Rozmowy wśród przyjaciół
czwartek, 28 lutego 2013

  Kanadyjka

Moja historia poznania męża nie jest tak romantyczna jak dwie poprzednie. Ale obiecałam, że napiszę....

W latach 70-tych studenci zarabiali pieniądze na tzw. chałturach. Jedną z bardziej intratnych chałtur były ankiety socjologiczne, a w szczególności ich kodowanie. Żmudna ale dobrze płatna robota. Moja przyjaciółka zaprowadziła mnie pewnego dnia na zebranie, gdzie miły pan Andrzej rekrutował do takiej właśnie pracy. Wysłuchałam instrukcji, zapisałam się na robotę i poszłam do domu nic nie zauważywszy. A okazało się, że panu Andrzejowi wpadłam w oko. Potem spotykałam się z nim kilka razy przy okazji odbierania i oddawania roboty, ale były to dla mnie czysto biznesowe spotkania. Uważałam go nawet za trochę nudnego, no i był dużo starszy.

Wkrótce potem skończył się rok akademicki i wyjechałam na 2 miesiące do Szwecji. Po powrocie Mama zawiadomiła mnie, że wydzwaniał jakiś pan L. dopytując się kiedy wrócę. Zadzwoniłam i pan Andrzej (bo to był on) powiadomił mnie, że ma dla mnie następną chałturę. Bardzo się ucieszyłam, umówiliśmy się na rozmowę. Ale tym razem A. już nie popuścił i przystąpił do ataku. Wkrótce poszliśmy na naszą pierwszą randkę, do kina Moskwa na film "Psy wojny". Niewiele pamiętam z tego filmu, dopiero po wielu latach, jak przeczytałam książkę (moją pierwszą po angielsku) to się naprawdę dowiedziałam o co tam chodziło. No a reszta to już trzydziestoparoletna historia.

Dawno nie było żadnych zagadek, a więc macie tu kilka fragmentów opisujących spotkania. Z jakich książek one pochodzą?



1.

Naraz obok niego ukazała się X. Podeszła niepostrzeżenie i usiadła tuż przy nim. Było jeszcze bardzo wcześnie, poranny chłód jeszcze nie złagodniał. X miała na sobie swój biedny, stary płaszczyk i zieloną chustkę. Twarz jej, chudsza, bledsza, wymizerowana, nosiła ślady przebytej świeżo choroby. Życzliwie i radośnie uśmiechnęła się do niego, ale swoim zwyczajem nieśmiało wyciągnęła rękę.
Zawsze wyciągała do niego rękę nieśmiało, czasem nawet nie podawała jej całkiem, jak gdyby w obawie, że on ją odepchnie. Y zawsze brał jej dłoń jakby z obrazą, witał ją zawsze jakby z irytacją, czasami milczał uporczywie przez całą jej wizytę. Bywało, że truchlała przed nim i odchodziła głęboko zasmucona. Teraz jednak ich ręce się nie rozłączały; szybko, przelotnie spojrzał na nią, nic nie powiedział i wbił oczy w ziemię.

2.

- Myślałam, że jesteś maminsynkiem i mazgajem – wyznała X pogodnie.
- Dziękuję ci uprzejmie – obraził się Y. – Zapomniałaś tu wspomnieć o paranoi.
- Ej, przestań stary, no, czego się nadymasz! Przecież ci mówię, że się omyliłam!
- Zresztą ja też myślałem, że jesteś zupełnie inna – kapryśnie rzekł Y.
- Tak? – X zrobiła się czujna.
- Myślałem, że jesteś wścibska histeryczka o nieprzyjemnym charakterze. Myślałem, że jesteś wredna. I, że jesteś trochę głupawa. 
- Czytałam gdzieś, że każdy widzi świat na swoje podobieństwo – powiedziała X ze słodyczą.
- Teraz zmieniłem zdanie – oświadczył Y.
- No, no. [...]- Było to w chwili, gdy jechaliśmy taksówką do szpitala.
- A niby czemu wtedy?
- Nie wiem. Potem, już w szpitalu, patrzyłem na ciebie i wiedziałem, że się nie mylę. Jak kto się do ciebie uśmiechnie, to ty się cała rozpromieniasz.

3. 

Przez chwilę trwała cisza, potem on odrzekł nadzwyczaj cichym tonem:
- Kocham cię bardziej niż cokolwiek na świecie.
- No to czemu u licha nie mówiłeś od razu? – zawołała, a jej irytacja była tak wielka, że wbiła paznokcie w jego nadgarstek. – Zamiast pleść o wiankach, odkurzaczach i lwach i dręczyć mnie całymi tygodniami. [...]
- Ty głuptasie! – mówiła. – Tak cię pragnęłam. A ty, skoro też mnie pragnąłeś, dlaczego nie...?
- Ależ,... – zaczął protestować, a gdy ona rozplotła ręce odstąpiwszy od niego, pomyślał, że zrozumiała to, czego on jeszcze nie zdążył wyrzec. Gdy jednak odpięła swój biały patentowany pas myśliwski i powiesiła go starannie na poręczy fotela, zaczął podejrzewać, że się omylił. [...]
- Kochanie! Kochanie! Gdybyś był tylko powiedział! – Wyciągnęła ramiona.
Y zamiast też powiedzieć "kochanie" i wyciągnąć swoje ramiona, cofnął się przerażony, machając nad nią rękami, jak gdyby próbował odpędzić jakieś napastujące go niebezpieczne zwierzę.

01:24, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (7) »
środa, 27 lutego 2013

wpis heimchen

Ci, którzy od czasu do czasu czytają nuty, znają klasyczne włoskie określenia szybkości (tempa) wykonania utworu, takie jak: Allegro, Andante, Lento...
W systemie tym nie ma jednak wyrażenia, wskazującego wykonanie "tak powolne, jak tylko to możliwe". John Cage więc skomponował przy pomocy komputera 8-stronicowy utwór  ORGAN2/ASLSP , którego już sam tytuł zawiera odpowiednią instrukcję dla wykonawcy.

