Rozmowy wśród przyjaciół
piątek, 25 stycznia 2019

el adam     Koliberek

I to wszystko

   Od wielu lat, dwudziestego piątego dnia stycznia. nachodzi mnie... Trudno określić, co: nie smutek, nie nostalgia, nic negatywnego. Refleksje, reminiscencje, chęć podsumowania tego, co się dzieje wokół mnie, co działo się rok, dwa, piętnaście, dwadzieścia osiem, więcej lat wstecz.

   Ktoś poprosił mnie, żebym napisała książkę o: "doświadczeniach na emigracji". Początkowo się do tego zapaliłam. Pomyślałam, że napiszę, żeby inni, choćby ten lub ta jedna inna osoba wiedziała, co to znaczy. Początkowo... Później przyszły wątpliwości. Kto to przeczyta? Komu potrzebne przeszłe historie, wpisane w rzeczywistość, która od dawna już nie istnieje? Historie owinięte w kokon plastikowych woreczków, w których przychodziły do mnie listy z tamtego świata. Otwarte, to było wiadome, bo poranione, rozdarte albo przecięte jakąś mini-gilotyną do otwierania cudzych listów.   

Elżbieta Adamczyk                

          Fot. Elżbieta Adamczyk

   Czy czytane? Tego nigdy się nie dowiem, chyba że dam ogłoszenie: Szukam osoby, która we wczesnych latach osiemdziesiątych bezprawnie czytała moje listy. Bezprawnie? Takie było prawo, z pieczęcią "O"-cenzurowano. Ocenzurowano, że co? że już nie nosi pieluch, że dobrze śpi, że chleb jest puchaty i niesmaczny, że ludzie dobrzy i jak rodzina, że mamy wszystko a nawet więcej, by się dzielić, że płaczę, bo jestem bezsilna, ale że codzienność jest naznaczona nadzieją. 

   Pierwsze telefoniczne rozmowy, tak rzadkie, tak wyczekiwane, tak krótkie - "ostrzegamy, rozmowa monitorowana". Trzaski w słuchawce mogły być zwykłymi trzaskami, statyką, bo przecież to daleko, tak daleko, że cud, że głos dochodzi, że dziecko nie rozumie jak to się dzieje, że tam po drugiej stronie...

  - O widzisz, ta niebieska plama, duuuuuża prawda? To jest Atlantyk, syneczku, takie jezioro albo jak staw, niedaleko hotelu, pamiętasz?
  Oczy robią się okrągłe, słucha cała malutka postać, nic nie rozumiejąc, albo wszystko, tego też nie będę nigdy wiedzieć do końca. Patrzy na rozłożoną mapę świata na dywanie.

  - I za tym dużym niebieskim oceanem. Powiedz: o-ce-an... Tam jest babcia i druga babcia i dziadziuś i drugi dziadziuś i Raduś i...

  W słuchawce trzeszczy. Łzy się powstrzymuje, bo jakże przy obcym płakać.
  - Mówi?
- Tak, ładnie mówi. Pełnymi zdaniami.
- To ciekawe, przecież jest jeszcze taki malutki.

  Głosy się załamują, to pewnie statyka, to wszystko przez to, że krasnoludki nie nadążają z wygładzaniem dźwięku. Rozmowy są banalne. Zwyczajne przestrogi, rady, podpowiedzi. Szkoda na banał czasu, szkoda każdej sekundy, ale Monitor robi swoje, paraliżuje i wygrywa. I mówimy o pogodzie, o zupkach, o nowych zabawkach. Uczucia są nieobecne, niewysłowione.

Elżbieta Adamczyk
  Lata całe mijają zanim ocean okaże się rzeczywistością. Przestrzenią, gdzieś w dole, pod, którą trzeba przespać, na której nic się nie dzieje, nawet statki znikają, rozpływają się w soli, a co dopiero ptaki, które bliżej lądu się trzymają.

  Ukradzione lata obdrapanych kolan, wypadających mlecznych zębów, za które tutaj płaci się centa, albo pięć, dziesięć i wróżka odwiedza śpiące szczerbate dzieci. Grzeczne, śpiące szczerbate dzieci. Okradam babcie, dziadków, innych ze skarbów codzienności, tego, co się im należy, jak innym dziadkom, babciom, żeby pójść na spacer ściskając małą dłoń, szukając kałuż... Czas, czas, czas... Są zegary - te najłatwiej go mierzą. Takie estetyczne kółka z hipnotyzującymi wskazówkami, kreseczki sekund, minut, godzin. Równiutko mierzą przemijanie kwadransa, upływanie słonecznego popołudnia, spaceru po ogromnym sklepie z tysiącami kolorowych piłek.

  A jak odmierzyć rok, dwa? Kalendarzem na ścianie? Jak zważyć? Bo i czas ma ciężar, ważkość. Jabłko waży jedno jabłko, ale gdy się mu przyjrzeć, doświadczyć… Ugryźć jabłko - dowiedzieć się, jaki ma smak, zakazany, wskazany, dobry, zły, połknąć kęs wiedzy. Zostaje ogryzek, pestki. 

   Elżbieta Adamczyk                  Rys. Elżbieta Adamczyk

   Nie jestem Mickiewiczem, Gombrowiczem, Szopenem, Miłoszem. Nigdy nie będę. Mogę jedynie opowiedzieć o niezwykłej zwyczajności uczenia się nowych miejsc, języków, ludzi, kultury, czasu, który odmierza się od innego punktu. Próbuję. Pewnie bez sensu albo z sensem skierowanym na mnie. Komu to potrzebne, kto to przeczyta? Sama do końca nie wiem, co mnie kusi, żeby o tym opowiadać. Czerwone jabłko, po które sięgam. Wgryzam się, smakuję, porównuję z innymi, uczę się, wiem. Wiem? Nie ma mnie do końca ani tu, ani tam. Ani jednym, ani drugim nie potrafię wytłumaczyć: Polska, USA, 'a czym się to je'? Dlatego rzadko o tym wspominam, rzadko mówię, że-tu-że-tam... Wolę opowiadać o człowieku wszędobylskim, bez granic, z duszą, ze środkiem, który jest wszędzie, o człowieku, który wszędzie tak samo jest, zwyczajnie jest. Ale, co roku nachodzi mnie... to coś i wtedy piszę znaki - hieroglify, które można odczytać z kluczem, albo bez, jeśli się dołoży posłowie.

