Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 26 stycznia 2015

 

     Juliczka

 

     Na smutki i smuteczki, kłopoty codzienności styczniowej szarości mam niezawodny sposób. Książkę sprzed lat (i z klubu fruwających kartek) Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego "Zielona gęś".

     TEATRZYK "ZIELONA GĘŚ"

     ma zaszczyt przedstawić

                        "Sposób na dobry humor"

     Występują: GŻEGŻÓŁKA i PIEKIELNY PIOTRUŚ

     Scena I

     GŻEGŻÓŁKA (wstaje z łóżka lewą nogą):

     Niech cholera weźmie to całe życie. Piotrusiu, chodź tutaj, to cię zwymyślam i znieważę.

     PIEKIELNY PIOTRUŚ (patrząc przez dziurkę od klucza):

     Gżegżółka znowu dzisiaj wstał lewą nogą. Trzeba coś na to zaradzić.

     GŻEGŻÓŁKA:

     Piotrusiu!!! (awanturuje się i używa wyrażeń)

     Scena II

     Noc. Piekielny Piotruś skrada się i przywiązuje lewą nogę Gżegżółki do łóżka zielonym sznurkiem.

     Scena III

     GŻEGŻÓŁKA (wstaje z łóżka prawą nogą):

     Boże, jakże cudowny jest świat! Piotrusiu, to tyś przywiązał moją lewą nóżkę zielonym  sznureczkiem do łóżeczka?

     PIEKIELNY PIOTRUŚ:

     Ja, panie dyrektorze. 

     GŻEGŻÓŁKA:

     To rób tak nadal. Jesteś wielkim psychologiem. Pójdź, niech cię uściskam. Bo znów chce mi się  żyć, działać i współdziałać. Więcej takich zielonych sznureczków w Polsce.

     Kurtyna.

     1946

     *

    

     Czasami książkę podpieram dzbanuszkiem, lepiej się czyta.

moje

 

poniedziałek, 19 stycznia 2015

 

          Juliczka 

 

          "Stał przez chwilę w miejscu, dręczony świadomością, że on nigdy nie zdoła powtórzyć wyczynu wuja i nie zamieni klęski w triumf".

Peter Pezzelli, Pierwsza lekcja tańca,

przekład Michał Ronikier,

Wydawnictwo Literackie 2015,

data premiery: 05-02-2015.

Wydawnictwo Literackie

     Istnieją książki, które zapadają w pamięć, mimo, że się do nich nie wraca. Są też ułożone w stosiki do ponownego przeczytania, kartkowane na nowo. I tematyka, która zawsze interesuje tak samo.

     W mojej biblioteczce literacko-filmowej, tej realnej i wyimaginowanej, niezaprzeczalnie należy do niej taniec i emocje z nim związane. Filmy taneczne widziałam chyba wszystkie, na Step Up chodziłam do Multikina trzy razy, znam na pamięć ścieżkę dźwiękową. Flashdance, Center Stage: Turn It Up, Tylko taniec, Fame... Na pewno kilka razy oglądnęłam Gorączkę sobotniej nocy, pierwszą scenę mam opanowaną do perfekcji, umiem iść ulicą jak Tony Manero. Wychowałam się na produkcjach z Fredem Astairem, Ginger Rogers i Ritą Hayworth, a uważniej przyjrzałam problematyce tańca po wyjściu z kina z Isadory z Vanessą Redgrave. Najlepiej oddają to słowa niemieckiej tancerki i kreatorki teatru tańca, Piny Bausch: "Nie interesuje mnie, jak ludzie się poruszają, ale co nimi porusza". Wypowiedź zwraca uwagę na niebagatelną rolę myśli jako trzeciej, obok ruchu i rytmu, składowej tańca. Myśl budzi pasję do tańca, a za nią marzenia o wielkiej scenie.

     O karierze na Broadwayu marzy też Fabio Terranova. Młodego, obiecującego tancerza spotykamy pod włoskim słońcem w Mont'Oliva. Tu dorastał, tu, w malowniczym miasteczku, precyzował swoje plany o jedynym życiowym celu - osiągnięciu sukcesu w niełatwej sztuce, jaką niewątpliwie jest taniec. Do tego zdolnemu, pracowitemu dwudziestolatkowi potrzebna jest partnerka, dorównująca mu umiejętnościami i pasją. Znajduje Caterine, z którą połączy go nie tylko parkiet, ale i gorące uczucie. Z Enzo, oddanym przyjacielem, u boku, wydaje się, że ma świat u stóp. Pewien wieczór spędzony w dyskotece, zakończony tragiczną przejażdżką samochodem, rujnuje mu zdrowie, burzy porządek marszu po zwycięstwo. Zostaje sam, niknie. Pomysł i działania matki sprawiają, że w końcu ląduje na amerykańskiej ziemi. Opiekę nad Fabiem przejmuje wuj, samotny starszy pan, właściciel manufaktury i sklepiku ze szkłem. "- Ale co cię skłoniło do osiedlenia się w takiej prowincjonalnej dziurze jak Wakefield? - Góry - odparł Rick. - Lubię jeździć w zimie na nartach. - Góry? Jakie góry? - Joe skrzywił się z dobrze udawanym niedowierzaniem. - Przecież najbliższe wzniesienia są o sto mil stąd! - Zostałem źle poinformowany. Joe rozjaśnił twarz szerokim uśmiechem".