W 1997 roku, na sympozjum organowym w Trossingen, uczestnicy (chyba pod wpływem ogromnej ilości alkoholu) dyskutowali, próbując odpowiedzieć na pytanie, co to znaczy: wykonać ten utwór "As SLow aS Possible". Prześcigali sie wzajemnie w szalonych pomysłach: Cały dzień? Tydzień? Cały rok? Jedyną rzeczywistą granicą długości wykonania, jaka się nasuwała, była chyba tylko żywotność organów. Ponieważ Cage był protagonistą Nowej Muzyki i uczniem Arnolda Schönberga, ostatecznie wszyscy doszli do wniosku, że jedynym odpowiednim miejscem na długotrwające przedstawienie byłoby dziś niewielkie miasteczko Halberstadt pod Magdeburgiem, gdzie w katedrze Św. Szczepana i Serwacego wmontowali w roku 1361 pierwsze dodekafoniczne organy, opisane przez Michaela Praetoriusa,

I, tym sposobem, mieli już zaplanowany czas trwania - od wybudowania gotyckich organów do wykonania utworu w roku 2000 - mianowicie 639 lat!
Dziś jesteśmy w partyturze na pierwszej stronie, na początku pierwszego wiersza, tam, gdzie jest tylko basowe c i następnie des.

I tak na razie te organy wyglądają: Dwie basowe fajki, a te woreczki przytrzymują klawisze do dołu. I to wszystko w klasztorze pocysterskim Św. Burchardii, wykorzystowanym w czasach NRD-owskich jako chlew. 

Projekt jest dotowany przez sponsorów i zapalonych działaczy społecznych. Niezłomny optymizm i trochę szaleństwa są warunkiem takiego długotrwałego przedsięwzięcia jak to. Zmiana fajek ma charakter happeningu - przyjeżdża dużo kibiców z całego świata, nawet nocują w bazylice w śpiworach na gołej ziemi. Następny "Klangwechsel" odbędzie się w październiku bieżącego roku.
Niech więc fajki w Św. Burchardii jeszcze długo gwiżdżą i nie spieszą się jak żurawie, które pojawiły się nad Halberstadt już w zeszłą sobotę...

Tagi: muzyka
06:50, heimchen , Heimchen
Link Komentarze (3) »
wtorek, 26 lutego 2013

        pharlap

"Szczyt... uderzył mnie swoim podobieństwem do kopca, który
mieszkańcy Krakowa usypali na grobie patrioty Kościuszki,
więc chociaż w obcym kraju, na obcej ziemi, ale wśród ludzi
wolnych i miłujących wolność, nie mogłem się powstrzymać,
aby jej nie nadać nazwy Mount Kosciuszko".

Sir Paul Edmunf Strzelecki - Dziennik podróży - 15 luty 1840.

Artur Rubinstein w swojej książce My many years wspomina jak spytał gubernatora Australii jak to się stało, że najwyższa góra kontynentu została nazwana nazwiskiem polskiego bohatera narodowego. Gubernatow wybuchnął śmiechem - ach, i pan dał się na to nabrać!
- Na co nabrać?
- Na te niemożliwe do wymówienia aborygeńskie nazwy.
- Ależ zapewniam pana, że tu nie może być pomyłki.
- Ha ha ha, ileż razy już to słyszałem! 
Trzeba oddać gubernatorowi sprawiedliwość, że następnego dnia podszedł do pianisty i przeprosił za pomyłkę.

Jeśli ktoś myślał, że na tym skończyły się nieporozumienia z trudną do wymówienia nazwą góry to jest w błędzie, one dopiero się zaczęły. Po pierwsze nazwa góry została zarejestrowana w oficjalnych dokumentach jako Mt Kosciusko. Dopiero w 1997r po wieloletnich staraniach polonijnych działaczy wywalczyliśmy dodanie litery z - Mt Kosciuszko.  Do zastosowania znaków diakrytycznych nie dało się władz przekonać, ale może to i dobrze. W praktyce nie ma to wielkiego znaczenia gdyż Australijczycy wymawiają ją i tak Mount Koziosko chociaż przedstawiciele lokalnych władz starają się wymówić ją nieco bardziej po polsku. Po drugie, w bliżej nieokreślonych okolicznościach, zamieniono nazwy gór Mt Kosciusko i sąsiedniej, nieco niższej, Mt Townsend. Ten błąd formalnie naprawiono kilkadziesiąt lat później. Po trzecie odkrycie Mt Kosciusko przypisano dwóm innym badaczom. Po czwarte wreszcie, na fali ogólnego zapału "aborygenizacji" Australii, burmistrz leżącej niedaleko miejscowości Tumbarumba zaproponował, aby przywrócić górze Kościuszki oryginalną, aborygeńską nazwę. Propozycji było kilka: Jangungal, Jargangil, Targangil, Tackingal. Wszystkie one oznaczają górę jak blat stołu (tabletop mountain) co nie jest zgodne z faktycznym kształem góry. Mam podstawy sądzić, że Aborygeni nie zadali sobie wcześniej trudu aby nadawać nazwę górze, którą bardzo trudno wyróżnić z dość płaskiego masywu. Zrobili to dopiero na prośbę nadgorliwych "białych".  Polski punkt widzenia TUTAJ, australijski - TUTAJ.
W powyższym kontekście nieco zabawny jest fakt, że obecnie polskie media próbują "australianizować" nazwisko Kościuszki reklamując festiwal jako K'Ozzie Fest. Tu wyjaśnię, że Australijczycy bardzo lubią skracać wyrazy i tak Australijczyk to Ozzie, mieszkaniec Tasmanii - Tassie, komar (mosquito) - mozzie.

Przepraszam, że mocno mnie zniosło w kursu, ale to wina Kattinki i jej refleksji na temat językowych fantazji Juliana Tuwima. Wracam do faktów.

Górę Kościuszki odkrył 12 marca 1840 roku polski podróżnik Edmund Strzelecki. Od 7 lat, w terminie zbliżonym do daty odkrycia, w położonej opodal miejscowości Jindabyne, odbywa się Kosciuszko Festival. W tym roku odbył się on w dniach 22-24 lutego dzięki czemu pokrywał się z setną rocznicą odprawienia pierwszej mszy na szczycie góry. Wyżej podpisany uczestniczył w tegorocznej imprezie dzięki rodzinnym wtyczkom w środowisku polskich harcerzy w Melbourne.

Wejście na Górę Kościuszki jest dość łatwe, natomiast dojechać z Melbourne do Jindabyne.. Najkrótsza trasa liczy 580km (prawie 7 godzin czystej jazdy), ale wiedzie krętą górską drogą. Alternatywą jest trasa wzdłuż wybrzeża, która liczy 640 km (7.5 godzin czystej jazdy). Spróbowalismy obu dróg. Ta pierwsza kosztowała nas przegrzane hamulce i palące się opony, ta druga - zbyt wiele zbyt długich postojów. Ale Jindabyne wynagrodziło nam te niedogodności. Po pierwsze w ośrodku kempingowym zostaliśmy powitani przez liczne kangury...

