Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 18 października 2017

Julita Bielak     Jul

     Twoje milczenie skłania mnie do rozmaitych domysłów. Najweselszy z nich - to, że stało się z tobą coś złego. Najsmutniejszy - to, że o mnie zapomniałeś. (Sławomir Mrożek)

     - Przesyłam Ci coś innego, co pewnie przypomni Ci tę senną atmosferę z Twoich młodych lat. Może to piosenka? - napisał w liście. Wiersz automatycznie wkleiłam na stronę albumu z fotografiami Janusza z lat sześćdziesiątych zatytułowanymi "Ulica spotkań i ty". Tamta ja, tamte miasteczko.

     - Kiedy powstał wiersz, kiedy taki byłeś? - zapytałam. Czekam, kiedyś mi wyjaśni. Rzadko o cokolwiek siebie pytamy. Jeszcze rzadziej, nieprzewidywalni, na zadane pytania odpowiadamy. 

 NADEJŚCIE

w moim miasteczku

przystanął wielki świat

ktoś położył mi rękę

na barku

ktoś uśmiechnął się

powiedział coś

nie dosłyszałem

 

na moim podwórzu

przystanął ktoś

miał opuszczoną głowę

ptak wołał przebiegał

kot  w zamyśleniu

śledziłem zamiar

 

w moim miasteczku

nieznanym i ważnym mało

gdzie bohaterowie

piją wódkę z tchórzami

dziwny przestwór toczył

się zaułkami i odbijał

od oczu mijanych

 

w moim miasteczku

stolicy wszystkich miast

miłość walczyła ze zdradą

piękna maria oddała się

ojcu wszystkich cnót

który znalazł w niej

dalekie kraje

 

w moim miasteczku

gdzie słychać monet

dźwięk i gdzie pięści

idą za sławą

ktoś pojawił się

z obcych dróg

nikt go nie znał

choć każdy wielkość czuł

idącą wraz z nim ulicami

*

Janusz Urbaniak

Julita Bielak           Fot. Janusz Urbaniak, 1968.

        W tym samym czasie w Gazecie fotograficznej natrafiłam na artykuł Artura Madalińskiego "Rydet: way of life" o pracy artystycznej Zofii Rydet. Założyłam przejrzenie go w parę minut, zostałam na godziny. Wiele zdań wywoływało odruch szukania, przymus sprawdzenia i dawaną sobie obietnicę wyprawy do biblioteki. Artystka życie wypełniła pracą i sztuką, odpoczynkowi nadawała charakter tymczasowości i pobieżności. Ot gdzieś przysiadła na chwilę na pniu, Leszek Pękalski natknął się na nią w Sopocie, gdy karmiła koty, uwiecznił moment. Głównie pracowała, nadrabiała czas poszukiwań życiowej drogi. http://zofiarydet.com/zapis/pl/pages/zofia-rydet Na zdjęciach Anny Beaty Bohdziewicz widać jak Rydet przemierza Podhale, wchodzi do chałup, migawką obiektywu utrwala napotkany świat. Autor artykułu porównuje tytaniczną wręcz pracę Zofii Rydet do egzystencjonalnego posłannictwa innej atletki ducha, prof. Marii Janion. Mówiącej - by oddać właściwość żmudnej obróbki słowa i rzeczy - że chętnie wchodziłaby do swojej pracowni zastawionej książkami w fartuchu szewskim lub stolarskim. 

Leszek Pękalski

Fot. Leszek Pękalski, Sopot, 1983

Gazeta fotograficzna

     Dokument wykonany przez Leszka Pękalskiego pokazuje, jak pisze Gazeta, konsekwencje wyboru, o którym wspominał Blanchot - wszystko rozgrywa się w chwili ustanowienia życia jako zaplecza dla sztuki. Na fotografii Zofia Rydet nie pracuje, nie trzyma w ręku aparatu. Pochylona patrzy jednak na karmione koty tak, jak przez lata spoglądała w obiektyw.  Konsekwencja uporu i spełnienia.

 

     Sylwetkę Zofii Rydet i wszystko, co z nią związane, mam za dnia, kolejny zaś wieczór poświęcam na szkice wielkiej miłości, nieprawdopodobnie przemawiającego kadrami materiału na film - miłości Katarzyny Kobro i Władysława Strzemińskiego. Postaci równie pięknych, co tragicznych. Oglądnęłam dokument o ich życiu, zafascynowana na nowo przedzieram się przez informacje. http://www.dwutygodnik.com/artykul/3142-7-rozmow-o-katarzynie-kobro.html

     baedeker lodzki              Fot. Baedeker Łódzki

     http://baedekerlodz.blogspot.com/2015/10/rosjanka-z-odzi-katarzyna-kobro.html

     Szukam książki Marzeny Romanowskiej "7 rozmów o Katarzynie Kobro", znajdę na pewno. Zawładnie mną do następnej fascynacji. - Twój  swiat sztuki, poezja, dobre książki, malarstwo to miejsce, gdzie potrafisz sie schronić. Ciagle Cie cos zachwyca, bo patrzysz uwaznie na rzeczy wielkie jak i te najdrobniejsze, potoczne - podparła mnie w liście Basia F. Dziękuję, Basiu. Coś w tym jest, świat "używa mnie do patrzenia".

    

 

 

    

 

 

 

 

 

   

02:59, julitczka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 15 października 2017

Julita Bielak     Jul

     Na plaży z czarnego piasku pieczemy małą rybkę. Jej różowe mięso przybiera barwę dymu. Zbieramy wybielone przez morze korzenie i bambusowe trzaski, aby podsycić płomień, a potem jemy w kucki przy ognisku w ciepłym jesiennym deszczu, patrząc, jak fale uderzają w kilka zdezelowanych łodzi i jak ogromny grzyb burzy wzbija się w niebo gdzieś daleko od strony Krymu.

Nicolas Bouvier, "Oswajanie świata", ilustracje Thierry Vernet, przeł. Krystyna Arustowicz, Noir sur Blanc, wyd.III.

