Rozmowy wśród przyjaciół
wtorek, 01 sierpnia 2017

julita bielak     Jul

Gdy się jest samotnym

tęskni się, aby być we dwoje

ale gdy się jest we dwoje

jest się zawsze we troje;

ten trzeci to ów samotny

który nadal jest samotny

***

Maria Wine, tłum. Zygmunt Łanowski.

julita bielak

     Zapraszam na herbatę, która zawsze lepiej smakuje w miłym towarzystwie, oraz na konkurs: konkurs bez powodu, bez okazji, bez konkretnej przyczyny. Bez zasad, za to z jednoosobowym, stronniczym, lekko kopniętym jury. Nagrodą jest książka na lato - nowa, nieczytana - i herbata na długowieczność.

     Co wiemy o autorze? Zajrzyjmy do Wiki: Thomas H. Cook, amerykański pisarz, posiada dyplom licencjacki z Georgia State College, stopień magistra w American History z Hunter College, a także magistra filozofii z Columbia University. Od 1978 do 1981 Cook uczył angielskiego i historii w Dekalb Community College w Gruzji, pracował też jako redaktor działu literackiego dla Atlanta Magazine. Za powieść Szkolny romans otrzymał nagrodę Edgara Alana Poe od Mystery Writers of America. A o książce?

     Pisarz - podróżnik George Gates zgłębia dziwne sprawy znikających osób od czasu, kiedy jego ośmioletni syn zaginął po wyjściu ze szkoły. I choć ciało syna odnaleziono w nurtach rzeki po jakimś czasie, to jego domniemany porywacz i morderca pozostał na wolności. A śledztwo utknęło w martwym punkcie. Podobnie było z Katherine Carr, która zniknęła z ich miasteczka. A prowadzący tę sprawę Arlo Mc Bride nawet po latach nie może pogodzić się ze swoją porażką. Nie pomogło mu nijak pozostawione przez Katerine opowiadanie, będące literacką wersją wydarzeń, które poprzedziły jej zniknięcie. Może jednak ponowna lektura tego tekstu przez Gatesa przyniesie jakieś nowe tropy w starej sprawie  Może nawet znajdą się jakieś wspólne ślady łączące zniknięcie Katherine i małego Teddyego, syna Gatesa. Źródło: nota wydawcy C&T.

Nina Leen

                              Fot. Nina Leen

     Zadanie jest proste, wystarczy w dowolny sposób powiązać trzy słowa: zbrodnia, hamak i herbata. Na odpowiedzi czekam na Fb do piątku do północy. Wyniki ogłoszę tak prędko, jak to będzie możliwe. Zapraszam zatem na herbatę.

z sieci

 

     

 

 

    

 

piątek, 28 lipca 2017

julita bielak     Jul

     Któregoś dnia wpadłam do domu, kiedy akurat mierzył stary garnitur i krawat. Wyznał mi, że może skorzysta z kursów uzupełniających dla dorosłych. Zastanawia się, czy nie zostać księgowym. Ja też myślałam o tym, żeby stać się kimś innym niż jestem. Nadal o tym myślę. Przeczytałam książkę pod tytułem "Sztuka miłości". Kiedy ją czytałam, wiele spraw wydawało mi się jasnych, ale potem znów stałam się mniej więcej taka, jaka była wcześniej.

Alice Munro, "Coś, o czym chciałam ci powiedzieć" (Przebaczenie w rodzinie), tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, str. 130.

z sieci

     "Autorski blog Ewy Marii Slaskiej", "Kronika kota nakręcacza", "Krytycznym okiem", "Wyliczanka", "Miasto książek", "Parapet Literacki", "Przeczytane.Napisane", "Fabryka Dygresji"... - m. in. tu bywam, czytam. I u Tattwy, u Uli Korektorki. 

     W "Fabryce..." znalazłam coś ciekawego: http://fabrykadygresji.pl/2015/01/31/jak-zyskac-popularnosc-na-blogu/

"Uwaga, tłumaczę, co masz robić, jeśli jeszcze nie wiesz.

Wybierasz tytuł dla swojego wpisu na blogu. Jeśli chcesz być na topie, napisz o tym, o czym w tym momencie mówi się w sieci. Tytuł notki powtórz ze dwa, trzy razy w tekście i zaznacz go pogrubieniem. Nie pogrubiaj wówczas żadnej innej treści, bo Google sfiksuje. Ważne fragmenty możesz podkreślić, skursywić, powiększyć, a nawet pokolorować. (XXI wiek, serio, kochani). Wówczas taki wpis zostanie uznany przez przeglądarkowego bota za jednolity tematycznie. W dodatku zacznie na niego wchodzić coraz więcej robotów, czyli wygeneruje się tak zwany ruch organiczny, a co za tym idzie, wzrośnie statystyka. To nie wszystko. W związku z powyższym, wzrośnie też pozycja Twojego bloga w wyszukiwarce Google, a zatem coraz więcej „żywych” użytkowników odnajdzie drogę do Twojej strony.
Dwa miesiące, sześć tysięcy wejść, w zasadzie tylko dzięki temu trickowi. Nie lekceważ potęgi Google."

z sieci  Postanowiłam spróbować, wykorzystać podpowiedź, przyjąć ogień - stąd tytuł. Bo jaka inna może być najpopularniejsza w aktualnościach nazwa, jak nie PIS, głównie o tym się mówi.
     Ktoś parsknie śmiechem: "Uczysz się w sieci!?". I tak, i nie. Chodziłam na kurs, wykładowca-matematyk uwielbiał Excela. Word, ten - tu machnięcie ręką - edytor miał nastąpić kiedyś, kiedyś się wydarzyć, jak zapowiadał. Nauczyciel kochał też porządek. Na każdych zajęciach sprzątaliśmy dyski, partycja C, partycja D. Niechętnie nanosiłam wydatki na wykres. Biłam się z myślami, gdzie umieścić książki, w kulturę czy w używki. W nałogi?. Nie podzielałam entuzjazmu jasnego widzenia zużytkowanych pieniędzy, co to zmieni. Nie kupię mniej mydła. Wlokłam się w ogonie grupy.
 
bielak
 
     Mam informatyka w rodzinie, ale czuję tremę przed zadawaniem mu pytań. Tak było kiedyś - korepetycje: uczący siedzi, grzanki z serem i pomidorem zjedzone, nauczana stoi niepewnie - a co dopiero dzisiaj! Paweł studiuje na PG, za dużo wie. Komputer, traktowany przeze mnie jak wspaniale zbędny deser, od dawna stał się jego daniem głównym. A że od deseru oczekujemy pocieszenia i radości, to, z Waszą, czytelników, pomocą, przetestuję, jak działa podpowiedź "Fabryki...". Mam w zanadrzu konkurs ze smacznymi nagrodami, wymyślam zadanie. Stay tuned.
 
