Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 09 maja 2018

Julita Bielak     Jul

biernie
wynurzam się z bloku
na goły chodnik

blada wiosna
przezroczysta

jestem stare palto!

pręd-ko do swojego bunkra
na dziewiąte piętro

Miron Białoszewski, 3 kwietnia.

Elliot Erwitt

          Fot. Elliott Erwitt

     Kiedy król Pyrrus postanowił wkroczyć do Italii, Kineasz, roztropny doradca, chcąc mu dać uczuć czczość jego ambicji, spytał: "Powiedz mi, panie, w jakimż celu podejmujesz tę wielką wyprawę?" "Aby się stać panem Italii" - odparł tamten bez namysłu. "A później - ciągnął Kineasz - kiedy to się spełni?" "Wkroczę - odparł król - do Galii i Hiszpanii". "A potem?" "Podbiję Afrykę; a w końcu, kiedy świat cały rzucę sobie pod stopy, odpocznę i będę żył w swobodzie i w weselu." "Na Boga, panie,  - rzekł wówczas Kineasz - powiedzcie mi co przeszkadza, byście już teraz tak żyli, jeżeli macie ochotę? Czemu nie zawijasz dziś do tego portu, do którego rzekomo dążysz, i czemu nie oszczędzisz sobie tylu trudów i niebezpieczeństw, którymi się odeń odgradzasz?"

Michel de Montaigne, Próby, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), PIW, 1985.

     Każdemu wedle jego natury kształtuje się dola. Statki w porcie znajdują bezpieczeństwo, ale nie po to statki się projektuje i buduje. Od miesiąca, ciągle na nowo i ciągle niepewnie, powoli przedzieram się przez 3-tomowe dzieło Montaigne'a, przyznam, z pewnym upodobaniem właściwym stanowi ducha. Czasem nie trzeba siły, by przy czymś trwać, czasem trzeba siły, by to puścić. A jest się czego trzymać. Czysto ludzkich prawd dotyczących człowieka i jego powołania, prób uporania się z własnym istnieniem, mądrości życiowej i kultury duszy, a wszystko wśród zagadek wszechświata. I ciszy, eseje brzmią ciszą. Są ludzie, którzy słyszą barwnie, widzą dźwięki kolorami. Synestetami byli m. in. Rimski-Korsakow, Vladimir Nabokov, Franciszek Liszt. Ja - czytam muzycznie, podkładam ścieżkę dźwiękową, wystukuję rytm. Przez Próby przechodzę w kompletnej ciszy, to dla mnie novum.

Atrhur Elgort

Fot. Arthur Elgort

Ostatni dzień lata

                     Fot. kadr z filmu "Ostatni dzień lata" w reżyserii Tadeusza Konwickiego.

Pierre Boulat

     Może paść pytanie, dlaczego utknęłam w wieży zamkowej hen gdzieś na południu Francji i przysłuchuję się XVI-wiecznym rozważaniom, a nie śledzę perypetii współczesnych literackich kochanków. Wierzę w miłość, na pewno w pierwszą miłość, ustawiającą w jakiś sposób życie. Wierzę także w istnienie Yeti. Wiecznie zakochana - jak nie w realu, to w idolu - wzrastająca z towarzyszeniem sentymentalnej literatury i  romantycznego kina oraz poezji, tej zdyszanej, pachnącej i kolorowej, zatrzymującej się na powierzchni przeżyć poezji Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej i późniejszej, choć nie kontynuatorki - poezji Poświatowskiej, behawioralnej, sensualnej, nie czytam już o miłości. Nie szukam specjalnie, przyjmuję, jeśli się trafi, coś o kurze, coś o ziarnie. Bo wiem? Wiem więcej, niż miałam na to ochotę? Bo kosztuje utratę wolności? Bo za dużo obiecuje? Bo widziałam więcej katastrof niż szczęśliwych lotów i lądowań? Bo cichutko, coraz ciszej nucę Grochowiakiem: "Podaj mi rączkę trumienko. Konik wędzidło gryzie, chrapami świszcze". Miłość nie jest aż tak słodka, jak przedstawiano ją nam, gdy byliśmy młodzi – w literaturze sentymentalnej, w kinie - mówi Paulinie Reiter Amos Oz w wywiadzie opublikowanym w grudniu 2017 w "Wysokich obcasach". Miłość łączy skrajne poświęcenie ze skrajnym egoizmem. Zawiera w sobie jednocześnie potrzebę, by poświęcić się dla ukochanej osoby, a także by tę ukochaną osobę posiąść. By dominować i zostać zdominowanym. Więc miłość ma zapewne wiele twarzy, lecz słodka nie jest. Ten obraz pary trzymającej się za ręce, idącej w stronę zachodu słońca przez ukwiecone pole, najlepiej boso...

     Prosto ku instytucji małżeństwa, nie bez kozery instytucją zwanego. Powinno funkcjonować jak sprawnie zarządzane przedsiębiorstwo i tak się w globalnym kapitalizmie dzieje. W nim chadza się tylko w butach, z ratami kredytów do spłacenia stąpa twardo po ziemi. Gdzie tu miejsce na wzniosłe uczucie, szaleńcze emocje, na bose stopy. Na makatkę i owszem.

     Z okazji przeprowadzki w aleję Rothschildów Johann Isidor podarował swojej Betsy błękitne lniane makatki wyszyte drobnym ściegiem krzyżykowym. Zdobił je napis: "Nie uskarżaj się na poranek, znój i pracę niosący - wspaniale bowiem jest dbać o ludzi, których się kocha". Prezent kazał opakować w delikatny jedwabny papier i wręczył Betsy ze słowami: "Na pamiątkę pierwszego wspólnego śniadania przy alei Rothschildów".  - Ach, jak ten papier szeleści - zauważyła. (...) Uśmiechając się, wyobrażała sobie ze szczegółami, że jej mąż dla uczczenia przeprowadzki do nowego mieszkania nie podarował jej praktycznej makatki, ale ciemnozielony kapelusik z kremowym strusim piórem, który już od dwóch tygodni podziwiała w nowo otwartym sklepie z nakryciami głowy przy Kaiserstrasse. Przywołała się do porządku - tego rodzaju próżność przystoi w najlepszym razie młodej dziewczynie, która nie poznała jeszcze co to powaga życia i wyrzeczenie.

Stefanie Zweig, Dom przy alei Rothschildów, tłum. Anna Kierejewska, Wydawnictwo Marginesy, 2015.

Julita Bielak

     Pobędę zatem jeszcze chwilę, dwie w zacisznym, wolnym od natłoku życia towarzyskiego gabinecie Montaigne'a, jestem dobra tylko w tym, co lubię. Rozszyfruję kolejną łacińską sentencję, Próby roją się od cytatów łacińskich, spotykam je niemal na każdej stronie. Nie służą jedynie ozdobie, filozof, uważający łacinę za swój język ojczysty, wyznaje bowiem, że w chwilach silnych wzruszeń pierwsze słowa jakie nieświadomie wyrywają mu się z ust, to są słowa łacińskie. Usuwając się od życia publicznego, Montaigne był zdecydowany żyć tylko dla siebie, dla swej wygody i swego spokoju. Samotność jednak, której tak pragnął, sprawiła mu prawdziwą niespodziankę: utrzymanie ładu duchowego, uporządkowanie swych myśli okazało się rzeczą jeszcze trudniejszą niż borykanie się ze sprawami publicznymi. Wymagało specjalnej sztuki, którą będzie nazywał, idąc za starożytnymi, mądrością, ale dla której znajdzie określenie bardziej oryginalne - kulturę duszy. Pobędę i pomyślę.

Julita Bielak

     Twierdzi Pan, że nie boi się Pan umierania pod warunkiem, że nie skończy się ono śmiercią. Brzmi dość kazuistycznie. W każdym razie może Pan nawet nie zauważyć, że już się to stało. Mojej przyjaciółce Daphne Charteris umieranie zajęło sporo czasu. "Czy już umarłam?" - pytała, ewentualnie: "Od jak dawna nie żyję?". Jej ostatnie słowa brzmiały: "Już od jakiegoś czasu jestem martwa. Nie czuję różnicy".