Wydawnictwo Literackie

     Zio Rick przybył tu przed laty z umiejętnością tworzenia ozdobnych obiektów ze szkła. Misy, wazony, figurki skrzą się odbitym światłem na półkach sklepiku, stanowią przeciwieństwo mglistej i tajemniczej przeszłości Ricka. Każdy miewa głęboko skrywany sekret, którego nie ujawnia nawet w chwilach słabości. Wuj uczy teraz Fabia pracy ze szkłem, tym kruchym, ale stwarzającym wiele możliwości artystycznej wypowiedzi, materiałem. Chłopak z łatwością pokonuje kolejne etapy opanowania rzemiosła. Mimo to wciąż doszukuje się błędów w swojej pracy, niszczy wykonane przedmioty, tłucze z wściekłością szklane cacka w drobny mak. To te kawałki ułoży kiedyś w niebanalne serce i podaruje matce, gdy pojedzie do Włoch, by zamknąć przeszłość. Na razie, namawiany przez wuja, próbuje porozumiewać się z otoczeniem w języku angielskim. Tak samo mozolnie uczy się ludzi, rodziny, przyjaciół. Wysiłkom przygląda się, niedawno zatrudniona w firmie, Elise Celestin, zagadkowa postać. Haitanka budzi niepokój Fabia, w jej towarzystwie czuje się nieswojo, mimo podzielanej awersji do chłodu zim stanu Rhode Island. Co skłoniło ją do zajęcia się papierami sklepiku, skoro studiowała zupełnie coś innego?  Obok, w uliczkach i na Ulicy Głównej, toczy się wielokulturowe życie ze wszystkimi znamionami pędzącego czasu i zmianami warunków. Coś trwa, inne właśnie się burzy, by odbudować na nowo. Siła Ameryki. Czy owa siła stanie się napędem dni Fabia, czy będzie opowiadał historie, komentował rzeczywistość, prowokował swoimi wyrobami ze szkła? Czy jednak, mimo pozornie zagojonych ran i blizn, spełni swoje obsesyjne marzenia o tańcu?

     Na co przekuć lata morderczych treningów, zmagań z własnym ciałem, jeśli nie na scenę, to jedyne do tej pory miejsce na ziemi. Czas ucieka, znika szansa, każdy tancerz ma zaledwie kilkanaście lat egzystencji na scenie. To krucha kariera. Jak bardzo krucha pisze o tym Katarzyna Krenz w "Lekcji tańca", wydanej kilka lat temu nakładem Wydawnictwa Literackiego. 

moje

     Dlatego warto mieć swój plan B na życie, konfrontować go z ideałem, uczyć się życia, ludzi i... siebie. O tym jest ta książka. "- Problem polega na tym, że ty... że my wszyscy ... mamy zakodowany w głowie jakiś błędny pogląd, pod wpływem którego widzimy różne sprawy w niewłaściwym świetle/.../ ". Ludzie popełniają błędy, ludziom "się przydarza" i w jednej chwili, bezpowrotnie, zmieniają się ich losy. Jak się dźwignąć, jak znowu pewnie stanąć na nogi, gdy przeznaczenie, ten bat popychający rzeczywistość, nagle przewróciło?

     Peter Pezzelli namawia do zastanowienia się nad odpowiedzią. W sugestywnych opisach zdarzeń i znaczeń tworzy studium człowieka zranionego. Pisarz stawia jednak delikatną granicę między tym, co chciał wyrazić, a czego już wyrażać nie chciał. Rozpina misterną sieć powiązań między pozornie nieistotnymi szczegółami. Mała Giuliana dotyka zniekształconego policzka Fabia, pyta, czy to boli. - Czasami. Tylko trochę - odpowiada, usiłując powstrzymać napływające łzy do oczu. Trzeba się wsłuchać, co słyszy autor Pierwszej lekcji tańca, co słyszą inni. W komforcie i niepokoju zarazem, jakie zwykle budzi podążanie za myślą, emocją i stylem. Pezzelli wierzy w czytelnika, uruchamia wyobraźnię i zaciekawienie. Otacza zapachami włoskiej kuchni, wtrąca obcobrzmiące słowa. Lapidarnie użyty język włoski dobrze siedzi w tekście, wzbogaca obycie z kulturą, nie zakłóca rytmu. Nadaje książce wdzięk, dużo przydatniejszy niż przelotna uroda, bo trwalszy.

     Wśród czytelników Pierwszej lekcji tańca na pewno znajdą się miłośnicy Lekcji włoskiego, Domu w Italii czy Kuchni Franceski. Ich grono uzupełnią taneczni fascynaci, choć próżno doszukiwać się w książce terminologii właściwej przewodnikom po balecie. Na przykładzie historii młodego tancerza Peter Pezzelli zajmująco opowiada o wyznaczniku marzeń, jakim jest życiowy cel i dramacie weryfikacji planów.

     Przekład Michała Ronikiera, autora m. in. tłumaczenia Ubika Philipa K. Dicka, broni się sam.

     Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za "Pierwszą lekcję tańca". Taką dobrą lekcję.

Wydawnictwo Literackie

 

    

 

    

 

środa, 14 stycznia 2015

pharlap Pharlap

Moim pierwszym placem zabaw był cmentarz. Matka siedziała zamyślona przy grobie mojego Ojca a ja bawiłem się w czołg na sąsiednim grobie.
Domem mojego dzieciństwa był dom starców.  Rodzice przenieśli się w 1943 roku z Warszawy do Kielc i zamieszkali w domu Fundacji Malskiej dla zubożałej inteligencji i starszych pań z ziemiaństwa. Po zakończeniu wojny dom zamieniono na państwowy dom starców prowadzony przez Siostry Sercanki.
Naturalne więc chyba było, że pierwsze wakacje poza domem spędziłem w zakładzie dla dzieci cofniętych w rozwoju.