 

    

02:24, julitczka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 23 lipca 2017

julita     Jul

     Zawitała do mnie scena polityczna, załomotała w drzwi. Przeraziła, zabrała spokój i poczucie bezpieczeństwa, zachwiała wiarą w stałość wywalczonej demokracji. Nałożyła się na ekran z ukochanym filmem, szarpała stronicami książki. Zasiała trwogę. Nie wyszłam na protestującą ulicę, gramolę się z domu z trudem, z jeszcze większym trudem udaję, że się nie gramolę. Olimpiada młodości nie może trwać bez końca. Pozostaje baczne przyglądanie się.

Joanna Helander

                          Fot. Joanna Helander

     I, dla równowagi, ucieczka nocą w wybrany przez siebie nierealny świat. Dom także jest stacją w podróży, postojem. Nie muszę być grzeczna, nie muszę się kłaniać. W ubogiej dekoracji mogę przewodzić, mogę znajdować ukojenie, leczyć rany. Mogę radować się niespodziankami sprawianymi przez przyjaciół. Jak ostatnią, gdy Wojtek przysłał mi tom ze zbiorem wierszy. Spełnił rolę szlachetnego pośrednika, "Antologię Postscriptum" sprezentowała mi Elżbieta, a mieszka daleko. Zadziwiająco książka połączyła dwie formy czasowe, dwie epoki: znajomość z Wojtkiem sprzed lat, z liceum i tę nową, wirtualną z Elżbietą. Zamknęła klamrą życzliwości, ważną, podpierającą. Piękną. Jak wiersze Elżbiety, jak zaprojektowana przez nią okładka.

julita

Elżbieta M. Będkowska-Adamczyk

Szepty                                                                (whispers

niebo nade mną                                                   the skies above me

maluje pokój błękitny                                           paint blue room

 

drzewa nade mną                                                 the trees before me

szepczą czasem                                                    whisper time

 

podróżnik we mnie                                                the traveler  within me

marzy odwiecznie                                                  dreams eternally)

*

a pod stopami niebo masz niczyje

próba powrotu otwiera drzwi do labiryntu

słów wymieszanych z odcieniem niedowierzania

to już kolejny okradziony luty wijący się pod niebem

zabłąkany cień opadającego cicho pióra

anioła na rozstaju wschodu i zachodu nie zatrzymasz

zna swoje przeznaczenie przywiązane do właściciela

nie ma wyboru nawet jeżeli gdzieś kiedyś ktoś

powiedział że każdy jest najpiękniejszy

 

najprawdziwszy jest twój

drzemiący pod kruchością świtu

*

niebieskie dmuchawce

nocą kiedy trudno

znaleźć sedno

na rozstajach godzin

rozbłyskują dmuchawce

 

chichoczą puchem

prosto w obolałe dusze

ścielą ostre krawędzie

zostawiając białą gwiazdę

poranną

*

Josef Sudek

                                  Fot. Josef Sudek

środa, 12 lipca 2017

julita   Jul

     "To był bezkompromisowy artysta. Taki trochę młodopolski, dziwny, wspaniały, awangardowy, który żyje sztuką". - Zygmunt Konieczny, kompozytor związany z Piwnicą pod Baranami, Inni o Wiesławie Dymnym.

julitajulita    

     Biografię Wiesława Dymnego podarowała mi pani Dorota. Książkę mogłam wówczas wybrać spośród zeszłorocznych nowości ZNAKu, wybór był trudny. I nie, bo postać Dymnego i aura Piwnicy pod Baranami fascynowały mnie od dawna. W latach sześćdziesiątych w wakacje rozbijano w Sopocie, najpierw naprzeciwko Grand Hotelu, potem przy Haffnera, wielki namiot. Nazywano go Teatrem Letnim, dobra scena na lato dla stołecznych, i nie tylko, artystów. Chodziłam na wszystkie przedstawienia, na występy kabaretów, koncerty. Tu widziałam spektakl Piwnicy pod Baranami. Odkryłam poetyczny a zarazem groteskowy, rodem z Gargantui i Pantagruela Franciszka Rabelais'go, świat Dymnego. Lat miałam, siedemnaście? Może.

julita

     Na zimowe ferie siostra z mężem zabrali mnie do Zakopanego. Baśka i Mietek zawsze skupiali wokół siebie liczne grono znajomych i przyjaciół, a także ludzi przypadkowych, acz arcyciekawych. Któregoś dnia do ich pokoju hotelowego zawitał Wiesław Dymny, zamarłam. Przyszedł z dziewczyną, ładną, krótko obcięte blond włosy, na bardzo biało pomalowane paznokcie. Dymny ułożył się na dywanie, nic nie mówił. Mówił milczeniem. Nawet nie wiem, na co patrzył. Na nic, w głąb siebie. 

     "Wiesiek za dużo nie mówił. Nie zwierzał się, nie oblepiał się przyjaciółmi". - Jerzy Cnota, przyjaciel Dymnego, aktor.

