Rozmowy wśród przyjaciół
piątek, 14 kwietnia 2017

jb     Jul

     Zajrzałam do Altany z najlepszymi życzeniami Zdrowych, Spokojnych, Pogodnych Świąt.

     Nadchodząca Wielkanoc przywodzi myśl o babach. Pisze o nich
Jarosław Iwaszkiewicz w "Książce moich wspomnień", że:
"były to twory znacznej wysokości i równej cylindrycznej
powierzchowności".

Gdy wreszcie baby upiekły się – a
siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym cały czas trzeba było
chodzić na palcach i mówić szeptem – następował dramatyczny
moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę
po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło, jak na
słynnym rysunku Andriollego. W tym celu wprost z form baby przekładało
się  na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je na poduszkach
jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło. Niezapomniany
był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe
baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata.

Piwnica Pod Baranami

                          Fot. Piwnica Pod Baranami

     Parzone, puchowe, migdałowe, sakramenckie, podolskie. Fałdowane
i niepofałdowane. Z rodzinnych przekazów znam różne skomplikowane
operacje związane z pieczeniem bab. Największą hańbą dla
gospodyni było, jeżeli baby się nie udały. Mówiono o tym cały
rok, a nawet odmierzano czas takim wydarzeniem ( to było wtedy,
kiedy Jadwisi baby się nie udały). Gdy baby rosły nie wolno było
podnosić głosu ani trzaskać drzwiami. Drugi krytyczny moment
następował przy wyjmowaniu z pieca.

     Żeby ustrzec się przed niepowodzeniami, piekę szybką babkę: 125g mąki, 40g stopionego
masła, 60g cukru, 2 jajka, 2 łyżki śmietany, 8g drożdży
mieszam, pozwalam wyrosnąć, piekę pół godziny, polewam
kieliszkiem rumu. To nic, że może się nie udać, będzie
śmieszniej. Zawsze pozostaje pascha z równej ilości ucieranych
cierpliwie sera, cukru i masła z rodzynkami i czekoladowym sosem.

jb

Na stole Wielkanocnym musi znaleźć się choć jeden mazurek,
może „cygan”? Ucieramy pięć jaj, dosypując stopniowo trzy
filiżanki cukru i filiżankę mąki. Dodajemy jeszcze trzy pełne
filiżanki dużych małych rodzynków oraz migdałów. Mieszamy
dobrze i kładziemy na blasze grubą warstwą. Wstawiamy do niezbyt
gorącego pieca. Dekorujemy zgodnie z indywidualną fantazją.

A do szynki i pieczonego schabu - własnoręcznie tarty chrzan,
doprawiony, wymieszany ze śmietaną i posiekanym jajkiem na twardo.
Wszystko zaś najlepsze uzupełnione rodzinnym, choć chłodno, a, jak doniosła mi Krysia, w Wiżajnach spadł nawet śnieg, spacerem.

Fot. Peter Lindbergh:

Peter Lindgergh

środa, 12 kwietnia 2017

jb     Jul

       W opowiadaniu Haruki Murakamiego "Kino" do baru przychodzi mężczyzna w długim przeciwdeszczowym płaszczu, siada na stołku na końcu kontuaru, cichym głosem zamawia piwo, potem podwójną whisky i czyta grubą książkę. Przychodzi stosunkowo wczesnym wieczorem z książką pod pachą, kładzie ją na barze i czyta. Zawsze grubą książkę w sztywnej okładce, Kino nigdy nie widział go czytającego wydania kieszonkowe. Małomówny, odzywa się tylko wtedy, gdy składa zamówienie. Wyraz jego twarzy świadczy, że jest bardzo skupiony na czytaniu. Gdy czytanie go męczy, podnosi wzrok i przygląda się stojącym na półce butelkom. Zupełnie jakby badał wzrokiem jakieś rzadkie wypchane zwierzęta z dalekich krajów. Czyta jeszcze pół godziny, wstaje, płaci gotówką, sięga po popielaty płaszcz z wieszaka i wychodzi. Kino oddycha z ulgą po wyjściu klienta, lecz przez pewien czas czuje jeszcze jego obecność.

     Bo milczenie jest czasami wymowniejsze, niż potok wypowiadanych słów.

Z Vilmos

   Fot. Zsigmond Vilmos

 

 Nieobecność

Świt i zmierzch i znowu świt
Noc świetlista, ciemne dni
Oswoiłem wieczność, swoją nieobecność
Że mnie nie ma, nie wie nikt

Wreszcie się przestałem bać
Żyć nie muszę, mogę trwać
Tydzień, miesiąc, rok i wiek
Słyszę szum podziemnych rzek
Czasem tylko nagły lęk
Czy to popiół, czy to śnieg
Nie ma mnie i nie ma łez
Cierpi tylko ten, kto jest

Że mnie nie ma, nie wie nikt
Jest powietrze z grubych szyb
Czas wyrokiem nie jest
Lustro się starzeje
A ja się nie zmieniam w nim
Trwam jak kamień, nie jak dym

Jonasz Kofta

 

ea     Koliberek

 

interpunkcja

schowałam się pomiędzy
niebem ziemią dniem i nocą

esencją myśli filtrowanych
przez światło

jestem nieczułością na ilość
wydumanych obrazów

wykrzykników wpadających
w pustkę dopełniaczy

pod kloszem spojrzeń
nie udaję że jestem
przyszpilona
ważka
średnik któremu zgasły oczy

wielokropek wpółsłów
z wieńcem kropki

Wiersz i fotografia: Elżbieta Adamczyk
5 IV 2017

EA

czwartek, 30 marca 2017

elżbieta adamczyk     Koliberek

Ostatnio moje poranki zaczynają się od bardzo intensywnych
ćwiczeń.

