Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 27 stycznia 2014

   Kattinka

Pod hasłem „Wiersze dla dzieci” znalazłam wiersz o cytrynie

Tomasz Orzechowski, ODA DO CYTRYNY

Gdy mówię cytryna                          
czuję zapach gorącej herbaty
Gdy zamieć i śnieg na dworze
czuję zapach ciasta
na Boże Narodzenie
Zmysły drażni
widok cytrynowego gaju
Odgłosy straganiarzy
sprzedających cytrusy
na paryskich bazarach
Upalne lato i plaża
oraz ciepła lemoniada
ze słomką w środku
Szaleństwo romantycznych drinków
w noc sylwestrową
ze skórką drażniącą nozdrza

Ten wiersz jest tylko z pozoru prosty. Dla nas, dorosłych, może oczywisty, ale – dla dzieci? Próbuję sobie wyobrazić dziecko, mówiące na głos: gaj cytrynowy, straganiarz i paryski bazar, romantyczny drink… Za to nie sprawia mi wysiłku wyobrażenie sobie dziecka, trzymającego cytrynę w ręku: skórka jest lśniąca i jędrna, tak zabawnie nierówna, pełna dołków i wypukłości. Dziecko lubi kolor, dotyk skórki, a teraz przysuwa nos, wciąga w nozdrza intensywny aromat. Przymyka oczy, chcąc go zapamiętać, by odtąd zawsze i wszędzie, czując ten zapach, powiedzieć: to jest cytryna.

A żeby cytrynowy poniedziałek wniósł do Altany nieco wiosennej energii, oto wiersz wielkiego chilijskiego mistrza słowa:

Pablo Neruda, A Lemon

Out of lemon flowers
loosed
on the moonlight, love's
lashed and insatiable
essences,
sodden with fragrance,
the lemon tree's yellow
emerges,
the lemons
move down
from the tree's planetarium

Delicate merchandise!
The harbors are big with it -
bazaars
for the light and the
barbarous gold.
We open
the halves
of a miracle,
and a clotting of acids
brims
into the starry
divisions:
creation's
original juices,
irreducible, changeless,
alive:
so the freshness lives on
in a lemon,
in the sweet-smelling house of the rind,
the proportions, arcane and acerb.

Cutting the lemon
the knife
leaves a little cathedral:
alcoves unguessed by the eye
that open acidulous glass
to the light; topazes
riding the droplets,
altars,
aromatic facades.

So, while the hand
holds the cut of the lemon,
half a world
on a trencher,
the gold of the universe
wells
to your touch:
a cup yellow
with miracles,
a breast and a nipple
perfuming the earth;
a flashing made fruitage,
the diminutive fire of a planet.

Jaki piękny i… jakże trudny jest ten wiersz! Starzy bywalcy wiedzą doskonale, co ich teraz czeka: tak, tak, może poszukamy tłumaczeń albo – SPRÓBUJEMY GO WSPÓLNIE PRZETŁUMACZYĆ?

Z Wiki: Pablo Neruda, właściwie Ricardo Eliecer Neftalí Reyes Besualto (ur. 12 lipca 1904 w Parral w Chile, zm. 23 września 1973 w Santiago) – poeta chilijski, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie literatury za rok 1971. Pseudonimu Pablo Neruda użył po raz pierwszy w 1920, kiedy to podpisał nim swoje debiutanckie wiersze, opublikowane w czasopiśmie „Selva Austral”; później pseudonim zalegalizował. Imię Pablo przyjął prawdopodobnie po francuskim poecie Paulu Verlaine'ie, a nazwisko po czeskim poecie i prozaiku Janie Nerudzie.

 

PS. Żono Oburzona, może w któryś z kolejnych poniedziałków opowiedziałabyś nam o prawzorze – czeskim Janie Nerudzie?

niedziela, 26 stycznia 2014

Wlosz.czy.zna

zdjecie zrobione 25 stycznia 2014 roku z mojego balkonu we Florencji

jak na mimoze to naprawde bardzo wczesnie!

 Kattinka

Zawsze gdy czytam o jedzeniu, myślę o Was i naszym  wspólnym gotowaniu i biesiadowaniu w Altanie.

Dziś podobnie: natknęłam się na tak cudny przepis, że natychmiast pomyślałam o Was. 