     W pewnym momencie do pokoju weszły przepiękne dziewczyny, elegancko ubrane, pewne siebie. Modelki z Cory. Stanęły nad Dymnym, wyciągnęły dłonie na powitanie. - Dzisiaj z nikim się nie poznaję - usłyszały. Cios. I mój cichy zachwyt z kąta pokoju.

wojciech wiernicki

Fot. Andrzej Wiernicki

     "- Cześć kumie, a gdzie wy się ubierota? - A u Diora. - Godocie - a wyglądacie jak jaki syberyjski łachmyta". Z "rozmówek" wzorowanych na chłopskich, prowadzonych z Krzysztofem Litwinem, str. 219.

julita

     Na studiach ktoś podarował mi genialny, wydany w niskim nakładzie z okazji jubileuszu 10-lecia istnienia Piwnicy,  album. Zawierał sporo tekstów Dymnego, fotografie, nuty. Obnosiłam się z książką, prawie nie rozstawałam. Ktoś potem ją ode mnie pożyczył, nie oddał. Teraz stale towarzyszy mi biografia, fantastyczna, rzetelna, elegancka, przedstawiająca życie Dymnego przez pryzmat jego artystycznych dokonań. Kartkuję kolejny raz, nie kończę, oglądam zdjęcia, czytam, nucę "Opuszczony dom". "Ulica wściekła, ulica zła" śpiewała Ewa Sadowska.

wojciech plewiński

Fot. Wojciech Plewiński

     Od dawna chciałam napisać o Dymnym w Altanie. Rozpędzałam się i ... bach!, stawałam. Bo jak zmierzyć się ze "światem jak wieczność, w której życie rozpala się na krótko, jak złudzenie". Z zagadkową siłą. W sieci znalazłam wiersz, słowa piosenki, tak ładnie się zaczyna - jak moje ongiś marzenie. Zmęczonym - poprzez "Siedem jest bestii moich" - wędrowcem kończy.

    To było tam na dole
Gdzie w dymie od pokoleń
O Wielkiej Sztuki rolę
Straszliwy kipi spór

On przyszedł przed północą
Kiedy się diabły kocą
I właśnie z ich pomocą
przytaszczył bestii wór

A bestie jak to bestie
Dziwne głosiły kwestie
Nieczułe na sugestie
By przegnać pustki czad

Wszystkie żłopały wódkę
Z natychmiastowym skutkiem
Jak gdyby strach przed jutrem
Wypiął włochaty zad

Zjawiła się panienka
W talii bezczelnie giętka
Króciutka jej sukienka
Zastanowiła nas

Nadleciał Czarny Anioł
Z uwagą spojrzał na nią
I nagle tuż pod ścianą
Dwuznaczny wyrósł las

Potem przylazły koty
Dźwigając w łapach młoty
Gotowe do roboty
Która im była w smak

Jeden zamruczał – hopla
Zrobimy aeroplan
Starczy fantazji kropla
By się zabawić tak

Zaś Szajbus dynamiczny
Wyraźnie obsceniczny
Uderzył w ton tragiczny
Tłukąc kieliszki dwa

Bełkotał że na wieży
Wisielec małoświeży
Dla stada nietoperzy
Na saksofonie gra

Wszystko się zakręciło
Nienawiść smutek miłość
Czy tak naprawdę było
Tego dziś nie wie nikt

Wśród tylu zmór i ludzi
Niełatwo się obudzić
Lecz po co tak się trudzić
Gdy rozum smacznie śpi

On wstał by coś powiedzieć
Więc lepiej było siedzieć
Cichutko jak te śledzie
Aby nie wkurzył się

Spojrzał nam prosto w oczy
I wtedy nas zaskoczył
Tym co w pamięci mroczy
Jak niewyraźny sen

Słońce wschodzi raz na dzień tylko raz
Tylko raz wygasza ognie bladych gwiazd
Ja zmęczony wędrowiec żegnam was
Słońce wschodzi raz na dzień tylko raz

Leszek Wójtowicz, Noc cytatów.

julita

    

    

    

 

czwartek, 29 czerwca 2017

jb     Jul

     Zapanowało na tyle kapryśne lato, że - gdzie tylko się da - szukam pogody i uśmiechu. - Miałam sześć lat i poszłyśmy z mamą zwiedzać groby wielkanocne. W kościele wśród paprotek leży na zielono podświetlona figura Pana Jezusa, jakaś babcia klęczy i chlipie. Po cichu podchodzimy do tej gipsowej postaci naturalnej wielkości, a nagle ja na cały kościół wrzeszczę: 'Tu nie ma co stać, tu trzeba pogotowie wzywać!' - opowiedziała kiedyś w Wysokich obcasach Katarzyna Lengren. Tu nie ma co stać, tu trzeba w deszczu tańczyć! Przyglądam się "Rozmowom przy stole" autorstwa Jerzego Bralczyka, Katarzyny Lengren i Jacka Wasilewskiego.

jb

     Dostawiłabym do książek o jedzeniu, które już mam, czasami zajrzała. Jako "zamiast", bo więcej o potrawach mogę czytać, niż się nimi - z dietą "lilak" (bez cukru, bez fruktozy, bez glutenu, bez, bez, bez...) - delektować. Książki kucharskie w ostatnich dwóch przeprowadzkach przepadły, musiałam dokonać wyboru i ścieśnić bibliotekę. "Piąty smak" Łukasza Modelskiego i "Przez kuchnię i od frontu" Miry Michałowskiej zabrałam, cenię opowieści i rytuały jedzeniowe. Jedzenie smakuje lepiej, chwilę obejmuje we władanie szczególne znaczenie.  Nabiera jakości, zapisuje się w pamięci jako prowadząca do czegoś ważnego, a nie tylko zaspokojenia głodu.

