Rozmowy wśród przyjaciół
poniedziałek, 15 sierpnia 2016

  Ciotuchna

15 sierpnia 1939 roku pojechałam z Rodzicami z Zielonki do Ossowa na doroczne obchody Cudu nad Wisłą, czyli Bitwy Warszawskiej 1920 roku. Uroczystości rozpoczynała Msza Polowa. Wokół murowanej wnęki, gdzie stał ołtarz był duży zielony, trawiasty teren otoczony masztami z długimi biało-czerwonymi chorągwiami ustawionymi pionowo i napiętymi między górną i dolną poprzeczką.

Tłum ludzi gęstniał, między cywilami widać było sporo mężczyzn w wojskowych mundurach - kilka tygodni wcześniej ogłoszono mobilizację. Orkiestra odegrała hymn i rozpoczęła się Msza. Po mszy kazanie wygłaszał ksiądz w mundurze wojskowym. Mówił o historii tego miejsca, o bitwie w 1920 roku, o męstwie żołnierzy polskich i doskonałej taktyce wojskowej. Mówił też o czasie aktualnym, o ewentualnie czekającej nas obronie naszego Państwa.


Wiał coraz silniejszy wiatr, chorągwie łopotały na masztach, ksiądz mówił o oporze, który wojsko musi stawić wrogowi… a wiatr ciągle się wzmagał. Aż szarpnął tak mocno chorągwiami, że się zerwały i na dolnych poprzeczkach zostały tylko biało-czerwone strzępy. Ludzie wstrzymali oddech i jak grom runął zbiorowy płacz i szloch… To było jak symbol losu, który miał niebawem nadejść, jak przepowiednia strasznych okupacyjnych czasów.

14:33, kanadyjka82
Link Komentarze (3) »
środa, 08 czerwca 2016

   Ciotuchna

Dawno nie pisałam na Altanie, ale świat mój przewrócił się do góry nogami i musiałam go zorganizować na nowo, a to nie takie łatwe w moim wieku i po 64 latach świata we dwoje. Nie jestem pewna czy ta reorganizacja udała mi się w 100%.

Wiecie, że mój mąż był chirurgiem, ortopedą i pediatrą, ale że był organistą tego nie wiecie i tę część Jego życia chce wam opisać.

 

Mój mąż Mieczysław, zwany w tym opowiadaniu również Mietkiem, mieszkał przed wojną i w czasie okupacji na ul. Krakowskie Przedmieście na przeciwko kościoła św. Krzyża. 

W pierwszych latach okupacji był w tym kościele ministrantem. W 1941 roku za namową ks. Alojzego Niedzieli, starsi ministranci zostali przesunięci do chóru kościelnego.

Mietek śpiewał w chórze, ale bardziej interesowała i fascynowała go gra na organach. Pochwalił się kiedyś organiście, że od kilku lat uczy sie grać na pianinie, ale marzy o grze  na organach. Organista przesłuchał go i stwierdził, że ma dobry słuch muzyczny. Pokazał Mietkowi jaka jest różnica między grą na pianinie, a grą na organach. Kilka razy z nim ćwiczył i pozwolił mu ćwiczyć samemu kiedy w kościele nie było nabożeństw. Po kilku miesiącach zaproponował chłopcu grę na mszy o 6 rano. Próba wypadła pomyślnie, od tej pory Mietek grał co dzień na tej mszy.

Pewnego dnia w 1943 roku wybiegł, jak zwykle raniutko z domu i zatrzymał się przerażony. Zobaczył, że cały kościół jest otoczony przez Gestapo; z ukrycia obserwował jak z kościoła wyprowadzają wszystkich księży i personel pomocniczy. Wszystkich aresztowano.

Po kilku dniach poszedł znów do kościoła i zagrał na organach na porannej mszy.

Współpracę z kościołem św. Krzyża przerwał wybuch Powstania Warszawskiego.

 Po powstaniu, kiedy Mieczysław był wieziony na roboty do Niemiec, wraz z dwoma kolegami uciekli z transportu. Niestety zostali złapani przez patrol niemiecki i oddani w ręce  Gestapo. Po pobycie w wiezieniu we Wrocławiu odesłano Mietka do obozu koncentracyjnego Gros Rossen. Spotkał tam wśród więźniów kilku księży  z kościoła św. Krzyża, którzy bardzo mu pomogli, nie tylko ofiarowując mu pajdę obozowego chleba i cebulę, ale także powiedzieli mu jak tu się trzeba zachowywać i co robić, żeby przeżyć obóz; oni byli doświadczonymi więźniami a Mietek szesnastoletnim chłopakiem.