Pluszki czyli rosyjskie bułeczki

Składniki na 16 bułeczek:

325 ml letniego mleka
50 g roztopionego masła
1,5 łyżeczki majonezu
500 g mąki pszennej
50 g cukru
pół łyżeczki soli
2 i 1/4 łyżeczki suchych drożdży (9 g) lub 18 g drożdży świeżych

Wszystkie składniki ciasta włożyć do maszyny do chleba w podanej kolejności, nastawić program 'dough' i poczekać, aż ciasto podwoi objętość (ciasto można oczywiście zagniatać ręcznie - drożdże wymieszać z mąką, dodać pozostałe składniki, wyrabiać przez kilka minut, aż ciasto będzie gładkie i sprężyste, w przypadku drożdży świeżych zrobić najpierw rozczyn). Po tym czasie wyjąć je na oprószony mąką blat, podzielić na 16 części, z każdej uformować kuleczkę. Odstawić na 5 - 10 minut przykryte wilgotną ściereczką.
Każdą kuleczkę rozwałkować na placuszek, który posmarować nadzieniem.

Nadzienie makowe:
roztopione masło
cukier
mak (suchy)
Rozwałkowany placuszek smarujemy roztopionym masłem, posypujemy cukrem, a następnie makiem.

lub nadzienie serowe:
400 g zmielonego twarożku
pół szklanki cukru pudru
1 łyżka cukru waniliowego
1 żółtko
4 łyżki miękkiego masła
Wszystkie składniki rozetrzeć na gładką masę.

lub nadzienie orzechowe:
200 g zmielonych orzechów laskowych
75 g cukru
3 łyżki słodkiej śmietanki
100 g dżemu morelowego lub brzoskwiniowego
1 łyżka rumu lub aromat rumowy
Wszystkie składniki wymieszać.
Posmarowany nadzieniem placuszek zwinąć w rulonik. Każdy rulonik naciąć wzdłuż zostawiając nieprzecięte około 1/4 długości z każdego końca. Końce zawinąć pod spód i włożyć do środka przez powstałe nacięcie.

 

 

 

 

 

Gotowe bułeczki kłaść na blaszce oprószonej mąką, pozostawić do napuszenia na 15 - 20 minut.
Spryskać piekarnik wodą, piec około 20 - 25 minut w temperaturze 190ºC.

 

Cudeńko, nie uważacie? Przepis i zdjęcia znalazłam TU i zapraszam do zrobienia ich i przysłania zdjęć własnych! 

 

 Kanadyjka

Przepis wyglądał tak zachęcająco, że natychmiast go wykorzystałam. Zrobiłam bułeczki z serem, z dżemem, z makiem i z cynamonem. Wyszły pyszne, a mój mąż kazał je schować do szafki, żeby zbyt nie kusiły. A tak wyglądały wyjęte z pieca:

 

piątek, 24 stycznia 2014

 Wlosz.czy.zna

Jako ta mieszkająca w kraju słynącego z dobrej kawy, podjęłam się napisać wstęp do naszego dzisiejszego wpisu; robię to również dlatego,  że dawno, dawno temu montowałam film dokumentalny o kawie i jej produkcji.
Oczywiście wszyscy wiemy, że kawa to napój przyrządzany z palonych i mielonych pestek kawowca.

Kawowce to małe drzewka, pochodzą oryginalnie z Etiopii, gdzie, jak nas informuje Ciocia Wiki, znane były już w I tysiącleciu p.n.e., nie uprawiano ich, poprostu zbierano dziko rosnące czerwone  „kuleczki” i owocki były jedzone gotowane z dodatkiem masła i soli, czyli kawa była używana jako jarzyna, a nie napój; w Europie pojawiły się dopiero w XVI wieku już jako napój.

Historie kawy i powstających kawiarni w Europie można sobie przeczytać tu

Uprawa kawy wymaga odpowiednich warunków klimatycznych, bo musi być dostatecznie ciepło, ale i wilgotno; klimaty subtropikalne i równikowe to ideał dla plantacji kawowych.

Potentatem kawowym jest oczywiście Brazylia, ale i Wietnam, Kolumbia i Indonezja to miejsca, gdzie uprawa kawowców jest bardzo rozpowszechniona.
Ciekawa jest również historia picia kawy w Polsce, można ją przeczytać tu

Podczas II wojny światowej brak kawy zastępowano palonymi na płycie kuchennej żołędziami. Niedobory kawy nie zniknęły w okresie PRL-u, stając się ważnym problemem społecznym. Dopiero w 1964 r. udało się przekroczyć wysokość jej przedwojennego importu. Kawa stała się niezbędnym elementem życia biurowego, szczególnie po wprowadzeniu w latach 60. w Warszawie przepisu o rozpoczynaniu pracy o godzinie szóstej. W efekcie używka zaczęła stanowić jeden z najpowszechniejszych rodzajów łapówek. Importowane ziarna bezskutecznie próbowano zastąpić kawą zbożową rodzimej produkcji („Inka”). Spadkiem po PRL-u stał się między innymi zwyczaj podawania kawy w szklankach, a nie filiżankach. Obecnie, zwłaszcza wśród młodego pokolenia upowszechnił się zwyczaj picia kawy z ceramicznych kubków (taką ciekawostkę pisze Ciocia Wiki).