jb

     I choć w literaturze niewiele jest przykładów na to, co bohaterowie jedli, gdy kochali, porzucali, przyjeżdżali, odchodzili, rozważali, płakali, to staram się wyczytać menu. Co okazuje się trudne lub wręcz niemożliwe. Trafiam na wyszczególnienie motywów i tematów twórczości tego czy tamtego autora, znajduję obyczaje, miłość, morderstwo, zemstę, sprawiedliwość, władzę, narkotyki, strach, karę, ideały, szczęście, tajemnicę, cierpienie, nawet głupotę i wiatr, jest calvadosu cierpki smak - jedzenie milczy, nie ma. Lub pojawia się nader rzadko, wyjątek potwierdza regułę. O rurkach z kremem u Hrabala już pisałam, "Cebulę" Wisławy Szymborskiej każdy zna, jada się w "Smacznym życiu Charlotte Lavigne" Natalie Roy, instrumentalnie pije się w "Na wspak" Joris-Karla Huysmansa, , wybija takt kością indyka w "Straszykoniu w różanych sidłach" Friedricha Josefa Franza Rittera von Herzmanovsky-Orlando, uff, jedzenie pojawia się na kartach "Mapy i terytorium" Michela Houellebecq'a. 

jb Wbrew nastawieniu, podarowana mi przez Katarzynę "Autobiografia Alicji B. Toklas" pióra Getrudy Stein, przepisów ani doniesień o potrawach nie zawiera. Prowadzi za to przez galerię portretów Paryża z początku ubiegłego wieku, przez samo miasto, przez ludzi, relacje z rozmów, sprawy i zdarzenia. Gertruda czasami przyznawała się, że nie ma pojęcia o gotowaniu. - Ale krytykować potrawy potrafię - mawiała. - Krytykować nie jest trudno. W końcu Alicja nie umie pisać, a moje utwory ocenić umie i doskonale poddaje je krytyce. Alicja rzeczywiście poddawała utwory Gertrudy krytyce, ale entuzjastycznej. Kierowała się żelazną zasadą Ernesta Hemingwaya, według której artyście niepotrzebna jest krytyka ujemna, należy go zawsze chwalić. Pochwały dodają mu skrzydeł, nagany spychają na dno piekieł. Smaczna gawęda.

     jb Jak wszystkie równie smaczne rozmowy w "Piątym smaku" pełnym ciekawych przepisów na uciechy stołu. Wybrałam Gyutataki: 500 g wołowiny lub rostbefu, 150 ml sosu sojowego, 2 łyżki miodu, kilka ząbków czosnku, czarny pieprz, kilka gałązek kolendry. Wołowinę oczyść, przypraw świeżo zmielonym pieprzem, obsmaż krótko na patelni grillowej. Zmieszaj sos sojowy z miodem w pokrojonym w plasterki czosnkiem. Włóż mięso do marynaty i odstaw na godzinę do lodówki. Gyu podawaj pokrojone w cieniutkie plasterki z drobno posiekaną świeżą kolendrą. To moje signature dish - danie, które o mnie opowiada, sumuje ładnie Grzegorz Łapanowski.

     Przy stole, obok Ziny, siedział jego kolega służbowy, nauczyciel francuskiego, Tremblant. Przed Pustiakowem postawiono talerz z zupą. Wziął lewą ręką łyżkę, ale przypomniawszy sobie, że lewą ręką nie wypada jeść w przyzwoitym towarzystwie, wymówił się, że już jadł obiad i że mu się jeść nie chce. — Ja już jadłem… Merci… —wybełkotał —Byłem z wizytą u wuja Jelejewa i ten mnie namówił… tego… zjeść obiad. Duszę Pustiakowa ogarnął smutek żałosny i wściekły gniew: od zupy rozchodził się ponętny zapach, a nad jesiotrem unosiła się niezwykle apetyczna para.

Antoni Czechow, "Order" i fragment, który w niedosycie pięknie o Mistrzu opowiada.

Andrey Tarkovsky

          Fot. Andrei Tarkovsky

     Dlaczego omijam "W podróży" Sandora Marai i jego kunszt deziluzji przenikliwych opisów Paryża, Londynu, Wenecji? Nie wiem. Bo wolę wierzyć w zachwyt kolorytem wrażeń, zmysłów, urody i zapachów? Być może, to o mnie opowiada. Poczytam do poduszki "Kubusia Fatalistę i jego pana" Diderota, dzisiaj przyniosłam, to też o mnie opowiada. "Napisane jest na górze, że póki Kubuś będzie żył, póki jego pan będzie żył, a nawet skoro obaj pomrą, jeszcze będzie się mówiło "Kubuś i jego pan".

 

    

 

 

 

czwartek, 22 czerwca 2017

jb     Jul

Zabicie czasu, Łukasz Jarosz.

Na szczęście nieraz zapominam, że jestem.
Na szczęście
jest ktoś, kto nie wierzy w moje wiersze.
Pojedyncze,
wielokrotne, wśród innych.
Pojedynczy, zwielokrotniony, sam, z
innymi czy też
w nie wierzę? Rozrzedzam się, jednoczę nad
ziemią,
w piasku ostrym jak szkło. Wieczorem czytam,
fale
wiatru nużą. Domem jak łodzią, pokojem
jak kajutą oddalam się
od brzegu, gdzie ludzie
żegnają się, kochają, kłócą i
krzyczą.

*

M Waldbauer

           Fot. Martin Waldbauer

     Rozumiem psy, wiem, co mówią, mogę o nich pisać. Gdy Ewa opowiada o Paniczu, co nocą w stajni skobel otwiera i pozostałym koniom-współbratymcom kantary zdejmuje, to widzę go wyraźnie. Pogwizduje szelmowsko. W myśl zasady: "Akceptuj ludzi takimi, jacy są albo odejdź, nie próbuj ich zmieniać, bo zwykle jest na to za późno" - potrafię poruszać się po zbiorowości dorosłych, obserwować, unikać, podchodzić bliżej, omijać. Dzieci - nie umiem. Czy są kimś innym, niż my, dorośli?

moje

          Halina Wiktor, Tajemnica starego lasu, ilustr. Barbara Kiedrowska

     Wszystkie dzieci - oprócz tego jednego - dorastają. Szybko dowiadują się, że kiedyś dorosną, a Wendy dowiedziała się o tym tak: pewnego dnia, gdy miała dwa lata, bawiła się w ogrodzie, zerwała kolejny kwiatek i pobiegła z nim do mamy. Przypuszczam, że wyglądała zachwycająco, bo pani Darling położyła rękę na sercu i wykrzyknęła:  - Och, dlaczego nie możesz taka pozostać na zawsze? To było wszystko, co sobie na ten temat powiedziały, ale od tego czasu  Wendy wiedziała, że musi dorosnąć. Jak się ma dwa lata, to się wie. Dwa lata to początek końca.