Julian Barnes, Cytrynowy stolik, tŁum. Joanna Puchalska, Świat Książki 2013.

 

 

03:36, julitczka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2018

Julita Bielak     Jul

     Aż któregoś dnia dotarło do mnie, że wszędzie wokół są kobiety, które spędzają na tym całe życie. Wciąż tylko czekają przy skrzynkach na taki czy inny list. Wyobraziłam sobie, jak odbywam ten spacer dzień po dniu i rok po roku i jak zaczynam siwieć, i pomyślałam, że nie jestem do tego stworzona, więc przestałam chodzić na pocztę. Skoro były kobiety, które przez całe życie tylko czekały, i takie, które się krzątały i nie czekały, to wiedziałam, którą z nich mam być. Nawet jeśli są rzeczy, które te drugie kobiety muszą się wyrzec i nigdy nie poznać, to i tak mają lepiej.

Alice Munro, "Jak poznałam mojego męża".

     Kiedy codziennie wracam po zajęciach do domu i widzę skrzynkę pocztową, szczerze mówiąc, ogarnia mnie przyjemne uczucie braku oczekiwania. Przez dwa lata ta metalowa skrzynka była pępkiem mojego świata i teraz, kiedy znów staje się obojętna i nie obiecuje ani nie kryje w sobie zbyt wiele, wywołuje u mnie poczucie ustępującego bólu. Nikt nie wie, że coś straciłam, nikt nie zna tej strony mojego życia(...).

Alice Munro, "Odpowiedz tak albo nie", oba cytaty pochodzą z książki "Coś, o czym chciałam ci powiedzieć, Świat Książki, 2017.

Rene Groebli

          Fot. Rene Groebli

     Napisała do mnie pani Agnieszka: "Pani Julito, szukam pewnego cytatu, związanego z bezdomnymi ślimakami, kojarzy mi się z Panią osobą, ale nie pamiętam już to było zdanie z  "Księżyca...", czy z Pani bloga. Przypomina sobie coś Pani?". List uradował mnie i zarazem wprawił w zakłopotanie; nie potrafiłam sensownie odpowiedzieć. Nie tylko dlatego, że mail trafił do mnie w wyjątkowo smutny czas, żegnaliśmy właśnie mamę Małgorzaty i Katarzyny, wspaniała babcię Krzysia, Agnieszki i Alicji, piękną dobrą Panią. Pracowitą, dzielną, pogodną, oddaną rodzinie. Choroba uderzyła nagle, śmierć równie prędko zabrała. Kazimiera fantastycznie gotowała, nikt nie zrobi już takiej kaczki pachnącej majerankiem, takich ruskich pierogów, nikt. W tym roku obchodziłaby siedemdziesiąte urodziny, odeszła od nas w świąteczny poranek, gdy ludzie dookoła szykowali  w domach stoły do wielkanocnego śniadania, wszystko jest znakiem, jak mawia Katarzyna. Mam coraz więcej powodów do przeżywania głębokiego żalu, coraz więcej dróżek do przebycia na Srebrzysku. Wstawiam obrazy wspomnień w niepamięć codzienną.

Julita Bielak

***

bez nas Kraków będzie stał
nadejdą wiosny
zima
niejedna
wytarty bruk zmienią na nowy
oddech zmieszany z
powietrzem przewieje nad ocean
spadnie deszcz
kiedy patrzę w
słońce światło
myślę że w twarze zmarłych

Bożena Boba-Dyga, wiersze.

      Pytanie, sugestia pani Agnieszki nie żeby nie dawało mi spokoju, ale powraca w najmniej oczekiwanych momentach. Mózg zmaga się z problemem, nie zazna ukojenia zanim nie znajdzie właściwego segmentu. Szuka, przekopuje pokłady zdań, zdarzeń, zapisków, okładek. Przemierza zakamarki pamięci, odgarnia pajęczyny: "Tu? A może tu. Nie, zajrzę jeszcze tam. O, jest piosenka". Trudna sprawa. I inspirująca, za co dziękuję pani Agnieszce.

z sieci

                    Fot. z sieci.

     Żyjemy w świecie cytatów. Jesteśmy utkani z cytatów. Paradoks polega na tym, że wprawdzie wszystko już było, to jednak dla nas dzieje się to zwykle po raz pierwszy. Wypowiadamy się w swoim imieniu, ale podpieramy cytatem, a cytując, świadomie lub bezwiednie, podszywamy się pod autora, przypisujemy sobie zasługi, podając cudzą myśl jako własną. Nie ma mowy o tantiemach, bo komu mielibyśmy je płacić? Ludzkości? I za co? to, co pamiętamy, wchłonięte przez komórki jako integralną część naszego ciała i umysłu, de facto staje się przecież naszą własnością. Więcej, jest naszą zasługą, bo przecież sami tę zwierzynę upolowaliśmy.

Katarzyna Krenz Julita Bielak, "Księżyc myśliwych", ZNAK, 2015.

The Ghost Writer

          Fot. kadr z filmu "The Ghost Writer" w reżyserii Romana Polańskiego.

    

 

 

    

    

    

środa, 28 marca 2018

Julita Bielak     Jul

 

Jest noc dom świat

 

wszyscy śpią

 

W granatowej ciszy

szukam palety tonów

do autoportretu

 

który

 

wciąż czeka na swój kształt

*

Katarzyna Krenz, Widmo barwne, "Poezine 01-06 Quincunx i kostka domino", Gdańsk 2018

     Każdy z nas jest na tyle, na ile opowiedziany zostanie albo sam się innym opowie.

Wiesław Myśliwski, "Nagi sad".

Katarzyna Karpowicz

          Katarzyna Karpowicz, Blue, 40x40, olej, Fb

     W lekturach omijałam opisy przyrody, Kattinka o tym wie, przyznałam się. Przestałam też, niegdyś zaintrygowana "co dalej, co dalej", gnać po akcji. Z upodobaniem przyglądam się człowiekowi, skąd przychodzi, dokąd i z jakim bagażem się udaje, za czym tęskni, gdzie śpi i co widzi, kiedy rano się budzi. Dla pełnego obrazu muszę wiedzieć, co autor mu założył; jaki garnitur, jakie buty, co trzyma w dłoni. Żadne odkrycie, już Nabokov kazał studentom opisywać zawartość torebki Anny Kareniny, co jego zdaniem było kluczowe dla zrozumienia postaci.

     Sukienka, kapelusz, torebka zakładają, że rozproszony, niepokojący, niekiedy nudny świat, da się jakoś ułożyć.

z sieci

z sieci

z sieci

     Po moim regale bibliotecznym przechadzają się - raz przeczytane i odstawione - książki poświęcone stylowi i modzie, z wyrzutem spoglądają w stronę rojnej w tramki szafy. Towarzyszą im kucharskie, o ciastkach i ciasteczkach ledwie przewertowana, namawiali, wzięłam. Bo na stylu ubierania się oraz na kuchni warto się znać; co masz na sobie i jak jadasz mówi o tobie zanim otworzysz usta, aby wyartykułować słowa. Francuski projektant Maxime Simoens przekonuje, że ubiór jest sposobem kształtowania własnej tożsamości. Pozwala otwierać się na innych, przekazywać otoczeniu własny wizerunek. Osoby od stóp do głów "ometkowane" pokazują zasobność portfela. Te, które chcą zademonstrować pewną nonszalancję, wybierają strój niedbały. Inne, pragnące przesłać światu bardziej agresywny komunikat, decydują się na śmielsze kreacje. To czysta socjologia. I psychologia, bo ubrania mogą też służyć za tarczę. I za parawan. Stroić lub szpecić.

