Rozmowy wśród przyjaciół
środa, 31 października 2018

jb     Jul

Korf wynalazł dziennonocną lampę,
która, jeśli tylko ją zapalić,
nawet najjaśniejszy dzień
w noc zamienia.

Kiedy ją przedstawił na uczonym
forum, nikt rzeczywiście
znający się na rzeczy nie omieszkał
spostrzec, że chodzi tu -

(ciemność zapadła w samym środku dnia,
zgiełk aplauzu gromko przetoczył się po sali,
aż zawołano na woźnego:
"Zapalić światło") - że chodzi tu

o fakt: że wynaleziona lampa
naprawdę, jeśli tylko ją zapalić,
nawet najjaśniejszy dzień
w noc zamienia.

Christian Morgenstern, Dziennonocna lampa, Jak to między czasami, tłum. Teresa Kowalska.

Art

          Fot. Art is a way of survival/Fb

     W snach zanika poczucie czasu, nie ma przeszłości, więc zanika także "ja". Dlatego uciekałem w sny. [...] Kiedy człowiek się dobrze bawi, podobno zapomina o czasie i tym samym o sobie. Podobnie było z moją ucieczką w książki, stopniowo to zrozumiałem - to sposób, aby "ja" i czas uległy zawieszeniu.

     Szczególnie ujęła mnie myśl, że śmierć nie ma nic wspólnego z "ja", ono bowiem w ostatnich chwilach człowieka już się rozpłynęło wraz z całym światem pozorów, który wokół siebie wzniosło.

Carl-Henning Wijkmark, Nadchodzi noc, tłum. Jan Rost, Czarne, Wołowiec 2010, str. 35 i 80.

z sieci

          Na zdjęciu(Fb) - autentyczny nagrobek gdzieś w Meksyku: Tu spoczywa Juan Garcia, który zapałką chciał sprawdzić, czy jest gaz. I był.  

     Napisał do mnie pewien poeta: "Gdy mam dobry nastrój (może o tym wspominałem), wpisując
nekrologi do gazety liczę średnią lat nieboszczyków. Wychodzi różnie. W tym tygodni 81. Więc przede mną jeszcze 14 lat. Może coś uda się zrobić? Chociaż pisząc w tym samym tygodniu tekst na stronę medyczną, przekonuję się, że w każdej chwili grozi mi wiele sytuacji tyleż wyrafinowanych, co ostatecznych. Wydawca lokalnej gazety - uwierz mi - nie ma łatwego życia..."

Joanna Kraśnicka

Fot. Joanna Kraśnicka

bal                     Fot. Ilse Bing, Bal de la Couture, Paryż 1931.

     Grace Adams

      Zakończył zdanie trzema kropkami, kłopotem dla mnie, bo gdzie postawię swoją kropkę? W odpowiedzi, gdy pytał o mamę? Przez długie tygodnie uczestniczyłam w smutnym, po coś mi danym, misterium śmierci. Mama nie jadła, prawie nie piła, podawano jej jedynie kroplówki. Umierała, śmierć co dnia ukazywała inne, nowe oblicze, zastygała w rysach. Położyłam kiedyś dłoń na jej czole, wzdrygnęła się, na twarzy pojawił się grymas, nie chciała. Jak ranne zwierzę, które czuje lęk przed wyciągniętą ręką, bo choć ta niesie pocieszenie, to i niepokój równy bólowi. Trudno po takich chwilach zanurzyć się w ulicę, mierzyć ze spojrzeniami mijanych ludzi, prostować plecy. Nagła tragiczna śmierć jest straszna, ale powolne umieranie przez miesiące, tygodnie też przeraża. Świadomością przypadkowości życia, które jest jak ruletka, co się komu trafi, choć w poczuciu wyjątkowości nie lubimy się do tego przyznawać. Trwogą ponurego filmu wyświetlanego w zwolnionym tempie, kadr po kadrze, emocją po emocji. Przymusem przeistaczania się, przekraczania bariery do codzienności, obowiązków, zwyklych spraw. Czasami brakowało mocy. Pewnego październikowego dnia - zima jak tego roku spadła nagle - gdy wieczorem wracałam od mamy, wysiadłam z dwa dwa siedem w trampkach prosto w śnieg, ślisko. Niezdarnie brnęłam do domu krok za kroczkiem. Przedtem przemokłam, zmarzłam, dygotalam. Z bezsilności rozpłakałam się w głos, jakiś pan zapytał: "Czy wszystko w porządku?"

     Nie wiem, czy wszystko było, czy jest w porządku. Pewnie nigdy tego nie ocenię. Odchodzą. Odchodzą ludzie-postacie piękni tajemnicą przemijania. Żal. Wraz z nimi odchodzimy i my, jakaś znacząca część nas zawarta w tamtym człowieku.

Julita Bielak           Powrót z niedzielnego spaceru, brukowana ulica i piaszczysta ścieżka, niosę leśne kwiaty.  Ojciec, Baśka, Mama już odeszli w nieprzewidzianym porządku. 

Moi zmarli ...
śmieją się w kułak
z mych jeszcze
ziemskich trosk.

Moi zmarli
proszą o tak niewiele:
- Omieć mi liście z
czoła,
uładź kamień,
ogień mi zapal,
jak pod
kuchnią.
- Masz tu pszenicy, tato,
zjedz, jeśli jesteś
gołębiem.
A kuchni, to ja nie mam.
- Ty kuchni nie masz? Ni
okna? Ni słoja?
- Dostałam dwóję z gospodarstwa.
Może
się u was spiszę lepiej.

- Nie ma obawy, córeczko.
Śmierci nie można nie umieć.

*

Agnieszka Osiecka, Dziennik ucznia.





 

 

04:10, julitczka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2018

jb     Jul

     Jesienią północna Fryzja tonie we mgle. Kontury się zacierają, brunatne liście są tak nasiąknięte
wilgocią, że przestają szeleścić. Wilgoć wnika w mury domów, przenika do szpiku kości. A jeśli zdarzy się cieplejszy dzień, to noc będzie tym bardziej zamglona, a ranek wstanie w białych oparach.

     jb                  Na zdjęciu - październikowa jubilatka. Haluś, poradzisz sobie, potrafisz latać!

     To miał być październik przytulony do wspomnień, zasnuty pajęczyną mgły, mżawką i refleksją. Urodzinowymi okrągłymi życzeniami słanymi za ocean przyjaciółce: "A pamiętasz, jak...". Nostalgicznymi obchodami złotych godów brata i bratowej, tylko jacyś bardzo starsi ludzie świętują podobne rocznice, bezlitosny czas i mnie wśród nich już umieścił? Kiedy? Rozmyślam przycinając i malując rozkładaną ozdobną kartkę, z której na fecie posypie się konfetti i rozlegną dźwięki spatynowanej piosenki. Laurkę ozdobi złoty medal zasługi dla Krysi, że tyle z Andrzejem wytrzymała. Mieszkałam z nim pod jednym dachem zaledwie paręnaście lat, nie było łatwo. - Eksperyment mamusi, wychowanica Makarenki - rzucał w przestrzeń, mijając mnie. Ale i wystrugał bardzo ładne, cytrynowe niczym stolik Barnesa, biurko z otwieranym na zawiasach blatem i skrytką zamykaną kluczykiem. Trzymałam w niej listy. Październik miał być też powrotem do filmów Bergmana - który to już raz - na trzecią rocznicę premiery "Księżyca myśliwych".  Wreszcie usprawiedliwionym poczuciem bezkarności przy kolejnej cząstce czekolady, przecież pada. Będę miała znów wakacje z deszczem - jazzowała Ludmiła Jakubczak.

jb

          Złoci Andrzej i Krystyna.

     Stało się inaczej. Słoneczna, wręcz letnia aura wyganiała z domu, wręczała kijki i nakazywała iść przed siebie. Pozwalała na zabieranie ze sobą książki, a nuż przydarzy się jazda autobusem. Albo odpoczynek na ławce, lektura go wytłumaczy. Giuseppe Tomasi di Lampedusa nigdy nie opuszczał domu inaczej, jak z Szekspirem w torbie, który pocieszałby go w razie jakiegoś niemiłego wydarzenia. Szekspir jako lekarstwo na świat, wierzę w skuteczność terapeutycznego oddziaływania literatury. Spacerowałam zatem, czasami czytałam. Czas płynął równie prędko jak w dzieciństwie, gdy biega się raz tu, raz tam, robi się to jedno, to drugie. tymczasem słońce zachodzi i nagle człowiek staje wśród zmierzchu: już siódma, niemożliwe! Nocami wyrywałam krótkie chwile na westchnienie. Kierowałam myśli ku tamtym dniom, gdy na blogu Ewy Marii pojawił się wpis o lądowaniu pierwszego człowieka na Księżycu z jakże znaczącym zdaniem: "Była druga w nocy". http://ewamaria030qra.blox.pl/2012/10/Nowy-Swiat-i-okolice.html.

jb

          Odprowadziłam Ewę Marię skrótem przez las.

     Była druga w nocy, owa godzina między nadzieją a strachem, gdy psy już dawno umilkły uśpione i tylko wilcze oczy płoną w ciemności. Trudno wtedy odróżnić przyjaciela od wroga, zaciera się granica między tym, co znajome i bezpieczne, a tym, co nieznane i obce. To był początek. Zawsze jest jakiś początek.

jb          Małgosia Sury i Tomek Wawer, czyli Koło Naukowe Antropologów Literaury i Massolit.