Miałem wtedy blisko 5 lat. Jechaliśmy z Matką pociągiem całą noc. Oczywiście Matce nie udało się dostać miejsca siedzącego w przedziale. Jechała na buforach między wagonami w pozycji półkucznej, trzymając mnie na kolanie.
Rano dojechaliśmy do Mierzęcina. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do bram zamku. Z dala, w portalu, majaczyła niewielka biała figurka...

Zamek

Powyższe zdjęcie zostało zrobione przy innej okazji i w zimie.

- To Ciocia Stasia - powiedziała Matka - pobiegnij do niej.
Oczywiście nie posłuchałem tylko złapałem się jeszcze mocniej matczynej dłoni. 
Po krótkich powitaniach Ciocia zaprosila nas na śniadanie. Mój zachwyt wzbudziły misterne porcelanowe filiżanki i talerze ze złotym szlaczkiem. Na śniadanie był chleb, wędliny, jajka na miękko, herbata. Obstukałem czubek swojego i zacząłem je obierać.
- Lusi, Lesio nie umie jeść jajek na miękko - powiedziała Ciocia do mojej Mamy.
- Ależ Siniu, on nie ma jeszcze 5 lat.
- Och przepraszam Cię, przecież ja nigdy nie byłam matką.

Wieczorem Mama wyjechała a ja spędzałem całe dni z dziećmi pod opieką sióstr. To były Siostry Samarytanki. Bardzo podobały mi się ich welony. Nad czołem miały szpiczasty daszek - kojarzyły mi się z jakimiś przyjaznymi ptaszkami.

Ciocię widywałem tylko przelotem. Jedynie w niedzielę, po mszy, jadałem śniadania z Ciocią. Lubiłem niedziele. Najpierw msza, wtedy jeszcze odprawiana po łacinie. Siostry pięknie śpiewały, najbardziej podobało mi się Credo: Bóg z Boga, światło ze światłości - Deum de Deo, lumen de lumine - KLIK.
Potem śniadanie. Cieszyłem się na nie mając w pamięci te filiżanki i talerze ze złoconymi brzegami. Dostawałem jajko przezornie ugotowane na twardo. Ciocia nie jadła tylko piła kawę i opowiadała mi legendy o początkach Polski. Lubiłem jej głos, cichy, spokojny a jednak czuło się w nim siłę. Taki sam głos miał jej brat czyli mój wujek - kapitan polskich i brytyjskich statków handlowych. Potrafił takim głosem utrzymać w ryzach załogę podczas rejsów do Murmańska i dzikiego strajku u wybrzeży Australii.

Na wakacje do Samarytanek jeździłem przez kilka lat dopóki Ciocia nie uznała, że tamtejsze towarzystwo nie jest już dla mnie odpowiednie.

Wizyta

Dopiero kilka lat później dowiedziałem się o Jej osobistej tragedii. Oczywiście, w Jej obecnosci ten temat nie był nigdy poruszany. Poza Jej plecami też nie, była uważana za swego rodzaju rodzinną świętość.
Matka czasem wspominała Jej role teatralne - Orcio, Puk, Consuela, ślepa Berta. Bardzo lubiłem słuchać jak Matka deklamowała wiersze. Szczególne wrażenie robił na mnie wiersz o księciu Józefie Poniatowskim: "...Epos kona! 0, gwiazdo! Gwiazdo Polski i Napoleona!.." - Or-Ot - Rommns księcia Józefa - Elstera. Dziżekuje Powsinogo.
Matka miała bardzo silny głos i wyrazistą mimikę.
- Gdy wróciłam z Paryża - wspominała - poznałam Aleksandra Zelwerowicza. - Chwycił mnie za obie dłonie i zawołał:- Dajcie mi ją do teatru! Ale Stasia zasłoniła mnie.
Z łatwością mogłem sobie wyobrazić moją Matkę na scenie w jakiejś dramatycznej roki. Gdy wiele lat później oglądałem w Teatrze Narodowym Matkę Courage w wykonaniu Ireny Eichler doznałem szoku, wydawało mi się, że to moja Matka. Niewiele się myliłem, Irena Eichler rozpoczęła studia pod kierunkiem Aleksanda Zelwerowicza kilka miesięcy po opisanej powyżej scenie.
- A jak było w Paryżu? - pytałem. Matce pochmurniała twarz.
- Komu taki pomysł przyszedł do głowy? Jak moja matka mogła się na to zgodzić? Przecież ja miałam 18 lat. Ja miałam być podporą dla kogoś, kto przeżył taką tragedię? Stasia spędzała całe dni na cmentarzu a ja siedziałam przy niej. Długie godziny w milczeniu. Czasami Stasia zapominała o jedzeniu, to i ja całymi dniami nic nie jadłam.