 

Poniżej kangurze igraszki..

Po drugie wejście na Mt Kosciuszko było dość interesujące. Jak większość australijskich szczytów, został on zredukowany przez tysiące wietrzystych lat do rozmiarów niewielkiego pagórka. Tym razem emocji przysporzyła natura. Po melbourneńskich upałach przywitała nas mżawka, chłód i silne wiatry. Coprawda straciliśmy sporo malowniczych widoków sąsiednich gór, ale zastąpiły je zmaganie z przeciwnościami i widmowe, mgliste, krajobrazy.
Po trzecie imprezy festiwalowe. Jak wspomniałem była to setna rocznica pierwszej mszy odprawionej na szczycie góry. Ze względu na pogodę msza była odprawiona w  bezpiecznej grocie na Rawson Pass u stóp szczytowego pagórka. 
Po mszy udaliśmy się na szczyt. Poniżej efekty dżwiękowe na szczycie..

Na dole, w Jindabyne, odbyło się oficjalne otwarcie festiwalu z udziałem reprezentantów aborygeńskiego plemienia Ngarigo, liczne koncerty i mocno reklamowany "laser show". Większość imprez u stóp pomnika Strzeleckiego...

Mnie najbardziej spodobały się słowa pianisty Roya Eatona - Chopin, jak żaden inny kompozytor, z wyjątkiem J.S. Bacha, cenił sobie ciszę w muzyce. George Sand żartowała, że najchętniej grałby na "martwym fortepianie" (still piano), bez widowni, w nocy. Skorzystajmy z okazji jaką stwarza nam natura. Proszę nie bić braw lecz wsłuchac się w jej ciszę.
W niedzielę zuchy i harcerze, a ja z nimi, uczestniczyli w mszy w lokalnym kościele katolickim..

Więcej zdjęć z imprezy poniżej..

A potem była już droga powrotna. Dla jej umilenia proponuje obejrzeć Kangaroo Dance w wykonaniu aborygeńskich artystów podczas K'Ozzie Fest w 2010 roku - patrz TUTAJ.

 

.

Tagi: Australia
03:17, pharlap
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 25 lutego 2013

  Kattinka

Znany był z bystrego umysłu i specyficznego humoru. Znakomicie operował słowem, poszukując w języku nowatorskich form i nowych znaczeń. Swe badania językowe rozpoczął jeszcze w latach gimnazjalnych od nauki esperanto. Tłumaczone na ten stworzony od podstaw przez Ludwika Zamenhofa (z zawodu... okulistę) język wiersze Leopolda Staffa, a także” Testament mój” („Mia testamento”) Juliusza Słowackiego młody poeta publikował na łamach „Esperantysty Polskiego” (Pola Esperantisto). W późniejszych badaniach nad językiem tworzył neologizmy, podobnie jak B. Leśmian, A. Wat czy S. Młodożeniec.
Był twórcą tak zwanego języka pozarozumowego (zaum), którego poznanie miało być aprioryczne i zgodne ze skojarzeniami każdego odbiorcy.

Poniżej jeden z jego niezwykle wyrafinowanych pomysłów. To bodajże jedyny wiersz o takich właściwościach na świecie. Fonetycznie obie wersje brzmią identycznie w dwóch językach: po polsku i po francusku, natomiast pod względem znaczenia różnią się całkowicie.

Wersja polska:
Oko trę, że mam ból
Taki los komu żal ?
oko trę, pali sól
O madame, kulą wal
Ile trosk, ile burz,
a ma krew kipi, wre ,
O madame, oto nóż
O, madame, oto mrę!
I wersja francuska:
O, contrain je m'emboulle,
Taquilosse, comme ou jalle?
O, cotrain, polissoule
O madame, coulon valle!
Il est trosque, il est bouge,
A ma creve qui pis vrai
O, madame, o tonuche
O madame, o tome rain!

 

 

 

 

 

 

 

Piękna zabawa, prawda? Kto był jej autorem? Odpowiedziała - Powsinoga.
Uwaga: jeśli powyższa zagadka ma być równiez zabawą to proszę na nią odpowiedzieć przed zajrzeniem do zlinkowanych poniżej stron. 


Wiersze cytowane za: patrz TUTAJ
Informacje o poecie opracowane na podstawie hasła w Wikipedii


"Po prostu wszyscy Go lubimy", fot. Powsinoga

03:05, pharlap
Link Komentarze (9) »
niedziela, 24 lutego 2013

Co sie rozwinie z tych pączków?

Pozdrwowienia. Włosz.czy.zna!

03:24, kanadyjka82
Link Komentarze (8) »
sobota, 23 lutego 2013

   Kattinka

Zacznę od kilku cytatów, żeby uporządkować myśli.

„Komisja Praw Kobiet w Parlamencie Europejskim zaapelowała o zakazanie książek, w których mężczyzna zarabia na dom, a kobieta wychowuje dzieci i dba o rodzinne ognisko. Podobno taki model społeczeństwa jest sprzeczny z równością płci, jaka obowiązuje w UE.”

„Unia Europejska szykuje kolejny projekt, mający zakazać propagowania (wydawania, czytania) bajek, w których jest mowa o Murzynach. Główną inspiratorką jest niemiecka minister ds. rodziny Kristine Schröder (36 l.), która przyznaje, że swojej dwuletniej córeczce nie czyta klasycznych bajek, ponieważ nie przejdzie jej przez usta, na przykład, fragment z bajki o Pippi Langstrump, w którym jest mowa o jej ojcu jako o ‘królu czarnych’."

