranizacji, tej z 1939 roku, o której dzisiaj mowa, oraz z  roku 1969, z Peterem O’Tool i Petulą Clark, jak również dwóch adaptacji telewizyjnych. Pierwsze wydanie książkowe ukazało się w październiku 1934, nakładem wydawnictwa Little, Brown. Sukces był tak wielki, a reakcja czytelników tak żywa, że wydawca zmuszony był do wielokrotnych dodruków i wznowień; wkrótce pojawiły się wydania amerykańskie. Dzięki temu jednemu opowiadaniu James Hilton stał się „the best-selling author”. 

Akcja zaczyna się z chwilą objęcia przez Charlesa Chippinga stanowiska profesora greki i łaciny w fikcyjnej (i nie najwyższych lotów) szkole prywatnej z internatem – Brookfield Grammar School. Z natury surowy, pedantyczny i wymagający, pod wpływem miłości kobiety – ślicznej i pełnej wdzięku aktorki rewiowej – staje się wyrozumiałym i uwielbianym przez swoich uczniów Mister Chipsem…  Nie powiem nic więcej, ten film trzeba zobaczyć.

Jakkolwiek film, podobnie jak jego literacki pierwowzór, są otwarcie sentymentalne, nie umniejsza to trafności obserwacji zmian społecznych, jakich Mr. Chips i jego wychowankowie byli świadkami. Gdy Charles Chipping, jako 20-letni młody człowiek, zjawia się w Brookfield, w Europie toczy się wojna francusko-pruska, kiedy zaś umiera, w wieku 83 lat, jest listopad 1933 i do władzy doszedł właśnie Adolf Hitler. Jednym słowem, kawał życia, kawał historii, a sama postać pana Chipsa – wzruszająco zagrana przez Roberta Donata, nagrodzonego za tę rolę Oskarem (w roli jego żony Katherine – Greer Garson). Warto tu zwrócić uwagę na muzykę, którą skomponował Richard Addinsell, twórca słynnego „Koncertu Warszawskiego” – ale to już całkiem inna historia.

Postać profesora Chipsa nasunęła mi pewne pytanie. Natychmiast napisałam do Ciotuchny…

Ale o tym opowiem już następnym razem – w przyszłą środę.

03:33, kanadyjka82
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 24 lutego 2014

  Kattinka 

 

Dziś poniedziałek, dlatego muszę zacząć tę opowieść od drugiego rozdziału czyli – od wiersza.

Kilka dni temu natrafiłam w sieci na fragment wiersza jednego z moich ulubionych poetów i mistrzów – Roberta Frosta. 

“Two roads diverged in a wood, and I —

I took the one less traveled by,

And that has made all the difference.”

-- Robert Frost, The Road Not Taken

Piękna strofa, i jakże trafna myśl. Nie namyślając się wiele, zamieściłam ją jako motto na mojej ścianie na FB. Następnego dnia w komentarzach mój stary przyjaciel Richard napisał: „My late Father's former English teacher.” Niesamowite. Mój Poeta był nauczycielem ojca Richarda?! „Yes. At Pinkerton Academy. Derry,New Hampshire. Here is his “Mending Wall”. It says a lot about the mentality of New England and also about the look of the place with the stony, sandy land filled with stones from which people make walls to border their land.”

Something there is that doesn't love a wall,

That sends the frozen-ground-swell under it,

And spills the upper boulders in the sun,

And makes gaps even two can pass abreast.

The work of hunters is another thing:

I have come after them and made repair

Where they have left not one stone on a stone,

But they would have the rabbit out of hiding,

To please the yelping dogs. The gaps I mean,

No one has seen them made or heard them made,

But at spring mending-time we find them there.

I let my neighbor know beyond the hill;

And on a day we meet to walk the line

And set the wall between us once again.

We keep the wall between us as we go.

To each the boulders that have fallen to each.

And some are loaves and some so nearly balls

We have to use a spell to make them balance:

'Stay where you are until our backs are turned!'

We wear our fingers rough with handling them.

Oh, just another kind of out-door game,

One on a side. It comes to little more:

There where it is we do not need the wall:

He is all pine and I am apple orchard.

My apple trees will never get across

And eat the cones under his pines, I tell him.

He only says, 'Good fences make good neighbors'.

Spring is the mischief in me, and I wonder

If I could put a notion in his head:

'Why do they make good neighbors? Isn't it

Where there are cows?

But here there are no cows.

Before I built a wall I'd ask to know

What I was walling in or walling out,

And to whom I was like to give offence.

Something there is that doesn't love a wall,

That wants it down.' I could say 'Elves' to him,

But it's not elves exactly, and I'd rather

He said it for himself. I see him there

Bringing a stone grasped firmly by the top

In each hand, like an old-stone savage armed.

He moves in darkness as it seems to me~

Not of woods only and the shade of trees.

He will not go behind his father's saying,

And he likes having thought of it so well

He says again, "Good fences make good neighbors."