Po wojnie i powrocie do Warszawy zgłosił sie ponownie do swojego kościoła, gdzie organistą był prof. Rączkowski. Pomagał mu grając na wieczornych nabożeństwach. Współpraca ta została zakończona, gdy po zdaniu matury w 1948 roku, Mietek dostał się na wydział medyczny Uniwersytetu Wrocławskiego i musiał wyjechać z Warszawy.

Po 2 latach wrócił na Warszawską Akademię Medyczną i podjął pracę felczera w Szpitaliku Dziecięcym na ul. Kopernika na oddziale chirurgicznym. Praca i studia nie pozostawiały czasu na granie na organach. Czasami koleżanki lub koledzy prosili go, żeby zagrał na ich ślubach, lub innych obrzędach kościelnych. Były to tylko sporadyczne wypadki.

W 1970 roku mąż mój wyjechał na rok do pracy do Instytutu Calot w Berck Plage we Francji. W sierpniu tego roku pojechałam razem z córkami na wakacje do niego. Razem pojechaliśmy do Paryża gdzie mieszkaliśmy u polskich Szarytek. Była tam kaplica, a w niej fisharmonia, stara i zakurzona bo nie miał kto na niej grać. Mietek otworzył instrument i zagrał na mszy. Siostry były zdumione i uradowane," a może pan doktór przyjeżdżał by co niedziela grać nam na mszy?" zaproponowały. Niestety Berck Plage było za daleko na takie dojazdy.

W grudniu 1977 roku Mietek wyjechał na kontrakt do pracy do Libii, ja dojechałam do niego po 3 miesiącach. Szybko okazało się, że w Trypolisie jest kościół katolicki, który prowadzili włoscy franciszkanie. W kościele była fisharmonia na której grała zakonnica, ale robiła to z wielkim trudem, gdyż instrument był napędzany pedałami, a siostrzyczka była drobna i chuda i nie miała wiele siły potrzebnej do grania i deptania pedałów.

Mąż w okresie Bożego Narodzenia, w czasie mszy, podszedł do organistki i spytał czy może zagrać kilka polskich kolęd po nabożeństwie. Zgodziła się i mąż zaczął grać. Ludzie już wychodzili z kościoła, kiedy obecni tam Polacy usłyszeli znane melodie, cofnęli się od drzwi i szukali skąd dochodzą. Stanęli wokół fisharmonii i podjęli śpiew znanych sobie kolęd. Później mąż poszedł do zakrystii, przedstawił się proboszczowi i otrzymał pozwolenie grania dla Polaków po każdej mszy. Często zastępował siostrę organistkę, kiedy była zmęczona. Mąż grał z jej włoskich nut a ona intonowała pieśni. 


Wielkim przeżyciem był dla nas wybór Kardynała Karola Wojtyły na papieża. Nawet Arabowie przychodzili tego dnia do Polaków z gratulacjami. Mąż po pracy pojechał do kościoła dowiedzieć się jaki będzie program obchodów wyboru nowego Papieża. Franciszkanie, prawie wszyscy Włosi, mieli kwaśne miny "taka była tradycja, że papieżami byli Włosi, a tu nagle taka zmiana". No, ale Kościół to posłuszeństwo, wiec podali przybliżoną datę Mszy Koronacyjnej i związanych z nią planów. Wtedy okazało się, że na zamkniętym na stałe chórze są doskonałe organy elektryczne i można na nich grać w czasie dużych uroczystości. Mąż dawno nie grał na organach, umówił się kiedy może przyjść żeby poćwiczyć, no i ustalić repertuar. Przez kilka wieczorów mieliśmy koncerty organowe, bo i znalazły sie nuty koncertowe.

W dzień wielkiej Mszy Koronacyjnej kościół był zapełniony po brzegi Polakami. Autokary od rana zwoziły pracowników polskich firm drogowych i budowlanych, których bazy i campusy mieściły sie poza Trypolisem. Mszę celebrował polski ksiądz, było bardzo uroczyście. Kiedy na koniec mąż zaintonował Boże Coś Polskę... i huknęła pieśń z męskich gardeł, myślałam, że dach z kościoła spadnie, tyle było decybeli. Z choru patrzyłam jak ci ludzie śpiewając stali na baczność i wielu ocierało łzy.

W czasie następnych niedziel chór był już zamknięty. W obsadzie kościoła znalazł się polski ksiądz i msze dla nas były po polsku, a mąż nadal organistował.

Kiedy w 1980 roku wracaliśmy do Warszawy, kupiliśmy we Włoszech elektroniczną fisharmonię, rozkładaną, przystosowaną do przenoszenia i przewożenia.

Na Francji i Libii nie skończyły sie zagraniczne występy męża.