W ogrodzie

Przez wiele lat kontakt z Ciocią był rzadki i przypadkowy. Dwa razy w roku jeździła na rekolekcje i jeśli było jej po drodze to odwiedzała Kielce. Któregoś roku przywiozła książkę Thomasa Mertona - The Seven Storeys Mountain i poprosiła żebym spróbował przetłumaczyć ją na polski. Oczywiście było to ponad moje siły. Teraz też nie podjąbym się takiego zadania. Po prostu Matka nadmiernie zachwalała moją znajomość angielskiego. Tylko za to mogła mnie pochwalić, angielski był jedynym przedmiotem, z którego miałem dobrą ocenę w szkole.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że Ciocia to nie jest żywy pomnik, ale żywa osoba, nadal bardzo aktywna umysłowo, zainteresowana najnowszymi wydarzeniami. Może miała jakieś oczekiwania związane z moją osobą? Niestety oddalenie uniemożliwiało bliższe kontakty.

Z cytowanej w poprzednich odcinkach książki - Album z rewolwerem - dowiedziałem się jak bliski i intensywny miała kontakt z autorem - Zdzisławem Umińskim, swoim bratankiem. To dla niego robiła kaftanik podczas pobytu w paryskim więzieniu.
Być może istotne były podobne traumatyczne doświadczenia. Zdzisław w wieku niespełna 18 lat uczestniczył w wykonywaniu wyroków na konfidentach Gestapo. 
Zdzisław był pisarzem, według mnie bardzo dobrym. W swojej książce wspomina o poczuciu, że Cioci jego twórczość nie zadawalała, że oczekiwała po nim czegoś wielkiego, na miarę Krasińskiego lub Norwida.

Po przejściu na emeryturę Ciocia zajmowała się indywidualnie trudniejszymi dziećmi i spędzała troche czasu w przyklasztornym ogródku - powyższe zdjęcie z archiwum Władysława Noakowskiego.

Trwałą pamiątką po Niej są dla mnie listy przechowane przez Matkę...

List

Bardzo charakterystyczny list - troska o rodzinę, dbałość o ortografię i lektura dla mnie - do biografii Tomasza Manna zaglądam regularnie, ostatnio podczas pisania blogu o Almie Mahler.

W roku 1976 Ciocia miała wylew, po którym jej stan fizyczny mocno się pogorszył. Dwa listy napisała odręcznie, bardzo odmieniony charakter pisma, następne pisały za nią siostry.

Zmarła w dniu Bożego Narodzenia 1977 roku. Pogrzeb odbył się kilka dni później w zakładzie sióstr Samarytanek w Niegowie niedaleko Wyszkowa.
Oprócz mnie przybył Zdzisław Umiński i dwie siostrzenice Cioci. Nie mogli przybyć bratanek i siostrzeniec, którzy przebywali na stałe za granicą. Tylko tyle nas zostało a przecież Ciocia miała aż dziewięcioro rodzeństwa.

Msza odprawiana była po polsku, ale siostry śpiewały tak jak przed laty - Credo in unum Deum...
Po mszy zgłosiłem się do pomocy przy niesieniu trumny. Siostry przyjęły mnie życzliwie, ale już po chwili okazało się, że niezbyt pasuję do zgranego zespołu.
- Dziękujemy, ale lepiej jak my same poniesiemy, robimy to tak często.
Splotły razem ramiona w siostrzanym uścisku i poszly ze śpiewem na ustach. W bramie zakładu przełożyły trumnę na furkę.
Wiejski cmentarz był po drugiej stronie szosy. Ciocię pochowano w prostym grobie pod drzewami. Od kuzyna, siostrzeńca Cioci, tego który w 1977 roku mieszkał za granicą, dowiedziałem się, że obecnie groby wszystkich zakonnic przeniesiono na teren zakładu...

Grób

Autor zdjęcia - Władysław Noakowski.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

 

          Juliczka

    

     Wiatr ucichł. Może tylko przyczaił się. Nie słyszę deszczu. Doceniam spokój wieczoru.

Oddvar Rakeng

CISZA 

 

Na corocznej wystawie

impresji natury

w gaju oliwnym

nad Morzem Jońskim

demonstrował motyl

ciszę

jednego ospałego przedpołudnia

szukając promieni słońca

prześwitujących poprzez

zielone gałązki orchidei

jak publiczność

w skrawku cienia

kiedy górski strumyk

przemyka się szemrając

między wypolerowanymi kamieniami

aby powtórnie pozbierać się

na następnej półce skalnej

dla utrwalenia

odbicia w tafli wody

*

Z tomu "Paparazzi. Dikt", 2009

tłum. z norweskiego Ewa Jarvoll Nilsen

moje

 

 

 

piątek, 09 stycznia 2015

pharlap Pharlap

W marcu 1936 roku w Domu Zakonnym Samaria w Niegowie opodal Wyszkowa odbyły się śluby wieczyste siostry Benigny, która od prawie 9 lat pracowała w zakonie Samarytanek. Wśród zaproszonych gości, oprócz najbliższej rodziny, znajdowal się znany reżyser Leon Schiller. W ten sposób zakończyło się świeckie życie Stanisławy Umińskiej.

Stanisława Umińska zadebiutowała w 1919 roku, w wieku 18 lat, na scenie Teatru Polskiego w sztuce G.B. Shawa - Major Barbara. Kilka miesięcy później zyskała zainteresowanie krytyków rolą Orcia w Nieboskiej Komedii. 