J.M. Barry, "Piotruś Pan i Wendy:, Przeł. Michał Rusinek, ZNAK emotikon.

moje

     Do tych pięknych dodałam książki wychowawcze, przestudiowałam, zeszło mi na tym z pięć tygodni. Przepadłam dla świata i ludzi. I stoję w miejscu. Kreślę postać dziecka, raz chłopca, raz - dziewczynki, a kontury wciąż zamazane, niebieskie nakłada się na różowe, małe na duże, głośne na ciche. Bo dzieci, jak wszystko, co nas otacza, zmieniają się. Obserwowane przeze mnie Julki, Stasie, Szymony, Oliwki w niczym nie przypominają znanych mi dzieci sprzed lat. Dawnych aniołków noszących wykrochmalone białe spodenki i wypolerowane na glans skórzane buciki. Obłożyłam się zatem literaturą fachową, by z jej kart zaczerpnąć wiedzę, jakie są współczesne dzieci, jakie być powinny. Czego się od nich oczekuje. Czytam o zajęciach, które pomagają w kształtowaniu odwagi i pewności siebie. Na początek - zgniatacz strachów, czyli obrotowa maszyna, która ściera na miazgę wszystkie strachy. Ale najpierw należy sporządzić karty zdolności: fizycznych, artystycznych, społecznych, szkolnych, sportowych, dramatycznych, muzycznych, przyrodniczych, szczególnych, związanych z pracą w domu (wycieranie do połysku, odkurzanie, sprzątanie) oraz z ciałem. Zręcznie łapie, jest giętki, nieustraszony, kaligrafuje, tka, uprzejmy, nie poddaje się, zjada do końca, maluje, szybko myśli, umie przegrywać, umie wygrywać, kolekcjonuje, trafia rzutkami do celu, liczy na siebie, działa z motywacją, ładnie się przedstawia, ciekawie opowiada, pisze sztuki teatralne, tworzy dekoracje sceniczne... A przede wszystkim nie boi się, bo strach jest uczuciem o wielkiej mocy i może zniszczyć pewność siebie uważają autorki 365 zabaw i gier. "Zgniatacz strachów" daje dziecku siłę do zniszczenia lęków i w efekcie pokazuje mu, jak wykorzystać swoje wrodzone zdolności i talenty, by być odważnym. Wystarczy poprosić dziecko, by wyjawiło nam męczące go strachy, zapisać je na krakersach. Na wałek do ciasta nawinąć i przykleić zadrukowane pozytywnymi przymiotami karty zdolności. Teraz położyć na stole krakersy i wytłumaczyć dziecku, że każda z cech zapisanych na zgniataczu strachów jest daleko silniejsza, niż sam strach i jeżeli zmobilizuje się je wszystkie i obmyśli odpowiednią strategię działania, z pewnością zwycięży. Zaczyna się zabawa: dziecko wypowiada na głos cechy, które zwalczą strach i z całej siły zgniata wałkiem krakersy. Okruszki zdmuchuje ze stołu, są niczym innym, jak pyłkiem na wietrze, strach pokonany. Acha.

moje

     Postanowiłam się ukształtować i wypróbować na sobie zgniatacz strachów. Z braku wałka kartę zdolności (grzecznie mówi "dzień dobry", "do widzenia" i "nie mam grosika", jedyne, co przyszło mi do głowy) nawinęłam na butelkę po winie, zgniatałam, dmuchałam. Nabałaganiłam, trzy dni sprzątania (plus na karcie zdolności) i nic się nie zmieniło: tak samo boję się zimna, zadymki i wszelkich zadym oraz dzwonka telefonu. Wspinania się na wysoką górę, nisko latających wielkich samolotów, dużych statków nawet, jeśli stoją w porcie. Wielu rzeczy, ale dzwonka telefonu najbardziej. To pozwala mi przetrwać, nie spaść ze stuletniego dębu na twarz, bo tam nie wchodzę. Działa instynkt samozachowawczy.

S Kubrick

                             Fot. Stanley Kubrick

     Wraz z powszednimi strachami nękającymi i innych ludzi, z których 40 procent najbardziej boi się przemawiać publicznie, 32 procent boi się przestrzeni, czyli miejsc otwartych i stromych, 22 procent lęka się owadów, kłopotów finansowych i głębokiej wody, 19 procent boi się choroby i śmierci, 18 procent drży przed podróżą samolotem, 14 procent lęka się samotności, 11 procent boi się psów, 9 procent czuje obawę przed kierowaniem lub jazdą samochodem, 8 procent boi się ciemności, tyleż obawia się jazdy windą. Zadziwia dalekie miejsce obawy przed samotnością. Ktoś to kiedyś zbadał, a odpowiedzi świadczą o tym, iż lęk przed pospolitymi rzeczami jest tak rozpowszechniony, że trzeba go uważać za zjawisko normalne. I nie zgniatać, a oswoić.

hannah

     Pisarz Leo Buscaglia powiedział: "Ci, którym się wydaje, że wiedzą wszystko, nie mają możliwości przekonania się, że tak nie jest". Studia zatem nad postacią dziecka prowadzę nadal. w niedzielę mam zamiar przeprowadzić badania empiryczne. Zbieranie rozproszonych informacji jest przecież podstawą rozwoju intelektualnego. Kto zna "Bajkę na końcu świata" Macieja Podolca, ten wie.

 

sobota, 20 maja 2017

     Jul

     Inspiracją wpisu stało się parę znaczących słów pani Karoliny: "Jak pomyślę, ile fascynujących, niezwykłych osób poznałam jako redaktorka i ghost, to dochodzę do wniosku, że to najlepsza praca pod słońcem. Zatem możecie mi oficjalnie pozazdrościć".