    Tekst Ewy Marii „Nowy świat i jego okolice” wszedł do naszej książki w całości jako Prolog. Była druga w nocy… To był początek (dla istot bezsennych jakże znamienny). Bo zawsze jest jakiś początek.
Żeby się dowiedzieć, co działo się potem, musiałyśmy napisać po 800 maili każda i 500 stron "Księżyca". Zajęło nam to dwa lata.

jb 1/

jb

jbOpowiadanie "Kongo na Kubusia Puchatka" Janusz Głowacki zaczyna od słów: "Dwadzieścia po ósmej". Jest "Trzy minuty po trzeciej" Teodora Parnickiego. W zapiskach do autobiografii" Władysława Tatarkiewicza, rozważającego o czasie astronomicznym i
tym rzeczywistym, czytamy: "Dobrze i szczęśliwie może też być w listopadzie". Dorota Masłowska w felietonie "Co można kupić sobie w listopadzie" nie daje innej podpowiedzi, niż pastylki zabarwione na różne kolory. pogrzeb, grób i piasek. A w październiku? Tekst na literackim blogu Ewy Marii ze zdaniem: "Była druga w nocy", wywołał serię skojarzeń. Vargtimmen, godzina wilka; ginie najwięcej ludzi i najwięcej ich się rodzi. We śnie najczęściej nachodzą nas koszmary, a kiedy się budzimy, ogarnia nas trwoga. Czas przed świtem, przed powrotem słońca, według wierzeń ludowych to najtrudniejsza część doby. W świetle księżyca zatarte kontury nie pozwalają na odróżnienie psa od wilka. Wroga od przyjaciela. Mówią o tym Francuzi, Anglicy, jest łacińskie przysłowie, film Bergmana oraz koreański "Time Between Dog and Wolf". I piosenka De Mono. Biorąc pod uwagę naszą, Katarzyny i moją, niechęć do spotkań "po nic" i rozmów o niczym (kot jest fałszywy, jagody zdrowe, niedziela - palmowa), nadałyśmy drugiej w nocy nowy wymiar. Elegancko powędrowałyśmy między rzeczywistościami.

     Elegancko i ze smakiem.

jb

     Od lat towarzyszy mi "Smakosz", magazyn kulinarny redagowany przez Przekrojowego redaktora Jana Kalkowskiego, autora kultowego Jednego dania. Przetrwał przeprowadzkowe pożogi. Numer pierwszy, pierwszy i ostatni, jedyny. Zachowałam, bo następny się nie ukazał, nie zdążył. A w numerze: "Pan Tadeusz" od kuchni, narodziny tortu Sachera, biografia autora "Fizjologii smaku", pocztówki z Włoch, Nowego Jorku, Krakowa i jak jeść pałeczkami. Wiersz Ludwika Jerzego Kerna, zwierzenia prywatnego restauratora, a także przepisy na kurczęta oraz na pasztet z zająca, jeśli ktoś popiera polowania, same frykasy.

     /.../lokaje, w zieleni i złocie liberii, w bieli upudrowanych włosów, wnieśli ogromne srebrne półmiski, na których piętrzyły się piramidy makaronu. Widok tych monumentalnych zapiekanek usprawiedliwiał w całej pełni okrzyki podziwu. Przyrumieniona na złoty kolor powierzchnia ciasta i bijący w nozdrza słodkawy aromat cynamonu stanowiły tylko preludium do delicji ukrywających się w środku; gdy nóż przecinał chrupiącą powłokę, najpierw dobywała się ze środka wonna para, a potem dopiero ukazywały się kurze wątróbki, cienkie plasterki jajek na twardo, szynki, kawałki pulardy i trufle zagłębione w tłustej, gorącej masie nitek makaronu, któremu esencjonalny sos mięsny nadawał ponętny kolor brunatnego zamszu. 

     Początek posiłku upływał, jak zwykle na prowincji, w milczeniu.

*Giuseppe Tomasi di Lampedusa, "Lampart".

     Zmysłowy opis może oddawać wyobrażenia smaku pocałunków, może też budzić kontrowersje, na ile tłusty makaron miewa dar przenoszenia w stan ekstazy.  "Tancredi szybko przeszedł do przekonania, że ten eksperyment jest w złym guście i zaniechał go, rezerwując sobie powrót do tych marzeń przy deserze".*

     Coś słodkiego wybrałam z "Pikniku w Prowansji" Elizabeth Bard, na razie wybrałam, jeszcze nie piekłam. Przyda się na Halloween. Jest to przepis, który niejaka Mary McCollough z Burlington w Massachussetts - niech wejdzie do historii - nadesłała w 1996 roku do listopadowego numeru magazynu "Bon Appettit" do rubryki: "Wymieńmy się przepisami". Wymieńmy się zatem w skrócie. Na spód ciasta wykorzystujemy półtorej szklanki pokruszonych imbirowych herbatników, 1/4 szklanki mielonych pekanów i 1/4 szklanki topionego masła. Mieszamy, masą wykładamy tortownicę o średnicy 23 cm, chłodzimy. Wypełnienie uzyskamy z upieczonej i przepuszczonej przez praskę około dwukilowej dyni, 700 g serka, szklanki brązowego cukru, imbiru, cynamonu, po szczypcie gałki muszkatołowej i goździków, laski wanilii, trzech jajek. Blendujemy ser z cukrem, dynią i przyprawami. Dodajemy po jednym jajku, za każdym razem starannie ucierając. Wlewamy do tortownicy, pieczemy godzinę i 15 minut. Na złoto. Czekamy aż wystygnie, nakładamy sobie spory kawałek na talerzyk, chwytamy w połowie trzonka widelczyk. Teraz można nas przestraszyć.

1/ Na zdjęciu widnieją: Wojciech Bonowicz, Monika Skowron, Dorota Gruszka, Karolina Macios, Katarzyna, ja i Księgarnia Pod Globusem w Krakowie.

Cytaty pochodzą s książki Katarzyny Krenz i Julity Bielak "Księżyc myśliwych",  Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2015. W tekście wykorzystano tez fragmenty wywiadów przeprowadzonych przez Marcina Wilka i Magdalenę Stępień. 

     







     

     

 

 

 

 

    

    

czwartek, 27 września 2018

jb     Jul

     Pilcher House, 18 lutego 1986.

     Szanowny Panie Doktorze Barnes (pisze to stara kobieta, prawie osiemdziesiąt jeden lat), zwykle czytam poważne DZIEŁA, natomiast jeśli chodzi o lekką lekturę do poduszki, sprawa w moim domu starców (widzi Pan, jestem tu stosunkowo od niedawna) wygląda tak, że regularnie z Czerwonego Krzyża dostajemy sporo "powieści". O czym są? Na przykład o szpakowatym chirurgu z bujną czupryną, niezrozumianym przez żonę, a najlepiej wdowcu, i ponętnej pielęgniarce, która podczas amputacji podaje mu piłę. Nawet w tych zamierzchłych czasach, kiedy miałam prawo być podatna na tego typu bajdy, wolałam czytać Darwina "O tworzeniu się gleby w następstwie działania dżdżownic". Pomyślałam więc, że lepiej pójdę do "bibloteki" (jak mówiła pewna mała dziewczynka) publicznej i zacznę systematycznie czytać powieści, poczynając od "A". Okazało się, że te pierwsze były głównie o chodzeniu do pubów i damskich biustach, więc szybko przeszłam dalej.

Julian Barnes, Cytrynowy stolik, tłum. Joanna Puchalska, Świat Książki 2013, str. 143.

z sieci

Fot. Paolo Corrdadini

jb

 z sieci

     Jesień czekała za drzwiami, niecierpliwiła się, przestępowała z deszczowej nogi na wietrzną. Wreszcie wpadła z furią, ale jak! Pogodowi nadwrażliwcy do dzisiaj szukają głowy po kątach. Niby meteopatia nie jest chorobą ani nawet przypadłością medyczną, ale potrafi dokuczyć: rozdrażnić, wybudzić, rozboleć. Umownie, na co nie przywołam żadnych autorytetów naukowych, zaliczana jest do hipochondrii, ta zaś - do zespołu nerwic. Czyli zasię choroba. Upierałabym się jednak przy czystej fizjologii, przy budowie błon komórkowych, jonizacji powietrza i mechanizmie reakcji organizmu, może i ewolucji, gdyby chciałoby mi się tego szukać. Ale nie chce. Przez nasz kraj położony na styku dwóch klimatów: kontynentalnego i atlantyckiego przechodzi rocznie 140 frontów atmosferycznych wywołujących zmiany aury. Jedną z nich, zapadaną i zawianą w chłodzie, przyniósł w darze pierwszy dzień jesieni. Przemeblował moje "poczytam" z mdlejących w upale, poplątanych narracji na subtelne opowiadania Barnesa. Z powieści na "A" przeszłam do "B". Nie, jeszcze nie Cioran (Życie przestaje być koszmarem, gdy człowiek powie sobie: „Mogę się zabić, kiedy tylko zechcę”), jeszcze nie czas. Do uroku smutku urastającego do miana wyższej godności też jeszcze nie dotarłam, na Sorena Kierkegaarda - "Czy to zrobisz, czy nie zrobisz, będziesz i tego, i tego żałował*" - rezerwuję sobie listopad. Na razie trwam przy najbardziej jesiennym ze wszystkich poetów, przy Georgu Traklu. Dla niego jesień trwa cały rok - nie jest stanem pogody, lecz stanem ducha. Przemijanie, rozkład, fizjologiczność naszych ciał, ale i całej przyrody napełnia go melancholią. Jesień, śmierć i apokalipsa na jednej nucie. Piękne!

Wrześniowy wieczór; smutno brzmią ciemne wołania pasterzy
Przez zmierzchającą wieś; ogień pryska w kuźni.
Staje dęba czarny koń; hiacyntowe loki dziewczyny
Łowią żądzę jego purpurowych chrapów.
Cicho zastyga na skraju lasu krzyk sarny
I żółte kwiaty jesieni
Chylą się niemo nad modrym obliczem stawu.
W czerwonym ogniu spłonęło drzewo; wzlatują nietoperze
                                                      z ciemnymi pyszczkami.