We Florencji jest spora grupa Polek i trochę Polaków, ksiądz polski przyjeżdża raz w roku zawsze w okolicy Bożego Narodzenia; byliśmy akurat w tym okresie u naszych bliskich. Msza celebrowana była w wynajętym kościele, ale nie było organisty a koło ołtarza stała fisharmonia. Mąż z córką poszli do zakrystii i za chwilę odezwała się muzyka. Ksiądz się ucieszył, że jest ktoś kto może zagrać i zaintonować polskie pieśni kościelne. Takie „występy” zdarzyły się chyba jeszcze dwa razy.

Był w domu instrument zwany przez młodzież "klawiszami", wieczorami mąż grał, ale postanowiliśmy, że granie to za mało, trzeba jeszcze pośpiewać. Mąż zbierał nuty, a ja teksty piosenek i tak kilka razy u nas w domu urządziliśmy tematyczne wieczory śpiewane. Były piosenki Powstaniowe, harcerskie, a nawet pieśni masowe. Oczywiście w czasie sylwestrów śpiewaliśmy kolędy.

Kilka razy fisharmonia jeździła z nami na działki do przyjaciół, gdzie śpiewaliśmy do późnych godzin nocnych.

Często, gdy mąż miał w szpitalu dyżur w sobotę i niedzielę, zabierał ze sobą instrument i grał w kaplicy szpitalnej na niedzielnej mszy dla chorych.

Każda okazja i każdy instrument klawiszowy był dla Mietka jak magnes, wszystko jedno czy to było pianino na którym zagrał „koncert na cztery ręce” dwóch pokoleń


czy malutka klawiatura wnuczki przy akompaniamencie gitary 


Niestety niedługo po przejściu męża na emeryturę spracowane ręce chirurga, często szorowane do operacji, odmówiły posłuszeństwa i nie chciały już biegać palcami po klawiaturze. Domowa fisharmonia zamilkła.


06:12, kanadyjka82 , Ciotuchna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 17 maja 2016

          Juliczka

     I wtedy dowiedziałam się, że napisałyśmy powieść sylwiczną. Wtedy też przyszło załamanie pogody, noc zamieniła blisko 30-stopniowy upał w sztormowy chłód. O świcie na zalany deszczem peron wtoczył się pociąg relacji Gdynia-Kraków w wersji dla ascetów; w składzie nie było WARSu. w przedziałach panowała rześkość poranka wzmocniona pytaniem kelnera: "Gazowana czy niegazowana?" Krople deszczu na szybach, butelki z wodą w zziębniętych dłoniach. - Jak już dotrzemy na miejsce, będziemy pić gorącą kawę, co godzinę, do rana - obiecywałam Katarzynie. Chłopak pod oknem uśmiechnął się, po chwili znowu zasnął.

     Potem już było tylko pięknie. Spotkanie autorskie, wizyta w Radiu Kraków, spacer po mieście, rozmowa ze studentami z Koła Naukowego Antropologów Literatury UJ, do tej pory układam odpowiedź na pytanie Tomka Wawera o sensualność "Księżyca myśliwych", przedzieram się przez projekt Pracowni Poetyki Historycznej IBL PAN "Sensualność w kulturze polskiej".Buduję nowy Kraków, księżycowy.

[...] kawka o jedenastej herbatka o piątej

stolik pana mecenasa u Noworola

i srebrna zastawa pani sędziny

z herbami po bardzo starych przodkach

*

Fragment wiersza Katarzyny Krenz "Podróż do Krakowa".

     W Szufladzie (Szuflada.net) znalazłam piękny artykuł pani Kingi Młynarskiej zatytułowany "Kraków to pryzmat, przez który pięknieje Ojczyzna" i fragment wiersza "Suplement" Elizy Segiet. Dodaję do krakowskiego obrazka.

jest miejsce, do którego jedziemy

i chętnie wracamy.

Suplement do "bycia-w-świecie"!

*

     Nie pictures a stills - jakże trafne określenie zaczerpnęłam z "The price of salt" Patricii Highsmith - coś nieruchomego, co pozostaje z człowiekiem.

m

m

m

m

m

m

 

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

          Juliczka

[...]

Ach, czy wszystko, co się zda,

Jak sen we śnie jeno trwa?

*

Allan Edgar Poe, "Sen we śnie" - fragment wiersza.

Tłum. Włodzimierz Lewik

     Recytuję półgłosem strofy, na biurku leżą w nieładzie czytane "Listy Tove Jansson", "Księgi Jakubowe", "Millenium, Stieg i ja", "Moja walka". Jest i ponownie kartkowany "Nocny pociąg do Lizbony" oraz wspomnienie o Wiesławie Dymnym, przeczytane, ale wciąż jest. Między tomy, w wymagające sąsiedztwo, trafił plik z debiutancką powieścią Poli Rewako "Chili".