I w taki oto sposób w nasz poetycki poniedziałek w Altanie pojawił się wiersz Roberta Frosta. A tłumaczenie? Powsinogo, w Twoje ręce oddaję pałeczkę……………….

A początek tej historii opowiem w następnym odcinku. Zajrzyjcie w środę do Altany!

02:08, kanadyjka82
Link Komentarze (5) »
niedziela, 23 lutego 2014

 

      Juliczka

 

Weekend. przyspieszona beztroska, chwila odpoczynku od miasta, kamienia, budynków, mostów, żelastwa. I Bardzo Ważnych Spraw. Spędzany z książką, na rozmowach, spotkaniach, spacerach, jeśli aura pozwala - w ogrodzie.

Do Kattinki należy pomysł na oparcie naszych podwieczorkowych wpisów o piękne obrazy. Od Kattinki także dostałam link prowadzący na stronę bloga Barbary Wells Sarudy, historyka sztuki: http://bjws.blogspot.pt/2012/08/taking-tea-in-garden.html. I tak, jaki powinien być podwieczorek, jak słusznie zauważa Pharlap, słowo wymawiane z uśmiechem: spokojny, pogodny, relaksowy, tak zamieszczam fotografie kilku obrazów. Bez zbędnych słów. Symbol, w trzech aktach, podwieczorku Hanny Hirsch, bezgłośny podwieczorek samotny, bo czemu nie, i ten rozmowny z akcją słuchania, z książką, a na koniec - podwieczorkowe milczenie. Wszystkie głosy inaczej dzwonią w samotności, wśród bliskich, wśród nieznanych.

 

bjws...

Henry Caro-Delvaille

 

...

bjws...

Paul Michel Dupuy

...

bjws...

Frederick Childe-Hassam

 

...

bjws...

Harold Knight

...

bjws...

Joe Bowler

...

bjws

...

Jean-Jacques-Raoul Jourdan 

 

00:54, julitczka
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 lutego 2014

     Juliczka

 

Pan listonosz przyniósł książki.

Ciastko przyniosłam ja.

Książkę mogę przeczytać i nadal ją mieć. Z ciastkiem to zupełnie inna historia...

 

moje

 

01:50, julitczka
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 lutego 2014

     Juliczka

"Nie co chwila ludzie strzelają się, wieszają, składają sobie miłosne wyznania. Przeważnie jedzą, piją, włóczą się, plotą głupstwa. Trzeba to pokazać na scenie. Trzeba stworzyć klimat, w którym by ludzie wchodzili, wychodzili, jedli, mówili o pogodzie, grali w karty... Niech na scenie wszystko będzie równie proste i równie zawiłe, jak w życiu" - pisał Antoni Czechow. 

"Świt, niebawem wzejdzie słońce. Już maj, wiśnie kwitną, ale w sadzie jest chłodno: szron". Wiśnie spadły już z drzew, nikt ich nie zbiera, z samowara leje się herbata. Podróż w przeszłość i przyszłość zarazem.

Przyglądam się młodym ludziom przemierzającym ulice, odgrodzeni słuchawkami, w dłoni papierowa torebka z drożdżówką. Zimno, spieszą się, pochłaniają kęsy ciasta, może to jedyna wolna chwila między zajęciami na uczelni a pracą w sklepie. Wzrusza mnie ich młodość, smuci pośpiech. Kto dziś pamięta, kto im podpowie, nie posłuchają, że kiedyś jadało się podwieczorek. A przecież był to chyba najmilszy posiłek. Latem nakrywało się do takiego podwieczorku na werandzie, stawiało na stole: chleb w różnych gatunkach, masło, miód, ciasto domowej roboty, konfitury, dżemy, owoce. Każda z pań domu właśnie przy podwieczorku mogła zabłysnąć kunsztem doskonałych ciast i konfitur. Chleb z masłem i ogórkiem podawany na paterze w "Sadze rodu Forsyte'ów", jednej z pierwszych czytanych przeze mnie książek, jawił się jako niebywale elegancki przysmak. Podwieczorek w Kossakówce. "Panny z Wilka" z niezapomnianą rolą Krystyny Zachwatowicz i piękną sceną smażenia konfitur, zastępy słoików, do dziś budzi nostalgię. Za spokojną popołudniową porą na chwilę przy stole, rozmowę. Lub milczenie, ale wspólne, jak dawniej w moim małym miasteczku, gdzie na podwieczorek podawano "dobrą", a nie zbożową kawę i drożdżowe ciasto. Niezwykłość chwili podkreślał biały, wykrochmalony na blachę obrus, bukiet świeżych kwiatów prosto z ogrodu, dzbanek i filiżanki wyjmowane z kredensu, pogodna cisza przerywana krótką wymianą zdań, poznanianie szczędzą słowa, zamyślenie. Dzisiaj umawiamy się jedynie, "na kawę" i wiem, że trudno będzie lansować powrót do podwieczorku. Ale może od święta, latem...

moje

...