 

 

 

 

 

Julita Bielak

Julita Bielak

     Dlatego, gdy autor wprowadza na karty powieści postać, zatrzymuję się albo biegnę dalej i czekam na opis. Wyposażona jedynie, mimo zamiłowania Patricka Modiano do szczegółów, w zwięzłe: "Siedziała na jednej z rozłożystych kanap w hallu Hermitage'u i nie spuszczała wzroku z drzwi obrotowych, jakby na kogoś czekała. Zajmowałem fotel kilka metrów dalej i widziałem ją z profilu. Kasztanowe włosy. Sukienka z zielonego szantungu. I pantofle na szpilkach. Białe. U jej stóp leżał pies." przystaję i szkicuję sukienkę, fryzurę, dłonie, makijaż. Mijają kwadranse. Gdzieś dalej miga mi muślinowy szal bohaterki, dorysowuję, uzupełniam szkic. Staję w oknie.

     Nieco sprawniej, szybciej prześlizguję się po stronach "Miniaturzystki" Jessie Burton, prezencie od przyjaciółki - dziękuję, Haluś: "- Cóż to, będziemy mieli menażerię? Głos, stanowczy i dźwięczny, płynie z ciemności. Nelli cierpnie skóra, bo choć jej przypuszczenia się potwierdziły, wcale nie czuje się przez to pomniejsza. Patrzy, jak postać wyłania się z mroku, z wyciągniętą przed siebie dłonią - czy w proteście, czy w powitalnym geście, trudno orzec. To kobieta, wyprostowana i szczupła, ubrana w głęboką czerń, w wykrochmalonym i uprasowanym idealnie białym czepku na głowie. Ani jedno pasmo włosów nie zdołało się spod niego wymsknąć. Roztacza wokół delikatny, zaskakujący zapach gałki muszkatołowej. Oczy ma szare, usta poważne". Tylko ta głęboka czerń, jak wyglądała? Przenoszę się w świat malarstwa holenderskiego, szukam. Upływają godziny.

Julita Bielak

                         Idę. Umiem się przebrać, mam nawet teczkę, w niej maskę.

     Pewna swego, zachęcona długą tyradą o śmiechu umieszczoną przez Fiodora Dostojewskiego w "Młokosie" - znacie? - znamy!, to posłuchajcie: "Jestem zdania, że człowiek, który się śmieje, budzi w większości wypadków wstręt... W śmiechu ludzkim wychodzi na jaw najczęściej coś niskiego, coś, co niejako poniża śmiejącego się/.../. Niejeden człowiek w śmiechu odsłania się całkowicie, ukazuje wszystko, co ma w sobie. Nawet śmiech niewątpliwie rozumny może budzić wstręt. Śmiech wymaga przede wszystkim otwartości i wylania, a gdzież odnajdziemy u ludzi otwartość i wylanie? Śmiech wymaga dobroci, a ludzie najczęściej śmieją się złośliwie". I tak zdanie po zdaniu, odwracam kartę, dalej o śmiechu, o jednym z ważniejszych, jak sam przyznaje, a nawet najważniejszych doświadczeń życiowych pisarza. Zachęcona zatem tego samego oczekuję od charakterystyki postaci, muszę się nabiedzić, aby ją złożyć: "Był pan tego rana w ciemnoniebieskiej aksamitnej pidżamie, w szaliku na szyi koloru solferino, we wspaniałej koszuli z koronkami z Alencon". Odkładam tom, nie zaznam spokoju zanim nie znajdę tego koloru, nie wyobrażę sobie koszuli. Mimo zachodzących w niej zmian, ze wszystkich składników odzieży obu płci koszula przechowała najwierniej swoją pierwotną formę i funkcję: na kształt drugiej skóry znajduje się zawsze najbliżej ciała, co w wierzeniach ludu nadawało jej szczególnego znaczenia, rodzaj powinowactwa z duszą nosiciela. W bajkach łabędzia koszula, najczęściej utkana z piór, pozwala istotom nadprzyrodzonym lub zaczarowanym unosić się w powietrzu bądź odmieniać wygląd. Wertuję. Wykrywam koszulkę noworodka, koszulę narzeczonej i koszulę śmiertelną, jest koszula chłopska z XIX wieku. Siedzę. A koszula Wiersiłowa z koronkami z Alencon? "Karetę mi dać, karetę!", pojadę, pójdę do biblioteki.  

z sieci

z sieci

     Albo wrócę - "Jeśli rzeczy zdane są na naszą  łaskę, czemuż nie mielibyśmy nimi gardzić lub też przysposabiać wedle naszej korzyści?' */ - do "Pożegnań" Stanisława Dygata, nie muszę czytać, znam na pamięć: "Weszła przebrana w szary kostium, skromny, ale elegancki. Na głowie miała granatowy beret, na nogach półbuty ze świńskiej skóry. Wyglądała jak pensjonarka, dziewczyna z dobrego domu w parę dni po maturze, nie miała w sobie nic z dziewczyny spod znaku półświatka i północka. Szła pośpiesznym i rzeczowym krokiem osoby, która po godzinach urzędowych opuszcza miejsce pracy. Naciągnęła na palce granatowe rękawiczki z cienkiej skry, uśmiechnęła się do mnie i wzięła mnie pod rękę. - Idziemy?".

    

 

 

 

 

 

 

 

     Chodźmy, wkrótce Wielkanoc. Życzę Państwu dobrze ubranych Świąt: w miłość, w rodzinę i przyjaciół, w pokój, szczęście i radość. W pogodę, w baranka na łące z rzeżuchy lub z młodych pędów owsa, w bazie ze srebrnymi kotkami, w gałązki zieleni, w koszyczek z pisankami i w pierwsze wiosenne kwiatki. W Alleluja. Wesołych Świąt.

Stylowi

Fot. stylowi.pl

Little Paris

                     Fot. Little Paris, Fb

Pozostałe fotografie z sieci.

*/ Michel de Montaigne, Próby, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), tom I, PIW 1985.

    

 

 

     

      

    

    

 

02:54, julitczka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2018

Skąd taki tytuł? Dlaczego właśnie dzisiaj?

Taki zbieg okoliczności - przed chwilą skończyłem smażyć naleśniki dla wnucząt, dzisiaj Świeto Kobiet, wczoraj skończyłem czytać książkę Pedant w kuchni - autor Julian Barnes.

Kuchnia w Święto Kobiet? Chyba mam poglądy z czasów dinozaurów.

Już wyjaśniam.
Prawie 6 lat temu zostałem zaproszony do udziału w blogu Jak udusić kurę czyli co każda młoda panna po 30 powinna wiedzieć, a jeszcze nie wie.
Zorientowałem się, że w blogowej zabawie uczestniczą wyłącznie Panny, zapytałem więc Pannę Prymarię jakim tytułem mam się posługiwać - kawaler?
Odpowiedź - Panicz.
Spodobało mi się to i swój pierwszy wpis zatytułowałem - Panicz potrafi - usmażyć naleśniki - proszę zajrzeć TUTAJ.

Przez chwilę miałem zamiar zatytułować ten wpis - Panicz w kuchni - ale powstrzymał mnie... koń.
Proszę zajrzeć do wpisu z 14 lutego, tam wyraźnie stoi: Panicza znaczył fortepian, biblioteka, biegła znajomość języków obcych i koń.
Przyznam się, że fortepianu też nie mam.
Zresztą, akceptując nadany mi  przez Ewę Marię tytuł, znalazłem jego proste wytłumaczenie - wszak jest to pierwsze 6 liter komentarza:  pa nic z ciebie tutaj.

Jednak wytrwałem. Na wspomnianym wyżej blogu i na kilku innych blogach, lecz zawsze w tym samym środowisku, opublikowałem ponad 150 wpisów.

Jeszcze jedno skojarzenie - tytuł książki Juliana Barnesa - Pedant w kuchni.
A co wyjdzie jak skrzyżować panicza i pedanta?
Według mnie - Palant. Korcił mnie i taki tytuł tego wpisu, ale pozostałem przy swoim wiernym pseudonimie.