     Zaczynają się rysować kontury pomieszczenia. Wszystko pojawia się powoli w swojej kolejności. Krawędź za krawędzią, kontur za konturem, róg za rogiem, kreska za kreską. Ktoś maluje przede mną ten pokój. Czarny pędzel został właśnie zastąpiony szarym, nieco bardziej widocznym i wypełnia obraz. Pojawia się zakurzona szafa. Kanapa. Drzwi. Kredens. Schody. Kolejne drzwi. Wieszak. Krzesło. Kolejne drzwi. Fotel. Okno. Znowu drzwi. Tym razem uchylone. A ja stoję. Obserwuję kreujące się wokół mnie rysy pokoju. Gdzie ja jestem? Co tu robię?

Agata Kulawiec                                  fot. Agata Kulawiec

     Autorka powieści wprowadza nas w świat głównej bohaterki różnymi drogami, także poprzez sen. Opisywany, relacjonowany doktorowi Wasilewskiemu, poddawany psychoanalizie, interpretowany. Mea Chubin, studentka psychologii, o marzeniach sennych, o podklejaniu amorficznej nieświadomości pod okruchy z dnia, mówi świadomie, przytacza podręcznikowe opinie. Uważa, iż jeśli coś istnieje w psychice, zawsze musi istnieć "po coś", musi mieć swoją funkcję. Nic w życiu psychicznym nie zachodzi przypadkowo. A w realnym? Mea czuje się niepotrzebna, pozbawiona bliskości i należytego zainteresowania rodziców: "Non stop pracujecie, w ogóle ze sobą nie rozmawiamy, a teraz, gdy macie kilka dni wolnego, nagle chcecie bawić się w wesołą rodzinkę? Spasuję". Nie akceptuje też form przyjaźni - zdawkowej, przypadkowej, ograniczającej się do wypicia butelki piwa i płytkich rozmów. Jedynie Gaweł Pawliński okazuje się być bliską duszą. Nie raz w dni młodej dziewczyny ( określanej wprawdzie przez autorkę jako nastolatka, ale - przepraszam - dziewiętnastolatka czy dwudziestka to już nie nastolatka, stara jest), wkracza kolega z uczelni Tomek Gerocki, piękny, jak z reklamy perfum albo innego banku.  Pojawiają się postaci ochroniarzy, z nimi - zniszczone przystanki na gdańskich ulicach, połamane ławki, podpalone śmietniki, rozbite automaty biletowe i szyby samochodów.

     Bo Mea, jako Bellona, zakłada Grupę Demolka, skierowaną przeciw niemoralności, złu, bezprawiu, niemocy, cierpieniu, bólowi. Nie chce żyć w świecie pozbawionym radości z małych rzeczy. Marzenia, spełnianie marzeń to był jej cel w życiu, organizowanie koncertów znanym zespołom.

     Skłamałabym, gdybym powiedziała, że "Chili" Poli Rewako nie wciąga, mimo, że nie jest błyskotką. Pozwala czytelnikowi spojrzeć z dystansu na otaczającą go rzeczywistość, dać mu do myślenia. Wszystko pomiędzy filtrowanymi fragmentami rzeczywistości. Na pewno zaciekawi miłośników Gdańska, zaintryguje wyznawców instruktywnych teorii psychologicznych, przeciwników nakręcania złych wydarzeń przez media. Nie raz, nie dwa zgrzyta, pracownikowi ochrony na widok nieznajomej nie przypisywałabym słów: "Tak bardzo jej pragnął", a konkretne, żołnierskie. Nie raz budzi nadzieję na rozbudowanie wątków, jak tych z akcją usadowioną na uczelni czy w domu bohaterki. Zastanawialiście się kiedyś, jak niewielu autorów przybliża w fabule środowisko akademickie?

Zdania są proste, lekkie, kryją w sobie przesłanie ujawniające się czasem podczas powtórnej lektury. Pojawiają się wulgaryzmy - Ależ proszę pani, wszyscy teraz tak mówią - wyjaśnił mi znajomy fizykoterapeuta o pseudonimie Magister. Zdaniem Freuda, szczęście, zgodnie z planem stworzenia, nigdy nie miało być stanem stałym. Choć to wynikające z radości czytania - powinno.

E.G.Kalminskaya

                     fot. E.G.Kalminskaya 

    

15:17, julitczka
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 kwietnia 2016

pharlap  Pharlap

 

Wasza śmierć i nasza śmierć to dwie inne śmierci.
Wasza śmierć - to mocna śmierć,
szarpiąca na ćwierci.
Wasza śmierć śród szarych pól
od krwi i potu żyznych.
Wasza śmierć - to śmierć od kul
dla czegoś - ...dla Ojczyzny.
Nasza śmierć - to głupia śmierć,
na strychu lub w piwnicy,
nasza śmierć przychodzi psia
zza węgła ulicy.
Waszą śmierć odznaczy krzyż,
komunikat ją wymienia,
naszą śmierć - hurtowy skład,
zakopią - do widzenia.
Wasza śmierć - wy twarzą w twarz
witacie się w pół drogi,
nasza śmierć - to skryta śmierć  kopana w masce trwogi.
Wasza śmierć - zwyczajna śmierć,
człowiecza i nietrudna,
nasza śmierć - śmietnicza śmierć,
żydowska i - paskudna.
Nasza śmierć jest waszej śmierci
daleką biedną krewną.
Gdy spotka wasza - naszą śmierć,
nie wita jej na pewno.
I w czarną noc przez smugi mgieł  nad miastem - w mroków piekle,
dwie śmierci przeklinają się,
złorzecząc sobie wściekle.