Komentarzy na ten temat pojawiło się w Internecie tak wiele, poczynając od wyważonych acz krytycznych, a kończąc na co najmniej popędliwych, że my powstrzymajmy się tu od emocji, a za to zajmijmy się przez chwilę samą sprawą. Wszyscy zgodzimy się z tym, co wydaje się oczywiste, a mianowicie, że od czasów Andersena i braci Grimm świat bardzo się zmienił. W Australii Aborygenów wykreślono z Księgi Fauny i Flory i uznano za ludzi. W Szwajcarii kobiety głosują. Ameryka ma prezydenta o ciemnym odcieniu skóry (już sama nie wiem, jak mam napisać, żeby było i poprawnie, i politycznie). W klinikach na całym świecie lekarze dokonują operacji, o których jeszcze dwadzieścia lat temu nikt by nawet nie pomyślał. Pluton stracił
status planety (ciekawe, czy o tym wie?). Świat się zmienił, ale i myśmy się zmienili. My, a więc nawet ci z nas, którzy minione dekady znają nie tylko z książek do historii, lecz z własnego doświadczenia. Demokracja i postęp, nauka i higiena, walka o wolność słowa i prawo do nauki, standard naszego życia i nasza świadomość – wszystko się zmieniło, i dzieło dokonało się wielkie.

Wróćmy na chwilę do kwestii tolerancji i otwartości na świat. Czy nie wydaje nam się czasami, że postawy proponowane np. przez feminizm, gender studies czy poprawność polityczną, a egzekwowane z taką nieustępliwą konsekwencją, niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, że nie wspomnimy o zdrowym rozsądku? Już nie his-story, tyko her-story, a Bóg najlepiej żeby był rodzaju nijakiego. Ale sprawa się komplikuje: demokracja daje nam wszystkim prawo do samodzielnego tworzenia sądów, a to oznacza, że nie musimy się zgadzać z czymś, z czym się… nie zgadzamy. Taka jest demokracja, taka jest wolność, takie jest nasze prawo. Jeśli zatem pani minister Schröder nie chce czytać córeczce bajek, z którymi się nie zgadza, to niech tego nie robi. Pamiętam, że w dzieciństwie nie lubiłam bajek – bałam się wszystkich tych smoków, wilków i złych czarnoksiężników (rodz. męski), mściwych wróżek i wstrętnych wiedźm (rodz. żeński), niezależnie od płci, co zostało zaznaczone w odnośnych nawiasach. A do tego jeszcze wszystkie te biedne dzieci, takie głodne, osierocone, więzione i zmuszane od świtu do pracy ponad siły! Dziewczynka z zapałkami, mała księżniczka i David Copperfield wywoływali u mnie gorączkę. Ponieważ sama bałam się wilków i czarownic, i płakałam nad losem tych biednych dzieci, nie czytałam o nich moim dzieciom. I nikomu nic do tego, prawda? Jak tylko dzieci nauczyły się same czytać, zaczęły tworzyć własny kanon książek „do pokochania”, a teraz moja córka czyta swoim dzieciom te, które jej samej kojarzą się z czasem beztroskiej szczęśliwości, gdy można było bez ograniczeń czytać, czytać. 

Poprzednie pokolenia tworzyły swoje kanony i zmieniały gusta wolniej, bo i świat toczył się wolniej. Był czas na wypracowanie kanonów, trendów mody, stylów czy szkół. Dziś książka i film „żyją” dwa tygodnie, a style i mody nie mają czasu się ukonstytuować i zakorzenić, gdyż niemal natychmiast są wypierane przez niecierpliwych poszukiwaczy nowości. Co to ma wspólnego z bajką? Ma! Bajki poprzednich pokoleń układają się w kanony – i każdy kraj ma swój. Duńczycy mają swojego Andersena, Włosi – Amicisa, Niemcy – braci Grimm, Anglicy – Beatrix Potter, my – Brzechwę i Porazińską, i tak dalej. Wszystkie te bajki są lustrem czasu, w którym powstały. Tak się wtedy myślało, mówiło. Nie mamy prawa oceniać ich z perspektywy naszych doświadczeń i naszej wiedzy. Wniosek nasuwa się prosty: jeśli, mimo wolności wyboru i prawa do decydowania o sobie, jakie daje nam demokracja, komuś nadal nie podoba się nasz koleżka Murzynek Bambo, to – powtórzmy – niech tego wierszyka nie czyta. Bo skoro mamy ocenzurować literaturę, to dlaczego nie malarstwo i nie rzeźbę? I dlaczego nie dzieje ludzkości, tak pełne straszliwych wydarzeń i krwawych rozstrzygnięć, o których wstyd mówić? Zresztą, już to przerabialiśmy: książki palono na stosie, rzeźbom doklejano listki figowe… Można by też pomyśleć o stworzeniu współczesnego kanonu. Ale nie poprzez cenzurowanie przeszłości, tylko pisząc bajki, które zaspokoją gusta współczesnych matek, uspokoją sumienia poprawne politycznie wszystkich PT cenzorów i edukatorów. Jest jednak pewien szkopuł: do tego, by powstał taki kanon bajek z prawdziwego zdarzenia, na miarę nowych poglądów i zdobyczy demokracji, potrzebny jest czas i potrzebni są… dobrzy pisarze.  

Rozpędziłam się, więc może na zakończenie inny cytat, który wpłynie kojąco na nasze nerwy:

„ A jeszcze książki z dzieciństwa. Mam od długiego czasu ochotę na powtórną lekturę Julisza Verne’a […]. Idzie o to, żeby przypomnieć sobie czasy, gdy czytałem go pod kołdrą, udając, że śpię, miałem specjalną lampkę na głowie, taką niby-górniczą, zawalałem lekcje, na fizykę chodziłem zupełnie zielony, na matmę też[…].

Zatem gdy dowiedziałem się, że w Warszawie pojawiła się księgarnia z literaturą tylko dziecięcą, pognałem w te pędy, wszedłem do środka i prawie padłem na kolana. Musiałem wyjść szybko, bo byłem gotów wydać majątek, jestem trochę maniakalny, więc jakbym się rozpędził, to karta kredytowa by się rozgrzała do czerwoności, konsekwencje mogłyby być bolesne. Najpierw chciałem kupić „Elementarz” Falskiego, reprint z oryginalnymi rysunkami, potem „Dzieci z Bullerbyn”, potem „Plastusiowy pamiętnik”, potem „Baśnie” Andersena. A potem dokładnie wszystko, co tam było. Wybiegłem z księgarni spocony i roztrzęsiony, pamiętacie „Elementarz” Falskiego, pamiętacie „Plastusiowy pamiętnik”, kochaliście „Dzieci z Bullerbyn”. No to wiecie, o co chodzi…”

Krzysztof Varga, Rozcięta warga czyli czytajcie książki dla dzieci. „Gazeta Wyborcza” DF z 10 stycznia 2013.