Kilka słów na temat Juliana Barnesa. Bardzo wszechstronny pisarz i nie tylko pisarz. Z cytowanej tu książki wynika, że w żadnym wypadku nie kojarzy kuchni z kobietami.
Fakt, czasem pomaga mu żona. Korekta - w tej książce nie wspomina o żonie, tylko o Tej dla Której Pedant Gotuje.
Trochę więcej o J. Barnesie i jego żonie TUTAJ.

Zaglądam do książki, tej o pedancie. Jej główny temat to frustracje osoby posługującej się książkami kucharskimi.
Julian Barnes korzysta z książek wysokiego lotu. Najczęściej wspominane są ksiżżki autorstwa  Edouarde de Pomiane.
De Pomiane? Toż to nasz rodak - Edward Pożerski.

Frustracje czytelnika książek kucharskich? Jak ja dobrze to znam.
Po pierwsze brak precyzji - czym się różni łyżka czubata od zaokrąglonej? Ile to jest szczypta? Jakiej dokładnie wielkości jest kubek? Albo garść - przede wszystkim - czyja garść?
Po drugie, oczywiste błędy. Autor podaje wiele sprawdzonych przykładów gdzie wykonanie dokładnie według przepisu prowadziło do katastrofy.

Co robić? Odsyłam do książki.

W dniu dzisiejszym wspomnę rozważania osoby, którą najmniej bym posądzał o zainteresowanie kuchnią - Josepha Conrada.
Julian Barnes wspomina w swojej książce, że żona Josepha Conrada napisała książkę kucharską: A Handbook of Cookery for a Small House. Joseph Conrad napisał we wstępie do tej książki:
Z wszystkich książek stworzonych przez ludzkość od zarania dziejów, tylko te, które dotyczą gotowania są, z moralnego punktu widzenia, poza wszelkim podejrzeniem. Intencja każdego fragmentu prozy może być dyskutowana, może wzbudzać podejrzenia, ale intencja książek kucharskich jest tylko jedna - zwiększyć szczęśliwość ludzkości...

Święta prawda!

W dniu Święta Kobiet życzę wszystkim Pannom i Paniom wszystkiego najlepszego - wiele satysfakcji z nieustannego zwiększania szczęścia ludzkości. Nie tylko przez gotowanie.

02:55, pharlap
Link Komentarze (4) »
piątek, 02 marca 2018

Julita Bielak     Jul

/.../ gdzie indziej

chyba powinienem

być gdzie indziej...

z wiersza Andrzeja Waltera "Ostatnia scena".

     W "gdzie indziej" najdosłowniej się rozpuszczam. Bóg jeden wie, za jakim rajem wzdycham.

Emil Cioran, "Zeszyty 1957-1972".

Ted Chin

           Fot. Ted Chin

     Proszę o natychmiastowe usunięcie tej zimy jaktototak nie może być. Wiosny i ciastek! - pisze w poście na Fb Joanna Lech, autorka "Sztuczek". Pamiętam zeszłoroczną wiosnę, jak w memie o fińskim lecie, była we wtorek, ale i tak za nią tęsknię, powinnam już w niej być. Szybkim krokiem przemierzać ulice, a nie dreptać po oblodzonym chodniku, oj, zaraz się przewrócę.

Julita Bielak

    Zima. Wiele osób uważa, że występowanie pór roku zależne jest od położenia naszej planety względem Słońca. Wynikałoby z tego, że w momencie, gdy znajdujemy się bliżej gwiazdy mamy lato, a gdy dalej, zimę. W rzeczywistości pory roku wynikają z faktu, że Ziemi jest odchylona od pionu o około 23 stopnie. Przez to do niektórych obszarów naszej planety okresowo dociera mniej promieniowania słonecznego i występuje tam wtedy zima. Co ciekawe, na północnej półkuli Ziemi panuje lato, kiedy ta znajduje się w najdalej położonym punkcie od Słońca. Zima. Specjaliści radzą, aby w bardzo mroźny dzień poza domem nie przebywały ani przez chwilę malutkie dzieci. Dzieci nieco starsze, kilkuletnie, mogą wychodzić tylko na krótkie spacery. Na działanie mrozu szczególnie narażone są też osoby, u których występują choroby układu krążenia i układu oddechowego. Szczególnie ludzie starsi z niższą odpornością organizmu powinni unikać wychodzenia z domu w mroźny dzień.

Paulina Bednarek

Fot. Paulina Bednarek

Pontus

Daniel Fuchs                     Fot. Pontus Charleville

     Za oknem śnieg i mróz siarczysty, narzucam sobie zatem ambitne domowe plany i jak nie zakręciłabym się po mieszkaniu - skończyć, co zaczęłam, uporządkować, doczytać, zmienić, spiąć - znajduję siebie, zdziecinniałą staruszkę, a więc w dwójnasób narażoną na szkodliwe działanie mrozu, w kuchni; jeść się chce.

     Musicie wiedzieć, że monsieur Chaptal, aptekarz, był pierwszym człowiekiem we we Francji, któremu wpadło do głowy, żeby zaprawiać sałatę oliwą, solą, pieprzem i dopiero potem dodawać ocet. Albowiem kardynalny błąd popełnia ten, który myśli, że pieprz i sól rozpuszczają się w occie... Skoro już o tym wiemy, możemy zabrać się do roboty. Oto co robię: do salaterki wrzucam po jednym na twardo ugotowanym żółtku kurzym na osobę. Zwilżam je oliwą i rozcieram na pastę... do której wrzucam odrobinę natki, estragonu, roztarte anchois, siekane korniszony i drobno pokrojone białko z jaja ugotowanego na twardo. Sól, pieprz. Na to wszystko trochę dobrego octu, po czym wkładam sałatę do miski. W tym momencie wzywam służącego, żeby dobrze to wszystko wymieszał. Kiedy kończy, rzucam do miski szczyptę papryki z dużej wysokości. Sałata jest gotowa do podania - relacjonował Dumas ojciec, który cenił się bardzo jako pisarz, ale najdumniejszy był z przyprawy do sałaty własnego pomysłu. Przyniosła mu we Francji niemal taką samą sławę, jak "Naszyjnik królowej".                               Fot. Daniel Fuchs

    Sałata, nawet najlepiej przyprawiona, nie sprawdza się w mróz.

Julita Bielak

     Wertuję książkę Jamiego Olivera, szukam: carpaccio wołowe, bolognese z wątróbką, potrawka z dyni piżmowej i ciecierzycy, korma warzywna, paella z kurczakiem i chorizo - dodanie chorizo wywołało wielką medialną burzę, Hiszpanie byli oburzeni, taka historia. Ładna książka, ładne obrazki konstatuję i ląduję przy stole z talerzem zupy, sama się zrobiła, każdy kulinarny analfabeta potrafi ją przyrządzać. Najprzód przygotowuje się smak z wywaru mięsa oraz włoszczyzny lub samych warzyw, zaś nazwę zupy określa to, co do tego wywaru dodajemy i co w ostatecznym smaku przeważa. Maria Iwaszkiewiczowa znała kucharza, który pisał menu obiadowe na osobnej kartce dla 'państwa" i dla służby. Menu składało się z identycznych potraw robionych w tym samym garnku, ale nazywały się inaczej. I tak zupa pomidorowa dla "państwa" nazywała się "fumee de tomates", a dla służby po prostu "zupa pomidorowa". Obie zupy niczym się nie różniły.