Rodzajów kawy jest bardzo dużo, zależy od jej mieszanki i stopnia palenia. Smak kawy zależy również od wody używanej do parzenia; nie uwierzycie, ale ta sama kawa zaparzona we Florencji i w Neapolu ma zupełnie inny smak. We Włoszech pije się bardzo dobrą kawę, tak w kawiarniach (a raczej barach), gdzie kawa jest parzona w ekspresach pod ciśnieniem, jak i w domach, gdzie używa się maszynek do kawy typu Moka albo Napoletana.

W Neapolu parzenie kawy to cały rytuał, bo, jak widzicie, maszynka jest trochę dziwna; w takiej pozycji, jak na zdjęciu, stawia się maszynkę na ogniu i doprowadza wodę do wrzenia, następnie odwraca się ją do góry nogami i dopiero wtedy wrząca woda przepływa przez mieloną kawę i ją parzy.

 Kattinka

A teraz jeszcze kilka słów o kawie, ale nie do picia, tylko…

Coffee Toffee

Ingrediencje:
227 g masła
110 g brązowego cukru
100 g cukru
1 1/2 łyżeczki melasy (jeśli uda się ją zdobyć, a jak nie, to możemy użyć płynnego miodu)
szczypta soli morskiej
60 ml espresso, ze świeżego parzenia
170 g ciemnej czekolady 
40 g orzechów laskowych 

1. Wykładamy pergaminem płaską foremkę do pieczenia (coffee- toffee zajmie powierzchnię ok. 20x30 cm)

2. Topimy w rondlu masło, wymieszane z dwoma rodzajami cukru, melasą, solą i kawą. Gotujemy na małym ogniu, od czasu do czasu mieszając (lepiej jednak mieć tę mieszankę na oku!). Gdy zgęstnieje i będzie już puszczać pęcherzyki jak lawa w wulkanie, wylewamy na pergamin, wygładzamy szpatułką. Uwaga, nie warto się przy tej czynności poparzyć, bo to psuje przyjemność, dlatego lepiej zachować ostrożność. W oryginalnym przepisie podana jest temperatura, do jakiej powinna dojść ta mieszanina na tym etapie: 300°F = ok. 150°C. 

3. Pozwalamy masie chwilę przestygnąć, a następnie posypujemy coffee-toffee drobno usiekaną czekoladą (możemy użyć chipsów czekoladowych, ale smak mógłby nas nie zadowolić, tak jak smak prawdziwej dobrej gorzkiej czekolady). Gdy czekolada lekko chwyci temperaturę, wyrównujemy powierzchnię szpatułką. 

4. Na koniec posypujemy nasz przysmak drobno posiekanymi orzechami laskowymi. Kto woli smak prażonych orzechów (jestem za!), niech je najpierw lekko upraży w piekarniku, następnie otrze łupinki w ściereczce, a dopiero potem przystąpi do siekania. 

5. Nasze Coffee-Toffee jest gotowe. Odstawiamy je do schłodzenia i czekamy cierpliwie, aż stwardnieje. Dopiero wtedy łamiemy na kawałki i chowamy do puszki ze szczelną pokrywką.
Przepis (i foto – zajrzyjcie, a zobaczycie, jak smakowicie wygląda) pochodzi stąd

 

09:00, kanadyjka82
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 20 stycznia 2014

    Kattinka

Z niektórymi artystami tak jest, że im starsi, tym lepsi. Bardziej dojrzali życiowo i artystycznie, stają się – dla nas – ciekawsi, mądrzej przemawiają, głębiej dotykają. Jak Cohen, Dylan, Sting, Cash… Jak Reggiani, Leo Ferré.

Jak – Henri Salvador.

Mogę go słuchać zawsze: na dzień dobry i na dobranoc, latem i w długie jesienne wieczory, a zwłaszcza – zimą.