Nasz Złodziej/ka Wiewiór/ka próbuje jeść nasiona ptaków z
karmnika dokładnie wtedy, gdy siadam przy śniadaniu.

Elżbieta

Widząc jej / jego działania wypadam na balkon i krzyczę na nią
/ niego, tupiąc mocno po deskach balkonu, robiąc przerażający - w
moim przekonaniu - hałas.

Oczywiście ona/on ucieka, żeby wrócić kiedy zasiadam do
lunchu.

----Następnego dnia należy powtórzyć ćwiczenia w tej samej
kolejności.

Elżbieta

My mornings nowadays begin with very vigorous exercise routine.

Our Thief Squirrel attempts to eat birds seeds from a feeder at
the exact time I sit at my breakfast.

So, seeing her/his actions I go out and yell at her/him and make
sure that I stomp on the balcony boards really hard, making frightful
- I am sure - noises.

...

Of course, she/he runs away only to return when I am sitting at my
lunch.

----You should repeat the exercise sequence next
day.
--------------------

Tekst i zdjęcia: Elżbieta Adamczyk.

el

czwartek, 16 marca 2017

jjj     Jul

     "Jako kilkunastoletni chłopiec mieszkałem w Komorowie pod Warszawą w domu moich dziadków Zdziechowskich. Dom był duży, pełen rodziny i różnych przytulonych przez babunię osób, a czasy jeszcze przedtelewizyjne. Królowało natomiast w naszym domu radio. Pamiętam cienki ołówek dziadzia, zaznaczający w niedzielne popołudnie, czego też będziemy słuchać w tym tygodniu. I pamiętam jeszcze , że właśnie głos Kazimierza Rudzkiego był jednym z głosów radiowych niesłychanie lubianych w naszej rodzinie. Babunia, przygłucha już nieco, podnosiła do ucha szylkretową trąbkę i słuchała z uśmiechem anegdot czytanych przez Kazimierza Rudzkiego wraz z Władysławem Grabowskim i Danutą Mancewicz (interludia fortepianowe Franciszki Leszczyńskiej). To wysoka klasa - mówiła po każdej wygłoszonej przez Rudzkiego dykteryjce - tylko że, kochani, nie dla hołoty...

Joanna Kraśnicka

                          Fot. Joanna Kraśnicka    

     Jak ja to wówczas odbierałem? Głos Rudzkiego kazał mi się zastanowić, że oto jest możliwe niesłychanie poważne przekazanie rzeczy ogromnie śmiesznych, a jednocześnie, że istnieją różne gatunki i piętra śmieszności. Że obok humoru czy śmieszności wprost istnieje humor czy śmieszność nie wprost i to się łączy z uważnym , szybkim myśleniem odbiorcy. Miałem rodzaj pawłowskiego odruchu na głos Kazimierza Rudzkiego - przystawałem zelektryzowany i maksymalnie wytężałem uwagę, aby po chwili wybuchnąć śmiechem. Kazimierz Rudzki był wówczas, w tych komorowskich zielonych latach, moim prawdziwym idolem. Był jednocześnie jednym z tych, którzy kształtowali rodzaj mojego poczucia humoru, choć wówczas nie bardzo jeszcze zdawałem sobie z tego sprawę.

     Pod koniec roku 63-go ruszyła w Warszawie w kawiarni U Ewy na ul. Konopnickiej impreza pod nazwą Giełda Piosenki. Kazimierz Rudzki chadzał regularnie na każdą z Giełd i zasiadał przy jednym stoliku z Ludwikiem Sempolińskim. Oczy wszystkich zwrócone były rzecz jasna na ten stolik: jak reaguje? - czy się śmieje? - czy bije brawo? Na jednej z takich imprez zaryzykowałem i z przerażeniem w oku wykonałem jeden ze swych śpiewanych felietonów, jak je później nazywano, pt. Niedziela na Głównym. Idąc podświadomie starym kabaretowym tropem obrażałem nieco snobistyczną publiczkę i oczywiście ogromnie się jej to podobało!

Szanowni państwo - oto projekt całkiem nowy,

jak zlikwidować kompleks Sali Kongresowej,

jak się nie załamywać i nie tonąć w spleenach,

oto recepta jedyna:

     Na wszystkie smutki - Niedziela na Głównym!