Tagi: bajki
01:11, kanadyjka82 , Kattinka
Link Komentarze (17) »
piątek, 22 lutego 2013

 wpis Heimchen

niedz. 10. 2.
9.30 Dolgaya i schastlivaya zhizn (Boris Khlebnikov) Friedrichstadtpalast
Super widoczność tu w Friedrichstadtpalast. I te piękne karelskie krajobrazy w filmie! Też bym chciała mieszkać w takim domku przy rzece. Podobne sceny w rosyjskich urzędach już Gogol i Czechow opisali. Państwo lub Bank lub jedno i drugie chcą odebrać młodemu przedsiębiorcy jego farmę – za odszkodowanie. Jego pracownicy się nie zgadzają i chcą walczyć. Z trudem przekonują szefa, ale potem jeden po drugim go zostawią. Tragicznie to się kończy... 


16.15 Grzeli nateli dgeebi (rez.: Nana Ekvtimishvili, Simon Groß) Cinestar
 Gruzińska reżyserka i niemiecki reżyser poznali się na uczelni w Poczdamie (Czy oni są może parą?). Czy to jest stary film? Wszystko wygląda jak na początku lat 90-ych. Nawet rodzina tam ma taki sam czajnik i czerwony serwis do kawy w białe kropeczki jakie przywiozłam wtedy z bywszego Związku Radzieckiego. Ludzie stoją w kolejce po chleb. Wielu z nich jest uzbrojonych. Film o przyjaźni dwóch fajnych dziewczyn. Światowa premiera, oklaski dla całej obsady (reżyserzy powiedzieli, że bardzo trudno było znaleźć w dzisiejszym Tbilisi odpowiednie miejsca na plenery).

W drodze od jednego kina do drugiego w Tiergarten spotkałam lisa. Nie przepuścił mnie. Możliwe, że oczekiwał smakołyku. Wybrałam inną zaśnieżoną drogę, tam znów ten lis czekał na mnie. Trochę się bałam, więc nadłożyłam sporo drogi.


20.00 Touch of the Light (reż. Chang Jung Chi) HdKW
Kolejna premiera. Sekcja "Generation", filmy dla dzieci i młodzieży. Audytorium w "Domu Kultur Świata". Sala pełna, ponad 1000 miejsc. Siedzę blisko reżysera Chang Jung Chi i głównego bohatera Huang Yu-Siang. Młody pianista Siang ze wsi (rodzice tam prowadzą ogrodnictwo) zapisuje się do konserwatorium w stolicy jako pierwszy niewidomy student. Poznaje tam dziewczynę, która marzy o tym, aby zostać tancerką i pracuje w sklepie Bubble Tea (ma tam bardzo fajnego szefa-promotora). Siostrę dziewczyny w filmie i młodą publiczność bardzo nurtuje pytanie, czy młodzi bohaterowie "są razem".

pon. 11.2.
9.30 Kopfüber (reż. Bernd Sahling), HdKW
Pierwszy dzień po feriach zimowych. Ta sama sala jak wczoraj (dla 1000 osób) pełna dzieci. Nie zazdroszczę ich nauczycielom, bo trudno znaleźć dla całej klasy wspólne miejsca i po filmie chyba wszyscy chcą jeszcze do ubikacji... Bohaterem filmu jest 10-letni, bardzo ruchliwy Sascha. Ciągle ma problemy w szkole, z policją... Nie, raczej szkoła, matka i policja mają kłopoty z Saschą. Diagnoza ADHD i tabletki prowadzą na razie do lepszych wyników w szkole, tylko że Ellie, jego koleżanka, uważa, że Sascha nie potrafi już śmiać się jak dawniej. Produkcja low budget, grają prawdziwi policjanci i urzędnicy, rodzina w prawdziwym mieszkaniu znajomych. I to wszystko w mojej swojskiej dolinie Saale, w Jenie. Ciekawe też pytania ze strony widowni do dzieci z obsady: "Czy naprawdę  tam palili papierosy", i "czy Sascha i Ellie w prawdziwym życiu są razem?" Dziwnie wychodzić w poniedziałek w południe z kina!

 

12.30 Youth (Tom Shoval) Cinestar
I zaraz potem znowu w ciemność innego kina. Akcja toczy się w Izraelu. Dwaj bracia –  jeden pracuje w kinie Multiplex, drugi właśnie poszedł w kamasze. I przez to ma broń i środki, aby rozwiązać problemy finansowe rodziny. Uprowadzają pewną dziewczynę w bardzo amatorski sposób – taki stereotypowy kidnapping jak z filmu wzięty. Nie udało się, bo rodzice ofiary porwania w szabat nie odbierają telefonu... Ten film na tegorocznym Berlinale najbardziej mnie przekonał artystycznie. Chyba nigdy jeszcze nie oglądałam złego izraelskiego filmu na tym festiwalu – ani dokumentalnego, ani fabularnego. Również Palestyńczycy (według moich doświadczeń) robią dobre filmy tylko wtedy, gdy są obywatelami Izraela.  

20.00 Al-khoroug lel-nahar (rez. Hala Lotfy) Collosseum
Dowiedziałam się właśnie, co to znaczy Q&A – mianowicie "Questions and Answers". Podczas Berlinale dzieje się to wtedy, gdy nie ma premiery, tylko autor filmu jest obecny i po wyświetleniu odpowiada na pytania widzów. Tym razem Hala Lotfy z Egiptu, dość "cool lady". Powiedziała, że przez tzw. "Wiosnę Arabską" nic się nie zmieniło, poza tym że Zachód zwróci trochę więcej uwagi na ten region. W filmie chodzi o kobietę i jej matkę, które opiekują się mężem czyli ojcem w domu. Mało się dzieje, atmosfera przytłaczająca. Ale film niezły. Tylko daleko z Prenzlauer Berg do domu, i przed kinem o godz. 22 już kolejka na następny pokaz.

Śr 13.2.
22.00 Sieniawka (reż. Marcin Malaszczak), CinemaxX
Jestem chora, czuję się fatalnie, nie mam siły na kino o tej późnej godzinie. Oddałam bilet koledze, któremu bardzo się spodobał ten film Polaka-Berlińczyka. Nic tam się nie dzieje, ale wszystko jest tak samo jak w zakładzie dla nerwowo chorych, gdzie kiedyś dawno temu razem pracowaliśmy. Tylko trochę bardziej na wschodzie, na trój-styku Polski z Czechami i Niemcami.