Julita Bielak

     Końcem września przyszło od Katarzyny (Krenz) zaproszenie do Sztuki Wyboru na spotkanie z książką śp. prof. Romy Cielątkowskiej "Finis Terrae. Dzienniki podróży na krańce świata". Profesor Romana Cielątkowska (1959-2016) była€“ inżynierem architektem, konserwatorem zabytków, nauczycielem  akademickim i profesorem zwyczajnym na Wydziale Architektury Politechniki Gdańskiej, specjalistką w dziedzinie architektury drewnianej. Do zaproszenia Katarzyny dołączone było i to od Kasi Cielątkowskiej, córki autorki dzienników:

    Mama odeszła niespodziewanie, 22 stycznia 2016 roku. Po Jej śmierci, krzątając się po pustym mieszkaniu, znalazłam kilkanaście ręcznie zapisanych dzienników. Dzienników podróży do różnych miejsc na krańcach świata. Kilka tygodni później spotkałam się z przyjaciółką Mamy, Katarzyną Krenz, „Pisareczką”, jak o niej mawiała. Podzieliłam się pomysłem przepisania tych notatek i wydania w postaci książki. Okazało się, że Mama miała taki plan i że dwa rozdziały już wcześniej wspólnie z Kasią zredagowały. Był nawet tytuł: Finis Terrae.

Sztuka Wyboru

Sztuka Wyboru

Sztuka Wyboru

     Mama przemierzyła tysiące kilometrów a świat widziany Jej oczami był zaczarowany i pełen magii. Dostrzegała niezwykłe w najdrobniejszych szczegółach. Dzienniki te to zapis pięknych chwil, a zarazem poparty głębokim przekonaniem literacki dowód na to, że podróże uczą latać i że to one nadają sens życiu. Mama należała wszędzie. Była barwnym ptakiem, który w każdym miejscu, daleko czy blisko, zawsze czuł się jak u siebie.

     Katarzyna Krenz jako ghost-writer zajęła się redakcją i złożeniem tekstów,€“ nieraz skrótowych i trudnych do odcyfrowania. To dzięki niej książka nabrała życia.

     Ja zaś przygotowałam ilustracje i oprawę graficzną. „Finis Terrae. Dzienniki podróży na krańce świata" mają być dokończeniem dzieła, które Mama zaplanowała, lecz sama już nie zdążyła zrealizować.

Julita Bielak

Julita Bielak

     Nie znałam prof. Romany Cielątkowskiej, nie było mi dane. Czytałam Dzienniki i z nich, strona po stronie, karta po karcie, budowałam Jej postać. Robię to do dzisiaj. Z opowieści o łapaczu snów oraz o szamance i trzech różach, z charakterystyki lotnisk, odniesień kulturowych, porównań, z wiersza "Raport z wizytą w byłym zakładzie dla głuchoniemych i ułomnych dzieci", z odtworzenia całonocnej burzy w RPA, z historyjki o popie i wielu kilometrach pustaci, z opisu konstrukcji i wyglądu jurt godnych samego Dżyngis-chana. Niełatwo, zgodnie z zacytowanym przez Katarzynę mottem: „Ale nic tu nie jest powiedziane wprost, nic deklaratywnie, nic natrętnie. Jak w poezji – odnajdziesz ton, jeśli wyostrzysz słuch”. Jerzy Axer, o książce Zbigniewa Herberta „Labirynt nad morzem”, niełatwo postać niezwykłego człowieka uchwycić, jeszcze trudniej o nim mówić.  

Zofia Bobrowska          fot. Zofia Bobrowska

     W relacji Sztuki Wyboru znajduję istotne słowa itinerarium po książce: "Profesor Cielątkowska zawsze wybierała najbardziej wymagający rodzaj podróżowania. Wszystkie zakątki poznawała samotnie. Próbowała uchwycić ducha danego miejsca, poznać i zobaczyć architekturę oraz mieszkających tam ludzi. Relacje z odwiedzanych miejsc przeplatają się z wrażeniami z lektur, bowiem zawsze towarzyszyła jej „biblioteka na kółkach”. Książka okraszona została pięknymi i unikatowymi zdjęciami z archiwum autorki, skanami notatek oraz ręcznie wykonanymi rysunkami kwiatów wykonanymi przez córkę autorki. Ta wyjątkowo artystyczna książka została wydrukowana tylko w 330 egzemplarzach. Każdy egzemplarz jest ręcznie numerowany i ozdobiony oryginalną zakładką z wyspy Bali. „Finis Terrae. Dzienniki podróży na krańce świata” – to nie tylko zapis zdarzeń czy spotkań, ale i opowieść o podróżowaniu: o jego filozofii i znaczeniu, a także śladzie, jaki zostawia na świadomości wędrowca. To zbiór notatek o podróżach na krańce świata, nieustających powrotach i tęsknocie. Smutnych, ale w rzeczy samej pełnych nadziei i konkretów. Jednocześnie będących obrazem prawdziwego życia".

Julita Bielak

     Spotkaniu w Sztuce Wyboru, wielkim, jak i sama książka, wydarzeniu, przewodził wiersz cytowany w Dziennikach w relacji z Afryki - "Afryka to miejsce zdecydowanych kolorów, głosów, wyrazistych losów i dramatycznych wydarzeń. Trudno być obojętnym, trudno stać obok, nie współuczestniczyć, nie przejąć się przeszłością czy tym, co widać na ulicy. Po powrocie znów, jak  poprzednim razem, natychmiast zorganizowałam sobie seans z „Pożegnaniem z Afryką”. Jest coś wciągającego w tym kontynencie – połączenie tajemnicy z niepokojącym pięknem, nowej tolerancji i akceptacji z zadawnioną niezgodą i niewygasłym gniewem z powodu odrzucenia. I te odległości, i te otwarte przestrzenie – mimo płotów i szlabanów – niosą w sobie niewytłumaczalne wszechogarniające poczucie wielkiej, bezkresnej, otwartej przestrzeni!/.../":

Run for miles,
lost myself,

nearly lost my
love, been through hell

but I'm home,
home

Caught on
fire, watch me burn

gonna live my
life, mark these words

cause I'm
home, home...

(Jake Isaac)

Inne fotografie: Sztuka Wyboru, Julita Bielak.

 

 



03:07, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 października 2017

Julita Bielak

    Nie każdy z nas dostrzega w czas biel pierwszych bzów
I nie zawsze mówi się do widzenia, czasem się znika bez słów
Bo jutro jest promienne jak Teresy wzrok, Teresy twarz
Gdy w gdańskie południe patrzy przy studni
W Neptuna srebrzysty płaszcz

"Bez jutra nie da się żyć", słowa Wojciecha Młynarskiego do muzyki Krzysztofa Komedy z filmu Janusza Kuby Morgensterna "Do widzenia, do jutra", fragm.