     Pozazdrościłam. I nie, bo to samo mogę powiedzieć o mojej przygodzie z "Księżycem myśliwych": przyniosła mi w darze pięknych ludzi.

jb

 

Katarzyna Krenz, Podróż z nieznajomą

jeśli pozwolisz

na przemijanie

odejdziesz, odejdę

miniemy się po drodze

jak dwoje obcych ludzi

 

jeśli pozwolisz na milczenie

*

Malwina Szusta

          Fot. profil Fb Malwina Szusta

     Przyniosła też spektakularne wydarzenia, intrygujące przeżycia i emocjonujące spotkania. Choć w zarysie zamknę je w szkice, aby nie zasnęły spokojnie w pamięci. Uporządkować się nie pozwolą, pozostaną wirującym kalejdoskopem refleksji, strzępów rozmów, twórczych, wielobarwnych przypadków. Korowodem istot niespokojnych.

jb

     - Czas płynie niezatrzymanie i nie przynosi tego, co przynieść powinien. Liczę dni, godziny. Przyglądam się zmierzchom, zza których wyłaniają się świty. Jeden po drugim, jeden po drugim... - napisał w liście do mnie pewien Poeta. - Moja łódź się przemieszcza... - dodał. Ładnie powiedziane.

     Moją łódkę zacumowałam dzisiaj w porcie MALWY. Jest ich sześć. Sześć przyjaciółek, które w pewnym momencie życia połączyła wspólna pasja - malarstwo. http://www.malwy.com.pl/?page_id=94

jb

     Dekadę temu "zaczęły nieśmiało - od marzeń i planów. Jedna z nich, Kasia, zapragnęła, by jej malowniczy dom na Kaszubach stał się miejscem plenerów malarskich. Do wspólnego malowania namówiła swoją przyjaciółkę Sławkę, a potem kolejno Małgosię, Elę, Basię, Ewę. Tak powstał klub malujących kobiet" przedstawia MALWY w Magazynie Gdańskim Brygida Susko. Potem były plenery w pięknych miejscach w Polsce, we Włoszech i w Hiszpanii, wystawy zbiorowe i indywidualne, wspólne wizyty w muzeach i na wystawach. Dyskusje o sztuce, twórcze niepokoje i rozterki w poszukiwaniu własnych i wspólnej dróg rozwoju artystycznego. Wszystkiemu od lat towarzyszy niekłamana pasja i godna naśladowania radość życia.

jb

     Już drugi rok z rzędu towarzyszy mi kalendarz MALW, daje energię do działania i uśmiech. Miesiące zapamiętuję obrazami: "To styczeń był czy luty? Jednak styczeń, na ścianie widniała Simona Basi Faron. A imieniny obejdę z chabrami Sławki Ligęzy-Hill, co za kolory, jakie światło!".

jb

    

 

    



 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 08 maja 2017

jb     Jul

    Zajrzałam z wierszem na poniedziałek. Na chwilę. Na wielkie miasto.

Joanna Lech, Co znaczy dobre

Bywa, że nie wierzy się słowom, które przychodzą
w zmęczeniu. Dla mnie to samo, co zwykle; kolejka, karnawał
i gorzki wstyd. Trzy dymki fleszy, tylko, że dalej nie wiemy,
co począć. Ta twoja przepaść, to jest żałosne. Znaczy urocze,
chciałem powiedzieć. Wszystko sprzedaje się teraz.

Ale za drzwiami się pali, kolego. W środku gotuje się krew.
Języki i noże. Żeby tak wejść i dać się zapomnieć. Bardzo to lubię,
wie pan? Po prostu zapomnieć. A już ci odjechał ostatni autobus.
I co ty tu jeszcze robisz, dziewczynko? Spalasz się w locie,
nie wiesz? Ogarnij się lepiej. To jest twój facet czy pies?

*

Helikopter, 11/2015

______________________________

Fot. Klaudyna Schubert

Klaudyna Schubert

02:44, julitczka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 maja 2017

Julita     Jul

     Niedawno nakładem Wydawnictwa Sic! ukazała się książka Elżbiety Isakiewicz "Niewyśnione historie". Zbiór miniatur literackich spotyka się z trafnymi, godnymi pozazdroszczenia recenzjami. Może dlatego, że recenzji zwykle nie określa się słowem "piękna", dla podkreślenia jej wyjątkowego znaczenia, wybrałam jedną z nich, współtworzącą niejako książkę. Najpierw kilka z niej myśli: „To polifoniczna opowieść o zmienności życia, jego kresie i wiecznej na ten kres niegotowości: historia ludzi, ich spotkań, ale także przedmiotów znaczących więcej niż można się domyślać”.
„To taka książka, którą powinno się czytać w odosobnieniu i ciszy, a jednocześnie serwować jej fragmenty bliskim sobie ludziom”.
„Te teksty mają dotykać bardzo głęboko, a jednocześnie robią to przejmująco subtelnie”.
„Książka do wielokrotnego czytania. Powolnego. Ujmująca i zaskakująco wieloznaczna”. Całość zaś tekstu cenionego recenzenta pana Jarosława Czechowicza udostępniam tutaj: http://krytycznymokiem.blogspot.com/2017/03/niewysnione-historie-elzbieta-isakiewicz.html    

Elżbieta Isakiewicz

          Fot. Elżbieta Isakiewicz Fb

     Mam niekłamaną przyjemność cieszyć się przyjazną gościnnością Elżbiety. Któregoś dnia zamieściła na Fb miniaturę literacką - opowieść z wagonu metra o duszy. Z założenia nic wielkiego podczas krótkiej podróży od stacji do stacji nie może się wydarzyć. Mogą się jedynie przeciąć czyjeś drogi, mężczyzny kreślącego w powietrzu kręgi, jakby dyrygował i kobiety z książką. Wymienią parę zdań, kobieta zapyta: - Co pan grał? - Karczowałem drogę - odpowie. - Co na niej było? - Trwogi. Jak się pomnożą, zawsze tak robię.
(Przykuci do smartfona, z uszami w słuchawkach, każdy w swoim kącie, oczy mają pochylone).
– W cudzej duszy jak w lesie – odezwie się po chwili kobieta. – Zna pan to powiedzenie Czechowa? – przebiega palcami po okładce książki, jakby wygrywała rytm zdania.
– O tak – westchnie mężczyzna. –  I las niekiedy wymaga karczowania.
Potem kobieta i mężczyzna mówią sobie do widzenia. Ona jedzie dalej, on wysiada.