     Panie o słowiańskich oczach waliły brawo, a ja zbiegłszy w kulisę obserwowałem wiadomy stolik. Trwało to sekundę, bo wybiegłem się ukłonić. I wtedy Profesor Rudzki wstał, uciszył salę gestem dłoni i powiedział mniej więcej coś takiego: "Panie Wojciechu, to jest giełda, ale zabraniam panu sprzedawać tę piosenkę komukolwiek. Ma pan zawsze śpiewać ją sam". Dziś z perspektywy lat mogę stwierdzić, że był to jeden z momentów przesądzających o wyborze fachu, który wykonuję - śpiewającego autora".

Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Wojciech Młynarski, Zabraniam panu sprzedawać tę piosenkę, Czytelnik 1981.

Nermin Smajic

                    Fot. Nermin Smajic

     Odszedł.

     Z początków kariery Wojciecha Młynarskiego pamiętam koncert w Hali Stoczni, niełatwe do opanowania przez artystę wnętrze. Udźwignął, publiczność bijąc brawa wstała z miejsc. Przez lata trwałam przy Jego wrażliwości, kulturze, poczuciu humoru, dobrym smaku i pewnej nieuchwytnej lekkości języka.

     - To był człowiek barwny, przydający wdzięku środowisku coraz bardziej tracącemu wdzięk. Obserwując szarzyznę dzisiejszych publicznych i prywatnych zgromadzeń towarzyskich myślę sobie często, jak bardzo nam Go brak - mówił o Kazimierzu Rudzkim. Dzisiaj mówię to o Wojciechu Młynarskim ja.

Je m'en vais l' dimanche à Orly.
Sur l'aéroport, on voit s'envoler
Des avions pour tous les pays.
Pour l'après-midi... J'ai de quoi rêver.
Je me sens des fourmis dans les idées
Quand je rentre chez moi la nuit tombée.

Gilbert Becaud, Dimanche a Orly.

     Każdy ma swoją niedzielę na Głównym, skąd pociągi odjeżdżają w nieznanym kierunku.

z sieci

          Fot. Montmarte 1958, z sieci.

poniedziałek, 06 marca 2017

jb     Jul

 

W ciemnych pokojach, w których moje dni mozolne         
przeżywam, ciągle chodzę od ściany do ściany,
próbując znaleźć okna. To będzie pociecha,
kiedy choć jedno okno wreszcie się otworzy.
Lecz żadnych okien nie ma albo ich nie umiem
znaleźć. I może lepiej, że ich nie znajduję.
Może światło okaże się nową tyranią.
Któż to wie, jakie rzeczy nieznane odsłoni.

Konstandinos Kawafis, Okna, przełożył Zygmunt Kubiak.

Barbara Rozmierska

     Rozmawiamy ze sobą w myślach, wydajemy sobie polecenia, załóż, zrób, pospiesz się, taka mała schiza, czyż nie? Codzienność, przedmioty nazywam głosem mamy - chusteczkę chowam do kieszonki, w czajniczku jest wodziczka, zima zawsze jest zimochą, a lato - latkiem. Głosu ojca nie pamiętam, rzadko się odzywał. Głos siostry znam, mówiłyśmy tym samym. I choć to od ćwierć wieku niemożliwe, pojawia się przy mnie. Widuję jej cień w Sopocie, wszędzie tam, gdzie kiedyś mieszkała, przy Czyżewskiego jeszcze z pierwszym mężem, rzeźbiarzem. Na 23 Marca słyszę stukot jej szpilek, czuję zapach pachnącego groszku. Zawsze kupowała świeży bukiecik, gdy wracałyśmy z plaży. To tu niepostrzeżenie wytaczaliśmy z bratem z garażu Warszawę, żeby nocą pojeździć po mieście. Barbara i Mietek pewnie się domyślali, przymykali oko. A może nie.

     Świetnie się ubierała, miała ten zmysł, równie dobrze gotowała. Ze smakiem dbała o wystrój mieszkania, na brzydki abażur zarzucała szal z kordonku, sama zrobiła, tworzyła klimat.

BR

     Weszła przebrana w szary kostium, skromny, ale elegancki. Na głowie miała granatowy beret, na nogach półbuty ze świńskiej skóry. Wyglądała jak pensjonarka, dziewczyna z dobrego domu w parę dni po maturze, nie miała w sobie nic z dziewczyny spod znaku półświatka i północka. Szła pośpiesznym i rzeczowym krokiem osoby, która po godzinach urzędowych opuszcza miejsce pracy. Naciągnęła na palce granatowe rękawiczki z cienkiej skóry, uśmiechnęła się do mnie i wzięła mnie pod rękę: - Idziemy? - przedstawia Lidkę Stanisław Dygat w "Pożegnaniach". Opis przypomina mi - wyznawczyni trampka - Baśkę, nie dbałość o szczegóły, a nastrój. Pewnie dlatego książkę zabieram ze sobą do kolejnych domów. Stawiam obok "Francuski szyk", "Jak być glam", "Chanel",  zaglądam rzadziej. Jak do kucharskich, tych niedawno kupionych. Wystarczają mi "Gawędy o jedzeniu" Marii Iwaszkiewicz. Czytam: "kapuśniak gotować dwie godziny albo lepiej - dwa dni", kiwam głową. Kuchnia potrzebuje czasu, serca i składników, jak nie dasz, to nie masz. Tort makowy silnie migdałowy, nasączony mocną esencją herbacianą ze spirytusem, przełożony czekoladowym kremem i migdałami ozdobiony, aromatyczny rosół - cztery piąte w garnku czegoś, jedna piąta wody, schab pieczony z maleńkimi kartofelkami albo pyzami. Tak gotowała Baśka. Po raz kolejny kleję grzbiet książki taśmą.