Na murku - patrząc w strony dwie,
podgląda kłótnię skrycie
to samo chciwe, sprytne, złe
i jednakowe Życie.

Władysław Szlengel - rok 1942
.

73 lata temu żydowska śmierć pokazała swoją moc. 
Autor wiersza zginął w kwietniu 1943  podczas Powstania w Getcie

12:54, pharlap
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 marca 2016

          Juliczka

 

     *** (Wiosna przyszła...) Andrzej Poniedzielski

Wiosna przyszła z tą swoją zielenią

blade toto, niemrawe, brudzi

zanim jakie kwiatki wystrzelą

to nastęka się, namarudzi

No i co, że ptacy wrócili?

No i co, że fruwają w parkach?

- tyle, że w jakich drzewach czy hebziach

z przeproszeniem złożą swe jajka

Te zajączki, króliczki, kacuszki

wszędzie - w lasach, po łąkach, po domach

Mam się cieszyć, że "budzi się życie"

- mam się cieszyć, że budzi się komar?

Przyszła wiosna z tą swoją nadzieją

blade toto, niemrawo się dłubie

Pytam - czemu na szczęście?

Pytam - czemu najbardziej?

Pytam - czemu ja tak to lubię

*

     Wraz z wiosną nadchodzi Wielkanoc, która to już w Altanie? A wcześniej u Ewy Marii na dwóch Kurach, Kurze i Qrze? Piękny wynik! Życzę równie pięknych Świąt, spokojnych, rodzinnych, pogodnych.

 

wojciech karpiński

          Vincent van Gogh, Martwa natura z otwartą Biblią, 1885 

     Otwartą na początku pięćdziesiątego trzeciego rozdziału Księgi Izajasza. Wypalona świeca. I, jako kontrapunkt, zaczytana powieść Emila Zoli La joie de vivre, dwa światy.

piątek, 18 marca 2016

 

          Juliczka

     - W Holandii mamy takie wyrażenie - powiedział, wskazując na mój tobołek. - Tropikalne lata. Bo widzisz, kiedy Holendrzy kolonizowali Indonezję, służba wojskowa liczyła się podwójnie. A trzeba ci wiedzieć, że było tam przeraźliwie gorąco. Do tego malaria, choroby i tym podobne. Więc odbywało się to tak, że jeden rok służby wojskowej w tropikach liczył się za dwa lata. Nazywali to tropikalnymi latami. Tak samo jest z posiadaniem dzieci, rozumiesz?

Elisa Albert "Od urodzenia", Wydawnictwo kobiece, 2016.

    

     Na naukę zawodu poświęcamy lata: szkoła, studia jedne, drugie, specjalizacja, kursy, szkolenia. Czytamy literaturę fachową. Zgłębiając tajniki matematyki, najpierw uczymy się prostego dodawania i odejmowania, potem procentów, a w końcu przechodzimy do bardziej abstrakcyjnych obliczeń algebraicznych i geometrycznych. Nie uczymy się konkretnych liczb, lecz zachodzących pomiędzy nimi związków. Każde działanie rodzi przeciwdziałanie. I na tym właśnie rzecz polega. Jeśli nie pojmie się zasady mnożenia, to nauczenie się na pamięć tabliczki mnożenia może, co najwyżej, dopomóc w rozwiązywaniu kolejnego testu. Zadziwiająco lekko, bez przygotowania, bez matematycznego myślenia, jak jazzman na jam-session, wchodzimy w rolę rodzica. Powielamy wyniesione z domu wzory, bądź - wprost przeciwnie - odwracamy je o 180 stopni. Jeśli nawet kosmonauci w przestrzeni kosmicznej bez trudu mogą się porozumieć z Centrum Kontroli Lotów w Houston, to dlaczego jako rodzice borykamy się z problemami? Nadajemy na falach długich, gdy odbiór nastawiony jest na krótkie? Czy w takiej sytuacji można odebrać jakikolwiek przekaz?