Georg Trakl, Pejzaż, tłum. Andrzej Lam

jb

z sieci

                                  Fot. Charles Spencelayh

     jbPoeci zazwyczaj nie jadają. Może czasem czegoś się napiją. Niewrażliwi na jedzenie mimo wszystko je dostrzegają, o czym znienacka w wierszach sygnalizują: "Słodka woń jabłek", "Pachną jabłka na komodzie", "Owoce głucho, miękko padają z jabłoni". Stąd tylko krok do szarlotki, pomocnej - tak uważam - zarówno w chorobie meteotropowej, jak i jesiennej depresji. Choć Trakl, jeśli już, wolałby pewnie strudel. Przydadzą się też jabłka posypane cukrem, skropione pejsachówką lub śliwowicą i na maśle usmażone w cieście z mąki, jajka i mleka.

jb

     Choć ja ponad wszystko przedkładam proste jabłko pieczone z orzechem i cynamonem. Kruche ciasto z szarlotki i tak zawsze zostawiam na talerzyku. Znikają natomiast powidła w każdej postaci, do zrobienia których - tych ze wspomnień mojej mamy - potrzebne są następujące rzeczy: sad ze śliwkami węgierkami, pogoda w kwietniu lub w maju, gdy śliwy kwitną, pogoda w sierpniu i wrześniu, gdy śliwki dojrzewają, drabina, facet, który lubi się wspinać na drzewa  i odróżnia śliwkę robaczywą od nierobaczywej, duży sagan, kuchnia węglowa, kopyść do mieszania i dużo cierpliwości. Potem to już głupstwo. Śliwki należy przekrajać, usunąć pestki, wybierać tylko bardzo dojrzałe owoce. Wrzucić do garnka i postawić najpierw na ostrym ogniu, puszczą sok. Nie wolno dokładać śliwek, tylko te, co są. W miarę gotowania zmniejszyć ogień na tyle, aby masa tylko z lekka sympatycznie perkotała. No i przez dwa dni po minimum osiem godzin mieszać, i mieszać ad finitum. W połowie smażenia dodać cukier, jeśli chcemy przechowywać powidła aż do zimy. Co z reguły się nie udaje, szczególnie w domach, w których często bywają goście. Moich powideł nie słodzę wcale, dodaję jedynie goździki, laska wanilii też jest przyjemnym wariantem. A ten zapach! Stygnąć powinny powoli, najlepiej na blasze wygasłej kuchni węglowej, nieosiągalne marzenie. Takie krótkie życie i takie pogmatwane niczym układ gwiazd na niebie w środku zimowej nocy, a ja wymyślam sobie kuchnię węglową, jakby mało mi było emocji.

     Wieje kolejny dzień. Wieje nocą. Przewiało mnie do "M".

     Nastrój mi się poprawiał, wracałem do lektury powieści czy jakiegoś nieszkodliwego czasopisma (zabroniłem sobie czytania gazet i słuchania wiadomości radiowych. Za każdym razem, idą do kina, dbałem o to, by wejść po skończeniu kroniki). Byle tylko nie dowiedzieć się niczego o losach świata. Nie pogłębiać tego strachu, tego przeczucia nieuchronnej katastrofy. Interesować się wyłącznie sprawami neutralnymi: modą, literaturą, kinem, musicalem. Wyciągnąć się na wielkim leżaku, zamknąć oczy, odprężyć się, zwłaszcza się odprężyć. Zapomnieć.

Patrick Modiano, Willa Triste, tłum. Joanna Polachowska, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2014, str.23.

     Mimo to czuję się podejrzana, winna, dziwna. Zostaję jednak długo i spaceruję po całej księgarni. Trochę to przerażające, jest tam tyle książek. Tak już mam, że zawsze zatrzymuję się przy książkach, które na różne sposoby doradzają czytelnikom, w jaki sposób osiągnąć szczęście, a przynajmniej spokój. Nie masz pojęcia - a może masz - ile ich jest. Nie mówię tego z pogardą. Uważam, że powinnam je czytać, choćby niektóre, ale potrafię jedynie się na nie gapić w osłupieniu.

Alice Munro, Coś, o czym chciałam ci powiedzieć, tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2017,str.149.

    Niekiedy we trójkę bawili się w pewną grę, którą Barbara wynalazła albo skądś przejęła. Gra nazywała się "Jabłka i pomarańcze" i była bardzo przydatna  czasie podróży samochodem, bo dawała dzieciom zajęcie. Polegała na dokonywaniu wyborów, od najłatwiejszych do najbardziej kłopotliwych. Zaczynało się od pytań podstawowych w rodzaju: "Masło orzechowe czy owsianka?". I dalej: "Masło orzechowe czy mus jabłkowy?", co było już trudniejsze. Naprawdę niełatwo było wybierać pomiędzy rzeczami , które się lubi, albo takimi, których się nie znosi. A pewne elementy ciężko było nieraz ze sobą porównać. W tej grze nie było zwycięzców. Cała przyjemność polegała na wymyślaniu jak najbardziej męczących wyborów i dokonywaniu ich. Zabawa dobiegała końca wtedy, gdy ktoś z grających krzyknął: "Rezygnuję! Nie mogę już tego znieść. Co za głupia gra. Nie chce mi się już niczego wymyślać!".

Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, tłum. Agnieszka Kuc, Wyd. Literackie Kraków 2013, str. 209.

*Soren Kierkegaard, Albo, albo, PWN, Warszawa 1982, str. 41.

04:18, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 września 2018

jb     Jul

/.../ co było marzone, to już raczej nie.

zasypiamy głodni, budzimy się z trwogą.

nowe wersje końca podgrzewają grę: /.../

Julia Fiedorczuk, Psalm XIII, Psalmy. 1/

     Znieruchomiał przed szafą i z przechyloną na bok głową, patrzył z zachwytem na książki, jak głodne dziecko na talerz z ciastkami. Wyższa od niego o pół głowy Sonieczka stała z tyłu i była równie podniecona jak on. Obrócił się wreszcie w jej stronę, ucałował jej szczupłą dłoń i powiedział głosem niskim i wibrującym jak światło kwarcówki z okresu zakatarzonego dzieciństwa: - Niesamowite... Nie wierzę własnym oczom... Montaigne... Pascal... - i dodał z westchnieniem , trzymając ją za rękę: - I nawet w wydaniu elsevirowskim... - Tu jest dziewięć elsevirów - dumnie skinęła głową rozczulona Sonieczka, która miała całe księgoznawstwo w małym paluszku, a on dziwnie spojrzał na nią z dołu w górę, ale wyglądało to tak, jakby patrzył z góry w dół.

Ludmiła Ulicka, Sonieczka, tłum. Rita Bartosik, Philip Wilson KIP 2004.

     Ale potem powstały, jak mi się zdaje, biblioteki, które miały uniemożliwić czytanie, ukryć, chronić książki. Naturalnie te biblioteki miały także umożliwić odnajdywanie. Zawsze zadziwia nas, z jaką zręcznością piętnastowieczni humaniści odnajdywali zagubione manuskrypty. Gdzie je odnajdywali? W bibliotece. W bibliotekach, które służyły częściowo do ukrywania, ale również umożliwiały odnajdywanie.

Umberto Eco, O bibliotece, tłum. Adam Szymanowski, Świat Książki 2007.

biblio cave

Fot. Biblio Cave

z sieci

     Napisał do mnie pewien poeta: "/.../może jakiegoś wspólnego spotkania. Może na przykład pójścia razem na >Żywioły maski< na Placu Zdrojowym, gdzie moglibyśmy przyglądać się Malczewskiemu, Stryjeńskiej, Wyspiańskiemu, Boznańskiej, Cybisowi. Na przykład..., choć - widać na razie - nie jest nam to dane. Ale w przyszłych latach, gdy wiatry umilkną, nastaną chwile wytchnienia i nic nie będzie prześladować. Byle bym nie był o lasce. Szansa jest i powinniśmy w nią wierzyć, a nawet do niej dążyć".

jb

          Dedykacja z elementami kolażu na stronach przedtytułowej tomu Wszelki wypadek (1972). Po słowach "osobistym wyznaniem" strzałka wskazująca na wycięty z noweli Elizy Orzeszkowej Anastazja i wklejony do dedykacji fragment początkowego rozdziału: Kochany Wspaniały Frąckowiaku! Przyjmij tę książeczkę wraz z osobistym wyznaniem, które zrodziło się z tęsknoty za Tobą. Nie odpisuj mi, tylko kiedy będziesz znów w Krakowie, to zadzwoń do osoby, która jest Twoją wielbicielką. Nr tel. 34 347. Wisława maj, 72.

Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert, Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie, korespondencja 1955-1996, opracowanie edytorskie Ryszard Krynicki, Wydawnictwo a5, 2018. 

catherine denevue

Fot. Dean Loomis, Catherine Denevue 1961.

z sieci

     - Ależ od dawna jesteśmy o lasce - zakrzyknęłam rezolutnie, ja - na pewno. Nie dalej jak wczoraj towarzyszyły mi laskarskie emocje związane z wizytą u kardiologa i próbą wysiłkową. Do papierosów, mimo że od stóp do głów zlałam się Portofino i wypiłam pół butelki płynu do płukania ust - autobus szalał z zachwytu - niepytana przyznałam się na wejściu. - Nikotyna? Po co pani nikotyna! Jakieś zioło to rozumiem. Jak pani znajdzie dobre, to proszę i dla mnie przynieść. Nie podjęłam próby uśmiechu, sponiewierana weszłam na bieżnię. Pojawiła się pielęgniarka. - Doktorze, pan jej przyspieszy, będzie nam tak szła do jutra. - Biega pani maratony? - zapytał lekarz, bo ciśnienie ani drgnęło. Na granicy majaczenia bąknęłam coś o siłowni. Przemilczałam, że gibąsam, jak mawia Kapelusznik, salsation. Z przyklejonymi elektrodami, niedoubrana czułam się na wystarczająco straconej pozycji. Zawsze za mała albo za duża. - Pali papierosy, wstyd! - lekarz zakręcił się na krześle w stronę pielęgniarki. - Wstydzę się, doktorze, dlatego palę tylko w nocy. Bieżnia przyspieszyła, spoglądałam na siebie z boku, żałosny był to widok. - Źle pani sypia? - dociekała pielęgniarka - to iść do psychiatry, niech zapisze coś na sen. ("Próbujesz uczyć mnie latać, ja latam nieco inaczej, możesz się trochę przestraszyć"). - Nie chcę spać, chcę nocą czytać, pisać i pić herbatę. Woli pani noc? -  zainteresował się kardiolog. - Noc jest dobra, nie popycha, nie angażuje. Nocą cichnie wiatr. To co bolało, boli mniej. - Zmęczona umiarkowanie - zawyrokował pan doktor F. i wrócił do Onet Info.