z sieci

     Natychmiast zareagowałam: - Piękne. Pokrewne dusze, nie powinni byli się rozstać, nigdy! Takiej dziewczyny to on już nie znajdzie. - Dziwne - odpowiedziała Elżbieta. - Nie pomyślałam, że nie powinni się rozstać. Pomyślałam, że metro jest specyficznym środkiem lokomocji - za oknem nie ma krajobrazów, a ludzie siedzą naprzeciwko siebie i wtedy sami są krajobrazem. I niekiedy ( w tej niemej komunikacji) dochodzi do zdumiewających nagłych, także dobrych, spięć, interakcji, które nie mają ciągu dalszego - chyba że taki właśnie, jak owa miniaturka. A może masz rację, Jul, może powinni wysiąść razem...Może dane im będzie kiedyś powtórzyć odpędzanie trwóg w połączeniu z muzyką i Czechowem...

bresson               Fot. Henri Cartier-Bresson

     - Spójrz na dialog, El, proszę: - Co pan grał? - Karczowałem drogę. - Co na niej było? Widzisz, odpowiedziała natychmiast, na żywo, widząc go, niemalże czując, słysząc timbr głosu, wiedząc, jakie ma dłonie, plątaninę żyłek pod skórą. Nie SMSem, nie na w komentarzach na Fb, na Tweeterze, a w kontrakcji, w bezpośrednim oddziaływaniu na siebie. Nie powienien był wysiąść, już nie spotka takiej dziewczyny. Z książką. Zawróć pociąg, El, i od Czechowa ułóż opowieść jeszcze raz. Wersję: "on zostaje w pociągu" - nie pójdzie, nie dotrze, zarwie zajęcia, ale życie sobie ułoży. Aaaa, może powinni wysiąść razem - powiadasz El, tego nie brałam pod uwagę: Twoja dziewczyna wysiada, mój chłopak zostaje w pociągu, ciekawe, ciekawe... Na co Elżbieta: - Och, tak, znam tę fotografię. Dawno temu umieściłam ją pod wpisem zawierającym scenę z mojego "Kaprysu", czyli (przy)powieści o kobiecie i mężczyźnie, i teraz zastanawiałam się, czy jej nie powtórzyć. Widzisz jak podobnie wysnuwają się nasze skojarzenia? Czy to nie magia? A co nimi? Z kobietą z książką i karczującym trwogi? Pewne, że  dzięki Tobie, Jul, w mojej głowie będą się teraz rozwidlać potrójne scenariusze (on wysiada, ona nie, wysiadają razem, on zostaje, ona wysiada), sceny z jakiegoś innego życia, toczącego się jakby krok nad ziemią, może o jeden krok za daleko...

z sieci

     Wróciłam wieczorem. - Fotografia, aż podskoczyłam, El, na krześle, znasz ją, niebywałe. Co z nimi? Wysiadł? Po latach wraca na wciąż tę samą linię metra, rozpamiętuje, już wie, ile stracił. Dziewczyny zapomnieć nie może. Pojawiła się Elżbieta: - Ha! I tę fotografię znam - milion razy szukałam w głowie tematu pod nią - żeby tylko móc ją wykorzystać (no bo z kotem nie byłoby problemu, oczywiście).. I proszę - stało się! I bardzo nęci owo "co z nimi", Jul, to świetny pomysł z tym jego wychodzeniem, jego czujna obserwacja, rejestracja jego wrażeń (ale bez tzw. strumienia świadomości, to łatwizna i już było, tak można bez końca, bez dyscypliny warsztatu), jego wspomnień (karczowanie trwóg nie wzięło się przecież znikąd) - co jeszcze by się wydarzyło na tej stacji metra? Jesteś Kusicielką, och, jaką frapującą Kusicielką, Jul!

Piotr barącz                               Fot. Piotr Barącz

     Prowadziłyśmy rozmowę przez następnych parę wieczorów. Nie dokończyłyśmy jej, dziewczyna nadal jedzie metrem, chłopak kieruje się do wyjścia. Ich dialog powtarza się od początku, aby zatrzymać się w kadrze, bo główni aktorzy nie znają swoich ról. Akcja zatrzymuje się, zawisa, po czym toczy się według nakreślonych przez nas dróg: dziewczyna wysiada z chłopakiem, ona zostaje w metrze, wysiadają oboje. Czyj świat każde z nich przejmie? Porzucone miejsca, plany i marzenia mogą opowiedzieć o tym, kim jesteśmy, dokładniej i sugestywniej niż stan naszego posiadania i samopoczucia w danej chwili. Nie uporządkowałyśmy zdarzeń, przypadków, strzępów rozmowy, cieni dwuznaczności, kalejdoskopu decyzji. I to też jest historia. Niedokończona.

jbjb



czwartek, 27 kwietnia 2017

jb     Jul

Szyny, Tomas Transtromer, przełożył Czesław Miłosz

Druga w nocy, księżyc. Pociąg przystanął
pośrodku równiny. Daleko światełka miasta
mrugają, zimne, na horyzoncie.

Jak kiedyś ktoś zabrnie tak daleko w sen,
że, wróciwszy do pokoju,
już nigdy sobie nie przypomni, że był tam.

I jak kiedyś ktoś tak pogrąży się w chorobę,
że dni dawniej przeżyte są jak rój światełek
zimnych, wątłych, na horyzoncie.