  I to by było na tyle. And that's all. Dziękuję za spojrzenie.





Elżbieta Adamczyk, POSTscriptum, Antologia1/2018(10), Wrocław 2018. 



poniedziałek, 31 grudnia 2018

 Elżbieta   Koliberek          julita bielak   Jul

    Gdzie jesteśmy? W ironiach
których nikt nie chwyci, krótkotrwałych
i nieakceptowanych, w trywialnych pointach
które kwitują metafizykę niedorzecznym
detalem, w piątku, co wypada
na piątego listopada, w mnemotechnice dni.
Można dać przykład i można to przyjąć
na wiarę, kocią łapę na gardle.

I lubi się jeszcze pewne słowa i te, za przeproszeniem,
składnie, które udają, że coś je z sobą łączy.
W tych międzysensach zawiera się cały człowiek,
włazi tam, gdzie widzi trochę miejsca.

Piotr Sommer, Niedyskrecje.

jb

     Towarzystwa dotrzymuje mi dzisiaj Koliberek. Nuty wolą tańczyć solo, ale w sylwestrowy wieczór podane na zaproszenie przyjazne ramię jest niezaprzeczalnie lepszym rozwiązaniem. I oto co Koliberek opowiada:

     Po przeprowadzce z naszej JanElla, tęskniłam i wciąż bardzo tęsknię za "moimi" ptakami. Obserwowanie ptaków, które przylatywały do karmników, zawsze dawało wiele radości. Kiedy było śnieżno, wietrznie i bardzo zimno, przylatywały i delektowały się posiłkiem na naszym balkonie. Tutaj, przypuszczam, bywają gdzie indziej.

Teraz mamy tylko mini park za naszym domem, za którym niedaleko jest plac budowy. Wygląda na to, że ptaki unikają tego hałaśliwego miejsca. Dziś jednak, ze względu na Święta Bożego Narodzenia, plac jest cichy.

Kilka tygodni temu powiesiliśmy małą klatkę ze specjalnym tłustym pokarmem - suet - dla ptaków na drzewie w tym mini parku. Wyglądało na to, że klatka czuła się opuszczona, ponieważ nie przylatywali do niej żadni goście. Myślałam nawet, żeby zdjąć ją z drzewa, by deszcz czy śnieg nie rozpuściły zawartości, zanim ptaki jej nie znajdą.

Dziś rano, podnosząc rolety w naszej sypialni, zobaczyłam dzięcioła "przyklejonego" do klatki z 'suetem'. Pod drzewem poruszało się coś czerwonego. Z trzeciego piętra na początku trudno było zobaczyć, co to dokładnie było. Podejrzewałam, że to był kardynał. Kardynały mają trudności z utrzymaniem się na takiej klatce, więc ptak - bo to rzeczywiście był kardynał - dziobał i żerował na opadłych okruchach.

Przez chwilę poczułam się zupełnie jak w JanElla. Dzień, kiedy się to działo, również był doskonały. Twierdzą, że w Wigilię wszystkie zwierzęta mówią. Myślę, że obejmuje to także ptaki. Dzięcioł i kardynał zjawiły się trochę później, bo raptem następnego dnia rano, żeby mi powiedzieć, że mnie znalazły - rankiem w Boże Narodzenie.

Elżbieta Adamczyk, Poranna BożeNarodzeniowa opowieść.

el adamczyk

          Fot. Elżbieta Adamczyk

     Kiedyś mała dziewczynka trzymała w ręku wykonany w szkole rysunek i była bardzo smutna. Matka zapytała, co się stało, a dziewczynka odpowiedziała, że narysowała obrazek, na którym był dom, niebo i nic więcej. Jednak nauczycielka przekonywała, że obrazek byłby ciekawszy, gdyby po niebie fruwały ptaki i dorysowała jednego. Dziewczynka powtarzała w kółko: - Nie chciałam, żeby na moim rysunku był jakiś ptak. Na moim rysunku nie było żadnego ptaka.

     - Panny - rzekł po kolacji tatko Wojciech Kossak. - Wyobraźcie sobie, że kupiłem na pojutrze bilety do teatru na "Makbeta" Szekspira z Ireną Solską. - Ach, tato, co za szczęście! - wykrzyknęły dziewczynki, z których starsza kończyła czternaście lat, i z radości wskoczyły mu na kolana. Śmiały się szczęśliwe, zajmując chwilowo najlepsze i najbezpieczniejsze miejsce na ziemi. - Tylko ja nie wiem, Wojteczku, czy "Makbet" jest sztuką stosowną dla panienek. Tyle trupów... - rzekło Mamidło. 

Magdalena Samozwaniec, Tylko dla dziewcząt, WAB Warszawa, 2012.

     Dziewczynki przez dwa dni żyły jak w transie. Lilka koniecznie chciała w teatrze zrobić furorę. Godzinę przed wyruszeniem na spektakl żelazkiem ufryzowała sobie grzywkę nad czołem, węgielkiem poczerniła brwi, na liliowo upudrowała twarz. Gdy pani Kossakowa, szumiąca jedwabiami, brzęcząca złotym łańcuchem i breloczkami, ujrzała Lilkę, poczerwieniała z gniewu: "Co Lilka zrobiła z siebie za czupiradło? Wygląda jak osoba z półświatka. Proszę mi natychmiast zmyć to wszystko, inaczej nie pójdziesz do teatru". Poszła. Z zapłakanymi oczami i zaczesaną na bok mokrą prostą grzywką.

krot          Fot. Krotoszyn Niezwykły, Księgarnia. Tu kupowałam także stalówki redisówki do nauki kaligrafii, i zielony atrament. 

     Wrótce nadejdzie kolejny Nowy Rok. Wyczekującym - powrotów. Przekonanym - niezwykłości i siły trwania w twórczym uporze. W makijażu albo bez i z grzywką jaką kto chce. Do siego roku!