Drobna, szczupła, do roli Orcia obcięła sobie krótko włosy. Nic dziwnego, że wieloktrotnie powierzano jej chłopięce role: Arlekin w Mandragorze Szymanowskiego, Dionizy w komedii Duhamela, Cherubin w Weselu Figara.
O tej ostatniej roli Kornel Makuszyński pisał:
"Rola ta, niesamowicie trudna, zachwycająca równocześnie, wymaga koniecznie doskonałej sprawności aktorskiej w połączeniu z dziecinnym, niefałszowanym wdziękiem, co bardzo rzadko chodzi w parze. Połączenie to […] ma panna Umińska; brak frywolnej lekkości, która każdego urwisa czyni ogromnie sympatycznym, nadrobiła dziwną swoją urodą, która przybrana w świetny kostium wywierała to wrażenie z lekka i miło niepokojące, jakie ma budzić ten pączek, jeszcze nierozkwitły, nawet w większym stopniu, niż to było trzeba". 

I znowu chłopcy - nieznośny Nono w farsie Luigiego Pirandella Człowiek, zwierzę i cnota,
Puk w Śnie nocy letniej.
"Była w tej roli „wcieleniem wyśnionego przez poetę ducha lasu”, poświadczał Jan Parandowski.„Dała Puka pełnego swawoli, humoru, beztroski, a podała to z taką zwinnością, finezją i urokiem, a przede wszystkim szczerością, że grą swoją ożywiała ten fantastyczny las zaczarowany”, pisał Breiter. „Cudowny Puk Umińskiej” – jeszcze dziesięć lat później pamiętał Boy-Żeleński. „Był perłą wieczoru” – zachwycał się Rabski". Źródła (2)

Julian Tuwim napisał dla niej tekst kabaretowy- Mała Gigolette.

Dramatyczny wymiar swojego talentu zademonstrowała w roli Consueli w sztuce Leonida Andrejewa - Ten, którego biją po twarzy.
"Jan Lechoń, tłumacz sztuki, w swoim Dzienniku w 1956 roku przypomniał ten spektakl: „Cóż mówić o Stasi Umińskiej – westchnął – jedynej Consuelli na świecie”" - Źródła (2). 

W ciągu niespełna pięciu lat kariery aktorskiej Stanisława Umińska wystąpiła w ponad 20 sztukach i w jednym filmie. Uważana była za czołową aktorkę młodego pokolenia.

W 1923 roku również jej życie osobiste nabrało kolorów. Poznała wtedy Jana Żyznowskiego - pisarza, krytyka, malarza.

"Jak niosła wieść rozplotkowanej warszawskiej bohemy, pokochali się od pierwszej kolacji, jaką wydał na cześć aktorki Teatr Mały. Ona upajała się właśnie pierwszym smakiem artystycznej kariery. On - sukcesami czytelniczymi swojej prozy - "Krwawego strzępu" i "Kamieni ugornych". On skończył właśnie 34 lata, miał za sobą traumę pierwszej wojny światowej, w czasie której walczył w szeregach armii francuskiej, dwa zawody miłosne i ból po śmierci serdecznego przyjaciela, towarzysza broni, pisarza Eugeniusza Małaczewskiego. Ona nie miała jeszcze 22 lat i dopiero wyrywała się z bezpiecznego kokonu rodzicielskiej opieki.
W mieszczańskiej Warszawie wydawało się to być skandalem samym w sobie.(....) Ogrom ich uczucia musiał robić spore wrażenie na współczesnych, nikt bowiem nie odważył się, co było nagminne, umieścić wzmianki o najpopularniejszej parze stolicy w żadnej z kronik towarzyskich. Zdawało się, że los zetknął tych dwoje, by pokazać umęczonej wojnami Warszawie piękno miłości". Źródła (5)

Pod koniec 1923 roku u Żyznowskiego wykryto raka wątroby, warszawscy lekarze byli bezradni. Żyznowski udal sie do Paryża, do kliniki doktora Roussy, który leczył raka promieniami radioaktywnymi.

Umińska podążyła za nim. Przed wyjazdem wystąpiła jeszcze w roli ślepej Berty w Świerszczu za kominem. 
"Ślepe ruchy rąk, – analizował Stanisław Pieńkowski – a szczególnie ruchy szczęk i warg, tak znamienne dla ociemniałych, były w wykonaniu artystki wzorowym studium kunsztu aktorskiego. Przy tym całą postać prześwietlała aktorka duszą od wewnątrz – głosem, pozą i ruchem, a w technice patrzenia ślepymi oczami nie załamała się ani na chwilę. Tragiczność roli Berty – pisał Adam Zagórski – uzyskała nie przez jednostajny lament, ale właśnie doskonale podkreśliła go przez uśmiech, przez promienność tej pokrzywdzonej przez los istoty, dla której kalectwo nie jest powodem do przekleństw, a przeciwnie powodem do ofiary serca" - Źródła (2).

Kuracja w Paryzu nie przyniosła oczekiwanych efektów, choroba rozwijała się. Radioaktywne naświetlania spowodowały wypalenie otwartych ran i powiększyły cierpienia. Jedyną ulgą byla morfina.
Stanisława czuwała przy chorym dzień i noc, robiła mu zastrzyki, dwukrotnie oddała krew do transfuzji.
W chwilach przytomności Żyznowski dyktowal jej swoją ostatnią powieść Z podglebia, która mocno przypominała ich losy. Bohater książki popełnia samobójstwo, ale przedtem stwierdza: "... miłość do zboczenia – wszystko to ją wywlokło w chorobę świętości".

Żyznowski poprosił swoją żonę (w Paryżu wzięli cichy ślub) o skrócenie cierpień. Poinstruowal ją jak posługiwać się rewolwerem browning.