 

Henri Salvador, Jardin D'hiver

 

Je voudrais du soleil vert

Des dentelles et des théières

Des photos de bord de mer

Dans mon jardin d'hiver

 

Je voudrais de la lumière

Comme en Nouvelle Angleterre

Je veux changer d'atmosphère

Dans mon jardin d'hiver

 

Ta robe à fleur

Sous la pluie de novembre

Mes mains qui courent

Je n'en peux plus de l'attendre

Les années passent

Qu'il est loin l'âge tendre

Nul ne peut nous entendre

 

Je voudrais du Fred Astaire

Revoir un Latécoère

Je voudrais toujours te plaire

Dans mon jardin d'hiver

 

Je veux déjeuner par terre

Comme au long des golfes clairs

T'embrasser les yeux ouverts

Dans mon jardin d'hiver

 

Ta robe à fleur

Sous la pluie de novembre

Mes mains qui courent

Je n'en peux plus de l'attendre

Les années passent

Qu'il est loin l'âge tendre

Nul ne peut nous entendre

 

http://www.youtube.com/watch?v=gFkUVik35U8

 

Tłumaczenie znajdziemy na stronie: http://www.tekstowo.pl/piosenka,stacey_kent,jardin_d_hiver.html

 

Henri Salvador, Zimowy ogród

 

Chciałabym zielone słońce

Koronki i imbryczki

Zdjęcia z brzegu morza

W moim zimowym ogrodzie

Chciałabym światła

jak w nowej Anglii

Chcę zmienić atmosferę

w moim zimowym ogrodzie

Moja sukienka w kwiatki

podczas listopadowego deszczu

Twoje ręce, "które biegają"

nie mogę więcej na ciebie czekać

Lata mijają, które są daleko

do "łagodnego" wieku

Nic na nas nie czeka

Chciałabym Freda Astera*

Przypomnieć sobie (ponownie zobaczyć) Latécoère

Chciałabym zawsze ci się podobać

W moim zimowym ogrodzie

Chcę jeść śniadanie na ziemi

Jak na długich "jasnych" zatokach

Obejmować ciebie z otwartymi oczami

W moim zimowym ogrodzie

Moja sukienka w kwiatki podczas listopadowego deszczu

Twoje ręce, "które biegają" nie mogę więcej na ciebie czekać

Lata mijają, które są daleko do "łagodnego" wieku

Nic na nas nie czeka

 

U dołu strony czytamy: NIEKTÓRE ZDANIA BRZMIĄ DZIWNIE, BO NIE DA SIĘ IDEALNIE PRZETŁUMACZYĆ, JEŚLI CHCE SIĘ ZACHOWAĆ SENS PIOSENKI.

 

Czyż to nie piękne wyzwanie dla Altanek i Altanowiczów na zimowy poniedziałek?

14:52, kanadyjka82
Link Komentarze (5) »
sobota, 18 stycznia 2014

   Juliczka  

Czas mija

czas wywija

czas sprzyja - nie sprzyja

czas mi zmienia wyraz ryja

~Sławomir Mrożek, Dziennik tom3 1980-1989.

Dostałam krem pod choinkę, z mocą magii odbuduje, wymodeluje, odmłodzi, rozświetli, nawilży, upiększy, ochroni, wygładzi, doda energii, blasku i nieodpartego uroku, odżywi, napnie mi twarz w stały uśmiech. Stosownie do wieku. W którym są i moje oczy, z trudem rozszyfrowujące małe literki, jakich użyto do podania składu specyfiku. Nie dowiem się, które ze składników preparatu są substancjami biologicznie czynnymi, jakie zastosowano barwniki, aromaty i konserwanty.

moja własność...

...

Mamy możliwość jadania w restauracjach i barach, spożywania gotowych produktów przemysłu spożywczego. Na co dzień gotujemy jednak w domu. Dbamy w ten sposób o siebie, rodzinę, przyjaciół, nasze potrawy są bowiem świeże, zdrowe, pozbawione środków konserwujących.

W tym samym czasie na skórę twarzy i ciała bezkrytycznie nakładamy kremy, lotiony, balsamy kierując się pięknie brzmiącą nazwą firmy i produktu. Obietnicą nawilżenia, wygładzenia, regeneracji w dzień i w nocy za coraz wyższą cenę. Wierzymy w czarodziejskie działanie kosmetyku, płacimy za koszty reklamy i promocji, za drogie opakowanie, utrzymywanie sieci dystrybucji, badania rynku. Czytamy na etykiecie jak stosować krem, omijamy przestudiowanie składu preparatu. Przez całą dobę poimy skórę różnymi rodzajami i ilościami środków konserwujących, degenerujemy nasz naturalny płaszcz ochronny przez notoryczne działanie bakteriobójcze.