Z ulgą opuściłam gabinet.

jb

          ... że w Maximusie gibąsam salsation, przemilczałam.

     Podejrzewam, że świat jest nie tylko dziwniejszy niż sądzimy, ale dziwniejszy niż możemy sądzić. Mogłabym teraz pójść dalej tym tropem i zagłębić się w rozważania. Prowadzić, jak w przeniesionych na deski teatru "Rosyjskich konfiturach" Ludmiły Ulickiej, niekończące się rozmowy o życiu. Trwać w poszukiwaniach czegoś utraconego - czasu, ludzkich relacji, nadziei, iluzji. Zastanawiać się, czy więcej w życiu zyskujemy, czy gubimy. Jak w bibliotece - ukrywamy czy odnajdujemy. Wydajemy bogato czy potocznie, podręcznie. Ale ja tam, do poradni sercowej, jutro wracam. Pozostaję więc, żeby się nie zgubić, nastrojona jej atmosferą. Dalece. Miasto, przystanek autobusowy przy jednej z głównych ulic. Podchodzi pani, przygląda mi się intensywnie, pyta: - Haszło? - Czerwony Kapturek - odpowiadam spokojnie, bo ludzie są wprawdzie różni, lecz wszyscy pragną akceptacji. Jednak panią to płoszy, odsuwa się, udaje, że grzebie w torebce, właśnie tak - że grzebie. I wtedy nadjeżdża "H".

z sieci

*/Tsundoku (z japońskiego) - kupujesz kolejne tomy po to, aby je przeczytać, a nie zbierać, jednak wciąż brakuje ci czasu na lekturę. Podobno, nie sprawdzałam, ładnie brzmi po prostu.

1/ Recenzja Kingi Młynarskiej - dziękuję za Psalmy, piękne i równie pięknie przez Fundację na rzecz Kultury i Edukacji wydane - tutaj: http://dajprzeczytac.blogspot.com/search/label/Fiedorczuk#!/2018/05/ksiazki-poetyckie-nominowane-do-nagrody.html

    

 

 

 

02:19, julitczka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 sierpnia 2018

Julita Bielak     Jul

     Frycek, bo tak go odtąd nazywano, został. Pracował jako parobek u Sztulmowskiego, choć uporczywie milczał. Wykonywał polecenia, więc rozumiał, ale nie odzywał się wcale. Ani po polsku, ani po niemiecku. Nie dostawał pieniędzy, tylko jedzenie i dach nad głową. Mieszkał w komórce w stajni. Miał tam małe okienko, legowisko ze starych sienników, skrzynię z nutami przyniesionymi z domu pani Berg, a pod deskami w podłodze skrytkę na skrzypce. Grał w lesie. Ukrywał swój skarb. Nikt nie mógł wiedzieć, gdzie jest instrument.

Aida Amer, Kroniki z życia ptaków i ludzi, Nasza Księgarnia 2017.

Peter Tumlay

Fot. Peter Turnley

Irvin Klein

                    Fot. Irvin Klein

Cartier BressonW domu na półce stało trzytomowe wydanie nagrodzonej Noblem "Sagi rodu Forsyte'ów" Johna Galsworthy'ego, czytałam nie raz. Warstwa po warstwie budowałam trwały obraz dziejów trzech pokoleń zamożnej angielskiej rodziny, widziałam też słynną telewizyjną adaptację dzieła zrealizowaną w 1967 roku przez BBC; ach ten Soames, Irene, jak mogła! Biurko stało przy oknie, zawsze czytam przy biurku. Przez lata towarzyszył mi ten sam widok podwórza-studni szarej kamienicy doktorostwa Hanischów, jakaś szopa, gołębnik, pralnia. I ta sama postać drobnej starszej pani odzianej bez względu na porę roku w czarny płaszcz, na głowie niewielki kapelusz. Schodziła po drewnianych stromych schodach gospodarczego zabudowania, tam mieszkała samotnie. - Ta Niemka - mówili o niej ludzie. Teraz już nie wiem, dlaczego została w małym poznańskim miasteczku, nie wyjechała. Może i znałam kiedyś jej historię, uleciała. A może nikt nic o niej nie wiedział. Jak nie potrafię rysować, naszkicowałabym to brzydkie podwórze, tamte schody, sylwetkę starej kobiety, i płaszcz, i kapelusz choćby dzisiaj, taka siła i poczucie godności biły z postaci. Pewnego rodzaju zapamiętanie trwania w powziętym postanowieniu. Burzyła mój porządek dnia, niepokoiła zagadką. Bo o pani de Perriere wiedziałam dużo więcej, uczyła mnie gry na pianinie i angielskiego. Niewysoka, korpulentna, energiczna, z fryzurą wypisz wymaluj Edith Piaff, przemierzała postukując skórzanymi pantofelkami na obcasie uliczki miasta od jednego bęcwała muzycznego do drugiego. Równie zdecydowanie biła po palcach niezatemperowanym żółtym ołówkiem, bolało. A losy proste, gdy jej siostra poślubiła we Francji oficera wojska polskiego i małżonkowie zamieszkali w Krotoszynie, spakowała dobytek i zaryzykowała wspólne życie na obczyźnie. Tych osób, w oparciu o które mogłam tworzyć pierwszy obraz wielokulturowości, nie było w moim miasteczku aż tak wiele, dwie kobiety, uzupełniane bohaterami literackimi, musiały wystarczyć. Niekiedy zadowalamy się jedynie pobieżną znajomością zdarzeń z przeszłości, wiedząc jednak, że pewnego dnia zechcemy przemyśleć w spokoju i poznać dokładniej. Swego czasu w Rzeczy Krotoszyńskiej ukazał się artykuł Janusza Urbaniaka "O Elfriedzie, która czuła się Polką", w zadumę wprowadza decyzja 31-letniej Elfriedy Wojtkowiak z domu Scheide, która w 1947 roku postanowiła wrócić z Niemiec do Polski. Gdy pytano ją o narodowość zawsze odpowiadała, że jest Polką pochodzenia niemieckiego, rodzina Scheidów żyła w Krotoszynie od kilku pokoleń.

     Odrzucenie zaszczepionej w dzieciństwie religii albo światopoglądu wymaga więcej niż określonej miary odwagi i siły charakteru; trzeba ciągłego intelektualnego i emocjonalnego wysiłku, ponieważ człowiek, który zdecyduje się na taką przemianę, jeszcze po latach i dziesiątkach lat odkryje w sobie pozostałości wychowania. W najdalszych zakamarkach swojej pamięci odgrzebie wyuczone wcześniej schematy życia i myślenia, które niezrewidowane, przeżyły szmat czasu nie tracąc na wartości.

Monika Maron, Listy Pawła, Przeł. Anna Kryczyńska, MUZA SA 2001.

Tadeusz Sumiński

     "Kroniki z życia ptaków i ludzi" o rodzinach Sztulmowskich z Podlasia i Stuhlmacherów z Prus Wschodnich oraz "Listy Pawła" trafiły do mnie prawie tego samego dnia; "Kroniki..." podarowała mi pani Kinga z Przeczytane. Napisane, "Listy...", z miłości do epistolografii, kupiłam. Za pomocą listów odnalezionych w rodzinnych szpargałach, a pisanych w 1942  z getta bełchatowskiego przez dziadka autorki, Monika Maron wyjaśnia mechanizm budowania legend rodzinnych, ożywia pamięć, przetwarza duchową rzeczywistość żydowsko-polsko-niemieckiej rodziny sprzed kilkudziesięciu lat. Małgorzata Kulisiewicz, w tomie ofiarowanym mi również przez panią Kingę z Przeczytane. Napisane, zawarła m. in. wiersz "Kino-życie", w którym pochyla się nad bełchatowskim lasem wyrosłym na żydowskim cmentarzu.             Fot. Tadeusz Sumiński

     I tak oto wszystko zamyka się na zakładkę: Kroniki, Elfrieda, Listy, Fleur Galsworthy'ego i Natasza z "Wojny i pokoju", Kot, pani de Perriere, muzyka. Wszystko się dopełnia. Na ziemi nie ma pustych miejsc. Wiedziała o tym Halina Poświatowska, kiedy zapisała: "Jeszcze raz obejmuję spojrzeniem ściany, kolorowe kawałki płótna, wystające grzbiety książek na półce. Myślę poprzez narastający w uszach szum. Czy wszystko pozostanie tak samo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki odwykną od dotyku moich rąk, czy suknie zapomną o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci - zapomną. Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci równie szybko, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie pozostanie po nich nawet puste miejsce. Na ziemi nie ma pustych miejsc". (H. Poświatowska, Opowieść dla przyjaciela, Kraków 1966, str. 115).