Pociąg stoi zupełnie nieruchomo.
Druga. Pełnia księżyca, parę gwiazd

*

jb

     Katarzyna zajęła "miejsce przy oknie", tak jest napisane na bilecie uprawniającym nas do przejazdu pociągiem. Spragniona krajobrazu wpatruję się w kawałek blachy i - prowadząc typową podróżną rozmowę - przekonuję: - Według teorii „efektu motyla” – tak. Butterfly effect wymyślił Edward Lorenz, amerykański meteorolog i matematyk. To on doszedł do wniosku, że trzepot motyla gdzieś w Singapurze może spowodować burzę nad Karoliną Północną w USA. Ten z pozoru niewinny wpływ jednych wydarzeń na drugie, który może skutkować lawiną kolejnych, zaczęto nazywać właśnie efektem motyla (pewnie też dlatego, że tzw. atraktor Lorenza, graficzny układ trzech równań – przypomina nieco kształt motyla). Był rok 1960, a Lorenz zajmował się komputerowym prognozowaniem pogody. Wykorzystywał do tego specjalne równania. Był zaskoczony, kiedy wprowadzenie do nich różniącej się minimalnie liczby wyjściowej (dokładnie 0,506 i 0,506127), w miarę upływu czasu, zupełnie zmieniało całą symulację i prognozy na dalsze dni. To dlatego żaden szanujący się meteorolog nie poda długoterminowej pogody, bo wie, że nie jest w stanie określić bieżących warunków tak dokładnie, aby uniknąć błędu w dalszych obliczeniach. Milknę. Katarzyna coś czyta, notuje, za chwilę opowiada mi zadziwiającą historię z królem Władysławem Warneńczykiem w tle. Iława. - Obcięłam mamie włosy na Organka, na Tomasza Organka - wypalam. - Maszynką? - zdumiewa się Katarzyna. - Tak, tu, tu i tu, a czub zostawiłam. Śmiejemy się obie, chyba po raz pierwszy widzę, a nawet słyszę inny, niż stonowany, śmiech Katarzyny.

jbjb

   Na zaproszenie pani Natalii i jej uczniów jedziemy do Warszawy, przeżyjemy niezwykłą przygodę. Katarzyna wydrukowała mapę, jak dotrzeć uliczkami do szkoły, jestem pełna podziwu. Bo kogo zapytałabym o drogę, mijałyśmy jedynie koty za płotami i to małomówne. Tylko jeden na pytanie: - Jak jest? - ogłosił: "Oj, ciężko, ciężko. Felix od święta, dach przecieka". Reszta, w tym rudy, milczała. Za to pogoda ładna, ciepło, tulipany w pełnym rozkwicie. Na korytarzach szkoły witane jak dobre znajome - magia Facebooka - domawiamy z panią Natalią szczegóły spotkania i idziemy na kawę. Czujemy się jak na wagarach. "Bosko Włosko", jest, znalazłyśmy, zaserwowane espresso okazało się bosko włoskie, prawdziwe, przepyszne.

jb

     Wczesne popołudnie. Miłosz, Michał, Kasia, Julia, Malwina, Amelia i pozostałe "Robale" pani Natalii - jej uczniowie - już są, siedzą przy wielkim stole zastawionym smakołykami i napojami, jest i księżycowe ciasto z kraterami. Na ekranie widnieje obraz latarni morskiej, skądś dobiegają dźwięki muzyki Krzysztofa Komedy. Zaczynamy spotkanie. Powoli dowiadujemy się, kto, gdzie i dlaczego pierwszy raz odłożył "Księżyc myśliwych", ile przeczytał, co mu przeszkodziło w dalszej lekturze. Z zainteresowaniem słuchamy barwnych opowieści, wiadomo: "pola są zieleńsze w opisie niż w swej zieloności". Podziwiam dorosłość młodych ludzi, obycie, swobodę wypowiedzi, dojrzałość literacką. Są wspaniali, zaskakujący. Uważni - ich egzemplarze książki zdobią liczne zakładki - i wcale nie tacy bezkrytyczni. Potrafiący wprząc wyobraźnię, gdy dywagujemy, co działoby się w książce, gdyby akcja nie rozgrywała się na wyspie. Katarzyna odkrywa kulisy powstawania "Księżyca...", obie mówimy o listach, o oddaleniu, o Portugalii i Gdańsku, o tajnikach pozyskiwania bisioru, jedwabiu morskiego. Niedawno omawiali "Posłańca", "Paragraf 22", padają formułowane wnioski, porównania, trafne oceny.

jb

 

     W jednej z recenzji naszej książki znalazłam zdanie: Czas tu nie istnieje. Przenosi się, teleportuje raczej, od bohatera do bohatera, kołuje, zawraca, tylko po to, by za chwilę pędzić na przód. http://kotnakrecacz.pl/ksiezyc-mysliwych/.

jb     Zdumiona spoglądam na zegarek. Klubowe spotkanie jeszcze się toczy, gdy muszę je opuścić i gnać na dworzec. Taksówka wiezie mnie przez Pragę, przez ulicę Ząbkowską, za mną zostaje Radzymińska; w latach trzydziestych ubiegłego stulecia mieszkała tutaj moja mama, tu chodziła do szkoły. Nieładne. stare domy jawią mi się jako najpiękniejsze na świecie. Pan za kierownicą z dumą mówi o swoim bracie, o tym, jak na własnoręcznie wykonanej łodzi przepłynął Atlantyk, prezentuje zdjęcia kadłubu "Lilu" w telefonie. Historia zatacza koło, historie zazębiają się, nakładają na siebie. Dworzec Wschodni, wysiadam. "Ty jesteś taka moja mała Kate Moss// Chude masz ręce, chude nogi, a oczy// Oczywiście głębokie, że hej, hej, hej/.../" śpiewa w słuchawkach Organek. Wycieram nos.

jb

     Fotografii ze spotkania, tej najważniejszej, z uczniami, z uwagi na politykę prywatności, nie publikuję. A pani Natalii, Katarzynie, Robalom - dziękuję.

NSz

 

 

     

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Tagi