Czw 14.2.
9.30 Epizoda u životu berača željeza (reż. Danis Tanović)
Rodzina Romów w Bośni, bardzo życzliwi, blisko ze sobą. Ojciec zbiera złom. To chyba nie są aktorzy, takiej intymności po prostu nie da się zagrać. Minimalistyczna historia – matka dwóch małych córek ma poronienie, nie ma ubezpieczenia, szpital odmówił łyżeczkowania i tylko przez oszustwo ubezpieczeniowe mężowi udaje się uratować życie żony. Po filmie prosto do pracy.


Sub. 16.2.
19.00 W domu: oglądam przyznanie Niedźwiedzi w telewizji
Z nagrodzonych filmów dotychczas widziałam tylko "Zbieracza złomu". Dziwne, że główny bohater dostał Srebrnego Niedźwiedzia dla najlepszego aktora – przecież grał sam siebie. Reżyser rekonstruował prawdziwą historię z prawdziwymi protagonistami – i dostał za to jeszcze Niedźwiedzia za scenariusz z życia wzięty...


Niedz. 17.2.
10.00 Atarnarjuat the Fast Runner (reż. Zacharias Kunuk), Haus der Berliner Festspiele
Chyba już znacie ten film, klasyka kina ludów tubylczych, które stworzyły na tegorocznym Berlinale specjalną sekcję. Jeśli nie znacie – polecam. Grecka tragedia wśród Innuitów. Super kostiumy.


20.30 Vic+Flo ont vu un ours (reż. Denis Côté) Berlinale Palast
Co artysta chce przez to nam powiedzieć? Nie zrozumiałam, mimo że to był jedyny film z niemieckimi napisami. Dziwne, że dostał Srebrnego Niedźwiedzia za "otwarcie nowych horyzontów sztuki filmowej". Kino autorskie – podobnie jak teatr reżyserski – często przesadza z zawodzeniem oczekiwań widzów, fabuła wychodzi zbyt sztucznie skonstruowana.


Jeszcze informacja dla publiczności tego blogu: Poza główną punktacją polski film wypadł nieźle – Kryształowy Niedźwiedź jury młodzieżowego za „Bejbi Blues”, queerowski Teddy Award i nagroda czytelników gejowskiego miejskiego magazynu "Siegessäule" dla "W imię" Szumowskiej.

Tagi: kino
07:05, heimchen , Heimchen
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 lutego 2013

   Ciotuchna

Po koniec roku 1945 wymyśliłyśmy z moją koleżanką Niną, żeby założyć kółko teatralne u Reytana. Wiedziałyśmy, że teatrem szkolnym zajmował się kiedyś nasz profesor od łaciny. Zapytany co sądzi o tym pomyśle odpowiedział,że porozmawia z dyrektorem szkoły i sam sie nad tym zastanowi. Chyba po tygodniu zaprosił nas do pokoju nauczycielskiego. Powiedział, że jest zgoda dyrektora na zorganizowanie kółka, i że on nim pokieruje i będzie reżyserował nasze występy.

Wspólnie ustaliliśmy, że na pierwszy ogień pójdzie coś z Fredry, bo to łatwy wiersz i niewielka obsada. Po namyśle wybraliśmy mniej ograną przez szkoły sztukę pt. Damy i Huzary.

Profesor przeegzaminował kandydatów do ról pod kątem mówienia wierszem, dobrej dykcji, poprawności mówienia i umiejętności zbornego poruszania się. Wszyscy wybrani wyrazili nie tylko chęć uczestniczenia w zajęciach, ale wręcz entuzjazm.

O dziwo mieliśmy kilka egzemplarzy tej sztuki i mogliśmy natychmiast rozpocząć próby czytane. Tu profesor uczył nas poprawności czytania i mówienia wiersza. Po pewnej ilości prób czytanych, kiedy juz prawie każdy umiał swoją rolę na pamięć, zaczęliśmy próby sytuacyjne. Najpierw małe scenki z dwoma, trzema aktorami. Uczyliśmy się poruszać na scenie i dobierać gesty do tekstu. Żmudna to była robota, ale i my i profesor mieliśmy do tej pracy serce i zapał. 

Pojawił się podstawowy problem: gdzie my to zagramy? W szkole nie było odpowiedniego miejsca, a na wynajęcie sali widowiskowej nie mieliśmy pieniędzy. Ktoś przez koneksje rodzinno-towarzyskie dotarł do komendanta kasyna oficerskiego na ul. Szucha. Tam była odpowiednia sala ze scena i zapleczem. Na rozmowę poszedł profesor i dwie dziewczyny. Nagadali facetowi bzdur o współpracy wojska ze szkołami, podleli to patriotycznym sosem i się udało. Dostaliśmy za darmo sale z zastrzeżeniem, że zagramy jeden spektakl dla wojska.

Teraz wyłonił sie następny problem - kostiumy. Tej sztuki nie można grac po "cywilnemu". Dziewczęta jakoś da sie ubrać domowymi sposobami, jako dziewiętnastowieczne damy, ale  mundury dla huzarów trzeba gdzieś pożyczyć. W zburzonej Warszawie gdzie ledwo ruszały normalne teatry nie było żadnych kostiumerni z takimi mundurami. Najbliższe niezniszczone miasto to była Łódź. Pojechaliśmy tam we trójke. Poszliśmy do Teatru Wojska Polskiego i w rozmowie z dyrektorem przedstawiliśmy nasz kłopot. Podparliśmy nasze prośby argumentem, że przecież będziemy grac w kasynie dla wojska. Dyrektor się zgodził i polecił wydać nam co mają w kostiumerni dla nas odpowiedniego. Wyszliśmy stamtąd obładowani.  Nie tylko mieliśmy przepisowe huzarskie mundury, ale też białą broń i pistolety. Przywieźliśmy to wszystko do szkoły i nawet profesorowi oko zbielało na ten widok oko. 

Kiedy już było wiadomo gdzie będziemy grać nasze Damy i Huzary, profesor od robót ręcznych zorganizował grupę chłopców, którzy pod jego kierunkiem robili dekoracje. Na naciągniętym na drewnianych ramach płótnie powstawały ściany XIX wiecznego saloniku. Ten salonik powinien być umeblowany stylowymi meblami, ale skąd je zdobyliśmy tego juz nie pamiętam.