Konserwanty zakłócają naturalne biologiczne funkcje skóry. Środki konserwujące służą nie tylko przedłużeniu trwałości kosmetyków, ale i utrzymaniu sterylności preparatu, działając tym samym bakteriobójczo na skórę. Dłuższe permanentne nakładanie na skórę konserwantów obecnych w kremach, a z nimi środków bakteriobójczych prowadzi nieuchronnie do nadwrażliwości naskórka. Naturalny płaszcz bakteryjny skóry chroni przed infekcjami z zewnątrz. Zmiany podłoża bakteryjnego skóry wywołane działaniem konserwantów prowadzą do ograniczenia własnych sił odpornościowych. Skutkiem zakłócenia biologicznej równowagi mogą być infekcje i podrażnienia. Na wrażliwą cerę nakładamy coraz silniejsze serum, kolejne warstwy kremów, wprawdzie bez aromatów i barwników, ale o coraz dłuższym okresie przydatności do użycia. Spytałam dziś sympatyczną panią z obsługi o termin ważności wziętego z półki kremu. - Od otwarcia słoiczka jeden rok - usłyszałam. Czy składniki biologicznie czynne mogą przez ten czas działać w ten sam, obiecywany, sposób? Wygładzać, nawilżać, podnosić, odżywiać, zamykać, "zagęstniać", chronić, odmładzać, energetyzować w dzień i w nocy. Inna sprawa, czy nasz żołądek by to zniósł?

Zabierzmy skórę twarzy do kuchni i na początek przygotujmy jej maskę cytrynową. Nie pryskaną cytrynę dzielimy na dwie połówki. Połówkę wyciskamy, napełniając ją żółtkiem kurzym, zostawiamy na kilka godzin. Żółtko przez ten czas nasiąknie olejkami eterycznymi ze skórki. Dodajemy do niego jeszcze kilka 2-3 krople soku cytrynowego i nakładamy na twarz i szyje na 20 minut. Maska oczyszcza i odświeża. Zastanawiałabym się nad celowością przyklejania do twarzy plasterków ogórka czy miazgi truskawkowej i miodu, ale przy mielonym siemieniu lnianym, rozgniecionym ciepłym ziemniaku i śmietance, papce z awokado, z banana z olejkiem migdałowym ręka mi nie zadrży. Technicznie dobrze jest wziąć dwa płaty gazy lub cienkiej fizeliny, wyciąć otwory na oczy, nos i usta, zmoczyć w niegazowanej letniej wodzie mineralnej, na jeden płat nałożyć maskę, przykryć pozostałym. I wypoczywać.

moja własność

 

 

 

00:08, julitczka
Link Komentarze (4) »
piątek, 17 stycznia 2014

  Kanadyjka

Zrobiliśmy z mężem w zeszłą sobote 250 pierogów. Z mięsem. Pomagał nam w tym bardzo dzielnie nasz pies Milo.

Foto: Kanadyjka

Zawsze poświęcamy cały dzień na robienie pierogów. Ja przygotowuję ciasto na potem wałkuję je w maszynce do makaronu. Mój mąż jest odpowiedzialny za zrobienie farszu i lepienie pierogów. Gotowe układamy na blachach przykrytych pergaminem i tak je zamrażamy. Dopiero jak sa zamrożone, zsypujemy do toreb.

Podaję tu przepis mojej teściuwej na ruskie pierogi.

Ciasto

0.5 kg mąki
kopiata łyżki masła
woda
sól

Farsz

3/4 części ugotowanych i utłuczonych ziemniaków
1/4 części białego sera
drobno posiekana i przysmażona na złoto cebula
pieprz i sól

 

  Kattinka

 

Pierożki Samosa

Samosa to pyszne pierożki, charakterystyczna dla obszaru Indii i Tybetu. Są trójkątne, a robi się je z chrupiącego ciasta, najczęściej z tzw. filo, ale poniżej podam kilka wersji na zwykłe ciasto pierożkowe. Nadziewa się je gotowanymi ziemniakami z dodatkiem przypraw lub mieloną jagnięciną z zielonym groszkiem i przyprawami. Przyprawy są tu ważne, najczęściej jest to: kmin, ziarna kolendry i curry lub garam masala, które nadają potrawie wschodnią nutę. Pierożki Samosa zazwyczaj serwujemy z dipem miętowym lub sosami chutney.