Stanisława: Czy dla niego nie ma już ratunku?
Doktor Roussy (posępnie): Jest.
Stanisława (z odrobiną nadziei): Jaki to ratunek?
Doktor Roussy: Jedyny jaki mu jeszcze pozostał.
Stanisława: Na miłość boską...
Doktor Roussy: Tym ratunkiem jest śmierć. Wtedy przestanie cierpieć.
...
Stanisława:... czy choremu można w większym niż dotychczas stopniu ulżyć. Mam na myśli bóle.
Doktor Roussy: To właściwie przekracza nasze możliwości. Otrzymuje zastrzyki i to jest wszystko.
Stanisława: Chyba więc już wrócę do niego.
Doktor Roussy: Oczywiście, a może pani ma jakieś specjalne życzenia?
Stanisława: Jakie na przykład panie doktorze?
Doktor Roussy: Rozumiem. Przykro mi bardzo, ale będę musiał panią pożegnać.

Zdzisław Umiński - Album z rewolwerem.

Nad ranem 15 lipca 1924 roku Stanisława zabiła swego ukochanego strzałem w głowę.

Następne kilka miesięcy spędziła w paryskim więzieniu. Skracała sobie czas robiąc na drutach kaftanik dla właśnie narodzonego bratanka Zdzisława.

Proces rozpoczął się na początku lutego 1925 roku...

Proces

Ława przysięgłych potrzebowala zaledwie 5 minut by wydać wyrok uniewinniający. Aktorka przyjęła wyrok zupełnie obojętnie.
Pozostala w Paryżu jeszcze kilka miesięcy, towarzyszyła jej młodsza siostra Lucyna. Duchowym wsparciem służył ksiądz Augustyn Jakubisiak.

Po powrocie do Polski próbowała wrócić na scenę. 
"W październiku 1926 zaczęła próby w Teatrze Małym w sztuce Paula Raynala Pod Łukiem Triumfalnym w reżyserii Węgierki. „Lecz prasa – wspominał Janusz Warnecki – rozpętała ohydną wrzawę brutalnie przypominając tragedię aktorki. Umińska załamała się ponownie i ustąpiła ze sceny, z wielką, niepowetowaną stratą dla sztuki”. Najpewniej nie potrafiłaby grać ze świadomością, że w każdej roli towarzyszy jej sensacyjne zainteresowanie widowni". - Źródła (2)

17 marca 1927 roku Stanisława Umińska wstąpiła do Stowarzyszenia Sióstr Samarytanek, którego ideą była troska o osoby najbardziej upośledzone.

"Umińska przyjęła imię zakonne Benigna i podjęła najpierw pracę w szpitalach skórno-wenerycznych św. Józefa w Lublinie i św. Łazarza w Warszawie. Potem skierowano ją do zakładów dla dzieci upośledzonych umysłowo." - Źródła (2) .

"Była zawsze zadumana, poważna, bardzo rzadko uśmiech zjawiał się na jej twarzy.– wspominała Cecylia Młodawska, kierowniczka zakładu specjalnego dla chłopcóww Karolinie – Była nadzwyczaj uczynna, niezmiernie dobra dla wszystkich, pełna głębokiego uczucia, wyrozumiałości, poświęcenia, a pokorą, nie uniżonością, przewyższała stokroć wszystkie siostry. Ogólnie bardzo kochana, a dzieci przepadały za nią; pisała im różne wierszyki, opowiadała bajeczki, prowadziła urozmaicone zabawy, zajęcia. Dzieci nazywały ją „aniołem”. W zakonie pełniła różne funkcje. […] był to człowiek nieprzeciętny o nadzwyczajnym charakterze". Źródła (2) .

Dokończenie za kilka dni.

Źródła:
1. Siostra współczucia - Palestra 7-8/2004 - KLIK.
2. Prof. Lidia Kuchtówna - Portrety teatralne - Stanisława Umińska 
3. Marta Grzywacz - Miłość i eutanazja - gazeta.pl - KLIK - artykuł opublikowany w 90 rocznicę tragedii w paryskim szpitalu.
4. Zdzisław Umiński - Album z rewolwerem - Czytelnik.
5. Jak mnie kochasz to mnie zabij - KLIK 

środa, 07 stycznia 2015

 

          Juliczka

 

     Zgubiłam dzień między niedzielą a kolejnym Świętem, i poniedziałek, i wiersz na poniedziałek. Minęło tyle wolnych od pracy dni, że trudno się połapać.

Nowe dni tygodnia według Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:

Poniedziałek - obłędnik

Wtorek - niechętnik

Środa - nerwownik

Czwartek - ewentualnik

Piątek - sceptycznik

Sobota - zalajnik

Niedziela - skandalnik

     Już 3 grudnia, w nerwownik, przemiła pani recepcjonistka w gabinecie stomatologicznym przemówiła do mnie: " Umówię panią jak najszybciej na wizytę, tak, aby do siedemnastego zakończyć leczenie, bo rozumie pani, są Święta". Tu zamknięte, tu nieczynne, dużo Świąt. Bogaty kraj.

marekraczkowski

                          rys. Gazeta. Marek Raczkowski. 

Jan Brzechwa Tydzień

Tydzień dzieci miał siedmioro:

"Niech się tutaj wszystkie zbiorą".

Ale przecież nie tak łatwo

Radzić sobie z liczną dziatwą:

Poniedziałek już od wtorku

Poszukuje kota w worku,

Wtorek środę wziął pod brodę:

"Chodźmy sitkiem czerpać wodę",

Czwartek w górze igłą grzebie

I zaszywa dziury w niebie.