Julita Bielak

      W Galerii TRIADA przy Piwnej odkryłam wystawę prac Katarzyny Karpowicz zatytułowaną "Do widzenia, do jutra", zaproszenie zdobi twarz Teresy Tuszyńskiej pędzla malarki. Oniemiałam. Ruszyłam śladem fascynacji filmem i aktorką. Kim jest Katarzyna Karpowicz? Młodą artystką, z dyplomem z wyróżnieniem uzyskanym w 2010 roku w pracowniach profesorów Grzegorza Bednarskiego oraz Leszka Misiaka na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie, tam też się urodziła. Nie Gdańsk zatem, żadna lokalna słabość do tematu.

Julita Bielak

     Jak moja, elementu do Trójmiasta napływowego. Najmłodszej w rodzinie, przejmującej światy dorosłych. W tym Baśki, gdy zamieszkała w Sopocie z mężem rzeźbiarzem, a ja przyjeżdżałam do nich na wakacje. Przyglądałam się, słuchałam, kształtowałam poglądy. W kącie pokoju szkicowałam życie z siostrzanych, bliskich absurdu dni. Tu bywali artyści, tu rozmawiało się do rana. W każdym garnku, w każdej misce - glina, Jerzy tworzył. Wracałam do domu, do ojcowskiej małomównej krainy książek, czasopism i winylowych płyt długogrających. Odwiedzałam w Warszawie babcię Marię, niepoprawną kinomankę, przemycała mnie, sześcioletnią, na filmy dla dorosłych. Dorastałam w oczekiwaniu na spektakl własnego życia, kurtyna w górę. Nadal czekam.

Julita Bielak

Julita Bielak

     W "Bim Bomie" przeważało środowisko plastyczne, szukano ciekawych rozwiązań formalnych, bliskie bywało to parodiom na plenerach malarzy, bliskie... cyganerii. Myślano nie tekstem, a obrazem scenicznym. Zamiast atramentu do pisania używano szkicownika i pasteli malarskich, a ołówki architektów z dużą sprawnością rysowały schematy inscenizacji, skróty gry świateł. W teatrze tym nie zastanawiano się, jak zainscenizować dany tekst, lecz jak zainscenizować daną myśl. [...] Tekst był tym samym tworzywem co światło, kostium, twarz, gest, choć bohaterem teatru od początku jego istnienia był CZŁOWIEK. I to szary człowiek, z codziennymi problemami, marzeniami, tęsknotami.

Jerzy Afanasjew, "Sezon kolorowych chmur".

Julita Bielak

     Czy dlatego klimat filmu Janusza Morgensterna na tyle urzekł Katarzynę Karpowicz, by malować twarz Teresy Tuszyńskiej, zastanawiałam się w Galerii. "Sentymentalizm, melancholia, romantyzm, zmysłowość, piękno momentu, chwila zamyślenia. Klimat kina lat 60-tych, "Do widzenia, do jutra" Kuby Morgensterna czy piosenka "My funny walentine" Chata Beckera wzruszają mnie i inspirują do malowania". Przechodziłam od obrazu do obrazu, na długo zatrzymała mnie "Łza". Z wrażenia nie mogłam się ruszyć, niezwykłe malarstwo.

     Nicolas Bouvier w "Kronice japońskiej" pisze: "Dalekie podróże mają to do siebie, że przywozi się z nich zupełnie coś innego niż to, po co się przyjechało". Udałam się do TRIADY po wspomnienia, znalazłam dojrzałe intelektualnie malarstwo. Metaforyczne, poetyckie, pełne niedopowiedzeń. Oszczędne w środkach, ale, przez światło. kolor, gest, spojrzenie postaci, wieloznaczne. - Jakbym reżyserowała film - mówi w zaproszeniu na wernisaż artystka - obraz to dla mnie kadr filmowy, zatrzymany na wieczność.

Julita Bielak

      Wypowiedź kończy kwestią Margeritte wypowiedzianą w filmie do Jacka: "Wierz mi, to nieistnienie jest najpiękniejszą rzeczą, jaką mogę ci ofiarować".

Fot: Julita Bielak.

 

    

poniedziałek, 25 września 2017

Julita Bielak     Jul

     Jeśli nie jestem groteskowy, jestem niczym - miał o sobie powiedzieć Aubrey Beardsley. Nie szukam, nie sprawdzam. Nie ufać myśli­cielom, których umysły wpra­wia w ruch do­piero cytat, Emil Cioran nigdy nie zawodzi.

Julita Bielak

     Młodzieńczy bunt - trach, następny parasol połamany przez wiatr, nie kupię, tak będę chodziła, schła i mokła - ściągnął na mnie przeziębienie. Zostałam w domu, a jeść się chce. Na wrzesień w "Warzywach mało znanych" Jan Kalkowski poleca duszoną paprykę, czyli pieprzowiec roczny, tak brzmi właściwa nazwa botaniczna tej rośliny. Pochodzi z Ameryki Południowej, do mnie nie doszła, nie kupiłam. Rozglądam się, co mam, głównie jabłka i śliwki. Jest i seler, coś w puszce i inne coś w suchym, wystarczy zmieszać. Po sens idę do "Gotuj sprytnie, jak Jamie, kupuj mądrze, gotuj z głową, nie wyrzucaj", znajduję wesołe jarmarczne minestrone. Dobra nasza, radujmy się zatem. By nie skończyć na słodkiej papudze Juliana Barnesa, czyli chlebie maczanym w grzanym winie, dobrodziejstwie ubogich. Soup a la Perroquet pojawia się na stronach "Papugi Flauberta" i to w wersji jedzonej na zimno. Rezygnuję, nie wyzdrowieję.