Julita Bielak     W książce "Piąty smak" Łukasz Modelski rozmawia z Anną Applebaum: "Niemal co weekend gotujemy rosół... Gotuję go w sobotę, bo wtedy mam na niedzielę bulion, z którego robię drugą zupę. Wczoraj robiliśmy rosół, dzisiaj mamy gotową zupę z cukinii. - A co, pani zdaniem, jest cechą charakterystyczną polskiej kuchni? - Dla mnie odkryciem była kwaśność. Kwaśny smak. My tego w Stanach nie mamy. Kwaśne zupy, jak żurek, albo nawet chłodnik, ogórki kiszone i tak dalej. Ten kwaśny smak jest bardzo charakterystyczny dla Polski, bardzo mi odpowiada. Zawsze, ilekroć ktoś z zagranicy wybiera się tutaj i chce skosztować czegoś polskiego, wysyłam go na żurek. Na świecie nie ma niczego podobnego". Żurku nie gotuję, moje mroźne zupy - dla 'państwa" nazwałabym ją Julienne, dla siebie jarzynówką rumianą - codziennie są podobne, zawierają włoszczyznę, kalafior, groszek zielony, rzepę, kalarepkę imbir i coś jeszcze, co po rozejrzeniu się w kuchni znajduję, zawsze pomidor, chili oraz sok z kiszonej kapusty albo z ogórków. Po polsku.

     Noc, już marzec. Nadal cicho prószy śnieg. W domu polityka, redaktora pisma "Le Siecle" i dyrektora Opery Paryskiej Louisa-Desire Verona, jednego z najhojniejszych ludzi w dziejach Francji, autora formuły "dalszy ciąg nastąpi", codziennie odbywał się bankiet. Z udziałem trzydziestu stałych gości i wielu specjalnie zaproszonych. - Wymagam od was tylko tego - mawiał - żebyście byli dowcipni i pogodni. Nie zaprosiłby mnie - stwierdzam posępnie znad talerza zupy, dzisiaj zaróżowionej zakwasem buraczanym. Dla księżniczki.

Eliott Erwitt                Fot. Eliott Erwitt

     Jeśli nie mogę odejść, wspiąć się czy pożeglować, aby uciec od świata, staram się od niego odciąć. Nauczenie się tego zajęło mi sporo czasu. Dopiero kiedy zrozumiałem, że mam w sobie ogromną potrzebę ciszy, mogłem zacząć ją ścigać – okazało się, że głęboko pod kakofonią hałasu ulic i myśli, muzyki i dźwięków maszyn, iPhone’ów i odśnieżarek cisza jest i czeka na mnie. Cisza.

Erling Kagge, „Cisza”

    

 

 

    

 

    

02:36, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 14 lutego 2018

Julita Bielak     Jul

     Moja licealna przyjaciółka Maryla dopowiedziała mi parę zdań do historyjki o paniach mieszkających w naszym małym miasteczku i ich spotkaniach w kawiarni. Otóż zanim udawały się na kawę, to najpierw odwiedzały sklepy. Żadnej z nich nie przychodziło do głowy, aby do kawiarni udać się zakupami, torby zostawiały u pani Oleszakowej w sklepiku z prasą. Istniała w nim instytucja teczek na czasopisma, mieliśmy taką teczkę i my. W sobotnie popołudnia ojciec wkraczał do domu z plikiem kolorowych gazet, czekałam na tę chwilę. Dla mamy była "Kobieta i życie", przeglądałam ostatnią stronę zanim ojciec pozwolił mi wziąć "Przekrój" do ręki, czytał jako pierwszy. W plotkach o gwiazdach i znakomitych rodach odkryłam, że książę Karol jest tylko o rok starszy ode mnie, lat miałam sześć czy siedem. Prędko zadecydowałam, że kiedyś wyjdę za niego za mąż, że to tylko kwestia czasu. W ferworze życia zapomniałam, zapomniałam wyjść za mąż za księcia Karola.

z sieci

Puchowy śniegu tren
W krąg roztoczył lśnień czary,
Dźwięczą sanek janczary,
Miasto spowił już sen.
A przez ulicy cieśń,
Zdobną w śniegowe szaty,
Jedzie panicz bogaty,
Nucąc wesołą pieśń. /.../

     śpiewał hrabia Wojciech Dzieduszycki (Śnieg, słowa Andrzej Włast, muzyka Pierre Arezzo). Puchowy śniegu tren kojarzę też z interpretacją Mieczysława Święcickiego. Wpis zaczęłam komponować ponad tydzień temu, gdy jeszcze nic tego nie zapowiadało, Książę Nastroju odszedł. Kochałam się w nim, poddawałam się urokowi charyzmy; nikt nie będzie już tak umiał nosić jedwabnego białego szala. Nikt.

E Hartwig

          Fot. Edward Hartwig, Zima.

     Szal towarzyszy też mojej wielkiej miłości do Jeremiego Przybory, poety piosenki żartobliwie poetyzującej, jak mówił o sobie w wywiadzie opublikowanym w kanonie stu rozmów "Tygodnika Powszechnego", wywiad przeprowadził Grzegorz Turnau. Szal, frak, cylinder i pewna nieobecność przy zachowywaniu pozorów obecności. Żył w swoim świecie, a pochodził z herbowej rodziny.

Julita Bielak

    Moje pokolenie to było pokolenie paniczów. I myślę, że to była bardzo ważna w polskim społeczeństwie międzywojennym formacja – panicze. To brzmi może nieco arogancko
i zarozumiale, ale przecież status panicza niekoniecznie wiązał się z zamożnością, z „paniczykowaniem”. Panicza można było poznać nawet nie tyle po zamożności,
manierach, zachowaniu, ile po rekwizytach jego pochodzenia.

     Panicza znaczył fortepian, biblioteka, biegła znajomość języków obcych i koń.

    Panicze polscy okresu międzywojennego byli przeważnie konni. I właściwie to był trzon narodu. Ludzie, którzy mieli czas na patriotyzm (byli materialnie zabezpieczeni, choć czasem
skromnie), na pielęgnację tradycji. Na patriotyzm trzeba jednak mieć trochę czasu i odrobinę przynajmniej pieniędzy. Nie można być zaszczutym w pogoni za szmalem, za karierą.

z sieci

z sieci

     I tak przy paniczach i książętach zostałam. Przez lata przy Stanisławie Dygacie, z przerwami przy Erichu Segalu ("W mojej rodzinie tradycja stanowi substytut miłości. Nie zalewamy się nawzajem czułością. Zamiast tego odprawiamy plemienne obrzędy, poświadczające nasze... związki."1/) i kilkunastu innych literackich, ostatnio towarzyszył mi Patrick Modiano z "Willą Triste", serce, jak Grand Hotel, mam pojemne.

     Tego wieczoru byli w naszym domu goście. Goście bywali u nas w każdy ostatni czwartek miesiąca, biedermeierowski stolik w salonie nakryty był śnieżną serwetą, na nim wielki kryształowy talerz z ptifurkami, obok taca z miniaturowymi kanapkami: szynka z pomidorkiem i ogórkiem, sardynka z cytrynką i tak na przemian. Obok mniejszy stolik, ogromna srebrna taca, na niej srebrny dzbanek do kawy i porcelanowy do herbaty, talerzyki, widelczyki, łyżeczki, serwetki, filiżanki - mniejsze do kawy, większe do herbaty. 2/

z sieci

Peter Lindgbergh                     Fot. Peter Linbergh

     Do grona paniczów, w którym pięknie się noszą Cary Grant i Richard Gere, dawno zaliczyłam Dominique Sandę, Catherine Deneuve i Romy Schneider. Nie, Alaina - nie, jak i pewnego piosenkarza, ale jego płaszcz "wypijmy za błędy" już tak, miałam go nawet na sobie. Kawa nie spełnia też wymogów stawianych paniczowi, jest robocza, herbata zaś nalana do białej chińskiej filiżanki Miso jak najbardziej panicza odgrywa. Jedna róża w smukłym wazonie, koperta z listem w skrzynce pocztowej, mglisty bezwietrzny dzień, gość w domu, powrót z wakacji.

Julita Bielak

     Meinthe powoli ruszył. Nim samochód wziął pierwszy zakręt, odwróciłem się. Stał pośrodku drogi, tuż pod latarnią, która oświetlała jego grubą tweedową marynarkę i beżowe spodnie z mankietami. W sumie brakowało mu tylko Kon-Tiki pod pachą. Są takie tajemnicze istoty - zawsze te same - które trzymają straż na wszystkich rozstajach naszego życia. 3/



1/ Erich Segal, Opowieść Olivera, Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2004.