     Różniło nas - co masz, to dasz, a pokój z łóżkiem i krzesłem, też może być domem - wszystko.

BR

     Zapisuję kolejny zeszyt, szkicuję sopockie ulice, wywołuję z pamięci tamtych ludzi: Ewę, Jurka, Adę, Jasia, Andrzeja. Baśka zagląda mi przez ramię. - Czy to wtedy Ewa przyleciała z Paryża? Przecież wiesz, mieszkaliście w jednym domu, najpierw przy Dąbrowskiego, potem przy Słowackiego, nawet na jednym piętrze. Spotkania towarzyskie, gdy zaczynały się u Jurka, to u was się kończyły. I na odwrót. Albo tutaj, spójrz tutaj - z kolejki wysiedli Cybulski i Kobiela, obaj, na znak sympatii dla klasy robotniczej, w kufajkach. Schodzili Monte Cassino w dół czy szli do akademika przy Kościuszki? Tu zaś cały fragment poświęcony Andrzejowi Cybulskiemu, ceniłaś go wyjątkowo. Jest i Grand Hotel, specjalnie oglądnęłam film dokumentalny Marcela Łozińskiego "Moje miejsce", wynotowałam uwagi. Czytasz?

     Nie odpowiada.

BR

     Włączam radio. ’Cos for twenty-four years I’ve been living next door to Alice - śpiewają Smokie, przywiozła ich płytę z Londynu, uwielbiała tę piosenkę. Tylko ja o tym wiedziałam, jak bardzo.

     Jej wnuczka ma na imię Alicja.

BR

- Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? - mówiła dalej.
-To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść - odparł Kot-Dziwak.
-Właściwie wszystko mi jedno.
-W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
-Chciałabym tylko dostać się dokądś - dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
-Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.
 Alicja nie znalazła na to odpowiedzi, zaczęła więc z innej beczki:
-A kto mieszka tutaj w okolicy?
-W tym kierunku mieszka Kapelusznik - rzekł Kot zataczając krąg prawą łapa, - A w tym (ten sam ruch lewą) - Szarak. Możesz odwiedzić któregoś z nich: obaj są zwariowani.
-Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami - rzekła Alicja.
-O, na to nie ma już rady - odparł Kot. - Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.
-Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? - zapytała Alicja.
-Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

Lewis Carrol, Alicja w krainie czarów.

     Baśka o tym nie wie, nie wie, że ma wnuki.

     Wie?

     Alicja kiedyś o niej opowie?

BR

("I wtedy zauważyłem brak przecinka...", opublikuję wpis, dopiero wtedy zobaczę błędy, jak zwykle).
 

    

    

    

 

piątek, 03 marca 2017

m     Jul

     Pan listonosz, który doręczył mi dzisiaj "Młokosa" Fiodora Dostojewskiego, zastał mnie nad "Książką twarzy" Marka Bieńczyka. Za brawurę uznałam połączenie lektury obu tomów, klasyka poczeka. Bo wiem, że niegdyś "Młokosa" nie czyta się lekko, Dostojewski zawarł w nim sporo rozważań i przemyśleń o filozofii, wielkich ideach, Rosji, relacji ojciec-syn, mistycyzmie, dramacie egzystencjalnym człowieka, moralnej prawdzie, dobru i złu w konstrukcji z powtarzającą się frazą kierowaną bezpośrednio do czytelnika:

     Przeskakuję okres niemal dwumiesięczny: niech czytelnik będzie spokojny, wszystko stanie się zrozumiałe dzięki późniejszym wyjaśnieniom. Teraz o czymś zupełnie innym. /.../ Dlatego, jeżeli niekiedy zwracam się w notatkach do czytelnika, to jest to tylko zwrot retoryczny. Mój czytelnik jest postacią fikcyjna.

Konstantin Korowin

          Konstantin Korowin, Przy stole, 1888.

     Ale jest, siedzi tu, kartkuje strony i raduje go ponowny przekład powieści, docenia twardą oprawę. Na lata. Przeczyta, powoli, uważnie.

     W myśl fragmentu zbioru esejów Bieńczyka:

     Kiedy dziś rano zobaczyłem w pewnym instytucie urzędniczkę - prawdopodobnie w ciężkiej depresji - odpowiadąjącą przez paręnaście minut na wszelkie pytania i prośby repliką Bartleby'ego, tą jedną z najsłynniejszych replik w dziejach literatury, "wolałabym nie", pomyślałem, że Melville musiał usłyszeć swoje zdanie realnie i że uderzył go jego niezwykły potencjał, burzycielska siła. Czy bez lektury jego opowiadania zareagowałbym równie silnie (w instytucie zamarłem na krześle) na odpowiedzi urzędniczki? Tego nie wiem; być może nie, ale w każdym razie mogłem doświadczyć bezpośrednio działania tej formuły, poczuć w jednej chwili jej podmuch przenikający aż do trzewi i zgrozę, jaką wywołuje.