Na przyzwoity podwieczorek powinny być podawane kruche babeczki. Na słodko, na zimno, na ciepło, wytrawnie, możemy je nadziewać wytwornie lub mniej. Wystarczy pół kilograma mąki, dwa jajka, pół kostki masła z lodówki, dwie łyżki śmietany wyrobić na ciasto, dosłodzić lub nie, schłodzić i upiec w foremkach. I nadziewać.

Bitą śmietaną, na nią kawałki moreli, brzoskwini, ananasa, a w sezonie - maliny, truskawki, poziomki. Do babeczek można też zrobić nadzienie serowe, czyli serek wymieszany z koglem-moglem przybrany owocami, migdałami, namoczonymi w rumie rodzynkami. Lub nadzienie kremowo-budyniowe z owocami i galaretką, to lubię najbardziej. Serowe, śmietanowe, kremowe możemy wytwornie posypać wiórkami czekolady lub zamknąć polewą czekoladową z czekolady, masła, cukru i śmietanki. W kruchej babeczce możemy też podać pieczone z cynamonem jabłko. Lub duszone z masłem, białym winem, cukrem i rodzynkami. Mówiłam niedawno o pastach, doskonałych do podawania w babeczkach: z duszonych pieczarek z serem, z móżdżku po polsku, czyli obgotowanego i przesmażonego z cebulką, z kurzych wątróbek. Możemy też je napełnić gotowanymi jarzynami, jak np. kalafiorem, brokułem, szpinakiem z czosnkiem i serem, zalać beszamelem i wstawić do pieca, aż sos się zarumieni.

Tak, przyznaję, bywa, że kruchy spód zostaje w częściach na moim talerzu, przeganiam kawałeczki, widelczykiem kreślę wzory. Chętnie posłucham podpowiedzi, czym zastąpić kruche babeczki. Może miseczką z parmezanu? Tarty ( ależ oczywiście, własnoręcznie, a nie z torebki) parmezan sypiemy cienką warstwą na pergamin z narysowanym kółkiem, zapiekamy, ciepły formujemy na misce odwróconej dnem. Podajemy w niej sałatki, pasty, rybę z warzywami. A na słodko? Może babeczki z wiórków kokosowych wymieszanych z lekko rozbitym białkiem, wylepić foremki jak ciastem i zapiec. Dorota Masłowska śpiewa piosenkę o chlebie, pamiętam irytującą piosenkę o jabłuszku, tym pełnym snów, a o babeczkach czy ktoś napisał?

 

     Kattinka

 

Dziś rano obudziliśmy się znowu w deszczu. Znowu! A już wydawało się, że pełnia księżyca będzie oznaczała zmianę - wiosenną zmianę. Spoglądam na popołudniową szarość za oknem i myślę z przekorą, że podwieczorek powinien być pogodny - lipcowy, sierpniowy, bardzo ciepły, letni. I bardzo... międzywojenny, z ogrodem i sadem uginającym się od owoców w tle. A na stole przykrytym białą serwetą (z mereżkami, a jakże): świeżo upieczony przaśniak, świeże ogórki z miodem i gliniany dzbanek prawdziwego zsiadłego mleka. W końcu od czego wyobraźnia!

 W dawnych czasach przaśniakiem nazywano cienki placek z roztartych w kamiennych żarnach ziaren, wody i soli, wypiekany na rozgrzanych kamieniach. A był przaśny, bo nie podlegał fermentacji. Słowianie takie pieczywo nazywali też podpłomykami, Hindusi mówią o nim - chapati, Żydzi - maca, a Indianie w Meksyku - tortilla. W zależności od szerokości geograficznej i regionu do wyrobu tego pieczywa używano pszenicy i żyta, ryżu albo kukurydzy.

Świeże przaśne pieczywo jest zdrowe, w przeciwieństwie do współczesnych wypieków na drożdżach czy zakwasie. Przaśne podpłomyki nie obciążają żołądka kwasem i fermentacją.

Przepis na dzisiejsze podpłomyki:

1 szkl, mąki pszennej białej (typ 500 lub 650)

1 szkl, mąki pszennej razowej (typ 2000) lub orkiszowej

1/2 szkl. oliwy z oliwek

1/2 szkl. zimnej wody

1/2 łyżeczki soli.

Wodę z oliwą miksujemy w blenderze aż do momentu uzyskania białej emulsji o wyglądzie śmietany. Następnie wlewamy ten płyn do przygotowanej mąki (już zmieszanej), solimy. Całość mieszamy drewnianą łyżką, a potem zagniatamy ręką, ciasto nie powinno kleić się do palców, w razie czego dosypmy ciut więcej mąki. Wałkujemy na grubość ok.1 cm, formujemy placek, nakłuwamy widelcem. Pieczemy w nagrzanym do 170-180 C na termoobiegu przez około 10-15 minut z każdej strony. Na cieście powinny powstać ładne "bąble". Po upiecznieu nakrywamy ściereczką i czekamy, aż podpłomyki ostygną.

Do ciasta na podpłomyki można dodać suszone lub świeże zioła, zmielony kminek, czarnuszkę lub mak, lub... co kto lubi.