Julita Bielak

Julita Bielak

Julita Bielak

 

     Podsmażam na oliwie i duszę, co mam: seler, cebulę, jabłko, parę śliwek, dodaję pomidory i ciecierzycę z zalewą. Próbuję, zakładam poprawność. Seler i jabłko zgodnie chadzają w parze, katar ze mną i wyczuciem smaku - mniej. Dolewam wrzątek, gotuję z kaszą, a potem i z mrożonymi warzywami. Teraz powinno się porwać pieczywo na kawałki i zrobić grzanki, ten etap pomijam. Ale skrapiam zupę odrobiną oliwy i posypuję tartym serem. Doczytuję przepis, jest i czerwone wino, Jamie podpowiada, by trochę wlać do garnka. I przekonuje, że do przygotowania tej zupy można wykorzystać praktycznie dowolne świeże i mrożone warzywa - wrzucić to, co jest pod ręką. Nic nie mówi, że owoców nie wolno.

Julita Bielak

     Jamie dodaje makaron, ja zdecydowałam się na pęczak, może dlatego zupa jest mniej wesoła. Nie sfotografowałam potrawy, każdy, kto raz w życiu widział szarą breję, wie, jak wygląda.

Julita Bielak

     O czym jest ten wpis? O tym, że w życiu trzeba tkać swój własny wątek i przekonywać siebie o słuszności stwierdzenia. Oprzeć się o przepis, ktoś już szedł tą drogą, ale  wytyczać osobisty szlak. Regionalny. To nic, że minetrone przeobraziła się w leśną zupę z sadu, pól i z zapomnianej półki w szafce, ale jest moja i na pewno smaczna. Kiedyś się o tym przekonam.

    

środa, 13 września 2017

Julita Bielak     Jul

droga

popycha mnie przed sobą

kołysząc unosi w sobie

uśpioną

w dymie, w białym kurzu

koła pociągu dudnią

przestaję być tym

kim byłam

znikam w bieli, mgła

połyka mroźny świat

na moich oczach

*

Katarzyna Krenz, "Winterreise", "Z nieznajomą w podróży", TOWER PRESS, Gdańsk 2000.

     W podróży - szczególnie, powtarzam, gdy odjeżdżamy nocą - prześladuje nas teraźniejszość, która w bólach i mękach przemienia się na naszych oczach w przeszłość(...). Konduktor zawołał: "Proszę wsiadać!" Ktoś krzyknął. Znowu ktoś biegł tupocąc po betonie, ale w przeciwną niż przedtem stronę. Piękny, dźwięczny śmiech dziewczyny rozszedł się dokoła jak zapach kwiatów. Wiosną na łące. Wagon zatrzeszczał. Coś jęknęło jak potępiona dusza. Zamigotało światło prześwitujące przez źle zasuniętą roletę. Pociąg ruszył z głębokim westchnieniem.

Stanisław Dygat, "Podróż", PIW 1979.

Julita Bielak

   "Podróżować to żyć" - zakładał Hans Christian Andersen w jednej ze swoich baśni. Odjechać to, zdaniem pewnego francuskiego sentencjonalisty, nieco umrzeć. W takim razie każdy dzień jest podróżą, choć z umarłym lepiej nie podróżować.

     Wracałam pociągiem. Dworzec, i dawniej mało znany, gmatwał ścieżki, błądziłam. Wreszcie znalazłam właściwy peron, tor, godzinę odjazdu, kierunek, wagon. Uzbrojona w kubek kawy - nie ufam, nie ufam - wspięłam się po schodkach, miejsce, jest i miejsce. Zajęte jednak, ktoś już na nim siedzi. Wpadłam w panikę, pomyliłam zatem, to nie ten pociąg. Pewnie zaraz ruszy, dokąd nim pojadę?

     - Pani ma 36? - zaszczycił mnie gentleman z mojego miejsca przy oknie. Przystojny, świetnie ubrany, marynarka bez zarzutu, zadbane dłonie. - Bo my tu z przyjacielem rozmawiamy, więc nie zrobi pani różnicy, jeśli usiądzie pani na moim, o, tam. Szybkim spojrzeniem oceniłam sytuację: od środka, obok pani obsypanej okruszkami. Na stoliczku walały się ciastka, ciasteczka, ciastusia różnego autoramentu, znam szelest celofanowych opakowań. Podziękowałam za propozycję, krótko omówiłam wyższość oparcia głowy o szybę nad kiwającą się zmęczeniem w okruszonej pustce. Jednocześnie bladym uśmiechem obdarzałam sykającą pasażerkę, przy której stałam. Stałam i przeszkadzałam. Mężczyzna jeszcze coś próbował, gestykulował, byłam nieugięta. Nie po to godzinami słucham utworów Tomka Organka, by siadać gdzie popadnie.

z sieci

Fot. z sieci

     Po dłuższej chwili obaj panowie podnieśli się, opuścili fotele i wszystkim zgromadzonym w pojeździe oznajmili, że w takim razie idą do WARSu. - Bo tu będzie czytelnia - skwitowali z niesmakiem, w ręku trzymałam "Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino. Z naklejoną na 145 stronie - rozdział o dźwięku telefonu godzącym boleśnie jak strzała i nakazującym posłuszeństwo, natychmiastową odpowiedź na niechciany apel, niosącym głównie rozczarowanie - zakładką Kota Nakręcacza. Śmieszna, uparta staruszka. Że też taka w domu nie posiedzi, tylko diabli ją pociągami niosą. Żałowałam, że tylko z kawą i książką, a nie z wiatrówką.

     Pociąg ruszył. Ze mną w roli dobrej wróżki klaszczącej w dłonie i zarządzającej: "Wszystko na miejsca!".

Neal Slavin

                    Fot. Neal Slavin

     W "Drugim kocie w worku czyli z dziejów nazw i rzeczy" Władysław Kopaliński napomknął o wydanej w 1831 roku w Mediolanie książeczce ze wskazówkami dla podróżnych i turystów. Dotyczyły wprawdzie jazdy dyliżansem, ale upierać się będę, że wszystko mogłoby i teraz się przydać: puzdro średniej wielkości, aby je można było w powozie trzymać pod stopami, posiadające przegródki na dokumenty, pieniądze i kosztowności, nad nimi zaś drugą warstwę przegródek. Na wielką butlę z winem hiszpańskim, i drugą z wodą maltańską z kwiatu pomarańczowego oraz cukier. Obok mały moździerzyk marmurowy i dwie średnie butelki, jedna z octem czterech złodziei (od morowego powietrza; był to ocet winny, w którym moczono piołun, rozmaryn, szałwię i rutę), drugą z wódką portugalską; dwie flaszeczki, jedna z eterem, druga z solą trzeźwiącą; dwie puszki po herbacie, jedna z rumiankiem, druga z melisą. Kilka pakiecików z mielonym rabarbarem, kilka z sodą, zapasik gumy draganckiej sproszkowanej, sitko na mleczko migdałowe, garnek dobrego miodu, nieco siemienia lnianego, szafranu, bandaży ze starego, dobrego płótna, nie zapominając rzecz prosta o migdałach, cytrynie nabitej goździkami, czterech kawałkach kamfory, butelce wódki francuskiej i flaszce jałowcówki, a także o szprycy i paczce jagód jałowca. Koniecznie także mieć trzeba poduszkę wypchaną wełną i końskim włosiem, prześcieradło oraz koc, albo, jeśli nas na to stać, skórę reniferową.