Julita Bielak

     Przedwojenni Zofia i Henryk z równie przedwojenną warszawsko-sopocką Baśką, wojennym świętokrzysko-malborskim Andrzejem i powojenną wielkopolsko-gdańską mną. Rodzina. Troje uczestników zajścia opatrzyło już, w zaskakującym porządku, swoje pamiętniki napisem "koniec". Brat i ja zapełniamy ostatnie strony, choć co i rusz jawi się nam nowy rozdział. Na scenę wkraczają nasze wnuki, piszą nowe życie. Albo, jak Alicja, która jeszcze pisać nie potrafi, rysuje: kotek, piesek, kwiatek, serce... i ja, cała na czarno z deszczową chmurą na twarzy. Czy sięgną kiedyś do korzeni? Uzmysłowią sobie, że po pradziadku płyną w nich krople tatarskiej krwi? Powinni, łatwiej będzie im zrozumieć, dlaczego nagle "wskakują na koń" i pędzą przed siebie hen daleko, hen w step. Wolność przede wszystkim. I rodzina, ta z nadania oraz ta wybrana po drodze, bo przyjaciel to też rodzina. 

Julita Bielak

Julita Bielak

 

.../ W mojej kuchni

kawa pachnie tak nieziemsko.

 

Smakujemy nasze życie

powoli i dokładnie,

każdym kęsem dzieląc się z przyjaciółmi,

 

zanim odejdą

poza horyzont naszego stołu.

*

Małgorzata Kulisiewicz, Smaki życia, Kot Wittgeinsteina i inne wiersze, Poezja, tom XIX, recenzja pani Kingi Młynarskiej, doskonała - tutaj:

http://dajprzeczytac.blogspot.com/#!/2018/05/kot-wittgensteina-i-inne-wiersze.html

 

 

 

 

 

04:01, julitczka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 31 lipca 2018

Julita Bielak     Jul

     Tamara Lempicka

Warner Brothers     Tom zerknął na nas, aby sprawdzić, jak przyjmujemy wyjaśnienia Gatsby'ego. Wszyscy popatrzyliśmy na tego ostatniego, oczekując, że powie nam coś bliższego. - Skorzystałem z okazji, jaką dano oficerom naszej armii po zakończeniu wojny - ciągnął Gatsby. - Mieliśmy prawo pójść na każdy dowolny uniwersytet w Anglii lub Francji. To brzmiało logicznie i odetchnąłem z ulgą. Miałem ochotę podejść do Gatsby'ego i poklepać go przyjaźnie po ramieniu. Daisy, uśmiechając się, podeszła do stołu. - Odkorkuj butelkę - powiedziała do Toma - a ja przyrządzę whisky z miętą. Jak się napijesz, to może przestaniesz się wygłupiać.

F. Scott Fitzgerald, Wielki Gatsby, oprac. literackie Kazimierz Cap, Bellona, 2013.

Wielki Gatsby

     Oglądnęłam niedawno amerykańsko-australijską, reżyserowaną przez Baza Luhrmanna, ekranizację dzieła Fitzgeralda, tej z 1949 roku nie widziałam. W filmie kwestia wygłaszana przez Daisy brzmi inaczej, kończy ją konkluzja: "poczujesz się mniej głupio". Zapamiętałam, przemawia do mnie. Jak kinowa wersja "Wielkiego Gatsby'ego" z lat siedemdziesiątych, ta - przepraszam wielbicielki Leonarda DiCaprio - z Robertem Redfordem i Mią Farrow. Bo od "Dziecka Rosemary" przez lata w zachwycie za Mią chodziłam? "Johna i Mary" nie zliczę, ile razy widziałam, a książkę Mervina Jonesa zaczytałam na śmierć. I choć na równi cenię talent aktorski Carey Mulligan, to wyobrażeniem bohaterki ponadczasowego dzieła Fitzgeralda pozostaje Mia, może to kwestia typu urody. A może tęsknię do siebie tamtej? Czy aby na pewno. Musiałabym przeżywać ponownie minione niepokoje, rozterki, upadać i podnosić się, układać strategie, toczyć walki i małe bitwy dzień po dniu, nigdy mnie to nie urzekało. Przeżywać zatem jeszcze raz to samo, ale jak? Tak samo? Nie jestem takiej egzystencji ciekawa. Inaczej? Lękałabym się. Teraz, gdy wyszłam z obiegu, przestałam być dla innych ludzi rywalką i przez to ludzie są dla mnie lepsi. Dni niosą mnie w łagodniejszej i spokojniejszej atmosferze.

Julita Bielak

           Stare zdjęcie, Francis Ford Coppola pisał właśnie scenariusz do filmowej wersji "Wielkiego Gatsby'ego". Bluzki w lewki z kolekcji Barbary Hoff kupiłyśmy z Haluś w Warszawie, cała Polska nosiła. Spodnie zaś uszyłyśmy same, mój jedyny krawiecki wyczyn.

     Michael HughW obliczu dobrej wiadomości z Londynu przeczytałem (wcześniej tylko przeglądnąłem) "Biegunów". Rzeczywiście kawał świetnej literatury, dużo spraw ciekawych, które w ogóle zwracają moją uwagę i poczytuję tu i ówdzie o nich. Zabawne, że dopiero w takiej sytuacji oddaje się sprawiedliwość rzeczom wyjątkowym. Chciałbym mieć dużo czasu dla siebie, wiedziałbym, co robić. Pozdrawiam Ciebie, pozdrawiam morze i ten las koło Ciebie - napisał do mnie pewien poeta.

     "Biegunów" nie mam. Wiem, pamiętam, że cenisz Olgę Tokarczuk, wspominałeś o tym w jednym z pierwszych Twoich listów. Muszę do jej pisarstwa dorosnąć, "Księgi Jakubowe" stoją na półce ledwie przejrzane. Obok - przeczytana "Gra na wielu bębenkach". Las pozdrowiłam, nad morze jeszcze nie dotarłam. Do nóg się ścielę, dla Ciebie słońca, sobie mgły życzę - odpowiedziałam ewazywnie. Weźże notes, ołówek, książkę i działaj - gryzłam się tymi nieprzeczytanymi z należną uwagą "Księgami". Aż zajrzałam do Dwutygodnika, gdzie Dorota Masłowska analizuje kompletnie mi obce programy telewizyjne, lubię Masłowską: "/.../najpierw jeden przypadkiem zobaczony podczas świąt odcinek, gdy myślę sobie: co za gówno, czysta potworność i zwyrodnialstwo, podajże mi „Księgi Jakubowe”, gdzie moja zakładka? O tu, już jestem na 4 stronie… Ale mimochodem następnego dnia drugi odcinek, potem jakoś trzeci...". http://www.dwutygodnik.com/artykul/7909-jak-przejac-kontrole-nad-swiatem-nie-wychodzac-z-domu-20.html

     Poczułam się mniej głupio.

Żiwaja Ziemlia

                    Fot. Żiwaja Ziemlia

     Kochany Tatusiu, wie Tatuś, jak czuje się człowiek nie kochany? Czuje, że wszystko, co zrobi, jest złe. Wszystko w nim jest do niczego. Jest szmatką, papierkiem rzuconym na ziemię. Taki człowiek nigdy nie zazna spokoju. Będzie robił wszystko, żeby stać się godnym miłości, ale nigdy mu się to nie uda. Może z takich niekochanych ludzi biorą się perfekcjoniści, ponieważ nigdy żaden rezultat ich nie zadowoli; będą pracować jak woły bez możliwości spełnienia, bez nagrody. Kraina Syzyfów i tych, którzy nabierają wodę sitami.

Olga Tokarczuk, Gra na wielu bębenkach, Tancerka, Wydawnictwo Ruta, 2001.

Eva Rubinstein

                    Fot. Eva Rubenstein, Girl On Train, London 1961.

Prosiła, żeby ludzi słuchać. Poprawiała pukle

(Od niedawna dawała im luzu)

 

Pisała listy - a one dostawały od tego

plamek na grzbiecie. Gdy wpływały propozycje, z ZK lub z harcerstwa, czuwała:

 

Muszę to przemyśleć.

I muszę to przeżyć.

*

Natalia Malek, Twarz literatury, KORD, Biblioteka Poezji Współczesnej, tom 135, prezent od Przeczytane. Napisane.

We wpisie wykorzystano fotografię obrazu Tamary Lempickiej.

 

04:19, julitczka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 czerwca 2018

Julita Bielak     Jul

                                                                                         Kasi Krenz dedykuję.

     Jeanne Hebuterne                         Fot. obraz Jeanne Hebuterne, olej.

     Kochana Mayu,                                                                              17.8.63 (Bredskar)

     dziękuję za długi, pełen miłości list, mnóstwo w nim troski, pomimo Twojego ponurego lata - list, który mnie ucieszył i zaniepokoił jednocześnie./.../ Jakoś na powrót zaakceptowałam Bredskar - tak jak przyjmuje się niewiernego przyjaciela. Coś robię, ozdabiam i porządkuję, gospodarzę jak zwykle i jest miło (chociaż dużo chętniej byłabym już w mieście) - ale czuję się, jakby wszystko straciło swój pierwotny sens. Podobnie jest z pracą, ze wszystkim, co robię, jakbym desperacko starała się odgrywać jakąś rolę, do której nie pasuję i której nawet porządnie się nie nauczyłam. A Klovharum, moja wysepka szczęścia, stała się wyrzutem sumienia - nie byłyśmy tam z Tooti ani razu od tamtych szczęśliwych pięciu dni.

Listy Tove Jansson, wybór i komentarze Boel Westin i Helen Svensson, przeł. Justyna Czechowska, Wydawnictwo Marginesy.