Przepis znany był mi z dawnych opowieści domowych, ale podane proporcje i sposób przygotowania pochodzi stąd: http://blog.siegnijpozdrowie.org/2011/06/o-przasnych-chlebach-czyli-podplomykach.html.

mojegotowanie.pl

Fot. z www.mojegotowanie.pl.

01:48, julitczka
Link Komentarze (10) »
czwartek, 20 lutego 2014

  Ciotuchna

Zima u nas w pełni, zawieje, zamiecie śnieżne, zaspy, zadymki i inne zimowe przyjemnosci. ( Tak bylo kiedy to pisalam, a teraz wiosennie)

Na jesieni nie zdążyłam wykopać sobie gawry, gdzie zwinięta w kłębek mogła bym przespać całą zimę. Jeżeli nie mam gawry to, żeby przetrzymać zimę muszę mieć stertę książek. Udałam się więc do księgarni i zaczęłam myszkować wśród książek. Na pierwsze, na które się natknęłam to książki o wojnie. NIE, mam dość. Dalej okupacja, wspomnienia. NIE, mam własne. Analiza nazizmu - NIE, wypociny okołowojenne - NIE. Na końcu wielkie NIE dla książek, które piszą żony o swoich mężach. Przeczytałam Wałęsową, spodobała mi się, ale to pisał, lub pomagał pisać jakiś dziennikarz, który później dyskretnie usunął się w cień. Następne żony piszące o mężach są raczej okropne, każda uważa, że musi cos napisać nawet jeżeli nie bardzo ma o czym , no i nie bardzo umie to robić. A tej "literatury" jest zatrzęsienie. Pozwolicie, że nie będę wymieniać nazwisk, ani stanowisk mężów. Wielkie NIE!

Dotarłam do działu polskich pisarek i znów selekcja , ale pod innym kątem. To mam, to czytałam, to mam, to mam i t.d. Znalazłam polską pisarkę, której nie znam. Na skrzydełku ksiązki napisane "autorka od 20 lat mieszka w Kanadzie (bliska memu sercu Kanada) i pisze o problemach i powodach emigracji", no to kupilam.

Ja mam taki zwyczaj, że nie cztam stron tytułowych, ani wstępów, ani przedmów, od razu przechodze do tresci. Tak tez było tym razem. Rzecz zaczyna się od lat późnego Gierka 1976 - 1978. 0d szczeniackich rozmów i prób działalności konspiracyjnej we Wrocławiu. Tu dopadła mnie nielubiana wojna, w jakiś wspomnieniach, zimowa ucieczka niemieckich kobiet z dziećmi z Breslau. Ucieczka przed nastepującą od wschodu armią radziecką. Przełknęłam ten wątek i czytam dalej. Nie będe tu pisac recenzji z ksiażki.

Doczytałam do ostatniej strony i dalej są podziękowania i tu zaskoczenie. Autorka pisze że "praca nad tlumaczeniem z pania Katarzyną Bogucka Krenz była prawdziwa przyjemnościa".

Wracam do strony tytułowej i widzę, że na polski przełożyła Kattinka. Do głowy mi nie przyszło, że pani, po dwudziestu latach pobytu w Kanadzie napisała tę książkę po angielsku i trzeba ją było tłumaczyć na polski. Bardzo się ucieszyłam, bo dawno nie czytałam niczego co napisala Kattinka. Dziekuje za niespodziankę. W sumie książka ciekawa i godna polecenia. Autorka: Ewa Stachniak,  "Konieczne kłamstwa".

Przeczytałam ostatnio jeszcze jedną ciekawą ksiazkę. Debiut powieściowy Kiry Gałczynskiej  "Jeszcze nie wieczor". Tak, tak, debiut, późny debiut, bo Pani już dobrze w leciech zaawansowana, ale do tej pory pisała książki biograficzne o swojej rodzinie, a teraz debiutuje powieścią, ponoć z kluczem. Ja klucza nie odnalazłam, ale go nie szukałam. Gdzie tu klucz, skoro o ludziach znanych i ciekawych pisze z imienia i nazwiska. Natomiast nie zostawia suchej nitki na warszawskiej i konstancińskiej służbie zdrowia. Pisze tu samą prawdę, którą i ja znam z autopsji. Polecam książkę.

Wasza Ciotuchna

03:19, kanadyjka82
Link Komentarze (7) »
środa, 19 lutego 2014

Powsinoga Powsinoga

W grudniu zeszłego roku wspomniałam - KLIK -  o znalezieniu sobie gwarantowanego towarzystwa na spacery. Minęło ponad dwa miesiące  i nie zawiodłam się. Poniżej krótkie relacje z kilku takich spacerów.