 

 

04:47, julitczka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 20 grudnia 2018

Julita Bielak     Jul

     Potem zatańczyliśmy wokół choinki po to, by Monika mogła wpaść w zachwyt i być taka szczęśliwa, jak szczęśliwym i zachwyconym powinno się być w jej wieku w wigilijny wieczór. Mamusia powiedziała, że Monika będzie mogła pójść spać, kiedy sama zechce. O godzinie wpół do dziewiątej siedziała w kącie, bawiąc się nową lalką. Wyglądała jak senny cherubinek. Usłyszeliśmy, jak cichutko mówi do siebie: - Chcę do łóżeczka, ale mi nie wolno...

Astrid Lindgren, Zwierzenia Britt-Mari, tłum. Irena Wyszomirska, Nasza Księgarnia 1962.

Julita Bielak

z sieci     Napisał do mnie pewien poeta: "Już nie tańczysz... Dawno temu, pewnie na początku roku, doniesiono mi, że z dużą lekkością na tejże siłowni podnosiłaś sztangę. Więc jak tu mówić o porażce? Raczej o podziwie tych, które to widziały". Uśmiechnęłam się. Warto było, filmową kwestią Zosi z Jutro idziemy do kina, wygłoszoną po randce w cukierni: "Opłaciło się, lubię ciastka", walczyć. Warto było nakładać minę zwycięzcy, przybierać niedbałą pozę, głowę trzymać uniesioną, ktoś mnie zauważył. Nie tańczę już jednak, odeszłam z siłowni zanim się do cna skompromitowałam, zanim nie podskoczyłam, nie wstałam z parkietu, nie klasnęłam w takt w dłonie. Goryczne, jak mawia ów poeta, doświadczenie. I zdradza: - Jeden z moich tegorocznych wierszy rozpoczyna się wersem "jest tylko cena". W nierównej grze starość znowu sobie rozdała same asy, z szelmowskim uśmiechem karty trzyma przy orderach. Podszeptuje strofą wiersza "Ćma" Rejmera*): - nie przetrwasz, nie przetrwasz. Zmienia mnie. Inaczej wyglądam - gdy mignę sobie w lustrze z włosami zaczesanymi po myciu do tyłu, aż przystaję zdumiona: - Ojciec? Inaczej się poruszam, posuwiście. 

     Julita BielakPodobno na starość dziecinniejemy, tak ocenił w rozmowie mój kolega Wojtek. Kupuję książki dla dzieci, podczytuję. Z dawnych lat pozostał mi tylko debiut literacki Astrid Lindgren, Zwierzenia... zadziwiająco przetrwały wszystkie zawieruchy. Wstyd się przyznać, niektórych tytułów podarowanych małemu Krzysiowi mi żal; na pewno Dzieci z Bullerbyn, ot, nawet dzisiaj zamyśliłabym się z mamą Ollego nad motywem kawałka kiełbasy dobrze obsuszonej. Kociej gwiazdy też mi szkoda, jakież ładne wiersze Gianni Rodari w niej zamieścił: Koty do kawiarni// wpadają na dłuższą chwilkę// i udają, że weszły// tylko przez pomyłkę.// Dlatego też kelnerzy// nie mogą sobie życzyć,// by wyszły, boby się zdziwiły,// że to nie sklep papierniczy.// Rzekłyby, że szukają//dobrej temperówki/.../. Jedynie Tajemnica wielkiego lasu, zilustrowana przez Basię Kiedrowską, została. I do biografii Tove Jansson dostawiłam te Astrid Lindgren i P.L. Travers. Niedawno, gdy po skoku na krzesło zawisłam w powietrzu w prawo czy lewoskrętnym półkucu i potem trzeba było leżeć, obie biografie czytałam jednocześnie. W jakiś sposób cechy osobowościowe pisarek współodczuwalnie nakładają się na siebie, a losy uzupełniają. Travers powiedziała kiedyś, że u podstawy wszystkich wesołych książek tkwi smutek. Musiała mieć na myśli swój własny. Twórczość Lingren i Travers, kierowana także i w stronę dorosłych, przede wszystkim zakłada wymarzone bezpieczne dzieciństwo. Zdaniem Lindgren dzieci powinny się bawić i poprzez zabawę poznawać świat. Jej Fizia Pończoszanka - samodzielna, pyskata i wolna od jakichkolwiek zahamowań 9-letnią osóbka, o niezwykłej sile psychicznej i fizycznej, do dzisiaj jest postrachem pedagogów i ulubienicą dzieci na całym świecie. Może to właśnie wykreowana postać literacka pozwalała Astrid na dystans do siebie, gdy jako pani w sędziwym już wieku w program dnia wstawiała telefoniczne rozmowy z siostrami, rozpoczynające się od kilku lat makabrycznym pozdrowieniem: "To ja, śmierć".

     W postaci Mary Poppins Travers zawarła coś więcej niż cukierkowatą nianię, którą znamy z filmu Walta Disneya z lat sześćdziesiątych. Popularność Poppins nie przeminęła, ponieważ jest zarówno dziwna, jak dobra, zarówno groźna, jak dająca poczucie bezpieczeństwa, zarówno surowa, jak wrażliwa, zarówno tajemnicza, jak rzeczowa. Skąd się wzięła, dokąd się udała? Dzieci państwa Banksów, jej podopieczni, wiedziały tylko jedno: przyszła z nieba i na niebo powróci.

    Lyndon słyszała wołanie matki. Ale chciała się jeszcze nacieszyć zmierzchem tutaj, na zachwaszczonym polu tuż obok dużego domu. Leżała na wznak i gapiła się w niebo. Ostre źdźbła kłuły jej ramiona. Chciała, żeby sklepienie niebieskie spadło na nią, takie miękkie jak czyste prześcieradło, którym w soboty Kate Clancy zaściełała wysokie drewniane łóżko.

Wenus już wzeszła. Po jednej stronie nieboskłonu widziała Krzyż Południa, siedem gwiazd z konstelacji Plejad. Johnny, chłopak stajenny, powiedział jej, że te gwiazdy były kiedyś siedmioma siostrami Atlasa. Lyndon czuła, że mogłaby poszybować ku błękitnej czaszy w górze.