     Na tym właśnie polega problem: nikt nas niczego nie uczy. Jak szyć, zdobywać jedzenie, przechowywać jedzenie, budować, naprawiać, rozpalać ognisko, rodzić dzieci, opiekować się dziećmi, karmić dzieci, iść przez życie, starzeć się, umierać, przeżywać żałobę, zmieniać się, siedzieć spokojnie, w ciszy.

wydawnictwo kobiece

     Elisa Albert wie, o czym pisze. Wszechstronnie wykształcona, absolwentka prestiżowego Columbia University, zarządzającego Nagrodą Pulitzera oraz Brandeis University z siedzibą w Waltham, finalistka Nagrody Sami Rohr, wstawia bohaterów książki "Od urodzenia" w środowisko akademickie Utrechtu w stanie Nowy Jork. Ari, matka rocznego Walkera, jest doktorantką, jej mąż - profesorem uniwersyteckim. Każdy, kto właśnie został ojcem lub matką i rozpoczyna swa podróż przez rodzicielstwo, z drżeniem wchodzi do tej dzikiej dżungli. Jeśli przedtem bywało się tam tylko po to, by zgładzić pytona czy piranię,  to człowiek raczej nie zdaje sobie sprawy, że może być inaczej. Jak to zwykle bywa z pieszymi wędrówkami, kilka pierwszych kilometrów niebezpiecznego szlaku zawsze jest pod górkę. Zdarza się, że całkiem nieoczekiwanie trzeba stoczyć walkę z jakąś groźną bestią. Tym dla Ari jest traumatyczne wspomnienie przyjścia na świat jej pierworodnego.

     Przecięli mnie na pół, wyciągnęli dziecko z mojego bezwładnego, ziejącego pustką, skauteryzowanego brzucha. Bezlitosne światła szpitalne, zasłona przed nosem. Skuteczny sposób na wyjście z siebie. Zapach przypalanego mięsa. Zostałam zszyta przez grupę ludzi, których nie znałam i którym nie przyszło do głowy, żeby spojrzeć mi w oczy, żadnemu, ani razu. Leżałam rozcięta od biodra do biodra, unieruchomiona, ogłupiona, zacewnikowana, przywiązana do łóżka, i słyszałam rozdzierający krzyk mojej ptaszyny, kiedy wywozili ją gdzieś, do jakiegoś piekła.

   Mimo mądrej bliskości Paula, chaotycznie brnie przez macierzyństwo, przez niekończące się potrzeby synka, cierpi na huśtawki nastrojów, snuje się po domu w pidżamie, nie dosypia: "Przez większość czasu siedziałam na kanapie i karmiłam, jak to z noworodkami bywa - karmi się i karmi, i karmi". Szuka oparcia w telefonicznych rozmowach z teściową, mistrzynią sztuk kobiecych i pasjonatką patchworku. Znajduje zapewnienie, że poradzi sobie sama. Zmęczony umysł przywołuje obrazy z dzieciństwa, analizuje relacje z matką (matka jadała spalone tosty, w świetle życiowej filozofii Teri Hatcher, wyłożonej w książce "Spalony tost" - nigdy, przenigdy nie powinna była tego robić - w poczuciu przegranej demonstracyjnie rezygnować z rzeczy dobrych), ocenia stare przyjaźnie.

elisa albert

     Obserwuję Ari, słucham i porównuję z Betsy Sternberg z "Domu przy Alei Rothschildów" autorstwa Stefanie Zweig. Kobiety dzielą pokolenia, dzieli też poczucie względności życia wyrażające się w ocenie przyczyn i skutków. A także podejście do pojęcia intymności, dyskrecji i rozumienia roli gospodyni, żony i matki. Łączy poczucie humoru, zapisane w książce Stefanie Zweig jako krótka rozmowa Betsy z mężem: " - Podoba mi się twoja nowa sukienka - powiedział. - Tę sukienkę dwa lata temu uszyła mi Bachmaierowa na letnią zabawę w Ogrodzie Palmowym. Ale fryzurę mam nową. Od czwartku. Nic nie szkodzi. Nie musi ci być wstyd. Mamy przecież dopiero niedzielę".