Chcieli pracę skończyć w piątek,

A to ledwie był początek.

Zamyśliła się sobota:

"Toż dopiero jest robota!".

Poszli razem do niedzieli,

Tam porządnie odpoczęli.

Tydzień drapie się w przedziałek:

"No a gdzie jest poniedziałek?"

Poniedziałek już wtorku...

     Od jutra, z założenia, wraca codzienność. Czas zdjąć z szyi serpentyny, otrząsnąć się z konfetti, wyczesać brokat z włosów. Móc pójść, załatwić, zamknąć sprawy, zająć się nowymi.

moje

                     fot. Joanna Kraśnicka 

05:59, julitczka
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 stycznia 2015

pharlap  Pharlap

 

"Jest styczeń 1943 roku. Grupa warszawskich artystów marznie na stacji Most koło mostu Kierbedzia (dziś: Śląsko-Dąbrowski), czekając na kolejkę do Jabłonny. Są wszyscy – Kreczmarowie i Wyrzykowscy, Wierciński, Lutosławski, Panufnik, Andrzejewski i Miłosz. I grupka młodzieży z tajnego Instytutu Sztuki Teatralnej. Jedziemy do Henrykowa, gdzie Leon Schiller wystawił „Pastorałkę” z zespołem upadłych dziewcząt, złodziejek, morderczyń, prostytutek." - Andrzej Łapicki.

Zakład dla upadłych dziewcząt w Henrykowie - poniżej zdjęcie budynku sprzed kilku lat...

Henryków

To była ciekawa instytucja. Jej początków należy szukać w szpitalu św Łazarza w Warszawie założonym w XVI wieku przez Piotra Skargę. Początkowo było to schronisko dla ubogich i trędowatych. Pod koniec XVIII wieku zamieniono je na szpital specjalizujący się w leczeniu chorób skórnych i wenerycznych. W latach 20. XX wieku trafiały tam prostytutki schwytane przez policję i straż miejską. Były poddawane obowiązkowym badaniom i w razie potrzeby, przymusowej, długotrwałej kuracji.

Do tego szpitala zgłosiła się do ochotniczej pracy szarytka - Jadwiga Jaroszewska, która przybrała zakonne imię - siostra Wincenta. Jej wizja pomocy ludziom wybiegała poza szpitalne mury. Leczenie chorób wenerycznych to był tylko czubek góry lodowej.
Po pierwsze w szpitalu, w jednej sali, przebywały osoby całkiem zdemoralizowane i młode dziewczęta, które trafiły na ulicę w wyniku lekkomyśnosci, szantażu, przymusu.
Po drugie w szpitalu, na tym samym oddziale co dorosłych, leczono dzieci obciążone dziedziczną chorobą weneryczną.
Po trzecie - wyleczone prostytutki, zaopatrzone w czarną książeczkę, nie miały innej szansy na przeżycie jak tylko powrót na ulicę.

Jadwiga Jaroszewska założyła nową rodzine zakonną, która przyjęła nazwę sióstr Samarytanek ( oficjalnie uznane przez Watykan w 1933r ) i już jako Matka Wincenta doprowadziła do przeniesienia dzieci do osobnego oddziału. W 1927 r rada miejska zaproponowała Matce Wincencie przejęcie zakładu w Henrykowie. W zakładzie kontynuowano leczenie chorych dziewcząt i jednocześnie prowadzono proces resocjalizacji, przyuczano do praktycznych zawodów, wdrażano do pracy. Ponad 50% dziewcząt wracało do normalnego życia.

W 1937 r. Matka Wincenta zmarła. W tym czasie Stowarzyszenie prowadziło kilka ośrodków, niektóre z nich zajmowały się opieką nad chorymi i upośledzonymi dziećmi. Kierownictwo nad zakładem w Henrykowie przejęła Matka Benigna - Matka Łagodna.

Nadeszła wojna. Do zakładu w Henrykowie zaczęły się zgłaszać osoby potrzebujące pomocy. Najpierw uciekinierzy z bombardowanej Warszawy, potem ukrywali się tu członkowie ruchu oporu i Żydzi.
Znajdowal się tam również, założony bez wiedzy sióstr, skład broni i amunicji AK.

W 1942 r trafił do zakładu słynny reżyser teatralny - Leon Schiller.
Leon Schiller - pełne nazwisko to Leon Schiller de Schildenfeld. Ten przyrostek otrzymała jego rodzina podczas nobilitacji przez cesarzową Marię Teresę.
Piosenkarz, muzyk, aktor, reżyser, pisarz, działacz kulturalny - prawdziwie renesansowa postać. Gorąco zachęcam do przeczytania atrykułu o jego działalności - link podany w Źródłach.
Podczas okupacji Leon Schiller nie czuł zagrożenia ze strony Niemców, uważał, że chroni go austriacki tytuł szlachecki. Nie uchronił. W marcu 1941 roku Armia Krajowa wykonała wyrok na Igo Symie - popularnym warszawskim aktorze kabaretowym, współpracowniku Gestapo - KLIK. Po zamachu Niemcy przeprowadzili serię aresztowań w warszawskim środowisku teatralnym. Aresztowali również Schillera i zesłali go do Oświęcimia. Stamtąd wykupiła go siostra.