Valerie Lawson, To ona napisała Mary Poppins, tłum. Bogumiła Nawrot, Marginesy 2014.

     Julita BielakW bezsenne nadrania razem z BBC Earth z ciepłego mieszkania trafiam w okowy mrozu. Śledzę życie zahartowanych trudnościami ludzi mieszkających w odległych rejonach Alaski, którzy ledwo skończą zmagania z wyjątkowo uciążliwą w tamtych rejonach zimą, a już muszą rozpocząć przygotowania do kolejnych przeraźliwych mrozów. Polują, wyprawiają się kilometrami po drewno na opał, to jedyny sposób na przetrwanie. - Człowieku, tu rządzi przyroda. Nie można tu żyć i działać bez zaakceptowania swojego miejsca w łańcuchu pokarmowym. Jesteś myszą albo lwem. Czas sprawdzić, którym z nich, kwituje Sue i wyrusza z chaty ze strzelbą. W każde wyjście wliczone jest ryzyko. - Nie można być myśliwym bez poukładania sobie spraw w głowie, powiada Chip. Co zauważyłam, bohaterowie programu znacząco kończą dzień. Gdy nie udało się złowić ani jednej ryby, a jedynie ustrzelić pardwę, są i tak zadowoleni. Mówią o tym głośno, podsumowują minione godziny: "To był udany dzień, mam przecież kawałek suszonego karibu na kolację. Jutro sprawdzę wędki. Tak, to był dobry dzień. Nie spotkało mnie nic złego. Wiodę tu udane wolne życie, wszystko zależy ode mnie i od Matki Natury". Szczęście to krótki wybuch emocji, za to dobre samopoczucie to styl życia, konkluduje Sue. Słowo Arktyka pochodzi od greckiego arktikos (przy niedźwiedziu). To nawiązanie do gwiazdozbiorów Wielkiej i Małej Niedźwiedzicy, które widać na północnym niebie. Każdy ma swoją Arktykę, często o tym nie wie. Przejęłam styl ludzi mrozu na zamykanie dnia, wyliczam sobie dokonania i sukcesy. Nawet, jeśli był nim sam dzień. Że był. Że kawę zaparzyłam, wyborną, z kardamonem, a nie rozsypałam po drodze i tylko raz weszłam łokciem we framugę. Że rodzina jakoś się trzyma. Że spotkało mnie coś miłego ze strony przyjaciół, że ich mam. Z Elżbietą umawiamy się w Wigilię na wspólne wypatrywanie pierwszej gwiazdki. Daleko od siebie, ale przecież gwiazdka ta sama. Tylko wigilijna noc potrafi zaczarować rzeczywistość, upiększa – zasłaniając mrokiem to, co oczywiste, realne, namacalne – uwydatnia nieoczywistość, akcentuje ją, ukazuje w całej krasie to, co niewidoczne dla oczu: /.../w nocy na płynnej powierzchni łyskają gwiazdy pobladłe,// A woda ma smak zapomniany minionej, straconej młodości.**)

Julita Bielak

.A wieczorem – – w kącie kawiarni, pod plakatem

„Lwowskich Browarów“, słucha się radia. Gra się w karty.

I gdy z radiowego głośnika tryskają głosy świata,

Przychodzą senne myśli o tym, że... myśleć nie warto.

Więc tylko od śmiesznej tęsknoty serce się wydyma,

Gdy zapowiada śpiewne cuda złotousty spiker;

– – Mija felieton. Komunikaty. Odczyt o religii Rzymian,

Aż słodko zabeczy saksofon. Wtedy się oczy przymyka.

I słucha się. Na dworze śnieg pada. Krzywe latarnie

Stoją na rogach uliczek. I skrzypią szyldy zardzewiałe.

Miasteczko śpi. A w gwarnym cieple zadymionej kawiarni

Jazgocze tęskliwie z głośnika „muzyka lekka z Warszawy”.

Stefan Pomer, Radio, Elegie podolskie,**) Księgarnia F. Hoesicka, Warszawa 1931.

Barbara Kiedrowska

.         Rys. Barbara Kiedrowska

*)http://dajprzeczytac.blogspot.com/#!/2018/10/theologie-vegetali-krzysztof-rejmer.html

          Wesołej Gwiazdki - niech będzie to Wenus modro lśniąca, nisko zawieszona nad garbem horyzontu - i dziecęcego zachwytu Świętami życzę. Jak kiedyś, jak dawniej.















04:40, julitczka
Link Komentarze (1) »
czwartek, 29 listopada 2018

jb     Jul

     Równo rok temu w spokojny, słoneczny dzień pożegnaliśmy na Srebrzysku Mamę.

Julita Bielak

Fot. Wojtek Pierunek                                                 

Biegło się z całych sił – no i się dobiegło.
Zbierało cierpliwie – nazbierało się.
Chciało bardzo – kupiło, dostało.
Czy było warto.

     Kryształowe patery, zegary, zdrojowe kubki z dzióbkiem do sączenia wód – Krynica jak malowana, porcelanowa Madame Butterfly pod parasolką, analogowe płyty, w tym ulubiona Wiesława Ochmana, zdjęcia, listy, zawiadomienia o ślubach, dziś w podeszłym wieku albo na tamtym świecie krewnych, buty na okazje w pudełkach, zwiewne szale, róża z tafty.
 - Wyrzucasz mi różowy peniuar, podarowany przez Irenę? – słyszę od mamy, miłośniczki stylu Barbary Cartland.
     Dyskutujemy. Tak, rozumie konieczność meblowego przeorganizowania pokoju, dostosowania przestrzeni do aktualnego stanu zdrowia, zapewnienia bezpieczeństwa. Powinnam jednak uwzględnić potrzebę odbywania podróży sentymentalnych, dokonujace się za pomocą pamiątek.