Robert Doisneau

Fot. Robert Doisneau

Robert Doisneau

     W Wielkim Tygodniu pewien poeta wysłał do mnie ekspresem paczkę, nie dotarła. Niedawno ponowił heroiczną próbę, zawiadomił mnie o poleconej przesyłce. Zadrżałam. Nie raz, nie dziesięć rzucałam mijanemu na ulicy listonoszowi wymowne spojrzenia: "Pożarłeś moje czekoladki, pal cię licho, ale list oddaj!". A teraz polecony, bałam się stanąć oko w oko z listonoszem, a kogo miałam winić, mleczarza? Przypadek sprawił, że zawędrowałam na pocztę i odebrałam przesyłkę, z radością niosłam wielkie, eleganckie pudło czekoladek. Dobrych jak słońce, choć, jak pisze mój poeta: "co do sposobu odczytywania słońca pewnie się  różnimy, tak jak różni jesteśmy w odnajdywaniu aktywności. Jesteś kobietą nocy -  jakkolwiek to brzmi. Ja jestem człowiekiem dnia, wczesnego, jasnego,  wypatrującym słońca. Jeśli życie - jak chcieli manichejczycy - jest walką dobra  ze złem, słońce jest tym pierwszym, a noc tym drugim. Tak utrzymywali,  choć jesteś żywym przykładem, powołując się zresztą na innych, że jest  inaczej. Ale w ogóle manicheizm jest dość pociągający, choćby przez  odrzucenie ciała i zwrot ku idei, do której zmierzamy. A słońce właśnie chyba  tak postrzegam w moich wierszach".

Dobrych jak słońce, dobrych jak noc..

Nan Goldin               Fot. Nan Goldin  

 pilne! poufne!                                                                                                                                                      W. 16.III.61

Kochana Wisełko,

co jest? no więc jak? i dlaczego??? Jesdem w strasz. sytuacji. Sonety zostawione u Ciebie koniecz. potrzebn. Błagam wyślij. Nawet jeśli zgubiłaś oryginał napisz coś żeby zgadzało się na objętość na pewno będą lepsze. Miła moja nie torturuj grafomana bo gniew tegoż straszny. Przepraszam ale już nie mogę. Błagam o odpowiedź choćby odmowną i odrzucone teksty. Całuję ręce i całą twarz Herbert.

jbKartka pocztowa, zapisana obostronnie i zaadresowana" WPani / Wisława Szymborska / poczta Kraków / powiat miechowski / Krupnicza 22 / DOM LITERATÓW; rubryka: Nadawca - niewypełniona.

Najwyraźniej list Wisławy Szymborskiej, napisany 14 marca i donoszący o przepisaniu pozostawionych w redakcji ?Życia Literackiego" wierszy, 16 marca jeszcze do Zbigniewa Herberta nie dotarł, stąd żartobliwie alarmujący ton jego listu - niepodpisanego co prawda: Frąckowiak, ale pisanego jakby bardziej przez niego, bo w jego charakterystycznym stylu oraz z charakterystycznymi dla niego błędami - no i mowa w nim o sonetach, które będą jednym z motywów przewodnich tej korespondencji.

Wisława Szymborska Zbigniew Herbert, Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie, Korespondencja 1955-1996, opracowanie edytorskie Ryszard Krynicki, Wydawnictwo a5. 1/

Joanna Kraśnicka               Fot. Joanna Kraśnicka, Norwegia

     Listy, jak i opowiadania Tove Jansson, w tym moje ukochane "Czarno-białe" oraz "Wiewiórka" - oba zawarte w tomie "Wiadomość" - nakładam na swoje życie. Śmiało mogę powiedzieć, że Tove odmieniła moje dni, nabrały głębi. Lepiej je rozumiem. Podarowane zaś mi przez przyjaciółkę - Haluś potrafi słuchać, tylko o nich napomknęłam - listy Wisławy Szymborskiej i Zbigniewa Herberta, mistrzów zwięzłej i pełnej humoru epistolografii - wzruszają i inspirują. Wystarczy przeczytać jeden i przenieść się w odmienny świat, mądry i pełen dystansu do siebie. Inaczej myśleć, czymś innym się zajmować, sięgać po wiersze zapomniane, czegoś szukać, iść za tropem. Wspomniana w korespondencji poezja Kornela Filipowicza kieruje mnie do "Modlitwy", ach, jasne, znałam ten wiersz. Ludzi po pięćdziesiątce uważałam wtedy za "onych", Czytam go teraz doświadczonym przez los umysłem, odkrywam na nowo. Nie odnoszę jednak treści do polityki, bo, parafrazując Jeremiego Przyborę, za ojczyzną to ja już postanowiłam nie nadążać.

Jedni modlą się za Kościół i ojczyznę
Drudzy proszą o zdrowie dla swoich dzieci i żon
Jeszcze inni błagają Boga aby oddalić raczył
Wojnę i burzę powódź suszę głód

A ja znam człowieka
Który nie wiem jak go nazwać
Takim samolubem
Że co dzień przed zaśnięciem
nie modli się o nic więcej
tylko o to
Żeby na stare lata coś mu nie odbiło
Żeby niewczesne ambicje
nie kazały mu zrobić czegoś takiego
czego by dawniej zrobić nie chciał
a co by go teraz cholernie przed nim samym
i w oczach innych
ośmieszyło
Prosi więc Boga i wszystkich świętych
błaga swoich zmarłych rodziców
i sam siebie zaklina
Żeby mu się na stare lata nagle nie zachciało
być generałem honoris causa dyrektorem wodzem
Żeby mu się broń Boże nawet nie przyśniło
Że dekorują go jakimś medalem dyplomy wręczają
odznaczenia laurki koperty i kwiaty
Piją jego zdrowie i sto lat mu śpiewają

No cóż
Każdemu wolno prosić pana Boga
o co chce

*

Kornel Filipowicz, Modlitwa.

z sieci      Rybacy wyłowili z głębiny butelkę. Był w niej papier, a na nim takie były słowa: "Ludzie, ratujcie! Jestem tu. Ocean mnie wyrzucił na bezludną wyspę. Stoję na brzegu i czekam pomocy. Spieszcie się. Jestem tu!" - Brakuje daty. Pewnie już za późno. Butelka mogła długo pływać w morzu - powiedział rybak pierwszy. - I miejsce nie zostało oznaczone. Nawet ocean nie wiadomo który - powiedział rybak drugi. - Ani za późno, ani za daleko. Wszędzie jest wyspa Tu - powiedział rybak trzeci. Zrobiło się nieswojo, zapadło milczenie. Prawdy ogólne mają to do siebie.

Wisława Szymborska, Przypowieść. 1/

     Prawdy ogólne i czas, a z nim nieuchronnie związane gorzkie przemijanie. Którego nauczyć się, i do którego przyzwyczaić się nie można, przeganiać jedynie doskwierającą świadomość kruchości bytu paroma opanowanymi sztuczkami. Pogawędzić spokojnie ze sobą, iść ulicą i machać niebieskim balonikiem, spędzić godzinę, dwie w kawiarni, pojechać i sprawdzić, czy żeńcy wyszli już na pola. Wypolerować szorstkie krawędzie życia, kawałki spróbować złożyć ze sobą. Jak to szło? - całość zawsze jest lepsza niż suma składowych.

Philippe Salaun

Fot. Philippe Salaun



List wysłany w zaświaty - tym listem ja jestem

I chciałbym tylko wiedzieć kto mnie tam wysyła

Inne listy - pół brzózki i kot stary kulawy

I żaba ta co przy mnie tu w ogrodzie żyła

 

Te listy tam w zaświatach - czy ktoś je otwiera

Gdzieś jakieś inne życie niż to tu się toczy

Jest tam brzózka co w zimie na poły umiera

Są żaby - te co tutaj wciąż patrzą nam w oczy

*

Jarosław Marek Rymkiewicz, List wysłany w zaświaty, Zachód słońca w Milanówku, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2002.















      

 

03:10, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 30 maja 2018

Julita Bielak     Jul

    Poznał najokrutniejszą prawdę o życiu – że ono nie ma sensu. Po takiej lekcji szczęście nie bywa już spontaniczne. Staje się sztuczne, a i takie trzeba kupować za cenę wyrzeczenia się siebie i własnej historii.

Philip Roth, Amerykańska sielanka, Wydawnictwo Literackie.

     Było około pół do jedenastej. Mała meksykańska orkiestra była wyraźnie zmęczona graniem ściszonych rumb, których nikt nie tańczył. Jeden z muzykantów ocierał koniuszki palców, tak jakby sprawiały mu ból, wkładając jednocześnie do ust papierosa tym samym, niemal bolesnym ruchem. Czterech innych pochylało się jednocześnie jakby na dany znak, wyciągało spod krzeseł kieliszki, pociągało z nich łyk, oblizywało usta i błyskało oczami. Tequila - miało to znaczyć. Najprawdopodobniej pili wodę mineralną. To przedstawienie było tak samo niepotrzebne jak muzyka. Nikt na nich nie patrzył.

Raymond Chandler, Głęboki sen, Wydawnictwo Dolnośląskie.

George S. Zimbel

          Fot. George S. Zimbel  

     "Głęboki sen" zaczyna się od tego, że Philip Marlowe zostaje wezwany do rezydencji generała Sternwooda, który jest inwalidą. Dwie jego rozpieszczone i zepsute córki zadały się z bandą raketerów wymuszających okup. Starsza z nich, Vivian, wpadła w długi, uprawiając hazard, podczas gdy młodsza, Carmen, uzależniła się od opium, a nadto dała się sfotografować nago i teraz gangsterzy proponują generałowi odkupienie negatywów. Marlowe, nokautowany i ostrzeliwany, przetrząsa kryminalny świat Los Angeles. Załatwia sprawę długów Vivian i niszczy negatywy kompromitujące Carmen, ale, o dziwo, wszystko zdaje się dowodzić, że w następstwie tego detektywistycznego osiągnięcia gangsterzy jeszcze ściślejszą siecią oplatają obie siostry. One same zaś skupiają całą swoją uwagę albo na piciu i próbach uwiedzenia detektywa, albo na podsuwaniu mu fałszywych tropów. Rozwiązawszy wreszcie zagadkę Marlowe w drodze do miasta zatrzymuje się przed barem, w którym wypija dwie podwójne whisky. "Nic mi to jednak nie pomogło".  Bo chodzi raczej o to, co się do cholery stało - formułuje sam autor - niż o to, kto był mordercą.

z sieci

     Jednym okiem - lewe poszło na wagary i z powrotem się ociąga - studiuję biografię Raymonda Chandlera pióra Toma Hiney'a. Twórczość Chandlera, podziwianego przez T.S. Eliota, W.H. Audena czy Edmunda Wilsona znałam, faktów z życia, bogatego i urozmaiconego - nie. Pisarza, określanego jako cynika i jako naiwniaka, jako odludka i człowieka wielkodusznego, skłonnego do depresji i jednocześnie romantyka, w równowadze utrzymywały dwie rzeczy: stan nietrzeźwości i Philip Marlowe.