     Niektórzy będą twierdzili, że uwagę Melville'a przyciągnęła oryginalna forma odmowy, wyrażona rodzajem niedopełnionej przerzutni: "I would prefer not to". Również po polsku zdanie "wolał(a)bym nie" czymś takim jest, odmową, która nie precyzuje się do końca i której brak precyzji połączony z osobliwą delikatnością wzmaga siłę; odmowa przestaje dotyczyć konkretnej rzeczy, staje się "nie" uogólnionym, mówionym wszystkiemu.

moje

     - Odłożysz analizę cudowności zdań Raymonda Chandlera, którego ma Bieńczyk, i słusznie, za jednego z największych stylistów naszych czasów i rzucisz się na "Młokosa"? - Wolałabym nie. Kierując jednocześnie podziękowania dla Lubię czytać za piękny podarunek.

    

    

    

poniedziałek, 20 lutego 2017

koliberek   Koliberek

 

Z nocą V.v.G. w tle

znowu wieczór i cisza podchodzi pod dom
w żaglach chmur odpływa horyzont
pomarańczą słońca jest czas ...
i wiruje coraz prędzej do czerni
ciemnym lotem kończy się dzień
tiulem skrzydeł przykrywa do świtu

*
siedzę sama w kuchni przy oknie
otworzyłam je szeroko jak książkę
z fotografią w palecie Van Gogha
w ramach drzew zaplątanych miłośnie
w szeptach tanga przytulonych do siebie
z braku słów do melodii milczenia

z niepokojem bo długo szukałeś
mnie w tym domu za dużym jak dla nas
siadasz blisko i mówisz Kochana
o tej porze codzienności i życia
co takiego wypatrujesz za oknem?

i wiem dobrze że na to pytanie
odpowiedzi szukamy oboje

*
bierzesz w dłonie moją twarz jak owoc
milknie pejzaż szeroką poświatą
mówisz jesteś moim niebem i ptakiem
jestem twoim cieniem na zawsze
mówię jesteś moim morzem spokojem
ja dniem twoim wiecznym zapatrzeniem

***
ciepły księżyc widzę w twoich oczach
piasek gwiazd rozsypany na skórze
noc nad nami i z nami w ramionach
nasze okno w palecie Van Gogha
wirujący granat drzew złoto komet
błękit serca
i odpowiedź poznajemy oboje

© Elżbieta 17 XII 2007- 07 VI 2008

          Fot. Joanna Kraśnicka, Ulica Zielona, wybór Jul.

Joanna Kraśnicka

środa, 15 lutego 2017

m     Jul

 
Zostawcie ich w spokoju                                                             


 Skoro już Bóg w nieskończonej swojej dobroci dał
                wam poetę,
Słuchajcie go. Ale na miłość Boską zostawcie go w spokoju
                aż do śmierci: żadnych nagród, żadnych uroczystości.
One go zabijają. Poeta to ten, który się wsłuchuje
W naturę i własne serce;

/.../

Ezra Pound, tłum. Artur Międzyrzecki

z sieci

Fotografia znaleziona w sieci.

      Nie ruszam się z domu bez zeszytu. Towarzyszy mi nie tylko w bibliotece i księgarni, ale i na ulicy, w autobusie, na plaży. Zapisuję, co widzę, fragmenty zasłyszanych rozmów, wywołane chwilą wspomnienie, zdanie, dwa z książki, wers wiersza. W notatkach panuje bałagan, po którym doskonale się poruszam.

moje

     Nie wiem, gdzie mam kwit z pralni, ale w gąszczu zapełnionych słowami stron bez trudu odnajduję dialog nastolatek, cytat z wertowanego tomu czy skrót streszczenia, choć, jako żywo, przypominają zagadkę będącą tematem głośnej niegdyś, a dziś całkiem zapomnianej opowieści "The Lady or the Tiger" Franka Stocktona. Co czeka skazańca za zamkniętymi drzwiami, zgłodniały tygrys czy śliczna dziewczyna i co podpowiedziała mu księżniczka. Która z jej emocji wzięla górę: współczucie dla młodzieńca, czy zazdrość o dziewczynę, którą miałby poślubić. Użyto niezliczonych podstępów, aby skłonić Stocktona do wypowiedzenia się na temat zakończenia książki, ale autor twardo odmawiał odpowiedzi na to pytanie. Czytam w zeszycie zapiski z ulicy i nie wiem, co otworzą - drzwi z dziewczyną czy z tygrysem. I które z nich wskaże mi oczami księżniczka.

moje

     Są jak prezent-niespodzianka. Jak książki od Ewy Marii z trudnymi wierszami Stanisława Kubickiego i poezją polską. Jak muszle z camingo Ewy Marii, ocalałe nawet po kilku moich przeprowadzkach. Jak wybitnie trafiona Lunatyczna kraina Mii Couto, ofiarowana mi przez Kattinkę wraz z zupełnie nowym, porządnym zeszytem i piórem. Zaczyna się, jak u Becketta: pustą drogą wędrują stary mężczyzna i chłopiec. We wraku autobusu, przy jednym z ciał, znajdują plik zapisanych zeszytów. Czytając co wieczór mężczyźnie jeden z nich, chłopiec odkrywa, że historia autora wiedzie i przez jego dni.