     Skoro tak, na mamine bibeloty muszę zrobić miejsce u mnie, a też nazbierałam. Pudełka - inkrustowane, zdobione, z laki, brazylijskie motyle na szpilkach, kilka kompletów niewspółgrających ze sobą obrączek do serwetek, obrusy, figurki, krośnieńskie szkło, fajans z Bolesławca, kolekcja dzbanuszków – jest i Belvedere Dresden, filiżanki, tę przywiozłam z Kaliningradu, tamtą – z Michiany. „To dla mnie na piezyne jak się bede zamąż wydawała” - oceniam zbiory zaklęciem Maciusia Skowronka przechodzącego obok skrzyni z pierzem.
     W przedmiotach widzimy siebie, szukamy w nich zadowolenia z osiągnięć. Otaczamy się rzeczami, wrastamy w nie. Dla wygodniejszego życia, przyjęcia gości, podkreślenia statusu, przez hołdowanie modzie, dla wspomnień. Nie stanowią jednakże naszego największego skarbca, oceniani bywamy za dokonania.
     Segregatory, notatki, prace dyplomowe, teczki ważne mniej ważne, zeszyty, filmy, płyty, historia Japonii, Włoch, Gdańska, drewno moje hobby, Kalevala, „A,B,C./najnowsza/Elementarna Szkoła na fortepian, napisał Aleksander Różycki” z przedmową z 1908 roku i stemplem Copyright by Ludomir Różycki i Wanda Bałabuszyńska. Za dużo, nikt już nie gra.
     Tylko pamiętnik ze stroną zapisaną przez Ojca i jego rysunkiem, jako potwierdzenie nieprzemijających wartości, zostaje...

Julita Bielak

Gdańsk, 15 lutego 2013.

     Wpis zamieściłam zatem dawno, dzisiaj, wzbogacony o parę zdań Kattinki, Powsinogi, Ciotuchny, Kanadyjki82, o cały tamten gwar, przypominam:

denevue

     - "Nie wzięte z żadnej książki" - napisał Tata w dedykacji. Tak było. ONI uczyli nas życia z... życia. Piękna opowieść, Juliczko, Ich mądrość i nasze życie pamiętamy również poprzez przedmioty, dlatego tak nam trudno z nimi się rozstać, dlatego chowamy je po szufladach...  Kto to powiedział / napisał (i gdzie?): "Podróżuj bez bagażu, bagaż postarza". Mędrzec i dobry pisarz to zauważył, więc nam pozostaje tylko... uwierzyć. Bardzo piękny wpis i wazna sprawa - obrastania w dobra.
     - Na ogol tego obrastania nie zauwazamy, ale ja mialam wymierna mozliwosc obserwacji tego zjawiska. Jak juz wiecie spedzilam 3 lata w Libii razem z mezem. Moj maz jechal do Libii samochodem, tak samochodem. Przez cale Włochy do Neapolu i tam prom, ktory go przewiozl wraz z samochodem do Tunezji i dalej znow szosa. Jechal sam samochodem, wiec dalam mu sporo potrzebnych rzeczy, z kilkoma garnkami wlacznie. Pozniej przyjechalam ja z dwoma walizkami i tak mieszkalismy rok w umeblowanym mieszkaniu. Po roku dostalismy mieszkanie w osiedlu przy szpitalu i do nowego mieszkania maz jezdzil 11 razy samochodem wozac rozne przedmioty.
. Nowe mieszkanie tez bylo umeblowane, wiec do przeprowadzki nie mozna wliczac mebli. W tyle klamotow, bardzo potrzebnych obroslismy przez rok. Nawet tego nie zauważylam.

     - Juliczko, tak jak piszesz "otaczamy się rzeczami, wrastamy w nie". A one w nas wrastają. I dlatego tak trudno się ich pozbyć, bo wydaje się, że trzeba je z siebie wydzierać, i to boli. Od czasu do czasu postanawiam uporządkować to wszystko, przynajmniej części się pozbyć, bo brak w domu miejsca na rzeczy naprawdę potrzebne. Zakasuję rękawy, buszuję po mieszkaniu, strychu i piwnicy, oglądam te swoje pamiątki i pożal się boże kolekcje, odkładam na różne kupki i... rozpoczęta z szumem akcja kończy się zwykle na poprzekładaniu ich w innych kupkach, wiązkach, stosach, pudłach, koszykach - na inne półki i w inne miejsca. Na następne parę lat. - Wyjeżdzajac na emigracje zabralismy ze soba, z koniecznosci, tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Potem, juz w Kanadzie. dostalismy nasze ksiazki oraz troche zdjec i innych drobiazgow przechowanych przez Rodzicow. Ale ciagle zaluje roznych rzeczy, ktore beztrosko wtedy wyrzycilam, oddalam, czy zostawilam. I ten brak kontynuacji rzeczowej, to jest jedna z cen jakie placimy za emigracje. 

     - Siedzę w Altanie z książką na kolanach - ciekawe, jak wygląda otaczający nas ogród, jeszcze nie spacerowałam po dróżkach. Zafrapowała mnie rozmowa, zmieniające się tematy. Padło już kiedyś pytanie, chyba ze strony Powsinogi, jak nazwać bywalców Altany. Na Qrze, blogu Ewy Marii, posiadywali Qrzanki i Qurzanie...   - Dobre pytanie, Juliczko: jak nazywamy się teraz, my - stali bywalcy Altany? Na pewno jest to dobre miejsce, my już to wiemy. Odpływają smutki, znikają stresy i o ileż tu łatwiej o zdrowe oczyszczające katharsis (nie mylić z katarem, a psik! W Altanie zimą i na przednówku należy opatulić się w ciepły szal, a nogi zawinąć w wełniany pled!). W Altanie pachnie kawa, słychać gwar rozmów. - "Kocyki i wachlarze", Kattinko - pamiętasz wpis Ewy Marii na Qrze, na pewno tak. To jeden z moich ulubionych, nieraz do niego wracam. Tak odkryłam "Starość" Italo Svevo. Może nazwijmy bywalców Altany letnikami; przesiadują w altanie, na werandzie, przechadzają się po ogrodzie pod parasolkami z falbanką. Spoglądają w niebo - będzie burza czy nie będzie. Pan starosta do nas, czy my do pana starosty...

Julita Bielak

     Zapaliłam dzisiaj Mamie różowy znicz.