Chandler

z sieci

Robert Doisneau

Choć bowiem próbował różnych rodzajów pisarstwa, to zawsze wracał do powieści detektywistycznej i do swego ulubionego bohatera, bez którego nie potrafił funkcjonować. Był nie tylko główną postacią, lecz i narratorem powieści, miał trzydzieści lat, nieco ponad metr osiemdziesiąt wzrostu i funkcjonował jako ostentacyjnie pewny siebie singiel: "Nie ożeniłam się, bo nie podobają mi się żony policjantów". Tworząc postać Philipa Marlowe'a, Chandler połączył cechy własnego charakteru z cechami bohatera powieści kryminalnych. Pisarz zawdzięcza swemu detektywowi wszystko najlepsze, co się w nim objawiło. Marlowe był niechętnym kontaktom z ludźmi odludkiem i niejako swym własnym prześladowcą, podobnie jak Chandler; lecz pod tą zewnętrznością kryły się całe pokłady poczucia honoru, poczucia humoru i wielkiej wrażliwości. Równie podobnie Marlowe, któremu nadał nazwisko jednego z budynków - "Marlowe House" - college'u w Dulwich, nigdy nie wspominał o swoich rodzicach, jak również wyglądało na to, że nie ma żadnych żyjących krewnych.

                                                              Fot. Robert Doisneau

     Kochałam się w chandlerowskim detektywie, najlepszym człowieku w swoim świecie i dość dobrym dla każdego świata. Cienki lukier uczuć nadal pozostał. Gdyby było pod dostatkiem ludzi takich jak on, świat byłby miejscem, w którym można by było żyć bezpiecznie, a zarazem miejscem dość ciekawym, aby żyć w nim było warto. Raduję się, gdy trafiam na literackie podobieństwo bohatera, bo to oznacza, że klisza działa. a wzór jest godny naśladowania. Michael Katz Krefeld wprowadził na strony "Wykolejonego" postać detektywa Thomasa Ravnsholdta, którego przydomek Ravn (duń. ravn-kruk) budzi jednoznaczne skojarzenia. Spotykamy go w obskurnym barze na przedmieściach Christianshavn pijanego, z kilkoma monetami, pogiętym identyfikatorem policyjnym i starą komórką w kieszeni. W niczym nie przypomina sprawiedliwego stróża prawa jakim był przed laty. Z Ravnem poznajemy Maszę, call-girl, znaną klientom jako Karina, bezskutecznie, odkąd zniknęła, poszukiwaną przez matkę. Ravn, samotny wilk, decyduje się zaangażować w sprawę, prowadzi nas przez najgorsze zakątki Kopenhagi i przerażające enklawy Sztokholmu.

     ...tymi nędznymi uliczkami musi chodzić ktoś, kto sam nie jest nędznikiem, ktoś, kto nie jest ani zdemoralizowany, ani tchórzliwy. Taki właśnie musi być detektyw w powieści kryminalnej. To on jest bohaterem, on jest wszystkim. Musi być człowiekiem pełnym, człowiekiem przeciętnym, a jednak niezwykłym. Nie obchodzi mnie jego życie osobiste; nie jest ani eunuchem, ani satyrem; myślę, że mógłby uwieść księżniczkę, ale jestem zupełnie pewien, że nie zhańbiłby dziewicy. Jeżeli jest człowiekiem honoru w jednej dziedzinie życia, to jest nim we wszystkich - pisze w jednym z listów Raymond Chandler.

Tom Hiney, Raymond Chandler Biografia, tłum. Zbigniew Gieniewski, Prószyński i S-ka, Warszawa 2000.

Derick Hammond

Fot. Derrick Hammond

     Robert Doisneau

     Chandlerowi zdarzyło się być i bogatym, i biednym, i pijakiem, i abstynentem, i wylatywać z różnych posad, i ożenić się, i przeżywać manie samobójcze. Mieszkał w Chicago, w którym nie działała jeszcze mafia, i w stanie Nebraska, gdy nie było w nim jeszcze telefonów, i w Irlandii w środowisku kwakrów, i w wiktoriańskim Londynie. Mając dwadzieścia pięć lat, osiedlił się w Los Angeles, gdzie dane mu było przeżyć gorączkę ropy naftowej, dwa trzęsienia ziemi, wielki kryzys i igrzyska olimpijskie. Nigdy nie podtrzymywał długo jakiejś przyjaźni, z wyjątkiem tej, która łączyła go z Cissy Pascal w ciągu trzydziestu lat małżeństwa, zresztą miał w swoim życiu ponad sto różnych adresów. Na pytanie, jak to się stało, że trafił do Los Angeles, Chandler, obdarzony darem wypatrywania absurdu, potrafił tylko odpowiedzieć, że "w końcu większości ludzi się to zdarza".

 

    

                                                               Fot. Robert Doisneau                  

Wobec tego, że Chandler nie wyraził przed śmiercią żadnego życzenia co do swego pogrzebu, pochowano go w cztery dni po zgonie na cmentarzu stanowym Mount Hope w San Diego. Uroczystość była nader skromna. Następnego dnia w dzienniku "New York Times" ukazał się nekrolog: "Zmarł Raymond Chandler, lat 70; pisał wybitne powieści detektywistyczne. Stworzył Philipa Marlowe'a, bohatera "Big Sleep" - zwrócił na siebie uwagę jajogłowych". Londyński "Times" wydrukował nekrolog podnoszący zasługi człowieka, który "wkuwając się w żyłę kryminału, wydobywał złoty kruszec literatury".

Raymond Chandler

      A on sam? Jak oceniał swoje pisarstwo? Zasiadając do pierwszej książki, wiedział już, że rolą powieściopisarza jest "podbić czytelnika swoim pisaniem, nie olśniewając go swoim myśleniem".

 

    

03:35, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 maja 2018

Julita Bielak     Jul

biernie
wynurzam się z bloku
na goły chodnik

blada wiosna
przezroczysta

jestem stare palto!

pręd-ko do swojego bunkra
na dziewiąte piętro

Miron Białoszewski, 3 kwietnia.

Elliot Erwitt

          Fot. Elliott Erwitt

     Kiedy król Pyrrus postanowił wkroczyć do Italii, Kineasz, roztropny doradca, chcąc mu dać uczuć czczość jego ambicji, spytał: "Powiedz mi, panie, w jakimż celu podejmujesz tę wielką wyprawę?" "Aby się stać panem Italii" - odparł tamten bez namysłu. "A później - ciągnął Kineasz - kiedy to się spełni?" "Wkroczę - odparł król - do Galii i Hiszpanii". "A potem?" "Podbiję Afrykę; a w końcu, kiedy świat cały rzucę sobie pod stopy, odpocznę i będę żył w swobodzie i w weselu." "Na Boga, panie,  - rzekł wówczas Kineasz - powiedzcie mi co przeszkadza, byście już teraz tak żyli, jeżeli macie ochotę? Czemu nie zawijasz dziś do tego portu, do którego rzekomo dążysz, i czemu nie oszczędzisz sobie tylu trudów i niebezpieczeństw, którymi się odeń odgradzasz?"

Michel de Montaigne, Próby, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), PIW, 1985.

     Każdemu wedle jego natury kształtuje się dola. Statki w porcie znajdują bezpieczeństwo, ale nie po to statki się projektuje i buduje. Od miesiąca, ciągle na nowo i ciągle niepewnie, powoli przedzieram się przez 3-tomowe dzieło Montaigne'a, przyznam, z pewnym upodobaniem właściwym stanowi ducha. Czasem nie trzeba siły, by przy czymś trwać, czasem trzeba siły, by to puścić. A jest się czego trzymać. Czysto ludzkich prawd dotyczących człowieka i jego powołania, prób uporania się z własnym istnieniem, mądrości życiowej i kultury duszy, a wszystko wśród zagadek wszechświata. I ciszy, eseje brzmią ciszą. Są ludzie, którzy słyszą barwnie, widzą dźwięki kolorami. Synestetami byli m. in. Rimski-Korsakow, Vladimir Nabokov, Franciszek Liszt. Ja - czytam muzycznie, podkładam ścieżkę dźwiękową, wystukuję rytm. Przez Próby przechodzę w kompletnej ciszy, to dla mnie novum.

Atrhur Elgort

Fot. Arthur Elgort

Ostatni dzień lata

                     Fot. kadr z filmu "Ostatni dzień lata" w reżyserii Tadeusza Konwickiego.