     Dobrze, jeśli powozowi towarzyszą choćby dwaj forysie uzbrojeni w pistolety, pewniej jednak jechać z trzema lub czterema. Dobrą ochroną jest własny pistolet, choćby nie miało się zamiaru z niego korzystać. Należy go jednak ładować w zajazdach i to tak, aby pocztylion to widział.    Wiedziałam! Albo wiatrówka, albo sole trzeźwiące, bez tego już się nigdzie nie wybiorę. Bez octu czterech złodziei.

Saul Leiter

Fot. Saul Leiter

     Bliski mi Sandor Marai, pisarz wybitny, bardzo osobny losem i doświadczeniem, zawsze nie na miejscu, nie u siebie, zawsze w rozproszeniu, podróży, dyslokacji, przemieszczeniu ujawnił w tomie "W podróży": "Naród przedstawia się światu nie tylko poprzez dzieła sztuki, ale również przez dzieła swoich kucharzy i kucharek". Goethe podobnie mówił o poetach.

     Przez podróżnych, dworce, pociągi, dodam. Do każdego biletu, nawet tramwajowego, powinno być sprzedawane poczucie taktu. Lub dodawane obligatoryjnie gratis z obowiązkiem noszenia go w kieszonce z poszetką.

Thomas Leuther

          Fot. Thomas Leuthard

     Dochodziła dziesiąta, gdy pociąg, który do rana miał przemierzyć cały Półwysep Iberyjski, ruszył zostawiając za sobą jedno po drugim przytłumione dworcowe światła, i zanurzył się w ciemność.

Pascal Mercier, Nocny pociąg do Lizbony, przeł. Magdalena Jatowska, Noir Sur Blanc 2015.

     Przyniosłam dzisiaj "Pociąg do Stambułu" Grahama Greena w przekładzie Piotra Kusia, przypadkowy zakup. W najbliższe dni życiowy realizm wyciąga po mnie rękę, ale podejrzewam, że kiedyś zastaną mnie Państwo z lekturą w Orient Expressie, symbolu komfortu i bogactwa, jadącym z Ostendy do Stambułu. Przekażę wrażenia.

z sieci

    

 

    

    

 

    

środa, 30 sierpnia 2017

bielak     Jul

     Ciągle milczał i wszyscy myśleli, że milczy o czymś. A on milczał ot tak sobie, milczał, bo nie żył. Może zresztą żył, ale nie tutaj. Może nawet kochał, ale nie ich.

~Tadeusz Różewicz.

      A ona? Jest? Była w ogóle, czy żyła głównie we własnej głowie. I w zapisywanych śmiesznych zeszytach.

Klasztor Benedyktynów

     "Książkę twarzy" Marka Bieńczyka, "Rozważania psa Mafa i jego przyjaciółki Marylin Monroe" Andrew O"Hagana oraz "Wyspę" Dmitrija Strelnikoffa czytałam, od dawna stała na półce. Kupiłam, bo ładnie wydana, bo pomyliłam z inną; z "Wyspą, czyli usprawiedliwienie bezsensownych podróży" Wasilija Gołowanowa. 

Strelnikoffa przerzeczytałam niedawno, w jeden wieczór. On, fotografik, wsiada do pociągu, wybiera się w podróż do miejsc swojego dzieciństwa. Po coś, po jakieś odpowiedzi. W ostatniej sekundzie przezd odjazdem pociągu wsiada ona, zadbana, ładna, dostatnio ubrana. W książce oboje nie noszą imion. W pociągu dziwnym, jak jego konduktor, zaczynają dziać się surrealne rzeczy, nie wiadomo, kto jest kim, co jest jawą, a co snem. A co strachem przeżywanym w dusznym  przedziale kolejowym, na korytarzu wagonu lepkiego, brudnego, zalanego wodą. Wciąż się leje woda. Pociąg jedzie. Nie wiesz, czy młoda kobieta okaże się tamtą dziewczyną z przeszłości, nie wiesz tego nawet po skończeniu lektury, a podróż długa. W chaosie i niedomówieniach.

Tak też można mówić o miłości, której tak naprawdę nie było. Tak można też rozliczać swoje życie, niezrozumiale, jako że i samo życie niezrozumiałe jest.

Ale jest.

Że jej nie ma nie wie nikt.

z sieci

Elżbieta Musiał, Rozmowa międzymiastowa

 

Ja w to lato? O tak,

czuję się dobrze.

Ktoś mówił, że się postarzałam
o parę lat?

A skądże.

Moje lustro już nie ma łez.

A ty śnij swoje życie

ze mną czy bez.

 

Tobie wyrósł młody dąb przed
oknem? Męska rzecz.

I strop poprawiasz dzielnie.

Ty budujesz dla was dom. To
pięknie.

 

A mnie wieczór przeszedł jakoś
znów nie tak,

a nad płótnem zastał nie ten
świt.

W moje życie jak to w życie

zakradł się pamięci zwid.

 

Więc sadzawkę masz teraz w
ogrodzie. Świetna rzecz.

Na marzenia łowione w z......ote
sieci nocy

Przepraszam – w jakie? – złote
sieci! Ach tak, tak.

A mnie pytasz nadaremnie jak odmienił się mój świat.

 

A ty żyj swoje życie,

ty je ładnie śnij

ze mną czy beze mnie.

Któż do końca to wie,

którą z dróg trzeba było iść.

 

A ty żyj swoje życie,

ty żyj je wiernie.

Ze mną czy beze mnie.