     Lunatyczna kraina zaraz poniosła mnie w stronę regału: ta nie, nie o tę chodzi, ooo, jest - Kiran Desai i Zadyma w dzikim sadzie. O chłopcu bujającym w obłokach na tyle, by zamieszkać na drzewie guawy w podmiejskim sadzie. Ta sama baśniowość, sen przenika się z jawą, choć ciężar gatunkowy inny, przeżycia i czytanie inne.

moje

     moje

     Mądre książki zakładające, że i ja jestem mądra. Żartowałam już kiedyś z moich lekcji angielskiego, "chwali się, że chodzi na angielski". Teraz - czyta Epikteta, się puszy: "Jeśli kiedykolwiek zdarzy ci się, że rozglądać się będziesz po otaczającym cię świecie, by zobaczyć, czy wzbudzasz czyjś podziw, to wiedz, że straciłeś wszystko, coś dotychczas zyskał. Niech ci wystarczy, żeś filozofem. Jeśli ponadto chcesz, by cię za takowego uważano, uważaj się za niego sam i na tym poprzestań". Niech mi wystarczy, że jestem bystrą obserwatorką. Jeśli nadto chcę, by mnie za takową uważano, niech uważam się za nią sama i tu niech się zatrzymam.

Lidia Barc

                              Kolaż: Lidia Barc

     - Jak myślisz, co o nas mówią poza Facebookiem? Nati, Marta, Filip.

     - O nas?

     - No o mnie.

     - Nic.

     - Jak to nic? Coś muszą.

     - Nie rozmawiają o tobie, uwierz mi, to jest autobus bez kłamstw.

     Dwa dwa siedem dojeżdża do Kołobrzeskiej, wysiadam. Nie dowiem się, jak szesnastolatka przyjęła gorzką prawdę. Przyspieszam kroku, światła. Codzienność.

 

-

 

    

    

poniedziałek, 13 lutego 2017

bieta adamczyk     Koliberek

 

ścieżka

zawoła światło kiedy przyjdzie
nicować nam strony życia

...

zasłuchamy się w rzeczne spokoje
zanurzywszy ciało w jasno-ciemny balans
łapiąc strzępki znajomego echa

znikniemy jak punkt wypalony słońcem
pod powieką czasu

elżbieta
7 II 2017

elżbieta adamczyk

                                   Fot. Elżbieta Adamczyk

Rzecz o milczeniu

Mówi się.
Właśnie, jaki podmiot występuje pod tym zwrotem? Mówi się, że... Tu można dodać każde 'coś'. Na przykład, że zima w tym roku będzie. Na pewno będzie. Będzie krótko i się skończy. Albo mówi się, że tylko oni wiedzą wszystko. A inni? Mówi się...

...

Słowa mówi się, jakby wiadomo było, że są i mają znaczenie i ciężar, gatunkowo przypisywane ważnościom albo ulotnościom.

Co zrobić, kiedy słowa nagle tracą ważność? Smaczna tradycyjna sałatka jarzynowa z garmażerii przestępuje granicę terminu do spożycia. To samo może stać się ze słowami. I wtedy co?

Przechowywanie w suchym i ciemnym miejscu pomaga przedłużyć życie produktom. Czy słowom też?

Czyta się.
Czyta się, żeby... Co kryje się za czytaniem? Przyzwyczajenie? Dawno wyuczone połączenia znaków wszczepione w pamięć. Początkowo mozolnie odtwarzane szlaczki, pojedynczo maszerujące wzdłuż linii: kreski, kółka, laski, kropki, ogonki, z czasem układają się w magiczne: Ala ma kota, Za siedmioma górami, "- Ciche bywają łąki, wody rozlane szeroko, wrześniowe niebo omiecione z letnich burz." *
I jest świat, którego nie ma a jest i jawi się, że tylko dłoń wyciągnąć do tej drugiej i poddać się i wejść.

Milczy się.
Milczy się, dlatego że... Powiedziało się wszystko. A nawet to, czego się nie powiedziało, to się pomyślało, albo przeczytało i zostaje nic do powiedzenia.

Smuci się.
Smuci się przywykły do słów człowiek, kiedy osaczają go dawne szlaczki. Kreski, kółka, laski, kropki, ogonki rozsypują się i znów nic nie znaczą.

elżbieta
11 I 2016
* Cytat ze zbioru opowiadań Tadeusza Nowaka, Półbaśnie.