Pierre Boulat

     Może paść pytanie, dlaczego utknęłam w wieży zamkowej hen gdzieś na południu Francji i przysłuchuję się XVI-wiecznym rozważaniom, a nie śledzę perypetii współczesnych literackich kochanków. Wierzę w miłość, na pewno w pierwszą miłość, ustawiającą w jakiś sposób życie. Wierzę także w istnienie Yeti. Wiecznie zakochana - jak nie w realu, to w idolu - wzrastająca z towarzyszeniem sentymentalnej literatury i  romantycznego kina oraz poezji, tej zdyszanej, pachnącej i kolorowej, zatrzymującej się na powierzchni przeżyć poezji Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej i późniejszej, choć nie kontynuatorki - poezji Poświatowskiej, behawioralnej, sensualnej, nie czytam już o miłości. Nie szukam specjalnie, przyjmuję, jeśli się trafi, coś o kurze, coś o ziarnie. Bo wiem? Wiem więcej, niż miałam na to ochotę? Bo kosztuje utratę wolności? Bo za dużo obiecuje? Bo widziałam więcej katastrof niż szczęśliwych lotów i lądowań? Bo cichutko, coraz ciszej nucę Grochowiakiem: "Podaj mi rączkę trumienko. Konik wędzidło gryzie, chrapami świszcze". Miłość nie jest aż tak słodka, jak przedstawiano ją nam, gdy byliśmy młodzi – w literaturze sentymentalnej, w kinie - mówi Paulinie Reiter Amos Oz w wywiadzie opublikowanym w grudniu 2017 w "Wysokich obcasach". Miłość łączy skrajne poświęcenie ze skrajnym egoizmem. Zawiera w sobie jednocześnie potrzebę, by poświęcić się dla ukochanej osoby, a także by tę ukochaną osobę posiąść. By dominować i zostać zdominowanym. Więc miłość ma zapewne wiele twarzy, lecz słodka nie jest. Ten obraz pary trzymającej się za ręce, idącej w stronę zachodu słońca przez ukwiecone pole, najlepiej boso...

     Prosto ku instytucji małżeństwa, nie bez kozery instytucją zwanego. Powinno funkcjonować jak sprawnie zarządzane przedsiębiorstwo i tak się w globalnym kapitalizmie dzieje. W nim chadza się tylko w butach, z ratami kredytów do spłacenia stąpa twardo po ziemi. Gdzie tu miejsce na wzniosłe uczucie, szaleńcze emocje, na bose stopy. Na makatkę i owszem.

     Z okazji przeprowadzki w aleję Rothschildów Johann Isidor podarował swojej Betsy błękitne lniane makatki wyszyte drobnym ściegiem krzyżykowym. Zdobił je napis: "Nie uskarżaj się na poranek, znój i pracę niosący - wspaniale bowiem jest dbać o ludzi, których się kocha". Prezent kazał opakować w delikatny jedwabny papier i wręczył Betsy ze słowami: "Na pamiątkę pierwszego wspólnego śniadania przy alei Rothschildów".  - Ach, jak ten papier szeleści - zauważyła. (...) Uśmiechając się, wyobrażała sobie ze szczegółami, że jej mąż dla uczczenia przeprowadzki do nowego mieszkania nie podarował jej praktycznej makatki, ale ciemnozielony kapelusik z kremowym strusim piórem, który już od dwóch tygodni podziwiała w nowo otwartym sklepie z nakryciami głowy przy Kaiserstrasse. Przywołała się do porządku - tego rodzaju próżność przystoi w najlepszym razie młodej dziewczynie, która nie poznała jeszcze co to powaga życia i wyrzeczenie.

Stefanie Zweig, Dom przy alei Rothschildów, tłum. Anna Kierejewska, Wydawnictwo Marginesy, 2015.

Julita Bielak

     Pobędę zatem jeszcze chwilę, dwie w zacisznym, wolnym od natłoku życia towarzyskiego gabinecie Montaigne'a, jestem dobra tylko w tym, co lubię. Rozszyfruję kolejną łacińską sentencję, Próby roją się od cytatów łacińskich, spotykam je niemal na każdej stronie. Nie służą jedynie ozdobie, filozof, uważający łacinę za swój język ojczysty, wyznaje bowiem, że w chwilach silnych wzruszeń pierwsze słowa jakie nieświadomie wyrywają mu się z ust, to są słowa łacińskie. Usuwając się od życia publicznego, Montaigne był zdecydowany żyć tylko dla siebie, dla swej wygody i swego spokoju. Samotność jednak, której tak pragnął, sprawiła mu prawdziwą niespodziankę: utrzymanie ładu duchowego, uporządkowanie swych myśli okazało się rzeczą jeszcze trudniejszą niż borykanie się ze sprawami publicznymi. Wymagało specjalnej sztuki, którą będzie nazywał, idąc za starożytnymi, mądrością, ale dla której znajdzie określenie bardziej oryginalne - kulturę duszy. Pobędę i pomyślę.

Julita Bielak

     Twierdzi Pan, że nie boi się Pan umierania pod warunkiem, że nie skończy się ono śmiercią. Brzmi dość kazuistycznie. W każdym razie może Pan nawet nie zauważyć, że już się to stało. Mojej przyjaciółce Daphne Charteris umieranie zajęło sporo czasu. "Czy już umarłam?" - pytała, ewentualnie: "Od jak dawna nie żyję?". Jej ostatnie słowa brzmiały: "Już od jakiegoś czasu jestem martwa. Nie czuję różnicy".

Julian Barnes, Cytrynowy stolik, tŁum. Joanna Puchalska, Świat Książki 2013.

 

 

03:36, julitczka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 kwietnia 2018

Julita Bielak     Jul

     Aż któregoś dnia dotarło do mnie, że wszędzie wokół są kobiety, które spędzają na tym całe życie. Wciąż tylko czekają przy skrzynkach na taki czy inny list. Wyobraziłam sobie, jak odbywam ten spacer dzień po dniu i rok po roku i jak zaczynam siwieć, i pomyślałam, że nie jestem do tego stworzona, więc przestałam chodzić na pocztę. Skoro były kobiety, które przez całe życie tylko czekały, i takie, które się krzątały i nie czekały, to wiedziałam, którą z nich mam być. Nawet jeśli są rzeczy, które te drugie kobiety muszą się wyrzec i nigdy nie poznać, to i tak mają lepiej.

Alice Munro, "Jak poznałam mojego męża".

     Kiedy codziennie wracam po zajęciach do domu i widzę skrzynkę pocztową, szczerze mówiąc, ogarnia mnie przyjemne uczucie braku oczekiwania. Przez dwa lata ta metalowa skrzynka była pępkiem mojego świata i teraz, kiedy znów staje się obojętna i nie obiecuje ani nie kryje w sobie zbyt wiele, wywołuje u mnie poczucie ustępującego bólu. Nikt nie wie, że coś straciłam, nikt nie zna tej strony mojego życia(...).

Alice Munro, "Odpowiedz tak albo nie", oba cytaty pochodzą z książki "Coś, o czym chciałam ci powiedzieć, Świat Książki, 2017.

Rene Groebli

          Fot. Rene Groebli

     Napisała do mnie pani Agnieszka: "Pani Julito, szukam pewnego cytatu, związanego z bezdomnymi ślimakami, kojarzy mi się z Panią osobą, ale nie pamiętam już to było zdanie z  "Księżyca...", czy z Pani bloga. Przypomina sobie coś Pani?". List uradował mnie i zarazem wprawił w zakłopotanie; nie potrafiłam sensownie odpowiedzieć. Nie tylko dlatego, że mail trafił do mnie w wyjątkowo smutny czas, żegnaliśmy właśnie mamę Małgorzaty i Katarzyny, wspaniała babcię Krzysia, Agnieszki i Alicji, piękną dobrą Panią. Pracowitą, dzielną, pogodną, oddaną rodzinie. Choroba uderzyła nagle, śmierć równie prędko zabrała. Kazimiera fantastycznie gotowała, nikt nie zrobi już takiej kaczki pachnącej majerankiem, takich ruskich pierogów, nikt. W tym roku obchodziłaby siedemdziesiąte urodziny, odeszła od nas w świąteczny poranek, gdy ludzie dookoła szykowali  w domach stoły do wielkanocnego śniadania, wszystko jest znakiem, jak mawia Katarzyna. Mam coraz więcej powodów do przeżywania głębokiego żalu, coraz więcej dróżek do przebycia na Srebrzysku. Wstawiam obrazy wspomnień w niepamięć codzienną.

Julita Bielak

***

bez nas Kraków będzie stał
nadejdą wiosny
zima
niejedna
wytarty bruk zmienią na nowy
oddech zmieszany z
powietrzem przewieje nad ocean
spadnie deszcz
kiedy patrzę w
słońce światło
myślę że w twarze zmarłych

Bożena Boba-Dyga, wiersze.

      Pytanie, sugestia pani Agnieszki nie żeby nie dawało mi spokoju, ale powraca w najmniej oczekiwanych momentach. Mózg zmaga się z problemem, nie zazna ukojenia zanim nie znajdzie właściwego segmentu. Szuka, przekopuje pokłady zdań, zdarzeń, zapisków, okładek. Przemierza zakamarki pamięci, odgarnia pajęczyny: "Tu? A może tu. Nie, zajrzę jeszcze tam. O, jest piosenka". Trudna sprawa. I inspirująca, za co dziękuję pani Agnieszce.

z sieci

                    Fot. z sieci.

     Żyjemy w świecie cytatów. Jesteśmy utkani z cytatów. Paradoks polega na tym, że wprawdzie wszystko już było, to jednak dla nas dzieje się to zwykle po raz pierwszy. Wypowiadamy się w swoim imieniu, ale podpieramy cytatem, a cytując, świadomie lub bezwiednie, podszywamy się pod autora, przypisujemy sobie zasługi, podając cudzą myśl jako własną. Nie ma mowy o tantiemach, bo komu mielibyśmy je płacić? Ludzkości? I za co? to, co pamiętamy, wchłonięte przez komórki jako integralną część naszego ciała i umysłu, de facto staje się przecież naszą własnością. Więcej, jest naszą zasługą, bo przecież sami tę zwierzynę upolowaliśmy.

Katarzyna Krenz Julita Bielak, "Księżyc myśliwych", ZNAK, 2015.

The Ghost Writer

          Fot. kadr z filmu "The Ghost Writer" w reżyserii Romana Polańskiego.

    

 

 

    

    

    

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
Tagi