2/ Stanisław Dygat, Pożegnania, Czytelnik, 1964.

3/ Patrick Modiano, Willa Triste, ZNAK, Kraków, 2014.

    

    



03:26, julitczka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 stycznia 2018

Julita Bielak     Jul

     Morze było zaskakujące. Przez chwilę żałowałam, że nie ma tu Franciszki, bo mogłabym jej powiedzieć, że miała rację: morze rzeczywiście było niebieskie i podpływało pod czerwone skały i żółty piasek. Trochę się bałam, że Łukasz pokaże mi je z triumfem i że będzie czekał na moją reakcję, co by mnie zmusiło do wypowiedzenia szeregu przymiotników i do objawów zachwytu. Ale wskazał mi je po prostu palcem, gdyśmy przyjechali do Saint-Raphael: - Widzisz, to jest morze. 1/

Julita Bielak

Na fotografii - zimno.

Julita Bielak

          I na tej fotografii zimno.

     Zima ogranicza perliste kontakty ze światem, zaśnieżona dławi słowa, naprawdę trudno o skoczną rozmowę w mróz. Zmienia kierunki spojrzeń, budzi sceptycyzm i nieufność, że razem z Joe Wicksem w 15 minut schudnę. Nie wypycha człowieka z domu, aby poszedł po gołoledzi i się zakochał na ślisko na nowo. Wystarczy ta stabilna zaszroniona miłość, która jest.

Joe Wicks

Fot. Joe Wicks, z sieci, ach Joe.

Hugh Grant

                     Fot. Hugh Grant, z sieci

Paul Hollywood

 

     Przekłada też wizerunki idoli, Hugh Granta przykrywa obrazkiem Paula Hollywooda. Jeśli zawodzi jeden model szczęścia, człowiek skłania się ku innemu: "Ciastko zrób proszę, albo przynajmniej kup. Nie rukolę, odłoż, co pietruszka. Daj ciastko, węglowodana daj, zimno!". Nad ranem, gdy ani spać, ani funkcjonować nie mogę, wgapiam się w telewizor. W żadne mądrości ani miłości, oglądam "Chleby Paula Hollywooda" lub "Wielkie angielskie wypieki Bake Off". Marzenie, sypią się, fruwają kilogramy mąki, cukru, bakalii, konfitur, a wszystko formuje się w nieziemsko barwne przysmaki. Jak inne dziewczęta kocham się w Paulu Hollywoodzie, lubię patrzeć, jak zagniata ciasto. Ruchem miejskim przeciągam drewnianą łopatką z odrobiną miodu po cienkiej kromce chleba dla cukrzyków, siadam, pogryzam i w milczeniu podziwiam Paula oraz kunsztownie wypracowane bochenki, torty, ciasta, zawijasy, ciasteczka, a jakie precle! A rolady!

Julita Bielak

Na fotografii tort z gdańskiej cukierni i babciny dzbanuszek.

Julita Bielak

                     Gdy jeszcze piekłam oraz świnka Eata.

Julita Bielak

 

     Niedawno Kasia Krenz zamieściła na Fb zdjęcie czterdziestu czterech rogalików jak malowanych, sama upiekła, nie do uwierzenia. Wywołała wspomnienie pewnego małego miasteczka i kawiarnianych w nim beztroskich spotkań pań, których już w nim nie ma. Nie ma ich nigdzie. Panie Irena, Wiśka, Wanda i Wanda mama Marylki, Lucha, Mila, Fema, moja Zochna, to roześmiane grono rozprawiające przy kawce o modzie - mama Janusza ubierała się nader gustownie, o przepisie na drożdżowe rogaliki - dom najlepiej prowadziła doktorowa Trzeciakowa, o literaturze - Irka Gintowt-Dziewałtowska wręcz pochłaniała książki, o najbliższych wakacjach, ideale mężczyzny, ariach operetkowych, o wielkim mieście. Odpłynęło, szarzeje, niknie, cichnie. Tylko drożdżowe rogaliki zadźwięczą czasami wspomnieniem jak mały dzwoneczek. Za oknem leje deszcz.

Julita Bielak

          Od lewej: Mama, pani Wanda Trzeciakowa i jej przyjaciółka, też Wanda, a molo    w  Sopocie. Płynie Grażyna.

 

Styczniowe niebo jest dziś

nieżyczliwe i zsyła dużo deszczu

zamiast śniegu. Na You Tube

zespół The Troggs w 1966 śpiewa

 

o dziewczynie takiej jak ty.

Za oknem Bóg, honor, ojczyzna,

spokojny poranek, jakich wiele

i który nic nowego nie ma

 

do dodania. Twój obraz powoli

się zaciera, tak jak to szare

pokręcone niebo, które znowu

przysłało rachunek do zapłacenia

*

Marek Czuku, Chłopaki nie płaczą, Antologia wierszy współczesnych, 2012.

1/ Francoise Sagan, Pewien uśmiech, Książka i Wiedza, 1975, str. 76.

 

03:33, julitczka
Link Komentarze (2) »
środa, 17 stycznia 2018

Julita Bielak     Jul

(Przyszło dziś do mnie dzieciństwo w niedoścignioność się rozwłóczyć)
Były kiedyś szuflady pełne babcinych kluczy -
zardzewiałych i lśniących -
grubych i cienkich - -
można było wygwizdać na nich różne piosenki
[...]
A potem znalazłam drzwi do kluczy, które się pogubiło,
bo każda godzina życia miała ciężki zamek,
a każdy dzień miał swą niedomniętą zawiłość -
zagubiły się gdzieś pęki
czarodziejskich kluczy,
na których gwizdałam naiwne piosenki -
malutkie rzewne pieśni - -

Zuzanna Ginczanka, Przyszło, fragm. 1/

Julita Bielak

                              Babcia Maria, Warszawa 1919, z archiwum rodzinnego

     Parę razy do roku przyjeżdżała do nas z Warszawy babcia Maria. Witałam ją na dworcu, odbierałam z rąk pudło pączków od Bliklego i ciężką torbę. Z niedomkniętej wystawały korki, babcia przywoziła dwie, trzy butelki z winem. Robiła je sama z winogron, smak poznałabym wśród dziesiątek kosztowanych win. Najbliżej było mu do samorodnego tokaju. Czyli szamorodniego, bo jak się okazuje Węgrzy przejęli polskie słowo. W dawnej Polsce kupcy wpadli na pomysł omijania żmudnego i czasochłonnego procesu dojrzewania wina w dębowych beczkach. Powstawało na wozach, gdy moszcz fermentował w czasie transportu, tak wyglądała krótka lekcja równowagi popytu i podaży, bo tokaj cieszył się niezwykłym powodzeniem. Stąd też tokaj nazwano samorodnym. /.../ i poszliśmy do takiej kawiarenki na tyłach kina "Praha". Napotkaliśmy tam likier "Róża", który kiedyś był bułgarski, a teraz jest polski, co mnie bardzo interesowało. Raczyliśmy się tym likierem do zmierzchu i upiliśmy się jak koty. Ktokolwiek się chciał przysiąść po kinie czy z dzieckiem, to mówiłam: "Bardzo przepraszam, tu się mówi po węgiersku". 2/

Rachel Grant

GD Leslie

     W domu seniorka rodu, a przyjeżdżała zawsze na krótko i uciekała do swojej ukochanej Warszawy, obejmowała królowanie w kuchni, doskonale gotowała. Malowniczo, od rana coś się działo, pachniało, dymiło. Na małych talerzykach, w miseczkach i w miskach porozstawianych na blacie, w każdej było coś: przyprawy, natka pietruszki, cebulka podsmażana, palona oraz surowa, czosnek, klarowane masło, skwarki, fasola w wodzie, mak w mleku, posiekany tasakiem do imentu szpinak, kula twardego ciasta na zacierki. Nawet musztardzie się dostawało, bywała dosmaczana. Gdy babcia nie gotowała, to szyła, maniakalnie kupowała materiały. Albo czarowała szydełkiem i kordonkiem, powstawały firanki, rękawiczki, serwety. Dużo czytała, namiętnie oglądała filmy wchodzące na ekrany, jednym słowem była kreatywna, zdolna, ciekawa świata i zawsze zajęta.