     Na szalkach wagi zwanej życiem przypadek stawia naszej bohaterce Minę Morris, poetkę, dawną gwiazdę rocka, teraz - świeżo upieczoną mamę Zeva. I koncept na znalezienie pokrewnej duszy, wraz z nią -  nadzieję na stworzenie dla siebie nowej przestrzeni. By nie stracić z oczu tego, co jest ważne. Dlatego warto mieć swój plan B na wyboistą drogę, konfrontować go z ideałem, uczyć się nie tylko zawodu, ale i bytu, otoczenia oraz ...siebie. Ludziom "się przydarza" i w jednej chwili, bezpowrotnie, zmieniają się ich losy. Jak się dźwignąć, jak znowu pewnie stanąć na nogi, o tym jest ta książka. Trzeba się wsłuchać, co słyszy autorka "Od urodzenia", co słyszy jej bohaterka. Elisa Albert wierzy w czytelnika, uruchamia wyobraźnię i zaciekawienie. Opowiada potocznym, współczesnym językiem, czasami dalekim od decorum, przekraczającym granice, anachronicznego dziś dla wielu, pojęcia dobrego smaku. Czy mogę powiedzieć, że znam życie, czy wolno mi - uważam, że tak. Ogólnikowo stwierdzę - bywało różnie. Nie szukam niektórych z tych - excuse le mot - "różności" w książkach, filmach, obrazach, w teatrze: przeżyte raz wystarczą. Inne, z tej samej półki, na tę samą półkę odkładam. Nie mam potrzeby mówienia wprost i w sztuce unikam nazywania rzeczy po imieniu. Szukam może i nieprawdy, ale ładnie wymyślonej, wymyślonej mądrze i czemuś, w poszukiwaniu piękna, służącej. Rozumiem jednak potrzebę twardej, trochę zwariowanej, a trochę poważnej, płynącej prosto z serca, prawdy. Prawdy "Od urodzenia".

     Zgadzam się pójść z Miną do sklepu. Zev ma już sześć tygodni i ładnie się zaokrąglił. Zmienił się przez te kilka dni, kiedy go nie widziałam. Siedzimy w milczeniu w kawiarni. No dobrze. Dobrze. Dobrze. Dobrze.



wydawnictwo kobiece

Dziękuję Wydawnictwu kobiecemu za udostępnienie książki.

"Od urodzenia" Elisa Albert

Tłumaczenie: Aleksandra Weksej

Data premiery: 29.03.2016



   

     

     

     

     

     

     

     

    

     

    

niedziela, 21 lutego 2016

   Kanadyjka

Historia, którą chcę tu opowiedzieć dzieje się w miejscowości Temple w stanie Georgia. Śledzę ją na Facebooku od dwóch miesięcy.

W połowie grudnia 2015 roku, w okolicach Temple znaleziono ciężarną sukę labradorkę błąkającą się koło szosy. Suka była bardzo chuda i zaniedbana. Została zabrana do schroniska, gdzie zrobiono przeswietlenie brzucha (patrz zdjęcie). Nawet trudno policzyć ile tam jest tych szczeniaków.

Ze schroniska została zabrana przez Kristi i Drew, którzy prowadzą organizację Life is Labs. Organizacja ta zajmuje się ratowaniem psów (głownie labradorów) ze schronisk i znajdowaniem dla nich permanentnych domów.

Bon Bon

Suka, która nazywała się Bon Bon, zaczęła rodzic 20 grudnia. Pierwszy szczeniak urodził się martwy. Bardzo szybko okazało się, że suka jest zbyt wycieńczona aby urodzić resztę szczeniaków. Została przewieziona do weterynarza, gdzie zrobiono cesarskie cięcie, którego niestety suka nie przeżyła. Urodziło się 14 szczeniaków!!

Kristi i Drew zabrali je do domu (siedziba Life is Labs). Poprzez apel na Facebook znaleziono sukę (Remi), która właśnie skończyła karmić swoje szczeniaki. Cała czternastka była karmiona częściowo butelką a częściowo przez tę sukę.

Wyobrażacie sobie, co to była za robota. Szczeniaki leżały w pojemniku wyłożonym podgrzewaną poduszką i były karmione co 2 godziny. W opiece nad maleństwami pomagała czekoladowa labradorka Coco, która lizała im brzuszki po jedzeniu, myła i czyściła wszystko co zrobiły.

Szczeniaki dobrze jadły i przybierały na wadze.

Niestety, 25 grudnia Christi zauważyła, że jeden ze szczeniaków nie reaguje na otoczenie. Mimo natychmiastowej interwencji weterynarza, szczeniak nie przeżył. Zostało 13tka.

Wszystko to śledziłam na Facebooku najpierw w Warszawie z Ciotuchną, a potem we Florencji z Ciotuchną i Włoszczyzną (patrz link to strony Life is Labs na końcu tego tekstu). 28 grudnia wróciłam (sama) do Warszawy i jak wieczorem otworzyłam komputer, to oczom nie chciałam wierzyć. Tragedia!!! Tego dnia rano szczeniaki obudziły z silnym rozwolnieniem. Początkowo Christi i Drew myśleli, że coś im zaszkodziło w pokarmie, ale po jakimś czasie kilka szczeniaków zaczęło wyraźnie tracić siły i energię. Wszystkie szczeniaki zostały przewiezione do Atlanty do kliniki weterynaryjnej. Pomimo wysiłków, jeden po drugim szczeniaki umierały. Christi i kilku wolontariuszy trzymali je na rękach, podawali im kroplówkę i usiłowali karmić. Szczeniaki były letargiczne i zdawało się, że już nic ich nie uratuje. Christi nawet podjęła decyzję, żeby je uśpić, tak beznadziejna wydawała się ta sytuacja. I nagle jeden ze szczeniaków jakby obudził się z letargu i zaczął pić mleko z pipetki. Okazało się, że 6 szczeniaków jest w lepszym stanie. Christi i Drew wrócili z szóstka do domu. W ciągu następnych kilku dni stracili jeszcze 4 szczeniaki. Przeżyli dwaj chłopcy Blue i Brown (od niebieskiego i brązowego koloru obroży), nazywani wspólnie Bon Bons. Badania zrobione na zwłokach dwóch szczeniaków wykazały zakażenie bakteryjne przewodu pokarmowego, które najprawdopodobniej przeszło od matki.