Matka Benigna szukała różnych sposobów, aby zmienić i wzbogacić życie duchowe swoich podopiecznych. Jednym z nich był teatr. Bardzo oczywistym wyborem były jasełka. A czyż mógł być ktoś bardziej powołany do stworzenia takiego przedstawienia niż Leon Schiller propagujący mickiewiczowską wizję teatru monumentalnego - KLIK ?

Matka Benigna nawiązała z nim kontakt. Na swój list otrzymała taką odpowiedź:
"Wielce Szanowna i Czcigodna Siostro!
Pozwalam sobie przesłać egzemplarz 'Pastorałki', jedyny, jaki po spaleniu całego nakładu, ocalał, dlatego z przykrością, po ewentualnym zużytkowaniu go, będę musiał prosić o łaskawy zwrot.
Tekst niniejszego misterium ludowego (...) został ułożony 'na wyrost', można go dowolnie skracać i nawet w tym duchu utrzymywanym wbogacać. (...)
W egzemplarzu zaznaczyłem zielonym i czarnym ołówkiem kwestie i śpiewy mogace wejść w skład skróconego widowiska, którego plan podaję na osobnej karteczce.(...)
Łączę wyrazy głębokiego szacunku i czci głębokiej. Leon Schiller
" - Zdzisław Umiński - Album z rewolwerem.

Zdzisław Umiński - przebywający w Henrykowie członek AK - wspomina:
"Po przybycu Leona Schillera przez miesiąc trwały przygotowania do wystawienia sztuki. Wielki reżyser zjawiał się dwu lub trzykrotnie w ciągu tygodnia, w końcu, na prośbę Przełożonej, został na stałe. (...)
Pensjonariuszki podzieliły się na dwa obozy (te, które chciały wystąpić i te, które nie chciały -przypisek mój). Tylko Teresa, dziecko prawie szesnastoletnie, bardzo grzeczna i na pozór skromna, chodziła ze spuszcona głową powtarzając cichym głosem: 'Dziwka jestem, biedna, nieszczęśliwa dziwka'. (...) W połowie grudnia Przełożona wezwał ją do siebie proponując, żeby odegrała rolę jednego z aniołów. Zgodziła się i jakby odzyskała wiarę w siebie.
- Będę aniołem - mówiła prawie każdemu, kogo tylko napotkała. Ale podczas prób załamała się, stanęła na proscenium i nagle oznajmiła głosem wypełnionym po brzegi smutkiem:
- Nie, nie jestem aniołem, jestem kurwą - i zaczęła się histerycznie śmiać.
Pan Leon zrobił gest pełen rozpaczy, odszedł do niej i usiłował uspokoić, ale dziewczyna zawołała:
- Nie, niech pan mnie zostawi, wy wszyscy jesteście tacy sami.
" - Album z rewolwerem.

Po przestawieniu Andrzej Łapicki wspominał: "Przedstawienie było niezwykłe. Matka Boska – prostytutka z ogoloną głową – przejmująco odśpiewała „Pomaluśku Józefie”. Józef – dziewczyna o twarzy morderczyni – była troskliwą opiekunką Maryi. Niezwykłe wrażenie. Przejęcie i czystość tych dziewcząt udzieliły się widowni. Jedno z najpiękniejszych wzruszeń teatralnych, jakie przeżyłem. .."

Czesław Miłosz pisał: "Matka Boska ubrana na niebiesko, nieduża, prawie dziecinna, szczupła, jasnowłosa. Uczestniczyłem w misterium, równocześnie odsłaniającym esencję teatru. Tą esencją jest chyba ludzka możność bycia kimś innym, co, jeżeli się zastanowić znaczy, że każdy człowiek jest domem wielu osobowości przebywających w nim potencjalnie, nigdy nie zrealizowanych, bo jedna tylko z nich występuje na zewnątrz i dostarcza przyjętej przez innych maski. "

Jeszcze raz Czesław Miłosz - „I wtedy przychodzi to nagłe uświadomienie sobie, że przecież teatr sakralny polega właśnie na transformacji dokonującej się przed naszymi oczami, że dziewczyna gra tylko samą siebie, prawdziwszą od tej, co włóczyła się z niemieckimi żołnierzami, że jest, wstępując w wyższy wymiar, tylko sobie przywrócona”.

Po przedstawienu Leon Schiller spytał Zdzisława Umińskiego jaka jest jego opinia:
"... interesuje mnie co sądzi o tym niefachowiec.
- Dziewczyny grały jakoś tak, jakby grały dla całego świata. I dla nas, i nawet dla Niemców, którzy...
Schiller przystanął, odwrócił się i pocałował mnie w policzek
- Powiedziałeś prawdę, mój drogi parobczaku - po chwili powtórzył jeszcze raz - Tak, właśnie tak było. Jakby całemu światu i Niemcom. I Niemcom także!
" - Album z rewolwerem.

Goście wracają do Warszawy.
"Żegnamy się z siostrą Benigną. Bije od niej spokój i dobroć. A przecież to kobieta, która zabiła. Zabiła we śnie wielką miłość swojego życia." -  Andrzej Łapicki.

Ciąg dalszy za kilka dni...

Źródła:
Teatr-Pismo - wspomnienie A. Łapickiego - KLIK.
TVN24 - Co ma Miłosz do Białołęki - KLIK.
Dzielnica Białołęka - Historia domu Sióstr Benedyktynek w Henrykowie - KLIK.
Leon Schiller - Życie i twórczość - KLIK. Polecam koniecznie!!!
Zdzisław Umiński - Album z rewolwerem - Czytelnik - 1984.

Tagi