Jeśli mamy ciasto filo, to ten etap pracy nam odpada. A jeśli nie, to najpierw zarabiamy ciasto:

Wersja I:

- 1 szklanka mąki

- 2 łyżki masła

- pół łyżeczki proszku do pieczenia

- odrobina soli

- kilka łyżek stołowych letniej wody

Wersja II:

- 2 szklanki mąki pszennej

 - ½ łyżeczki soli

 - 4 łyżki oleju roślinnego

 - ok. ¾ szklanki niezbyt ciepłej wody

Wyrabiamy ciasto, do mąki wymieszanej z solą dodając kawałki masła, a następnie wodę. Lub, w wersji drugiej, dodając olej od razu wymieszany z wodą. Wyrabiamy dokładnie do momentu, kiedy otrzymamy dość miękkie gładkie ciasto. Odstawiamy na bok, przykryte ściereczką, na ok. 10 minut. W tym czasie przygotowujemy nadzienie.

Nadzienie do pierożków Samosa

(podam moją wersję, wypróbowaną i ulubioną, ale każdy pomysł „dodatkowy” – podduszony por, brokuły, wiórki marchewki czy kukurydza z puszki etc. – na pewno się sprawdzi, no i nie będzie nudno):

- 2 duże ziemniaki (lub 5 małych)

- cebula

- 2 ząbki czosnku

- mieszanka przypraw, sól i pieprz

- olej do smażenia

Ziemniaki gotujemy w lekko osolonej wodzie i dokładnie rozgniatamy lub przepuszczamy przez maszynkę do mielenia. Na patelni prażymy przyprawy: kolendrę i kmin (kumin albo kminek, co kto ma, ale smak będzie się bardzo różnił). Gdy ziarenka kolendry zaczną strzelać, dodajemy 1-2 łyżki oliwy, posiekaną cebulę i rozgniecione 2 ząbki czosnku. Gdy cebula się zeszkli, zdejmujemy patelnię z ognia i dodajemy łyżeczkę curry lub garam masala, solimy i doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem do smaku. Całość dodajemy do ziemniaków, następnie wszystko delikatnie mieszamy (!), bez ugniatania i rozcierania.

Jeszcze kilka słów o przyprawach: moja wersja jest łatwa, szybka i przyjemna. Jeśli jednak komuś wyda się za łatwa, to może zrobić własną mieszankę o nastroju indyjskim, np. taką:

2 zielone papryczki chili, drobno posiekane

1/2 łyżeczki świeżego imbiru, startego na tareczce

1 łyżka świeżo posiekanej kolendry (UWAGA, nie wszyscy lubią!)

1 łyżeczka soli

1 płaska łyżeczka proszku z mango (amchur)

1 łyżeczka czerwonej papryczki chilli

1 łyżeczka ziarenek kolendry uprażonych na patelni,

a wszystko w dowolnej konfiguracji i proporcjach.

Z uprzednio przygotowanego ciasta odrywamy kawałki, z których formujemy kulki wielkości orzecha włoskiego. Kulki rozwałkowujemy do grubości ok. 2 mm i kroimy na pół. Rogi łączymy ze sobą, tworząc torebeczkę, do której nakładamy odpowiednią ilość nadzienia, a następnie zamykamy pierożka nadając mu kształt trójwymiarowego trójkąta.

Pierożki Samosa zwykle smażymy na głębokim oleju rozgrzanym do ok. 180º C, do momentu aż uzyskają złoty kolor (ok. 2-3 min). Najlepiej smakują na ciepło, podane z łagodnym dipem serowym, pikantnym czosnkowym lub aromatycznym miętowym, świetnie pasują tez wszelkie chutneye.

 PS. Napisałam „zwykle smażymy”, ponieważ ja piekę je w piekarniku, są mniej tłuste i wg mnie mają więcej aromatu.

03:36, kanadyjka82
Link Komentarze (13) »
środa, 15 stycznia 2014

  Ciotuchna

Po zdaniu matury w 1948 roku szukałam miejsca na wakacyjny wypoczynek i przygotowanie się do egzaminów wstępnych na studia. Moja bliska koleżanka Nina, której matka pracowała na jednej z uczelni warszawskich, zaproponowała mi wspólny wyjazd na miesiąc wakacji. Wyjazd ten organizowała uczelnia dla swoich pracowników i ich rodzin. Zglosiło się niewiele ludzi, wiec i ja mogłam się zabrac z nimi. W dodatku Nina i ja szłyśmy na tą samą uczelnię, więc mogłyśmy się razem przygotowywać do egzaminów.