Zbliżał sie czas premiery i powstało pytanie jak z nas, nastolatków, zrobić szacowne damy i podstarzałych huzarów. I znów się okazało, że ktoś kogoś znał a ten ktoś znał pana od charakteryzacji z Teatru Polskiego. Nie mieliśmy pieniędzy, żeby go oficjalnie zatrudnić, ale były to czasy, w których uśmiech i życzliwość potrafiła zastąpić pieniądze.W dniu premiery ten pan zjawił sie na zapleczu sceny kasyna z walizeczką, w której były "cuda" - siwe peruki, bokobrody, wąsy, szminki i mastizole. Zabrał sie ostro  za postarzanie  naszej mocno stremowanej gromadki. Efekty charakteryzacji, wypychania poduszkami biustów dam, przyklejenie wąsów i innych ozdób twarzy i głów, robienie zmarszczek, były wprost oszałamiające. W pewnym momencie za kulisy wszedł na chwile Dyrektor szkoły i stanął zdumiony - nie poznał nas!

Zdjęć z naszych przedstwień oczywiście nie ma. To zdjęcie pochodzi ze spektaklu wystawionego przez uczniów gimnazjum im Rady Europy z Kostrzyna.

Ten wielki dzień to był 7 maja 1946 roku. Rozsunęła się kurtyna i oczom aktorów ukazała sie widownia zapełniona do ostatniego krzesła. Siedzieli tam nasi rodzice, nauczyciele i uczniowie naszej szkoły. Za kulisami mokry z emocji profesor bacznym okiem pilnował wszystkiego. SUKCES  BYŁ  OGROMNY.

Po tej szkolno-rodzicielskiej premierze, graliśmy jeszcze dla wojska i innych widzów.Byliśmy też na "gościnnych występach" w Radości i w Błoniu. 

Graliśmy Damy i Huzary wiele razy i jak to zawsze bywa, nie obeszło się bez wsyp. Pewnego dnia główny amant – porucznik w scenie z amantka mówi tekstem sztuki:"Zofio wstążka, którą upuściłaś, dotychczas nie zeszła mi z serca"... i sięga do lewej górnej kieszeni munduru, żeby owa chustkę wyjąc. Przerażony wzrok, drżąca ręka - chustki nie ma. Nerwowo obmacuje wszystkie kieszenie i wyciąga chustkę … z tylnej kieszeni spodni. 

Z tych przedstawień, na które sprzedawaliśmy prawdziwe bilet, zebrało sie sporo grosza i zafundowaliśmy szkole scenę z oświetleniem i niezbędnym oprzyrządowaniem. Na tej scenie odbywały sie potem akademie i siedziała tam dostojna komisja, która pilnowała nas w czasie pisemnych egzaminów maturalnych.

Graliśmy na tej scenie jeszcze druga sztukę, "Sztubę" Leczyckiego. Ta sztuka grana była już tylko w szkole i tez odniosła sukces, ale nie wzbudziła w zespole juz takich emocji. Była łatwiejsza do wystawienia, działa się bowiem w klasie szkolnej i nie było problemów z kostiumami i charakteryzacja. Jedynym kostiumem, jaki był potrzebny, była sutanna dla księdza katechety, którego grał mój przyszły mąż.

Ziarno teatru zostało w nas zasiane, niektórzy bez powodzenia, niektórzy z powodzeniem, zdawali po maturze do szkoły teatralnej.

Tagi: teatr
01:31, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (8) »
środa, 20 lutego 2013

   Włosz.czy.zna

Jak zajrzycie do jakiegokolwiek przewodnika po Toskanii, to najpiękniejsze zdjęcia, jakie znajdziecie będą właśnie z Val d’Orcia, przepięknej doliny rzeki Orcia między Sieną i Grosseto ze średniowiecznymi miasteczkami takimi jak Montalcino i Pienza.


Jest tam również z miasteczko termalne Bagni Vignove, gdzie główny plac stanowi szesnastowieczny prostokątny basen będący ujściem źródła gorącej wody pochodzenia wulkanicznego.


I nie zapominajmy o perełce tej doliny, Opactwie Sant’Antimo, o którym Ciocia Wiki obszernie pisze tu ale to trzeba po prostu zobaczyć!


Ta przepiękna dolina, charakteryzująca się cyprysami rosnącymi wzdłuż krętych dróg miedzy polami.


Słynna jest też z dobrej kuchni i dobrego wina. Dziś na zamówienie Kanadyjki podam przepis na pici. To jeden z wielu rodzajów klusek w formie spaghetti, tylko trochę grubsze, bo robione ręcznie. Pochodzą właśnie z Val d’Orcia, Val di Chiana i Viterbo (gdzie nazywane są oczywiście inaczej, bo umbrichelli). Przepis na zrobienie ich jest, tak jak na wszystkie kluski, bardo prosty: mąka, woda i czasami dodaje się jajko. Z wyrobionego ciasta formuje się ręcznie długie spaghetti rolując je w palcach.

 

We Włoszech można oczywiście kupić pici gotowe.

Je się te kluski z rożnymi sosami (te same sosy co do spaghetti), ale chyba najbardziej popularne to Pici all’aglione.

Potrzebne jest 360g pici, 700g dojrzałych pomidorów albo po prostu pomidory z puszki, 1 ostra papryczka, 1 łyżka białego octu winnego, oliwa z oliwek i ... 6 ząbków czosnku (bo aglio to czosnek).

Zaczynamy od tego, że obieramy pomidory ze skórki. Na patelni podgrzewamy oliwę z wyciśniętym czosnkiem i papryczką w całości – uwaga czosnek nie może się przypalić, bo będzie gorzki i do niczego – zostawiamy na ogniu przez 10 minut, tak żeby czosnek zaczął się rozpuszczać. Następnie dodajemy pokrojone w drobną kostkę pomidory i ocet, oraz sól do smaku. Dusimy przez jakieś 20 minut. W miedzy czasie gotujemy pici (al dente – czyli trochę twarde) i odcedzone dodajemy do sosu na patelni. Podgrzewamy jeszcze chwilkę dokładnie mieszając.

Tagi: pici
02:37, kanadyjka82 , Włoszczyzna
Link Komentarze (12) »
wtorek, 19 lutego 2013

Altana Poleca

Kattinka

W Sali Kameralnej Teatru Miejskiego w Guardzie gasną światła. Na scenie czarna podłoga, czarne kurtyny i sufit ginący w mroku tworzą neutralne tło dla dwóch pustych krzeseł, które z tej czerni wydobywają dwie jasne „punktówki”...