Następne kilka tygodni to już historia tych dwóch maluchów. Prawie codziennie można je było oglądać na Peryskopie filmowane na żywo. Okazało się, że setki ludzi na całym świecie śledzą ich losy. Cieszyliśmy się wszyscy, kiedy otworzyły oczy, kiedy zaczęły samodzielnie jeść, kiedy zaczęły bawić się i biegać.

Dwa przecudne białe miśki, które tyle już przeszły w swoim krótkim życiu.

Wczoraj odbyło się pożegnalne party z zaproszonymi gośćmi, balonami i specjalnym tortem dla szczeniaków, a dzisiaj jadą do swojego stałego domu. Oba zostały zaadoptowane przez rodzinę na Florydzie. Nadano im nowe imiona, Finn i Sawyer. Ale ich saga będzie kontynuowana. Mają już swoją stronę na Facebooku i ich nowa rodzina obiecała wstawiać tam zdjęcia i filmiki.

TUTAJ jest strona Life is Labs na Facebooku. Znajdziecie tam mnóstwo zdjęć i filmików.

A TUTAJ jest strona Finna i Sawyera założona przez ich nową rodzinę.

A TUTAJ jest strona Life is Labs na Katch Me, gdzie możecie oglądać wszystkie nagrania zrobione Peryskopem.

Tagi: Bon Bons
02:40, kanadyjka82 , Kanadyjka
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 lutego 2016

Pharlap  pharlap

Przepraszam, już luty, obudziłem się o kilka dni za późno.

A raczej odwrotnie - przysnąłem. Powróciły wspomnienia zim z dawnych lat. Wokół mnie lato, z Europy dobiegają informacje o odwilży. Przypadkiem natrafiłem na wiersz oddający mój dzisiejszy nastrój .

W styczniu

Co też można w styczniu,
kiedy dni wznoszą się ledwie do twych kolan
i całą niemal dobę zawadzasz głową o gwiazdy,
jakbyś się kręcił po strychu pełnym starych uniformów.

 W styczniu, kiedy świat przepełnia żywy śnieg,
który cię wita radośnie, jak pies, co szczeka do okien,
i jak pies, ogromny i przyjacielski, leży posłusznie
u wszystkich drzwi, pies, co przychodzi i chce polizać szorstkim językiem 
twe dłonie.

W styczniu,
gdy wszystko zamknięte, gdy drogi zamurowane cementem,
możesz wyjść, robić w nim dziury obiema nogami,
uczynić niemal wszystko. Wyjść albo pozostać w spokoju,
uporządkować szufladę,
znaleźć w niej niebo, obrazki z dawnej młodości,
które możesz spopielić - lub jeszcze trochę poczekać.

Wziąć książkę, zdmuchnąć kurz,
przekartkować, pozwalając stronom, niczym płatkom śniegu,
opaść spokojnie na miejsce. Listy
ze sztywną pisaniną, uścisk dłoni
ponad oceanem, z którego przyszliśmy, tu,
do tej krainy bez dźwięku,
gdzie wszystko jest takie samo, wszystkie twarze płaskie
jak tarcze zegarów, unoszą brwi,
jeśli tylko zdradzisz jakąś niecierpliwą myśl.

Co jeszcze można w styczniu,
gdy wszystkie słowa zamarły
i leżą rozrzucone wokół jak zmięte gazety,
gdy wszystkie rany starannie obandażowane,
gdy zatarł się wszelki ślad,
możesz chodzić w kółko słuchając skrzypienia podłogi
i delikatnych pomruków z pieca trawiącego swe pożywienie.

Rolf Jacobsen, Z norweskiego przełożył  Kiljan Halldórsson - źródło tutaj - KLIK.

wtorek, 19 stycznia 2016

 

          Juliczka

 

     Rose Auslander, Poddaj się

 

     Sen

     żyje

     moim życiem

     do końca

     *

     tłum. Ryszard Wojnakowski

 

           fot. Marc Riboud

MarcRiboud

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38
Tagi