W wyznaczonym dniu zgłosiłam się na teren uczelni, gdzie wokół ciężarowego samochodu kręciło się sporo ludzi, wśród których zobaczyłam Ninę. Na ciężarówkę ładowano akurat kajaki i mocowano je do podłogi. Po obu stronach przy "burtach" ciężarówki były drewniane ławki, na których sadowili się pasażerowie, a bagaże upychano pod ławkami. Usiadłyśmy i my z Niną, nogi oparłyśmy o kajaki i ciężarówka wystartowała. Dopiero wtedy dowiedziałam się że jedziemy na Mazury do wsi Krutynia nad rzekę o tej samej nazwie. Nic mi to nie mówiło, bo wiedziałam tylko, że to tz. ziemie odzyskane i niewiele o nich było wiadomo.

Droga nie była pierwszej klasy, podskakiwaliśmy trochę na wybojach, co było przez pasażerów kwitowane gromkim śmiechem. A co innego można w takiej sytuacji robić? Całą tę naszą eskapadę z ramienia uczelni organizowało dwóch panów asystentów, którzy jechali razem za nami.

Po kilku godzinach jazdy  z jednym postojem przy lesie " panie na lewo, panowie na prawo", dojechalismy na miejsce. Ładny drewniany, piętrowy dom stał nad samą rzeką, a podpory ogromnej werandy były po prostu wbite w dno rzeki.

Bardzo nam się wszystko podobało. Dostałyśmy z Niną pokój na piętrze z ogromnym małżeńskim łożem, umywalka z miednicą, dzbankiem ciepłej wody i kubłem do zlewania tej wody. Warunki spartańskie, ale kto w tamtych czasach zwracał uwagę na takie drobiazgi. Panowie rozładowali samochód, nasze kajaki poszły do szopy, gdzie dołączyły do łódek i kajaków miejscowych. Po rozpakowaniu bagaży zostaliśmy poproszeni na kolację do jadalni na parterze.

Kolacja była obfita ale niezbyt smaczna, właścicielka pensjonatu, autochtonka, prowadziła kuchnię raczej niemiecka, która nam nie za bardzo odpowiadała, ale do wszystkiego można się przyzwyczaić. Po kolacji zmęczenie dało o sobie znać i wszyscy padli do łóżek.

Następnego dnia na śniadanie była jajecznica wysmażona na "deskę", ale dało się ją zjeść, natomiast kawy z cykorii nie dało się żadną miarą wypić.

Wyciągnęliśmy nasze kajaki na wodę, żeby zobaczyć czy nie przeciekają, bo długo były nieużywane. Były w porządku. Bardzo chciałyśmy popłynąć, aby zwiedzić choć część rzeki. Trafiła się okazja, panowie asystenci musieli coś załatwić w miasteczku blisko jeziora Mokre, do którego wpada rzeka Krutynia.

Umówiliśmy się tak: my popłyniemy obie z prądem rzeki do jeziora Mokre, tam spotkamy się z panami, którzy wrócą kajakiem pod prąd do domu, a my pójdziemy na skróty lasem, który rozciągał się po drugiej stronie rzeki i dochodził do jeziora Mokre ( sprawdziłam to na sztabowej niemieckiej mapie, którą znalazłam w jadalni). Upał był niemiłosierny, więc obie ubrane tylko w kostiumy kąpielowe i tenisówki wsiadłyśmy do kajaka. Miałyśmy ze sobą ręcznik i dwa czepki, bo może będzie  się gdzieś wykapać.

Wiosłowanie nie było nam obce, a wiosłowało się lekko, bo rzeka miała bystry prąd. Brzegi rzeki gęsto zarośnięte leszczyną, która schodziła aż do wody, po lewej stronie cały czas widoczny był wysoki, stary las. Dopłynęłysmy do miejsca, gdzie rzeka rozlewa się w jezioro, to jezioro Krutyńskie. Brzegi ma tak gęsto porosnięte tatarakiem, że nie widać gdzie rzeka opuszcza jezioro. Prąd rzeki jakby zanikl i mimo płytkiej wody, miejscami robiły sie małe wiry. Sceneria niesamowita, postanowiłyśmy płynąć blisko brzegu, miejscami przedzierałyśmy się przez tatarak. Płynęłyśmy wolno, wpatrując się w brzeg i.. nareszcie, jest wąski przesmyk, którym dalej płynie rzeka. Wpakowałyśmy kajak w ten przesmyk i wypłynęłyśmy na rzekę.