 

Beze mnie, beze mnie... układaj
dni...

Tam, gdzie odcisnęłam stopę

w bosonogi czas  

*

środ. «pojedyncza partia w grze w snookera»

PRZYKŁADY UŻYCIA

A snooker przecież ostatecznie polega na wbijaniu bil, bo to budowanie brejków i wbijanie sprawia, że wygrywasz poszczególne frejmy (eurosport.onet.pl).

     

Droga Julito,
ten las (z poprzedniego maila) jest pewnie tym  lasem, po którym chodziłem któregoś dziwnego i wrogo krótkiego dnia grudnia. I  Norwid. W tym samym prawie czasie sięgnąłem po "Vade-mecum". A jeszcze wcześniej  napisałaś coś prawdziwego o tym, że życie jest iluzją. Tak musiało być, choć  tego maila nie mogę znaleźć. Mogłem go przypadkowo usunąć w ferworze  porządkowania. Ale na pewno był..., a ja znalazłem wiersz, który się łaczy z tym  Twoim listem, choc może w dniu świątecznym nie brzmi prawomyślnie.
Zapach lip w Sopocie pamiętam bardzo  dobrze...

Janusz Urbaniak, ZGODA

 

wystarczyło mu patrzeć

jak słońce leniwie kładło

się zachodząc

 

nie musiał mówić choć

słowami bawił się 

w przestworzach

lepiąc kule znaczeń

niesprawdzonych

 

choć tęsknota była jego

chlebem nie tylko porannym

niespełnieniem przy końcu

dni które wyglądać miały

inaczej

 

marzenia którym wierzył

były coraz bledsze

i pogodzone z pustką

a jeszcze niedawno wiódł

o nich długie monologi

 

ta wiara odeszła prawie cała

przyszło czekanie na szklaną

szybę przyszło odrzucenie

mądrości które nie wyjaśniały

już niczego przyszła zgoda

na to co największe

 

ciche i głośne

ciche i głośne

ciche

*

16.05.13.

     Interesuje mnie to, co niewypowiedziane, myślał. Rysowałem zbyt wyraźnie, nie trzeba wszystkiego wyjaśniać. Napisał do Stelli: "Wiesz, zacząłem myśleć, że zbyt długo trzymałem się tego, by odzwierciedlać. Teraz staram się robić co innego, co jest tylko moje, sugestia jest ważniejsza niż przedstawienie (...), ciemność, którą rysuję nie ma końca. Przecinam ją wąskim i niebezpiecznym światłem... Stello, ja już nie ilustruję. Robię własne rysunki, nie mają nic wspólnego z tekstem. Ktoś nada im znaczenie".

Tove Jansson, Wiadomość, Czarno-białe, przeł. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Marginesy.

Liceum Krotoszyn

     Janusz (Urbaniak) - na fotografiach w 1968 roku na dziedzińcu Liceum im. Hugona Kołłątaja w Krotoszynie oraz parędziesiąt lat później u Kornela OSB w Klasztorze Benedyktynów w Lubiniu k/Kościana, Julita ta sama - wyraził zgodę na publikację wiersza, dziękuję.  

 

 

 

wtorek, 01 sierpnia 2017

julita bielak     Jul

Gdy się jest samotnym

tęskni się, aby być we dwoje

ale gdy się jest we dwoje

jest się zawsze we troje;

ten trzeci to ów samotny

który nadal jest samotny

***

Maria Wine, tłum. Zygmunt Łanowski.

julita bielak

     Zapraszam na herbatę, która zawsze lepiej smakuje w miłym towarzystwie, oraz na konkurs: konkurs bez powodu, bez okazji, bez konkretnej przyczyny. Bez zasad, za to z jednoosobowym, stronniczym, lekko kopniętym jury. Nagrodą jest książka na lato - nowa, nieczytana - i herbata na długowieczność.

     Co wiemy o autorze? Zajrzyjmy do Wiki: Thomas H. Cook, amerykański pisarz, posiada dyplom licencjacki z Georgia State College, stopień magistra w American History z Hunter College, a także magistra filozofii z Columbia University. Od 1978 do 1981 Cook uczył angielskiego i historii w Dekalb Community College w Gruzji, pracował też jako redaktor działu literackiego dla Atlanta Magazine. Za powieść Szkolny romans otrzymał nagrodę Edgara Alana Poe od Mystery Writers of America. A o książce?

     Pisarz - podróżnik George Gates zgłębia dziwne sprawy znikających osób od czasu, kiedy jego ośmioletni syn zaginął po wyjściu ze szkoły. I choć ciało syna odnaleziono w nurtach rzeki po jakimś czasie, to jego domniemany porywacz i morderca pozostał na wolności. A śledztwo utknęło w martwym punkcie. Podobnie było z Katherine Carr, która zniknęła z ich miasteczka. A prowadzący tę sprawę Arlo Mc Bride nawet po latach nie może pogodzić się ze swoją porażką. Nie pomogło mu nijak pozostawione przez Katerine opowiadanie, będące literacką wersją wydarzeń, które poprzedziły jej zniknięcie. Może jednak ponowna lektura tego tekstu przez Gatesa przyniesie jakieś nowe tropy w starej sprawie  Może nawet znajdą się jakieś wspólne ślady łączące zniknięcie Katherine i małego Teddyego, syna Gatesa. Źródło: nota wydawcy C&T.

Nina Leen

                              Fot. Nina Leen

     Zadanie jest proste, wystarczy w dowolny sposób powiązać trzy słowa: zbrodnia, hamak i herbata. Na odpowiedzi czekam na Fb do piątku do północy. Wyniki ogłoszę tak prędko, jak to będzie możliwe. Zapraszam zatem na herbatę.

z sieci

 

     

 

 

    

 

piątek, 28 lipca 2017

julita bielak     Jul

     Któregoś dnia wpadłam do domu, kiedy akurat mierzył stary garnitur i krawat. Wyznał mi, że może skorzysta z kursów uzupełniających dla dorosłych. Zastanawia się, czy nie zostać księgowym. Ja też myślałam o tym, żeby stać się kimś innym niż jestem. Nadal o tym myślę. Przeczytałam książkę pod tytułem "Sztuka miłości". Kiedy ją czytałam, wiele spraw wydawało mi się jasnych, ale potem znów stałam się mniej więcej taka, jaka była wcześniej.