    

    

 

 

03:37, julitczka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 listopada 2018

Julita Bielak     Jul

     Raventos zajął się nami serdecznie, on i potomek de Sonto oprowadzali nas przez dwa bardzo długie dni. Dni te były takie długie, ponieważ rozciągały się na większą część nocy. Mieli nawet już wtedy samochód, wieźli nas w góry i pokazywali nam wczesne kościoły. Pędziliśmy pod górę a potem na szczęście zjeżdżaliśmy nieco wolniej w dół i mniej więcej co dwie godziny jadaliśmy obiad. Kiedy wreszcie około dziesiątej wieczorem wracaliśmy do Barcelony powiadali, teraz wypijemy aperitif a potem zjemy obiad. Jadanie takiej ilości obiadów było dość męczące ale mimo to byłyśmy bardzo zadowolone.

Gertruda Stein, Autobiografia Alicji B. Toklas, tłum. Mira Michałowska, Alfa Warszawa 1994, str. 163.

     s sieci

     Ołówek panny Warren szalał po papierze. Teraz, gdy pan Savory się rozgadał, miała trochę czasu, aby spokojnie pomyśleć; nie było potrzeby zadawania mu pytań. Kreśliła w notesie bezsensowne, skomplikowane figury, co wyglądało tak, jakby w pośpiechu notowała słowa Savory'ego; zależało jej, aby nie przestał mówić. Bazgrolenie nie przeszkadzało jej jednak w myśleniu.

Graham Greene, Pociąg do Stambułu, tłum. Piotr Kuś, Albatros, Warszawa 2015, str. 90.

Joanna Kraśnicka

          Fot. Joanna Kraśnicka

     Co zapisywać, o czymże marzyć w tę ciemną, zimną listopadową noc? Tylko usiąść i płakać. Kochałam już tyle razy, radio wymyślone, gra. Dynamit mi niepotrzebny. O zapasach na zimę zatem, a raczej o jedzeniu, może jeszcze o katarze. Pod koniec jesieni ofiarą kataru staje się bowiem większość ludzi zamieszkujących w klimacie umiarkowanym.

z sieci

z sieci

 

Nie wiadomo, czy jest to wina niedostatków medycyny czy nosa. Obu ewentualności nie wykluczają na mieście i biadolą, że inne organy naszego ciała nie sprawiają nam kłopotów w sposób tak częsty i dokuczliwy. Porównanie nosa człowieka z nosami innych ssaków, konia, psa czy królika, wskazuje u tych zwierząt prostą drogę powietrza wychodzącego z płuc. Gdy pies kicha, powietrze wydobywa się po linii prostej, oczyszczając zarazem nos. Człowiecze przewody nosowe ewolucja ścieśniła i pokręciła, zmusiła do otwierania ust przy kichaniu. Urozmaiciła też naszą głowę o zatoki przynosowe wypełnione powietrzem. Łatwo ulegają zakażeniom, a co za tym idzie i zapaleniom dającym w efekcie przewlekłe powikłania. Istnieje pogląd, nie pomnę gdzie, że to wykrzywienie przewodów nosowych wynikło przez wieki z ogromnego rozrostu mózgu, który nadał organom głowy kształty odmienne niż u innych ssaków. Stąd krótka linia do sformułowania bezczelnej teorii, że mądrzy częściej i więcej kichają. Do czasu, gdy zmiecie ich z powierzchni ziemi ślepa uliczka ewolucji, a miejsce zajmą mniej lub zgoła bardziej wyspecjalizowane osobniki. Z nosami jak klarnet albo jak flet prosty. Zamażę jednak ten pociągający szkic naszych potomków, wyobraźnię i tak przesłaniają zwizualizowane niedawno przez Dorotę Masłowską błąkające się po Wonderlandzie zasmarkane małpy z kluczem na szyi i krokiem rajstop przy kolanach. Na więcej irracjonalnych szaleństw nie mam w fantazji miejsca.

z sieci

 z sieci

     Zanim medycyna kiedyś da sobie radę z katarem, zanim zakichamy się na śmierć, warto byłoby się posilić. Właśnie posilić, lubię to określenie, nie zjeść, a posilić, ma głębszy sens, usprawiedliwia. Mój niegdysiejszy szef w drodze powrotnej z Veert w Holandii nadrabiał drogi, aby zaczerpnąć sił przy sałatce kartoflanej. Tylko kartoflana, i tylko w Berlinie. Zawsze żałowałam, że nie przychodził mu do głowy Paryż, po śladach Ernesta Hemingwaya moglibyśmy trafić do kultowej Brasserie Lipp.

     Do Lippa był mały kawałek drogi i każda mijana restauracja, którą mój żołądek spostrzegał równie szybko, jak oczy i nos, czyniła z tego spaceru dodatkową przyjemność. W brasserie było mało ludzi i kiedy zasiadłem na ławie pod ścianą, mając za plecami lustro, a przed sobą stolik, i kelner zapytał, czy chciałbym piwa, poprosiłem o distingue, duży szklany kufel litrowy, i o sałatkę z kartofli. Piwo było bardzo zimne i wyborne w smaku. Pommes a l'huile były jędrne, zamarynowane, a oliwa przepyszna. Posypałem kartofle czarnym pieprzem i namoczyłem chleb w oliwie. Po pierwszym, obfitym hauście piwa piłem i jadłem bardzo powoli. Wytarłem chlebem wszystką oliwę i sos i popijałem z wolna piwo, aż zaczęło tracić swój chłód, a wtedy je dokończyłem.

Ernest Hemingway, Ruchome święto, tłum. Bronisław Zieliński, Czytelnik, Warszawa 1966.

     Niebezpiecznie jest czytać Hemingwaya nocą, niebezpiecznie jest kartkować książki kucharskie, także tę wieloletniej towarzyszki życia Gertrudy Stein. Przepisy zawarte w "Książce kucharskiej Alicji B. Toklas", Amerykanki polskiego pochodzenia, noszą w sobie cały gastronomiczny świat i własny smak Alicji.  Bywają trudne, czasami dyskusyjne. Zapisałam kiedyś recepturę sałatki, czy robiłam, pewnie tak. Wyłania się z zamglonego zaoknia z karteczką "zjedz mnie". Nawet co dwie godziny albo gdy sił nie staje. Ziemniaki ugotuję na parze w mundurkach, jeszcze ciepłe obrane i pokrojone w talarki wrzucę do miski z sosem skomponowanym z musztardy francuskiej, pieprzu, estragonu, pietruszki, trybuli, szczypiorku, zmiksowanego solonego śledzia, startego jabłka oraz bulionu, najlepiej wołowego. Wymieszam, odstawię na parę godzin. Może coś mi przypomni. Prowadzona słowami Johna Ashberry'ego: "gdy raz mieszkało się w Paryżu, nie można mieszkać nigdzie indziej, nawet w Paryżu", nie przywiązuję się do nadziei.