z sieci

     To u niej na wakacjach nauczyłam się czytać. I jeśli mignie mi w pamięci babciny obrazek, ten z łyżką tranu przemilczę, to związany ze wspólnym działaniem, wyprawą do kina, odrabianiem zadanych mi w szkole lekcji. Przesuwam kadr po kadrze, nie nakręciłam z nią ani jednej statycznej sceny, zawsze się porusza. Nie, wcale nie była babcią dobrotliwą, do dzisiaj przeszywa mnie dreszcz niepokoju, gdy słyszę słowo "udarenje". Czytałam na głos rosyjskie wiersze, a babcia uderzała linijką o brzeg stołu, chyba się bałam. Ale to było nasze, wspólne, twórcze, wzbogacające rodzinne powinowactwo. Bo każdy związek, aby trwał lub silnie zapadł w pamięć, musi być na bieżąco czymś karmiony albo aktualizowany. Nie może wisieć w oparach sentymentu, pomadowany jedynie relacjami co u mnie, co u ciebie.

odnoszę wrażenie
że długotrwały związek międzyludzki
nie opiera się na stronie biernej:
„być sobie pisanym”

w grę musi wchodzić
czynne i codzienne
„pisanie się sobie” nawzajem
nawet wtedy
gdy boli ręka

szczególnie wtedy

*

Bartłomiej Jobczyk, Pisanie się. 3/
 
Julita Bielak
    
                          Niedziela podmiejska, babcia Maria i mama Zofia, z archiwum rodzinnego.
     Przeczytałam kiedyś w bardzo dobrej biografii Jerzego Nowosielskiego "Nietoperz w świątyni" autorstwa Krystyny Czerni anegdotę-wspomnienie jednego ze studentów Profesora: "Namalowałem raz muzyków(...), wyszła trochę dzika kompozycja, takie malarstwo rock 'and 'rollowe. On tylko popatrzył i mówi - Pan taki nie jest, niech pan tak nie maluje, pan taki nie jest". Pani taka, Jul, nie jest, niech pani tak nie pisze, pani taka nie jest, niech pani ciekawie pisze, a przynajmniej wesoło. Ba. Pewien uczony wspomina: "Uwolniwszy się od wszystkich myśli nad moim zadaniem, żwawo szedłem ulicą, kiedy nagle w miejscu, które pamiętam do dzisiaj, niespodziewanie, jak piorun z jasnego nieba, wpadła mi do głowy pewna koncepcja - tak wyraźnie i dobitnie, jakby mi ktoś głośno krzyknął". 4/
     Pytanie, jak okiełznać intuicję, ominąć bruzdę i skoczyć w horyzont, trudna sprawa. Intuicja jest tworem podświadomości, mózg analizuje problem, szuka podobnego przeżycia nawet wtedy, kiedy świadome myślenie przestało się nim zajmować. Umysł podświadomie prowadzi dalej badania i nagle znajduje interesujące skojarzenie. Wtedy nowa koncepcja dociera do myślenia świadomego, budzi emocjonalną reakcję. Albo nie. I nitka kordonku w dzikim chaosie pozostaje niewprzągnięta w następne oczko. Więc nie śpisz kolejną noc, pozorujesz dzień, bo wciąż szukasz, czy o tym wiesz, czy nie.
Jeśli taki jestem Ci potrzebny, Panie…
Jeśli taki właśnie jestem Ci potrzebny?

Adolf Rudnicki
 
Joanna Lech
 
          Lizbona, fotografia znaleziona u Joanny Lech
 
2/ Agnieszka Osiecka, Biała bluzka, Wydawnictwo Literackie, Kraków, 1988, str. 62
3/ z sieci 
4/ Władysław Kopaliński, Trzeci kot w worku czyli rozmaitości świata, KAW, Warszawa, 1982. 
Reprodukcje - Rachel Grant oraz George Dunlop Leslie.            

 

03:41, julitczka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 01 stycznia 2018

Julita Bielak     Jul

     Mieliśmy wrócić do Smutsa. Wymyślił kiedyś, że całości nie da się sprowadzić do sumy części, a świat podlega ewolucji, w toku której wyłaniają się coraz to nowe całości. W swojej teorii zawarł pogląd, że w naturze występuje tendencja do tworzenia całości, których nie da się wyjaśnić w kategoriach sumy poszczególnych fragmentów.

Adam Pluszka, "Flauta", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2007, str. 161.

Julita Bielak

Julita Bielak

                    Premiera książki Adama Pluszki "Wte i we wte. Z tłumaczami o przekładach".

     Właśnie zawiesiłam na gwoździu nowy kalendarz, przejrzałam strony, ładny. Pójdziemy razem przez 2018 rok. Miesiąc po miesiącu przekładałam strony starego, też ładnego, trafiałam na znaną mi od lat datę urodzin. Na inne znaczące dni, dołożone przez lata: pierwszy dzień w szkole, matura, obrona pracy magisterskiej, ślub, spotkania autorskie "Księżyca myśliwych". I na wszystkie upierające się przy egzaltacji dni, takie jak Wigilia, Święto Pracy, Sylwester.  Inne daty - któryś czerwca czy października - w poczuciu niższości takiego szczęścia nie mają, no chyba, że trafi im się niedziela. Albo dzień czekolady.

     Mijałam, musiałam mijać tę drugą, obok narodzin, najważniejszą datę - pożegnania się ze światem. Nosimy ją w sobie a nie znamy, kroczymy przez życie niepełni. Wypadnie w któryś chełpiący się światełkami, muzyką, blichtrem, zalany słońcem dzień, czy w szary, zapracowany, dobrze, jeśli pamiętny z wizyty u dentysty, dzień. Plażowy czwartek lipca lub zabiegany początek marca. Nałoży się na już znany, szczególny, czy nagle w dawno zapomnianym zabije w dzwony, których już nie usłyszę. Doświadcza nas jakoś, daje znak, wywołuje nieuzasadniony niepokój, dziwną tęsknotę, czy zatarty znika niepostrzeżenie.

Marginesy

Marginesy

                     Kalendarz Wydawnictwa Marginesy.

Sztuka Wyboru

     Pomysł mierzenia czasu, a więc czegoś nie dającego się ani zobaczyć, ani dotknąć, jest jednym z najdowcipniejszych, na jakie człowiek wpadł. Zegar w papieskim pałacu w Castel Gandolfo do dziś jeszcze w południe wskazuje szóstą. Bo w starożytności grecko-rzymskiej godziny, dzienne latem dłuższe, zimą krótsze, zaczynano liczyć od wschodu słońca. A rachuba dni w miesiącu? Nie wiemy, komu zawdzięczamy dzisiejszy sposób liczenia od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Rzymianie robili to inaczej, 25 listopada na przykład nazywał się u nich: "siódmy dzień przed Kalendami grudnia". Kalendy, idy, nony, Nowy Rok w różne dni zależne od przyjętego kalendarza. A gdyby tak zmieniać kalendarze, skakać po nich, po datach, latach księżycowych bądź słonecznych, bo nie ma jednego kalendarza światowego przyjętego przez ONZ. I uciekać, uciekać.