Alice Munro, "Coś, o czym chciałam ci powiedzieć" (Przebaczenie w rodzinie), tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, str. 130.

z sieci

     "Autorski blog Ewy Marii Slaskiej", "Kronika kota nakręcacza", "Krytycznym okiem", "Wyliczanka", "Miasto książek", "Parapet Literacki", "Przeczytane.Napisane", "Fabryka Dygresji"... - m. in. tu bywam, czytam. I u Tattwy, u Uli Korektorki. 

     W "Fabryce..." znalazłam coś ciekawego: http://fabrykadygresji.pl/2015/01/31/jak-zyskac-popularnosc-na-blogu/

"Uwaga, tłumaczę, co masz robić, jeśli jeszcze nie wiesz.

Wybierasz tytuł dla swojego wpisu na blogu. Jeśli chcesz być na topie, napisz o tym, o czym w tym momencie mówi się w sieci. Tytuł notki powtórz ze dwa, trzy razy w tekście i zaznacz go pogrubieniem. Nie pogrubiaj wówczas żadnej innej treści, bo Google sfiksuje. Ważne fragmenty możesz podkreślić, skursywić, powiększyć, a nawet pokolorować. (XXI wiek, serio, kochani). Wówczas taki wpis zostanie uznany przez przeglądarkowego bota za jednolity tematycznie. W dodatku zacznie na niego wchodzić coraz więcej robotów, czyli wygeneruje się tak zwany ruch organiczny, a co za tym idzie, wzrośnie statystyka. To nie wszystko. W związku z powyższym, wzrośnie też pozycja Twojego bloga w wyszukiwarce Google, a zatem coraz więcej „żywych” użytkowników odnajdzie drogę do Twojej strony.
Dwa miesiące, sześć tysięcy wejść, w zasadzie tylko dzięki temu trickowi. Nie lekceważ potęgi Google."

z sieci  Postanowiłam spróbować, wykorzystać podpowiedź, przyjąć ogień - stąd tytuł. Bo jaka inna może być najpopularniejsza w aktualnościach nazwa, jak nie PIS, głównie o tym się mówi.
     Ktoś parsknie śmiechem: "Uczysz się w sieci!?". I tak, i nie. Chodziłam na kurs, wykładowca-matematyk uwielbiał Excela. Word, ten - tu machnięcie ręką - edytor miał nastąpić kiedyś, kiedyś się wydarzyć, jak zapowiadał. Nauczyciel kochał też porządek. Na każdych zajęciach sprzątaliśmy dyski, partycja C, partycja D. Niechętnie nanosiłam wydatki na wykres. Biłam się z myślami, gdzie umieścić książki, w kulturę czy w używki. W nałogi?. Nie podzielałam entuzjazmu jasnego widzenia zużytkowanych pieniędzy, co to zmieni. Nie kupię mniej mydła. Wlokłam się w ogonie grupy.
 
bielak
 
     Mam informatyka w rodzinie, ale czuję tremę przed zadawaniem mu pytań. Tak było kiedyś - korepetycje: uczący siedzi, grzanki z serem i pomidorem zjedzone, nauczana stoi niepewnie - a co dopiero dzisiaj! Paweł studiuje na PG, za dużo wie. Komputer, traktowany przeze mnie jak wspaniale zbędny deser, od dawna stał się jego daniem głównym. A że od deseru oczekujemy pocieszenia i radości, to, z Waszą, czytelników, pomocą, przetestuję, jak działa podpowiedź "Fabryki...". Mam w zanadrzu konkurs ze smacznymi nagrodami, wymyślam zadanie. Stay tuned.
 
 

    

02:24, julitczka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 lipca 2017

julita     Jul

     Zawitała do mnie scena polityczna, załomotała w drzwi. Przeraziła, zabrała spokój i poczucie bezpieczeństwa, zachwiała wiarą w stałość wywalczonej demokracji. Nałożyła się na ekran z ukochanym filmem, szarpała stronicami książki. Zasiała trwogę. Nie wyszłam na protestującą ulicę, gramolę się z domu z trudem, z jeszcze większym trudem udaję, że się nie gramolę. Olimpiada młodości nie może trwać bez końca. Pozostaje baczne przyglądanie się.

Joanna Helander

                          Fot. Joanna Helander

     I, dla równowagi, ucieczka nocą w wybrany przez siebie nierealny świat. Dom także jest stacją w podróży, postojem. Nie muszę być grzeczna, nie muszę się kłaniać. W ubogiej dekoracji mogę przewodzić, mogę znajdować ukojenie, leczyć rany. Mogę radować się niespodziankami sprawianymi przez przyjaciół. Jak ostatnią, gdy Wojtek przysłał mi tom ze zbiorem wierszy. Spełnił rolę szlachetnego pośrednika, "Antologię Postscriptum" sprezentowała mi Elżbieta, a mieszka daleko. Zadziwiająco książka połączyła dwie formy czasowe, dwie epoki: znajomość z Wojtkiem sprzed lat, z liceum i tę nową, wirtualną z Elżbietą. Zamknęła klamrą życzliwości, ważną, podpierającą. Piękną. Jak wiersze Elżbiety, jak zaprojektowana przez nią okładka.

julita

Elżbieta M. Będkowska-Adamczyk

Szepty                                                                (whispers

niebo nade mną                                                   the skies above me

maluje pokój błękitny                                           paint blue room

 

drzewa nade mną                                                 the trees before me

szepczą czasem                                                    whisper time

 

podróżnik we mnie                                                the traveler  within me

marzy odwiecznie                                                  dreams eternally)

*

a pod stopami niebo masz niczyje

próba powrotu otwiera drzwi do labiryntu

słów wymieszanych z odcieniem niedowierzania

to już kolejny okradziony luty wijący się pod niebem

zabłąkany cień opadającego cicho pióra

anioła na rozstaju wschodu i zachodu nie zatrzymasz

zna swoje przeznaczenie przywiązane do właściciela

nie ma wyboru nawet jeżeli gdzieś kiedyś ktoś

powiedział że każdy jest najpiękniejszy

 

najprawdziwszy jest twój

drzemiący pod kruchością świtu

*

niebieskie dmuchawce

nocą kiedy trudno

znaleźć sedno

na rozstajach godzin

rozbłyskują dmuchawce

 

chichoczą puchem

prosto w obolałe dusze

ścielą ostre krawędzie

zostawiając białą gwiazdę

poranną

*

Josef Sudek

                                  Fot. Josef Sudek

środa, 12 lipca 2017

julita   Jul

     "To był bezkompromisowy artysta. Taki trochę młodopolski, dziwny, wspaniały, awangardowy, który żyje sztuką". - Zygmunt Konieczny, kompozytor związany z Piwnicą pod Baranami, Inni o Wiesławie Dymnym.