Dash

10 grudnia. Mróz i wiatr, ale czyste niebo, pełne słońce. Zgłosiłam się na spacer. Dziewczyna zapytała, jakiego chcę psa. Coś mnie podkusiło. "How about Dash?" Dash? Great. Przyszła, radosna, jak za pierwszym razem. Chodziłyśmy pół godziny. Po przyjściu do schroniska wyciągała do mnie pyszczek, głaskałam ją, a ona machała nie tylko ogonkiem, ale całą sobą. Dopiero dziś zauważyłam, że wszędzie wiszą z niej strączki kołtuna.
Dowiedziałam się, że jest młodziutka, ma dopiero rok i jest wystawiona do adopcji.
Mam nadzieję, że znajdzie dobry dom, ale nie będzie łatwo, bo z wyglądu nie jest pieskiem typu cute. Choć usposobienie ma przemiłe.

Otis

 13 grudnia. Dziś prowadzałam Otisa. Też kurdupelek, biały w loczki, leniwy. Prawie ciągnęłam go za sobą, szedł powoli, zatrzymywał się przy każdej kropli "żółtego śniegu" i wąchał, i wąchał… Musiałam go znów ciągnąć.
Dopiero pod koniec, kiedy zorientował się, że wracamy, zaczął iść szybciej, chwilami on mnie ciągnął. Chodziliśmy 45 minut.
Może on jest już staruszek…

Emil


16 grudnia. Zdecydowanie najbardziej radosny z moich dotychczasowych piesków jest dzisiejszy Emil. Kudłaty maluszek, jak ich większość, co chwilę stawał na tylnych łapkach, przednie – mokre od topniejącego śniegu – opierał o mnie i domagał się głaskania. I cieszył się cały – od czubka nosa do końca ogona.
Spacer trwał godzinę. Znów będę dobrze spała.
Właśnie przeczytałam, że Emil jest pudlem (bez dodatku "mix") i ma sześć miesięcy! Zdrowy i gotowy do adopcji.

Sprite

19 grudnia. Znów dostałam małą suczkę. Widocznie nie wyglądam na kogoś, kto utrzyma dużego psa. Dziś chodziłam 45 minut z roczną Sprite – niemiecki szpic, mieszaniec. Najbardziej - po Emilu - kontaktowne stworzenie. Wystarczyło powiedzieć Kajtuś (na początku myślałam, że to chłopczyk i rymował mi się Kajtek-Sprajtek, szedł bez majtek), a psina natychmiast odwracała się w moją stronę i robienie zdjęć było najłatwiejszym zadaniem.

 

Kringle

26 grudnia. Dziś dostałam prześmieszne stworzenie – maleństwo całe w jasnych lokach, imieniem Kringle. Co chwilę zatrzymywał się, unosił po męsku łapę i siusiał. A jak już wszystko wysiusiał, to udawał. Ani kropelki z siebie nie wyciskał, ale robił przedstawienie. Byłam pewna, że to szczenię, bo skakał, kręcił się w kółko i cały czas coś wyczyniał. Od czasu do czasu dawał metrowego susa do przodu, czasem stawał na tylnych łapkach i wyprostowany biegł kilka kroków. Albo – też na dwóch łapkach – okręcał się dookoła, jak jakiś tancerz. Pies do cyrku! Teraz obejrzałam go sobie w necie. Ma dwa lata, jest mieszanką pudla-miniaturki i maltańczyka.


8 stycznia. Emmitt – roczny labrador mix, złoty z białą plamką na szyi, to pierwszy pies, któremu nawet nie próbowałam zrobić zdjęcia. Czegoś bym nie utrzymała – albo aparatu, albo siebie na nogach. Tak silnego i energicznego psa jeszcze nie prowadzałam. Pochłonął MilkBone i podziękował wzrokiem, a na pożegnanie skakał na mnie i merdał ogonem. Zaoferowałam 20-minutowy spacer, ale byłam pół godziny.
Za każdym razem mówię, że wszystko jedno, jaki pies, ale teraz chyba będę prosiła o mniejszego

Macchiato

10 stycznia. Dziś dostałam coś w rodzaju ratlerka, tylko w białe i brązowe łaty. W sweterku, bez imienia na obroży. To, co wymamrotała dziewczyna oddająca mi go na spacer, brzmiało trochę jak "ementaler". Więc mówiłam mu: Serku. Przez hałdy mokrej brei przy przejściach przez jezdnię musiałam go przenosić, ale jest leciutki. Przypomniała mi się stara piosenka, gdzie było "ja cię przez zaspy przeniosę na rękach"… (chyba Gniatkowski to śpiewał).
W pewnym momencie położył się i wytarzał w śniegu, gdzie coś leżało, chyba jedzenie, ale nie jestem pewna. Na sweterku zostało mu pełno mokrego śniegu. Próbowałam to otrzepać, ale tylko wcierałam w sweterek. W plus minus połowie spaceru zaczął padać deszcz. Zawróciłam, w sumie chodziliśmy 50 minut. Biedactwo przyszło do schroniska kompletnie mokre. Ja też. Zajrzałam na website. "Serek" nazywa się Macchiato, ma 3 lata, jest mieszanką – Chihuahua, Short Coat/Italian Greyhound.