FScianna

                                                    Fot. Ferdynando Scianna, wybór Jul.

sobota, 04 lutego 2017

moje     Jul

     Przyjaciele zamieszkali na wsi, daleko do gór, do morza daleko, a i do najbliższego miasta trochę jechać trzeba. Jeszcze w latach siedemdziesiątych wisiał na poczcie wzór telegramu: "Przyjeżdżam środa o dwunastej, przyślijcie konie na dworzec". Tak wyobrażam sobie podróż, długo pociągiem, potem powózką. Ale jak się już dojedzie, to czekają piękne widoki, o jakich można tylko marzyć. Wstawiam zatem, na przekór zimie trudnej, nudnej i brudnej, wpis z zaprzyjaźnionego blogu - Jolu, Krysiu, dziękuję za zgodę.

    Suwalski Park Krajobrazowy

   Suwalski Park Krajobrazowy jest najstarszym parkiem krajobrazowym w Polsce. Utworzony został 12 stycznia 1976 roku celem ochrony unikatowego krajobrazu polodowcowego, szczególnych wartości przyrodniczych i geologicznych. Park położony jest na Pojezierzu Północnosuwalskim, które stanowi przykład krajobrazu polodowcowego z licznymi wzniesieniami morenowymi, wzniesieniami kemowymi, dolinami rzecznymi, nieckami jezior oraz głazowiskami.

Moje wędrówki z chłopakami

   Ten mały biały, łaciaty, szalenie rasowy Jack Russell Terrier, nazywa się Apis, ten drugi to Czarnuszek - wiejski mądrala, czystej rasy kundelek.

Apis1
Apis to światowiec. Urodził się w Australii. W dzieciństwie i młodość pławił się w luksusach – spał w klimatyzowanej sypialni, gonił kangury, pływał w oceanie. W kwiecie swojego psiego życia wsiadł do samolotu i zamieszkał w Polsce. Z bywalca zmienił się w gospodarza.
Czarny1Historia Czarnuszka jest zupełnie inna. Na świat przyszedł w rozpadającej się budzie obok stodoły. Na początku myślał, że psi świat ma długość łańcucha do którego uwiązano jego matkę. Z czasem odkrył że jest o wiele, wiele większy. Pewnego dnia „dał nogę”. Jak przeżył? Tego nie wie nikt. W końcu wychudzony i brudny natknął się na Apisa i jego dom. Spodobało mu się tu wszystko, a zwłaszcza pełna miska i ciepły kąt do spania.Apis2 Bez zbędnych ceregieli uznał to miejsce za swoje i wprowadził się na stałe, wraz z pchłami, kleszczami i swoją niezależnością. Początki przyjaźni nie były łatwe, ale teraz żyć bez siebie nie mogą. Co pewien czas w duszy Czarnuszka odzywa się nieodparta chęć do wędrówki. Znika wtedy na kilka dni, a Apis chodzi smutny i nieszczęśliwy. Siedzi na progu, patrzy na drogę i czeka na przyjaciela. Kiedy Apis wyjeżdża, Czarnuszek traci apetyt. I jak tu nie kochać takich chłopaków?

Z Apisem i Czarnuszkiem mieliśmy przyjemność spędzić tegoroczne wakacje w Dziadówku.
Dziadówek to mała wieś leżąca w Suwalskim Parku Krajobrazowym. Ten zakątek potocznie nazywany jest Małymi Bieszczadami. Pełno tu gór i pagórków, niewielkich jeziorek, lasów i zagajników.
Bogactwo przyrodnicze i piękno pejzażu czynią tę krainę wyjątkowo atrakcyjną. Urozmaiconą rzeźbę terenu ukształtowało - jak zresztą całe Pojezierze Suwalskie - ostatnie zlodowacenie bałtyckie sprzed 10-12 tysięcy lat.
Nieopodal domu, w którym mieszkają chłopcy, bierze początek rzeka Czarna Hańcza. Przepływa ona przez najgłębsze jezioro w Polsce – Hańczę. (108,5 m głębokości). Jest to największy akwen w obrębie Parku. Brzegi jeziora są dzikie i niedostępne. Nie można biwakować, nie można pływać łódkami z silnikiem – ścisły rezerwat – za to stojąc na brzegu, można napawać się niezmąconą ciszą i krystalicznie czystą wodą.
Schodzimy na jeden z nielicznych punktów widokowych i mijamy ruiny dworu w Starej Hańczy. Pierwsze informacje na temat dworu pochodzą z XVIII wieku. Dwór miał malownicze położenie z widokiem na jezioro. Pierwszym właścicielem majątku był królewski dworzanin Stanisław Lipnicki. W XVIII i XIX wieku majątek zmieniał właścicieli. W XX wieku dwór należał do rodziny Beegerów z Warszawy. W czasie II wojny światowej Niemcy wygnali właścicieli z dworu. W 1946 roku dwór został zniszczony. Do dziś pozostały jedynie ruiny piwnic, podmurówka budynku oraz park dworski.
Wędrujemy po okolicy w towarzystwie dwóch psów i ciągle nie możemy uwierzyć, że to nie sen.