     Stanął przed nami i wyrecytował: "Pip ma zostać wychowany na dżentelmena, innymi słowy na młodzieńca o wielkich nadziejach". Usłyszeliśmy w tych słowach Dickensa. Poczuliśmy przypływ radości. Na brodatej twarzy pana Wattsa pojawił się szeroki uśmiech. Wyciągnął na powierzchnię nienaruszony fragment. Słowo w słowo. Dokładnie tak, jak je napisał pan Dickens, a nie w postaci naszych na wpół zapamiętanych, na wpół zrekonstruowanych fragmentów. Rozejrzał się po naszych zachwyconych twarzach.

Lloyd Jones, Pan Pip, tłum. Jacek Konieczny, WAB Warszawa, str. 140. 

z sieci

Deszcz stracił na sile, padał

coraz słabiej, niemal

przepraszająco, aż wreszcie ustał,

jakby pogoda przyznawała,

że właściwie sama nie wie,

co w nią wstąpiło.

"Kiedy odszedłeś", Jojo Moyes.

    

 

 

 

    

02:37, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 31 października 2018

jb     Jul

Korf wynalazł dziennonocną lampę,
która, jeśli tylko ją zapalić,
nawet najjaśniejszy dzień
w noc zamienia.

Kiedy ją przedstawił na uczonym
forum, nikt rzeczywiście
znający się na rzeczy nie omieszkał
spostrzec, że chodzi tu -

(ciemność zapadła w samym środku dnia,
zgiełk aplauzu gromko przetoczył się po sali,
aż zawołano na woźnego:
"Zapalić światło") - że chodzi tu

o fakt: że wynaleziona lampa
naprawdę, jeśli tylko ją zapalić,
nawet najjaśniejszy dzień
w noc zamienia.

Christian Morgenstern, Dziennonocna lampa, Jak to między czasami, tłum. Teresa Kowalska.

Art

          Fot. Art is a way of survival/Fb

     W snach zanika poczucie czasu, nie ma przeszłości, więc zanika także "ja". Dlatego uciekałem w sny. [...] Kiedy człowiek się dobrze bawi, podobno zapomina o czasie i tym samym o sobie. Podobnie było z moją ucieczką w książki, stopniowo to zrozumiałem - to sposób, aby "ja" i czas uległy zawieszeniu.

     Szczególnie ujęła mnie myśl, że śmierć nie ma nic wspólnego z "ja", ono bowiem w ostatnich chwilach człowieka już się rozpłynęło wraz z całym światem pozorów, który wokół siebie wzniosło.

Carl-Henning Wijkmark, Nadchodzi noc, tłum. Jan Rost, Czarne, Wołowiec 2010, str. 35 i 80.

z sieci

          Na zdjęciu(Fb) - autentyczny nagrobek gdzieś w Meksyku: Tu spoczywa Juan Garcia, który zapałką chciał sprawdzić, czy jest gaz. I był.  

     Napisał do mnie pewien poeta: "Gdy mam dobry nastrój (może o tym wspominałem), wpisując
nekrologi do gazety liczę średnią lat nieboszczyków. Wychodzi różnie. W tym tygodni 81. Więc przede mną jeszcze 14 lat. Może coś uda się zrobić? Chociaż pisząc w tym samym tygodniu tekst na stronę medyczną, przekonuję się, że w każdej chwili grozi mi wiele sytuacji tyleż wyrafinowanych, co ostatecznych. Wydawca lokalnej gazety - uwierz mi - nie ma łatwego życia..."

Joanna Kraśnicka

Fot. Joanna Kraśnicka

bal                     Fot. Ilse Bing, Bal de la Couture, Paryż 1931.

     Grace Adams

      Zakończył zdanie trzema kropkami, kłopotem dla mnie, bo gdzie postawię swoją kropkę? W odpowiedzi, gdy pytał o mamę? Przez długie tygodnie uczestniczyłam w smutnym, po coś mi danym, misterium śmierci. Mama nie jadła, prawie nie piła, podawano jej jedynie kroplówki. Umierała, śmierć co dnia ukazywała inne, nowe oblicze, zastygała w rysach. Położyłam kiedyś dłoń na jej czole, wzdrygnęła się, na twarzy pojawił się grymas, nie chciała. Jak ranne zwierzę, które czuje lęk przed wyciągniętą ręką, bo choć ta niesie pocieszenie, to i niepokój równy bólowi. Trudno po takich chwilach zanurzyć się w ulicę, mierzyć ze spojrzeniami mijanych ludzi, prostować plecy. Nagła tragiczna śmierć jest straszna, ale powolne umieranie przez miesiące, tygodnie też przeraża. Świadomością przypadkowości życia, które jest jak ruletka, co się komu trafi, choć w poczuciu wyjątkowości nie lubimy się do tego przyznawać. Trwogą ponurego filmu wyświetlanego w zwolnionym tempie, kadr po kadrze, emocją po emocji. Przymusem przeistaczania się, przekraczania bariery do codzienności, obowiązków, zwyklych spraw. Czasami brakowało mocy. Pewnego październikowego dnia - zima jak tego roku spadła nagle - gdy wieczorem wracałam od mamy, wysiadłam z dwa dwa siedem w trampkach prosto w śnieg, ślisko. Niezdarnie brnęłam do domu krok za kroczkiem. Przedtem przemokłam, zmarzłam, dygotalam. Z bezsilności rozpłakałam się w głos, jakiś pan zapytał: "Czy wszystko w porządku?"

     Nie wiem, czy wszystko było, czy jest w porządku. Pewnie nigdy tego nie ocenię. Odchodzą. Odchodzą ludzie-postacie piękni tajemnicą przemijania. Żal. Wraz z nimi odchodzimy i my, jakaś znacząca część nas zawarta w tamtym człowieku.