Pippin

13 stycznia. Dwuletni Pippin to absolutnie klasyczny kundelek. Ale w schronisku określono go jako beagle-dachshund mix. Czyli beagle i jamnik. Bzdura. Obie te rasy mają krzywe nogi, beagle w dodatku grube. A Pippin ma łapy normalnej długości, cienkie i proste. Niestety ma biegunkę. Drugiej kupy nawet nie próbowałam zebrać, bo była płynna. Uciekałam sprzed tamtego domu, żeby mnie ktoś nie skrzyczał. MilkBone pożarł do ostatniego okruszka. Prawie godzina, bo ciepło i słonecznie, chodniki w większości suche.

Thomas

19 stycznia. Chyba najmniejszy dotychczas piesek to Thomas – mieszanka pudla miniaturki z miniaturowym sznaucerem. Cztery lata. Malutki, ale gruby, całkiem nie jak pies ze schroniska. Najpierw  – po kilku metrach na ulicy – zaparł się ze wszytkich swoich miniaturowych sił, że nie pójdzie. Próbowałam, nic z tego. Przecież nie będę go wlokła przez pół godziny, bo się udusi, a ja się zmorduję. Wróciłam, żeby go oddać i wziąć takiego, który chce spacerować. Ale minął wejście do budynku i poprowadził mnie w innym kierunku. Dalej było bez problemu. MilkBone'a odtrącił, no pewnie, widać że jedzenia ma pod dostatkiem.

Sugar Plum

31 stycznia. Ostatni dzień przed zapowiadaną śnieżycą, lekki mróz, lekki wiatr, dobra pogoda na spacer. Masy "dog walkers", pierwszy raz było trudno o miejsce na parkingu. Dostałam Sugar Plum, czteroletnią chihuahę, czyli po naszemu ratlerkę. Beżową. Biedna Śliweczka bała się przechodzić przez ulicę i przez małe nawet sterty śniegu, więc często ją nosiłam, co wyraźnie sprawiało jej przyjemność. Widać, że była czyimś pieskiem i umie chodzić na smyczy; nie plącze się naokoło nóg, trzyma tempo prowadzącej osoby. Ale coś ma z lewą tylną łapką – często podnosiła ją i chodziła na trzech. 50 minut, dla niej chyba za długo. Pod koniec trzęsła się z zimna.

Odbyłam już 19 spacerów, kilka razy z tymi samymi psami. W sumie poznałam ich czternaście. Tylko dwa z nich są wciąż w schronisku. Pozostałe znalazły miejsce u ludzi. Podobno mam "szczęśliwą rękę". 
Niestety już prawie dwa tygodnie nie chodzę – najpierw była śnieżyca, potem okropny mróz, a ostatnio nie mogę na dłużej oddalać się od domu, bo czekam na miejską ekipę odmrażającą – ponad tydzień temu zamarzła rura doprowadzająca wodę do mojego domu i oni mogą w każdej chwili zadzwonić, że za 15-20 minut będą u mnie.
A bez wody jest bardzo trudno. Przynoszę trochę od sąsiadów i z pracy, ale tylko ja wiem, ile śniegu trzeba przynieść i stopić w garnkach, żeby jeden raz spuścić wodę w toalecie :(
Schronisko mijam z coraz większym żalem i nie mogę się doczekać następnego spaceru.

Tagi: spacer
01:21, pharlap
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 17 lutego 2014

     Juliczka

Szukałam, nie szukałam, myślałam o wierszu "Cień" Wisławy Szymborskiej. Przejrzałam interpretacje, nieśmiało dopowiadałam swoją. Przewracałam stronice książki z wierszami, zatrzymała mnie "Utopia". Znam wiersz, nieraz czytałam, porównywałam z zamieszczonym obok angielskim tłumaczeniem.

Lata mijają, zmieniam się, czy rozumiem go tak samo jak kiedyś? Jak patrzę na Człowieka Szymborskiej, na systemy, instytucje nawet utopie, które tworzy? Natura a nauka, natura a człowiek. Wszystko to ma pozory pełni i wszechobejmowania, lecz w istocie ogranicza, wyłącza, zuboża, a jednocześnie napawa optymizmem. Budzi podziw, ale i zadumę nad losami świata. Postęp jest nieunikniony, czy będzie przyjmował jedynie wartości dodatnie? Czy świat zatrzyma się. Kattinka pięknie pisała: "Uczę się przemijania". Wraz ze świadomością przemijania coraz to inaczej czytam Utopię. Odkładam i znowu myślę o Cieniu.

 

UTOPIA

 

 

Wyspa, na której wszystko się wyjaśnia.

Tu można stanąć na gruncie dowodów.

Nie ma dróg innych oprócz drogi dojścia.

Krzaki aż uginają się od odpowiedzi.

Rośnie tu drzewo Słusznego Domysłu/ o rozwikłanych odwiecznie gałęziach.

Olśniewająco proste drzewo Zrozumienia/ przy źródle, co się zwie Ach Więc To Tak.

Im dalej w las, tym szerzej się otwiera/ Dolina Oczywistości.