Krajobraz bardzo się zmienił, bylo płasko i wokół były łąki, z daleka połyskiwała tafla jeziora Mokre. Wpłynęłyśmy na jezioro, w małej zatoczce trochę piasku, wyciągnęłyśmy kajak na brzeg. Naszych zmienników nigdzie nie było widać, ale nasz czerwony kajak na brzegu był dobrze widoczny, więc powinni nas zauważyć. Naciągnęłyśmy czepki na głowy i chlup do jeziora. Cudowna woda, nieco chłodna, ale ożywcza dla zmęczonych naszych ciał. Kapałyśmy się i pływały, za którymś wynurzeniem zobaczyłyśmy naszych panow. Machali do nas, ale mieli jeszcze kawałek drogi do przejscia. Doszli i z ulgą wsiedli w kąpielówkach do kajaka. Jedno machnięcie reki i odpłynęli pod prad rzeka Krutynią. My po chwili weszłyśmy w las. Kierunek jak dojść do wsi Krutynia był dla mnie jasny. Po konspiracyjnych wykładach i ćwiczeniach z terenoznawstwa nie miałam żadnych problemów.

Szłyśmy gęstym lasem o bogatym poszyciu, pełnym krzaków jagod, dojrzałych i słodkich, które nam bardzo smakowały. Najadłysmy się ich do syta i zebrałysmy pełne czepki. Trochę nas zdziwiła obfitość tych jagód. Dlaczego miejscowi ich nie zbierają, nie sprzedają , nie podają gościom, ktorych we wsi było wielu? I drugie spostrzeżenie - nie było w lesie żadnych wydeptanych ścieżek, dlaczgo? My przedzierałyśmy się przez krzaki i chaszcze, nikt tu nie szedł przed nami? Może tu jest jakaś dzika zwierzyna, której się ludzie boja? - strach nas obleciał. Dochodzimy do końca lasu, widać już zabudowania wsi. Wokół lasu jest rów, a za rowem widać jakieś tablice. Podchodzimy bliżej i z przerażeniem czytamy ich treść "UWAGA LAS JEST ZAMINOWANY, WEJŚCIE WZBRONIONE". Siadamy na ziemi przerażone, nie możemy wstać, nogi mamy jak z waty. Rozumiemy już dlaczego nikt nie zbiera jagód.

Ale miałyśmy szczęście, że się nam nic nie przytrafiło.

Zaraz po obiedzie powiedziałyśmy o tym  w jadalni.

Sprawdziłam później, żadnych tablic ostrzegawczych od strony jeziora Mokre nie było! W czasie dalszego pobytu słychac było w nocy wybuchy, to zwierzyna lesna padała ofiarą min.

Muszę przyznać, że od tamtego dnia nie lubię chodzenia po lesie, nie zbieram grzybów. Chodzę tylko drogami idacymi przez las.

03:53, kanadyjka82
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 13 stycznia 2014

  Kanadyjka

Pusto tu jakoś, nudno. Poczytajcie więc i posłuchajcie TU wiersza Agnieszki Osieckiej "To wszystko z nudów".

Jeszcze mają w ustach smak
pierwszego papierosa,
jeszcze biegną jakby biegli na wagary,
ale to już nie jest tak,
widać to po oczach,
to banda Rudej Barbary.

To wszystko z nudów, wysoki sądzie
to wszystko z nudów,
kto raz nad pustą szklanką siądzie,
wysoki sądzie, nie ma cudów.
To wszystko z nudów, wysoki sądzie,
to wszystko z nudów.
Czy sąd nad Wisłą kiedyś błądził?
Wysoki sądzie, jazda, spróbuj.

Ruda Baśka była zła,
nie miała cierpliwości,
nie lubiła pod Pedetem się obijać,
nie słuchała dobrych rad,
panie z czym do gości,
ta mała była jak żmija.

To wszystko z nudów, wysoki sądzie
to wszystko z nudów,
kto raz nad pustą szklanką siądzie,
wysoki sądzie, nie ma cudów.
To wszystko z nudów, wysoki sądzie,
to wszystko z nudów.
Czy sąd nad Wisłą kiedyś błądził?
Wysoki sądzie, jazda, spróbuj.

Nienajgorszy wyrok padł,
bo mogłoby być gorzej,
Ruda Baśka kiedy wyjdzie będzie siwa.
Nie, nie będzie wcale tak,
głupia Baśka, dobry Boże,
bo sama siebie zabiła.

To wszystko z nudów, wysoki sądzie,
to wszystko z nudów.
Czy sąd nad Wisłą kiedyś błądził?
Wysoki sądzie, jazda, spróbuj.

01:24, kanadyjka82
Link Komentarze (4) »
środa, 01 stycznia 2014

15:50, kanadyjka82
Link Komentarze (8) »
Tagi