julitajulita    

     Biografię Wiesława Dymnego podarowała mi pani Dorota. Książkę mogłam wówczas wybrać spośród zeszłorocznych nowości ZNAKu, wybór był trudny. I nie, bo postać Dymnego i aura Piwnicy pod Baranami fascynowały mnie od dawna. W latach sześćdziesiątych w wakacje rozbijano w Sopocie, najpierw naprzeciwko Grand Hotelu, potem przy Haffnera, wielki namiot. Nazywano go Teatrem Letnim, dobra scena na lato dla stołecznych, i nie tylko, artystów. Chodziłam na wszystkie przedstawienia, na występy kabaretów, koncerty. Tu widziałam spektakl Piwnicy pod Baranami. Odkryłam poetyczny a zarazem groteskowy, rodem z Gargantui i Pantagruela Franciszka Rabelais'go, świat Dymnego. Lat miałam, siedemnaście? Może.

julita

     Na zimowe ferie siostra z mężem zabrali mnie do Zakopanego. Baśka i Mietek zawsze skupiali wokół siebie liczne grono znajomych i przyjaciół, a także ludzi przypadkowych, acz arcyciekawych. Któregoś dnia do ich pokoju hotelowego zawitał Wiesław Dymny, zamarłam. Przyszedł z dziewczyną, ładną, krótko obcięte blond włosy, na bardzo biało pomalowane paznokcie. Dymny ułożył się na dywanie, nic nie mówił. Mówił milczeniem. Nawet nie wiem, na co patrzył. Na nic, w głąb siebie. 

     "Wiesiek za dużo nie mówił. Nie zwierzał się, nie oblepiał się przyjaciółmi". - Jerzy Cnota, przyjaciel Dymnego, aktor.

     W pewnym momencie do pokoju weszły przepiękne dziewczyny, elegancko ubrane, pewne siebie. Modelki z Cory. Stanęły nad Dymnym, wyciągnęły dłonie na powitanie. - Dzisiaj z nikim się nie poznaję - usłyszały. Cios. I mój cichy zachwyt z kąta pokoju.

wojciech wiernicki

Fot. Andrzej Wiernicki

     "- Cześć kumie, a gdzie wy się ubierota? - A u Diora. - Godocie - a wyglądacie jak jaki syberyjski łachmyta". Z "rozmówek" wzorowanych na chłopskich, prowadzonych z Krzysztofem Litwinem, str. 219.

julita

     Na studiach ktoś podarował mi genialny, wydany w niskim nakładzie z okazji jubileuszu 10-lecia istnienia Piwnicy,  album. Zawierał sporo tekstów Dymnego, fotografie, nuty. Obnosiłam się z książką, prawie nie rozstawałam. Ktoś potem ją ode mnie pożyczył, nie oddał. Teraz stale towarzyszy mi biografia, fantastyczna, rzetelna, elegancka, przedstawiająca życie Dymnego przez pryzmat jego artystycznych dokonań. Kartkuję kolejny raz, nie kończę, oglądam zdjęcia, czytam, nucę "Opuszczony dom". "Ulica wściekła, ulica zła" śpiewała Ewa Sadowska.

wojciech plewiński

Fot. Wojciech Plewiński

     Od dawna chciałam napisać o Dymnym w Altanie. Rozpędzałam się i ... bach!, stawałam. Bo jak zmierzyć się ze "światem jak wieczność, w której życie rozpala się na krótko, jak złudzenie". Z zagadkową siłą. W sieci znalazłam wiersz, słowa piosenki, tak ładnie się zaczyna - jak moje ongiś marzenie. Zmęczonym - poprzez "Siedem jest bestii moich" - wędrowcem kończy.

    To było tam na dole
Gdzie w dymie od pokoleń
O Wielkiej Sztuki rolę
Straszliwy kipi spór

On przyszedł przed północą
Kiedy się diabły kocą
I właśnie z ich pomocą
przytaszczył bestii wór

A bestie jak to bestie
Dziwne głosiły kwestie
Nieczułe na sugestie
By przegnać pustki czad

Wszystkie żłopały wódkę
Z natychmiastowym skutkiem
Jak gdyby strach przed jutrem
Wypiął włochaty zad

Zjawiła się panienka
W talii bezczelnie giętka
Króciutka jej sukienka
Zastanowiła nas

Nadleciał Czarny Anioł
Z uwagą spojrzał na nią
I nagle tuż pod ścianą
Dwuznaczny wyrósł las

Potem przylazły koty
Dźwigając w łapach młoty
Gotowe do roboty
Która im była w smak

Jeden zamruczał – hopla
Zrobimy aeroplan
Starczy fantazji kropla
By się zabawić tak

Zaś Szajbus dynamiczny
Wyraźnie obsceniczny
Uderzył w ton tragiczny
Tłukąc kieliszki dwa

Bełkotał że na wieży
Wisielec małoświeży
Dla stada nietoperzy
Na saksofonie gra

Wszystko się zakręciło
Nienawiść smutek miłość
Czy tak naprawdę było
Tego dziś nie wie nikt

Wśród tylu zmór i ludzi
Niełatwo się obudzić
Lecz po co tak się trudzić
Gdy rozum smacznie śpi

On wstał by coś powiedzieć
Więc lepiej było siedzieć
Cichutko jak te śledzie
Aby nie wkurzył się

Spojrzał nam prosto w oczy
I wtedy nas zaskoczył
Tym co w pamięci mroczy
Jak niewyraźny sen

Słońce wschodzi raz na dzień tylko raz
Tylko raz wygasza ognie bladych gwiazd
Ja zmęczony wędrowiec żegnam was
Słońce wschodzi raz na dzień tylko raz

Leszek Wójtowicz, Noc cytatów.

julita

    

    

    

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 43
Tagi