Jeśli jakieś zwątpienie, to wiatr je rozwiewa.

Echo bez wywołania głos zabiera/ i wyjaśnia ochoczo tajemnice światów.

W prawo jaskinia, w której leży sens.

W lewo jezioro Głębokiego Przekonania./ Z dna odrywa się prawda i lekko na wierzch wypływa.

Góruje nad doliną Pewność Niewzruszona./ Ze szczytu jej roztacza się istota rzeczy.

Mimo powabów wyspa jest bezludna, /a widoczne po brzegach drobne ślady stóp/ bez wyjątku zwrócone są w kierunku morza.

Jak gdyby tylko odchodzono stąd/ i bezpowrotnie zanurzano się w topieli.

W życiu nie do pojęcia.

 

moje

 

01:48, julitczka
Link Komentarze (5) »
piątek, 14 lutego 2014

    Juliczka

***

życie trwa tyle

ile pocałunek

reszta

to pamiętniki

Aleksandr Makarow-Krotkow w tłumaczeniu Jerzego Czecha.

                                                                

Ominął nas w tym tygodniu poniedziałkowy wiersz, czy także poniedziałkowy dół, do teraz oceniam. Na szczęście tydzień przyniósł nam piątek, i to nie byle jaki piątek - walentynkowy! A z nim kwiatki, misie, pocztówki, czerwone piórka, czekoladki, serca na patyku, wszystko dla zakochanych. Mimo karty członkowskiej KIWu, Klubu Ignorujących Walentynki, sama założyłam, postanowiłam przyłączyć się do chóru, miłość jest przecież taka piękna, i przygotować kolację.

Miło jest sprawiać przyjemność innym, zaspokajamy tym samym z pięćdziesiąt odmian własnych namiętności, ambicji. Nawet drobne przyjemności zebrane razem wypełnią dłoń, a wraz z nią i serce. Długo zastanawiałam się nad menu: ostrygi, szampan, Chateaubriand na szparagach, melba? Coś lekkiego, finezyjnego, łatwego do przyrządzenia, lekkiego do strawienia, pozwalającego na prowadzenie rozmowy. Każdy zakochany powinien odpowiedzieć sobie na pytanie, czy będzie mógł z tą kobietą do późnego wieku z przyjemnością prowadzić rozmowy? Wszystko inne jest w związku przejściowe, ale przeważna część obcowania przypada na rozmowy. Ciężar gatunkowy tego, co na talerzu, nie może w rozmowie przeszkadzać, ani skazywać ukochanej osoby na samotne wpatrywanie się w płomyk świecy, gdy ja tam w kuchni podpiekam, podsmażam, mieszam. A że miłość przyrównuje się do choroby, ba! - mawia się nawet o niej jako o składowej obłąkania, rozsądnego, ale obłąkania, to wybrałam potrawy i dobre na miłość, i świetnie sprawdzające się w grypie.

Na wejście przydadzą się pasty podane na pieczywie, na grzankach, krakersach lub na listkach sałaty: pasta ze smażonych na maśle wątróbek kurzych z żółtkami na twardo, pasta ze szprotów z posiekanymi orzechami włoskimi, ze smażonych pieczarek, z bakłażana, z móżdżku cielęcego, z jaj na twardo z drobno posiekanym selerem. Albo pasta z gotowanej wątróbki cielęcej, wołowej lub kurzej zmiksowanej z cebulą i jajkami na twardo. Pastom towarzyszyć mogą plastry wędzonego łososia umieszczone na połówkach awokado, udekorowane koperkowym twarożkiem i cytrynowymi, łatwymi do wyciskania, policzkami. Pomidor z tuńczykiem w winegrecie, krewetki z sosem Bearnaise.

Zatopionych w rozmowie zakochanych skojarzyłam z parą gołąbków i w książce Katarzyny Pospieszalskiej "Cymes" znalazłam prosty przepis na gołąbki z rodzynkami i miodem z: główki małej kapusty, białej cebuli w talarkach, 2 łyżek masła, 4 łyżek koncentratu pomidorowego lub 3 szklanek przecieru, pół kg mielonej wołowiny, 3 łyżek ryżu, 4 łyżek startej na tarce czerwonej cebuli, 1 jajka, 3 łyżek zimnej wody, 3 łyżek miodu, połowy szklanki rodzynek i 1/4 szklanki soku z cytryny. Koperek, pieprz i sól. Z obgotowanej kapusty wybrać 12 dużych lub 18 małych liści, zmiażdżyć zgrubienia liściowe. Na maśle usmażyć cebulę w talarkach, dodać pomidory, koperek, miód, rodzynki, sok z cytryny, wykorzystamy te bez policzków, pieprz i sól, poddusić. Mięso wymieszać z ryżem, cebulą, jajkiem i wodą. Farsz nakładać na każdy liść, zwinąć w rulon. Na dnie rondla ułożyć drobne liście obgotowanej kapusty, na to ściśle układać gołąbki w dwie, trzy warstwy, zalać sosem pomidorowym, na wierzchu ułożyć liście, przykryć, gotować półtorej godziny. Podawać z ziemniakami puree. Tak jest w książce, ja podam z ziemniakami w mundurkach, smakują najlepiej.