     Są sobie trzy dziewczyny z gór, z osiedla niedaleko bledu Marhni i mają na imię Utka, Mimuna i Ajsza. Większość dziewczyn z gór przyjeżdża do Algieru, Tunisu, tutaj, żeby zarobić pieniądze, ale te dziewczyny chcą czegoś więcej. Pragną wypić herbatę na Saharze. (...) po cichu oddalają się od karawany z tacą, czajnikiem i szklankami. Będą szukać najwyższej wydmy, aby zobaczyć całą Saharę. Tam zaparzą herbatę. Idą długi czas. Utka mówi: "Widzę wysoką wydmę". Wspinają się na wierzcholek. Potem Mimuna mówi: "Widzę tam wydmę, stamtąd będzie widok aż po In Salah". Kiedy znajdują się na jej szczycie, Ajsza mówi: "Patrzcie! Tamta wydma jest najwyższa. Na pewno widać z niej Tamanrasset". Słońce wzeszło, a one nadal szły. W południe zrobiło im się bardzo gorąco. Doszły jednak pod wydmę, a potem wspinały się na nią i wspinały. Gdy weszły na wierzchołek, były bardzo zmęczone. Postawiły na piasku tacę, czajnik i szklanki. Potem położyły się i zasnęły. (...) Wiele dni później jechała inna karawana i ktoś coś zauważył na szczycie najwyższej wydmy. Kiedy poszli zobaczyć, znaleźli Utkę, Mimunę i Ajszę. Dalej leżały tak samo jak wtedy, gdy poszły spać. A wszystkie trzy szklanki były pełne piasku.

Paul Bowles, "Pod osłoną nieba", tłum. Tomasz Bieroń, Świat Książki, Warszawa 2015, str. 41.

Willy Ronis

          Fot. Willy Ronis, Cafe de Bidule.

     Życzmy sobie szczęśliwej wędrówki przez nowy rok, spełnienia marzeń i wielu marzeń do spełniania, obiecujących widoków, dobrych wyborów i zawsze w porę wypitej herbaty. Do siego roku!

 

    

    

 

03:19, julitczka
Link Komentarze (2) »
środa, 20 grudnia 2017

Julita Bielak     Jul

     Wieczór zachodzącego słońca, oddalenia, głębokich błękitów; bezładne tłumy, odgłosy zbiorowiska; rozciągające się w nieskończoność przestrzenie; niewyraźny wieczór...

Joanna Kraśnicka

Fot. Joanna Kraśnicka

Joanna Kraśnicka          Fot. Joanna Kraśnicka, Wieś angielska, 2017.

     Nie główna postać, a jeden pełen symboli wieczór stał się dla mnie bohaterem powieści Edouarda Dujardina "Wawrzyny już ścięto". Bo cała akcja dzieje się jednego wieczoru, wieloznacznego i niedopowiedzianego. Czytałam dawno, zachowałam parę notatek, wznowień nie widzę. Zapamiętałam jednak zarys zapisu umysłowego przeżywania młodego paryżanina, swoistego monologu wewnętrznego. Nie tylko tego, co aktualnie widział, słyszał, odczuwał, ale i myśli oraz skojarzenia, które mu się nasuwały.

Julita Bielak

Julita Bielak

          Prababcia Zosia, Krzyś i Ares, trzy serca.

     Za równie niewyraźny, acz treściowo i ciężarem gatunkowym odmienny, wieczór uważam Wigilię Świąt Bożego Narodzenia, kiedyś pasm świąt. Były to święta godzenia się starego roku z nowym, zwano je Godami. Święto najdłuższej nocy w roku, którą trzeba było uczcić - nie śpiąc, lecz jedząc i weseląc się razem. Tak jak wiele innych świąt chrześcijaństwo wchłonęło i to święto pogańskie, zwyczaje się zmieszały i zatarły, daty przesunęły się w tę lub inną stronę.

Julita Bielak

          Halina i Janusz, przyjaciele. Po prostu.

     Obecnie nie zdajemy sobie sprawy, że kładzenie siana pod obrus, na którym spożywa się wieczerzę wigilijną, stawianie w kącie izby snopków zboża i karmienie tym zbożem inwentarza jest pozostałością pogańskiego święta agrarnego, święta urodzajów. Zwyczaje te tłumaczy się jako chęć upodobnienia wnętrza domu do stajenki. Z siana wróżono sobie po wieczerzy długość życia, urodzaje, zamążpójście. Z czasem, by ułatwić wróżby, pod obrus kładziono drobne, symboliczne przedmioty, jak na przykład laleczkę - wyjście za mąż i potomstwo, różaniec - wstąpienie do klasztoru. W ten sposób powstał podobno zwyczaj dawania prezentów, choć niektórzy twierdzą, że dawanie prezentów jest zwyczajem starorzymskim.

Julita Bielak

Joanna Kraśnicka

 

Jedno jest pewne, o zmierzchu do Wilii powinna siadać parzysta liczba osób w przeciwieństwie do nieparzystej liczby potraw. Nie może zabraknąć odwiecznych symboli płodności i urodzaju: maku i miodu, a także wiekowej kutii, z której wróżono sobie podrzucając łyżkę kutii do góry. Jeżeli wiele ziaren  przylepiło się do sufitu, to gospodarze mogli być spokojni o urodzaj w następnym roku. Obowiązkiem też jest stawiania na stole nakrycia dla osoby nieobecnej, dla podróżnego, osoby nieżyjącej, co równie za podróż daleką przyjąć można. Jedzenie wigilijne nie tylko dawano do skosztowania zwierzętom, ale i wynoszono przez próg dla zmarłych. Czyli - mamy znów do czynienia z pozostałością jakiegoś dawnego obrzędu. Podobnie pewnie rzecz się ma z przekonaniem, że w noc wigilijną zwierzęta mówią ludzkim głosem. A psy, jeśli szczekają, to obwieszczają pannom kierunek nadejścia swatów, z której strony zaszczekał pies, z tej przybędą swaty. Postne dania, zwyczaj łamania się opłatkiem, choinka, lampki symbolizujące "światłość świata", wypatrywanie pierwszej gwiazdki, śpiewanie kolęd dopełniają obraz celebracji rodzinnego święta oczekiwania narodzin Chrystusa jako Człowieka. Podobnie jak w Polsce Wigilię obchodzi się jedynie na Litwie, w Czechach i w Słowacji; opłatek - ta obietnica szczerej poprawy - nie jest znany poza Polską i Litwą. W ten wyjątkowy, zawsze bardzo uroczysty i poważny, ale zarazem radosny wieczór trzeba wszystko przebaczyć i zapomnieć o urazach. Zasiąść z bliskimi do stołu i wierzyć, że kto ilu potraw nie skosztuje w Wilię, tyle przyjemności wyrzeknie się w przyszłym roku.

     Kiedy mieszkaliśmy w Paryżu, co sobota kupowałam na targu pęczek świeżych ziół, tak jak niektóre kobiety kupują kwiaty do domu. Wkładałam go do słoika po dżemie, stawiałam na kuchennym blacie i potem obrywałam listek po listku: mięta do herbaty, koperek do pieczonej w całości ryby, pietruszka i tymianek do duszonej wołowiny, kolendra do taginu z kurczaka. /.../ Po przyjeździe do Prowansji od razu zaczęłam się rozglądać po targowisku za moim cotygodniowym bukietem. Nadaremnie. Czasami tylko w warzywniaku, w którym kupowałam sałatę i pory, sprzedawca dorzucał mi gratis trochę zielonej pietruszki. W końcu zapytałam go, gdzie mogę kupić tymianek. Popatrzył na mnie takim wzrokiem, jakbym zażądała, abym zawiązała mu sznurówki. - Mais ca pousse partout. - Przecież to rośnie wszędzie.

Elizabeth Bard, "Piknik w Prowansji", przeł. Beata Długajczyk, Bukowy Las, 2015.

     Na Święta życzę Państwu, aby rosło Państwu wszędzie. Kto chce duże i ma siły o to zabiegać, to duże. A jak małe, to małe, szalone, to szalone - w końcu bycie skromnym czy dziwnym nie jest karalne. Pogody, tego Państwu życzę, słońca w słońcu, deszczu w deszcz. Śniegu, jeśli tylko kto sobie tego winszuje. Wesołych Świąt!

    

03:36, julitczka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 44
Tagi