 

Czarna Hancza

Tu zaczyna się rzeka Czarna Hańcza

 

Hancza1

Jezioro Hańcza

 

Hancza2

Tyle tylko pozostało z dworu w Starej Hańczy

Psy, głuche na nasze nawoływania, co rusz znikają. Beztrosko buszują w wysokich trawach i zaroślach. Rozglądamy się bezradni, a one nadbiegają z najmniej spodziewanej strony, drwiąc sobie z naszego niepokoju o nie.
Nieliczni rowerzyści pocąc się i sapiąc, powoli wjeżdżają na strome wzniesienia. Na szczycie, oczarowani roztaczającym się widokiem przystają na chwilę, po czym, z rozwianymi czuprynami, zjeżdżają na łeb na szyję, aby odpocząć nad połyskującym w dole jeziorem.

 

Rower

Nieliczni rowerzyści pocąc się i sapiąc, powoli wjeżdżają na strome wzniesienia

 

Jezioro1

 Jeziora, jeziora, jeziora ...

 

Pola1

 To prawie niemożliwe, żeby taki raj na ziemi istniał naprawdę

To prawie niemożliwe, żeby taki raj na ziemi istniał naprawdę. I jeszcze to bociany. Jest ich mnóstwo. Jedne majestatycznie kroczą po łąkach, inne stoją nieruchomo w gniazdach i zapatrzone w dal, dumają nad zawiłościami ptasiego świata.

 

Biciany2

 

Bociany1

Spotkanie rodzinne

 

Bociany3

Chłopaki nie zaczepiają bocianów, nie szczekają, nie płoszą. Cieszy nas to niezmiernie. W nagrodę zabieramy ich do siedliska młyńskiego w Turtulu. Jest to najstarsze osiedleńcze miejsce pomiędzy jeziorami Wigry a Hańczą. Źródła pisane z 1645 roku podają, że nazwa pochodzi od nazwiska pierwszych młynarza. Dziś jest tu baza turystyczna dla ludzi ceniących ciszę i spokój. Nad jeziorem kumkają żaby, pluskają ryby i przechadzają się czaple. Stary młyn przerobiono na bazę noclegową. Do snu zmęczonym turystom przygrywa w nim świerszcze.

 

Mlyn1

Cisza i spokój. Tylko kumkanie żab i śpiew ptaków

 

Mlyn2

 

Mlyn3

Ścieżka edukacyjna dla najmłodszych

 

Mlyn5

Leniwe popołudnie

Błądzimy polnymi ścieżkami i zachwycamy się bogactwem tutejszej przyrody. Dopełnieniem sielskich krajobrazów są stada pasących się krów.
Po powrocie do domu Apis i Czarnuszek układają się w cieniu i udają ogromne zmęczenie. Wiemy jednak dobrze, że kiedy tylko znikniemy im z oczy, natychmiast pobiegną pływać do przydomowego jeziora. Godzimy się na tą chwilową rozłąką i jedziemy obejrzymy wiadukty w Stańczykach. Są one jednymi z najwyższych tego typu obiektami w Polsce. Mają 200 metrów długości i 36 metrów wysokość. Budowla zachwyca doskonałymi proporcjami i zdobieniami wzorowanymi na rzymskich akweduktach w Pont du Gard. Stąd nazwa - Akwedukty Puszczy Rominckiej.

 

Most1

 

Most2

 

Most3

 

Most4
Po drodze zatrzymujemy się koło Gulbieniszek. Z punktu widokowego na Górze Cisowej roztacza się panorama na niemal cały Suwalski Park Krajobrazowy. Urodę tego miejsca wykorzystał Tadeusz Konwicki w filmie „Dolina Issy” oraz Andrzej Wajda przy ekranizacji poematu „Pan Tadeusz”.

 

Widok1

Widok z Góry Ciosowej

Wieczorami zmęczeni chłopcy drzemią na kanapie w salonie, a my siedząc na tarasie, podziwiamy zachód słońca i próbujemy piwa z lokalnych browarów.
Jest pięknie. Chwilo trwaj.

 

Zachod1

 

Piwo1

Lokalne piwa

 

Zachod2

 

Piwo2

...piw ciąg dalsz...

 

Zachod3

 

I jeszcze kilka moich ulubionych zdjęć z pobytu w Dziadówku

 

Apis woda

Apis w drodze do jeziora

 

AiCz2

Czarnuszek w roli ratownika

 

Apis6

Nenufar? Lilia wodna?

 

Krowa

Tam na polu stoi krowa, cierpi, bo już pełna mleka ... (Andrzej Rosiewicz - Chłopcy radarowcy)

 

Krowy2

Sielsko, anielsko ...

 

Krowa4

Młode pokolenie

 

czarny droga

Czarny w drodze na samowolkę

 

Spacer

Razem z chłopakami wędrujemy po polnych dróżkach

 

Szyszka

 

Koty

Po prostu koci świat ...

 

Drzewo

Kiedyś zbierane w polu kamienie  i układano pod drzewami. Czy ten zwyczaj przetrwał do dzisiaj?

 

Ziemianka

Ziemianka pełniąca dawniej rolę lodówki

 

Krowy1

Wzgórza "porośnięte" krowami

 

Kanapa

Chłopcy odpoczywają w salonie

Było pięknie. Jeśli Wam się spodobało zaplanujecie następne wakacje w Suwalskim Parku Krajobrazowym. Polecam.

Tekst i zdjęcia: Jolanta Mirecka

 

03:18, julitczka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 41
Tagi