Na deser dla zakochanych odpowiedni będzie mus z pomarańczy i cytryny, przyda się tez przeziębionym. Łączymy 3 dkg namoczonej i odciśniętej żelatyny z sokiem z kilku pomarańczy i jednej cytryny. Studzimy do momentu krzepnięcia. Ubijamy pół litra śmietanki z 15-20 dkg cukru-pudru. Dodajemy sok z żelatyną i ubijamy na puszystą masę. Wlewamy do zwilżonej formy i wstawiamy na kilka godzin do lodówki. Musu będzie tyle, że wystarczy i dla koleżanki, która w tym roku nie dostała żadnej walentynki. " A żeś była taka harda/ I w karnawał mnie nie chciała/ Niech ci służy ta kokarda/ bodaj kaczka cię zdeptała". Albo legumina z jabłek. Jabłka, te z "winnych", obieramy i wydrążamy środki, dusimy w rondelku z dodatkiem cynamonu, goździków, wanilii, masła i cukru. Gdy będą miękkie, nadziewamy je konfiturą, najlepiej z malin. Ubijamy pianę z paru białek, układamy na półmisku jabłka, przykrywamy pianą, posypujemy cukrem i wstawiamy na pół godziny do niezbyt gorącego piekarnika. Po takim deserze, po takiej kolacji, zakochani pogrążą się do cna w uczuciu, zagrypieni staną na równe nogi!

***

gdy miejsc oswojonych

razem

dotykam sam

to jakbym żył

tylko w połowie

 

pół jabłka

na stole

 

schnę

...

Dariusz Eckert 

moja własność

===================================

===================================

Roza

pharlap

Wcześnie rano zbudziłem się radosny, przejęty,
wszak dziś święty Walenty, dziś święty Walenty!
Pierwsze kroki skierowałem, wiadomo, ku Altanie,
Co za radość, zgromadziły się tam wszystkie Panie.
Jak dobrze, że nie muszę zwlekać z tym już dłużej,
pozwólcie, że ofiaruję Wam dziś skromne róże...
 


Juliczka


Juliczko, przepraszam za śmiałość, zażyłość,
wyznam prawdę - Tyś dobra na grypę i na miłość.
Dziękuję Ci za codzienną lekkość oraz wdzięk,
wręczam Ci różę i piję Twoje zdrowie - brzęk! 


Kanadyjka

Kanadyjko, Tyś Altany jest fizyczną matką,
dzięki Tobie poradziliśmy sobie z bloxem gładko,
Tyś rozgryzła szablony oraz CeEsEs,
Dzięki Tobie Altana - JEST! 
Życzę Ci przyjaciół wielu, żadnych wrogów,
pomocy przy produkcji tysięcy pierogów.
A Ty się ciesz każdą wolną chwilą,
i niech się też cieszy Twój piesek - Milo. 


Ciotuchna

Ciotuchno, przyjmij proszę ode mnie tę różę.
Ty nas prowadzisz pewnie przez historii burze,
Ty pokazujesz życia prawdziwe wartości:
tradycja, honor, godność w Twoich wpisach gości.
Życzę Ci sił i zdrowia, humoru dobrego,
Od siebie i od świętego Walentego.
 


kattinka


Kattinko, Tyś Altany poetyckim duchem,
Ty odbierasz poezję i wzrokiem i uchem.
Dziękuję za w poezji arkany wprowadzanie. 
A od siebie, prywatnie, za spacer po Alfamie.


Wloszczyzna

Włoszczyzno - blogerko ze słonecznej Italii
dziękuję Ci za widoki Florencji, za smaki Toskanii.
Życzę sił na wycieczki po górach, z plecakiem.
I dobrego apetytu na włoskie przysmaki.


Zona

Żono Oburzona - nie na mnie - dzięki Bogu.
Dobrze, że nie ja wkurzam Cię od domu progu.
Życzę Ci czeskiego humoru o każdej porze
i nieustającej zabawy przy Inspiratorze.

 


powsinoga

Powsinogo, odwrócona do nas trochę bokiem,
dziękuję Ci, że pokazujesz nam świat swoim okiem.
Po recepcie na precle do dzisiaj chichoczę,
po Twym spacerze z Dashem mam wilgotne oczy.
Niech Ci ptaszki świergocą, a ja przy ich wtórze
ofiaruję Ci dzisiaj tę różę.


EwaMaria

 

Ewo Mario - tak się cieszę z Twej tu obecności,
bez Ciebie nie byłoby Altany, Panien, ani gości.
Do dziś gdy chcę zaczerpnąć zapachu kultury,
zaglądam do pierwszej Q-ry.
Ze wzruszenia nie ciągnę tej przemowy dłużej,
przyjmij jako ostatnia tę najpierwszą różę...
 

Roza

00:20, julitczka
Link Komentarze (15) »
 
1 , 2
Tagi