*

W jej nocie biograficznej zwraca uwagę początkowe zdanie: „Urodziła się i wychowała w Lizbonie, na Praça das Flores, z dala od... telewizora, z radiem ojca grającym nieustannie, co sama później określiła jako życie z „dźwiękiem pozbawionym obrazu”. W szkole nauczycielka zabierała dzieci na plac zabaw, by tam, zamknąwszy oczy, uczyły się rozpoznawać dźwięki bliskie i dalekie. W domu był jeszcze brat, i gitara, i długie godziny spędzane na wspólnym muzykowaniu. Studiowała grafikę i projektowanie w lizbońskiej Szkole Sztuk Wizualnych im. António Arroio, ale kiedy podczas przygotowań do wystawy indywidualnej w Barcelonie wszystkie jej prace skradziono, pozostawiając w mieszkaniu gitarę, Lula Pena uznała to za znak i – punkt zwrotny. W 1992 przeniosła się do Brukseli,gdzie zarabiała na życie, grając i śpiewając. Tam zrozumiała, że jednym z filarów muzyki Fado jest odległość (czytaj: oddalenie)...


Źródło:  http://1.bp.blogspot.com/_cNY8mtyl-BQ/TIZUf3n9RXI/AAAAAAAABRg/dL8Uuaf9LBI/s1600/LulaPena_janela_Cl%C3%A1udiaVarej%C3%A3o.JPG
(blog mbarimusica.blogspot.com ).

Co jeszcze? Niewiele. Po latach wróciła do Portugalii,w większości sama pisze muzykę i teksty (w różnych językach), a rzeczy stworzone przez innych śpiewa absolutnie inaczej niż wszyscy inni. Rzadko występuje, jeszcze rzadziej udziela wywiadów. Ale choć sama Lula jest enigmą, która bez rozgłosu idzie własną drogą jako, by użyć słów jej wydawcy z firmy płytowej mbarimusica, ‘reclusive and reluctantdiva’, jej głos uznano za jeden z najbardziej magicznych głosów portugalskiego Fado, a płyta CD, nagrana w 2010, zatytułowana „Trubadur”, znalazła się na liście najważniejszych wydarzeń roku na tutejszym rynku muzycznym - patrz TUTAJ.

Czytając hasło w Wikipedii („Wybrzeże Gwinei Bissau i okoliczne wyspy należały do pierwszych skolonizowanych przez Europejczyków obszarów; Portugalczycy dotarli tam już w 1446 roku…”), w jakimś sensie nie dziwi, że gdy młody muzykalny Gwinejczyk wyruszał w świat, mocą przeznaczenia na jego szlaku artystycznym prędzej czy później musiał pojawić się wątek portugalski. Wtedy, na początku drogi, zafascynowany głosem Luli, Mû napisał dla niej piosenkę, a gdy po latach spotkali się znowu, zaczęli wspólnie grać i występować.

*

...Lula Pena ma bladą twarz o wielkich ciemnych oczach; na czarnym stroju wyraźnym konturem odbija się niewielka gitara, z której za chwilę jej drobne jasne ręce zaczną wydobywać dźwięki nowe i zaskakująco świeże, poszukujące ukrytych możliwości instrumentu nie tylko w strunach, ale i w krzywiznach pudła rezonansowego. Z czerni sceny kontrapunktem wybija się biały ubiór Gwinejczyka; obok niego, na podłodze, na barwnym dywanie muzyk rozłożył instrumenty o osobliwych kształtach, które sam wykonał w swoim kraju, zgodnie z ludową tradycją i z naturalnych materiałów. Utwory z płyty Luli „Trubadur”, w tym podwójnym wykonaniu, nabierają odmiennego brzmienia i znaczenia. Docierają do nowych pokładów interpretacji, są uniwersalne, odkrywcze, bogatsze o nowe brzmienia. Bo choć Lula Pena i Mû pochodzą z krajów odległych geograficznie, odległość jest tylko pozorna: ich odrębne światy dźwięków i linii melodycznych spotykają się, nawiązują dialog, bez trudu znajdując wspólny język i nową harmonię. Jak mówi sama Lula: „Nie szukajmy, poprostu przyjmujmy to, co napotkamy po drodze”.

Mimo mikrofonów, instrumenty i głosy pozostają ściszone. Nie czuje się w nich wysiłku,ale jednocześnie nie brakuje im dźwięczności, przeciwnie: brzmią czysto i wyraźnie. Od pierwszych akordów słuchaczom udziela się cisza tej muzyki, płynąca z filozofii i artystycznego credo. Jak gdyby muzycy chcieli nam powiedzieć: nie przekrzyczymy świata, jeśli chcecie nas posłuchać, zatrzymajcie się, przerwijcie na moment rozmowy. Na planecie Luli Peny i Mû panuje spokój ludzi, którzy wciąż słyszą głos ziemi.

W recenzji Richard Elliott (The Best World Music of 2010 by Pop Matters) pisał: „Rok 2010 był kolejnym udanym rokiem dla portugalskiego fado i jego odmian. [...] Prawdziwą niespodzianką okazała się długo oczekiwana, kolejna po wydanym w1998 albumie ["Phados"] nowa płyta Luli Peny. "Trubadur" ściśle trzyma się tropów swojego poprzednika, oferując zaskakujące, magiczne fado, nawiązujące do portugalskiej muzyki ludowej, francuskiej chanson, nueva canción z Ameryki Łacińskiej i anglo-amerykańskiego popu, a wszystko w formie czystej i nieskażonej. W siedmiu dość długich "Aktach", Pena wplata do własnych piosenek fragmenty innych autorów, za pomocą głosu, gitary i ciszy uzyskując hipnotyczny efekt. Jej interpretacja klasycznego fado Amalii Rodrigues "Fadode Cada Um" brzmi wstrząsająco, podobnie jak utwór końcowy, łączący dwa z pozoru tak odległe utwory, z fado nie mające nic wspólnego, jak "Nature Boy" Edena Ahbeza i "Pyłek"Mirah.”

Informacje o koncercie:
Lula Pena, gitara i śpiew (Portugalia)Mû, simbi, tonkorongh, harpa e tambor de água (harfa i tambor wodny), śpiew (Gwinea-Bissau)
Teatr Miejski, Guarda, Portugalia 15 lutego 2013
Migawki: TUTU   i TU.

03:57, pharlap
Link Komentarze (10) »
 
1 , 2 , 3
Tagi