Julita Bielak           Powrót z niedzielnego spaceru, brukowana ulica i piaszczysta ścieżka, niosę leśne kwiaty.  Ojciec, Baśka, Mama już odeszli w nieprzewidzianym porządku. 

Moi zmarli ...
śmieją się w kułak
z mych jeszcze
ziemskich trosk.

Moi zmarli
proszą o tak niewiele:
- Omieć mi liście z
czoła,
uładź kamień,
ogień mi zapal,
jak pod
kuchnią.
- Masz tu pszenicy, tato,
zjedz, jeśli jesteś
gołębiem.
A kuchni, to ja nie mam.
- Ty kuchni nie masz? Ni
okna? Ni słoja?
- Dostałam dwóję z gospodarstwa.
Może
się u was spiszę lepiej.

- Nie ma obawy, córeczko.
Śmierci nie można nie umieć.

*

Agnieszka Osiecka, Dziennik ucznia.





 

 

04:10, julitczka
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 października 2018

jb     Jul

     Jesienią północna Fryzja tonie we mgle. Kontury się zacierają, brunatne liście są tak nasiąknięte
wilgocią, że przestają szeleścić. Wilgoć wnika w mury domów, przenika do szpiku kości. A jeśli zdarzy się cieplejszy dzień, to noc będzie tym bardziej zamglona, a ranek wstanie w białych oparach.

     jb                  Na zdjęciu - październikowa jubilatka. Haluś, poradzisz sobie, potrafisz latać!

     To miał być październik przytulony do wspomnień, zasnuty pajęczyną mgły, mżawką i refleksją. Urodzinowymi okrągłymi życzeniami słanymi za ocean przyjaciółce: "A pamiętasz, jak...". Nostalgicznymi obchodami złotych godów brata i bratowej, tylko jacyś bardzo starsi ludzie świętują podobne rocznice, bezlitosny czas i mnie wśród nich już umieścił? Kiedy? Rozmyślam przycinając i malując rozkładaną ozdobną kartkę, z której na fecie posypie się konfetti i rozlegną dźwięki spatynowanej piosenki. Laurkę ozdobi złoty medal zasługi dla Krysi, że tyle z Andrzejem wytrzymała. Mieszkałam z nim pod jednym dachem zaledwie paręnaście lat, nie było łatwo. - Eksperyment mamusi, wychowanica Makarenki - rzucał w przestrzeń, mijając mnie. Ale i wystrugał bardzo ładne, cytrynowe niczym stolik Barnesa, biurko z otwieranym na zawiasach blatem i skrytką zamykaną kluczykiem. Trzymałam w niej listy. Październik miał być też powrotem do filmów Bergmana - który to już raz - na trzecią rocznicę premiery "Księżyca myśliwych".  Wreszcie usprawiedliwionym poczuciem bezkarności przy kolejnej cząstce czekolady, przecież pada. Będę miała znów wakacje z deszczem - jazzowała Ludmiła Jakubczak.

jb

          Złoci Andrzej i Krystyna.

     Stało się inaczej. Słoneczna, wręcz letnia aura wyganiała z domu, wręczała kijki i nakazywała iść przed siebie. Pozwalała na zabieranie ze sobą książki, a nuż przydarzy się jazda autobusem. Albo odpoczynek na ławce, lektura go wytłumaczy. Giuseppe Tomasi di Lampedusa nigdy nie opuszczał domu inaczej, jak z Szekspirem w torbie, który pocieszałby go w razie jakiegoś niemiłego wydarzenia. Szekspir jako lekarstwo na świat, wierzę w skuteczność terapeutycznego oddziaływania literatury. Spacerowałam zatem, czasami czytałam. Czas płynął równie prędko jak w dzieciństwie, gdy biega się raz tu, raz tam, robi się to jedno, to drugie. tymczasem słońce zachodzi i nagle człowiek staje wśród zmierzchu: już siódma, niemożliwe! Nocami wyrywałam krótkie chwile na westchnienie. Kierowałam myśli ku tamtym dniom, gdy na blogu Ewy Marii pojawił się wpis o lądowaniu pierwszego człowieka na Księżycu z jakże znaczącym zdaniem: "Była druga w nocy". http://ewamaria030qra.blox.pl/2012/10/Nowy-Swiat-i-okolice.html.

jb

          Odprowadziłam Ewę Marię skrótem przez las.

     Była druga w nocy, owa godzina między nadzieją a strachem, gdy psy już dawno umilkły uśpione i tylko wilcze oczy płoną w ciemności. Trudno wtedy odróżnić przyjaciela od wroga, zaciera się granica między tym, co znajome i bezpieczne, a tym, co nieznane i obce. To był początek. Zawsze jest jakiś początek.

jb          Małgosia Sury i Tomek Wawer, czyli Koło Naukowe Antropologów Literaury i Massolit.

    Tekst Ewy Marii „Nowy świat i jego okolice” wszedł do naszej książki w całości jako Prolog. Była druga w nocy… To był początek (dla istot bezsennych jakże znamienny). Bo zawsze jest jakiś początek.
Żeby się dowiedzieć, co działo się potem, musiałyśmy napisać po 800 maili każda i 500 stron "Księżyca". Zajęło nam to dwa lata.

jb 1/

jb

jbOpowiadanie "Kongo na Kubusia Puchatka" Janusz Głowacki zaczyna od słów: "Dwadzieścia po ósmej". Jest "Trzy minuty po trzeciej" Teodora Parnickiego. W zapiskach do autobiografii" Władysława Tatarkiewicza, rozważającego o czasie astronomicznym i
tym rzeczywistym, czytamy: "Dobrze i szczęśliwie może też być w listopadzie". Dorota Masłowska w felietonie "Co można kupić sobie w listopadzie" nie daje innej podpowiedzi, niż pastylki zabarwione na różne kolory. pogrzeb, grób i piasek. A w październiku? Tekst na literackim blogu Ewy Marii ze zdaniem: "Była druga w nocy", wywołał serię skojarzeń. Vargtimmen, godzina wilka; ginie najwięcej ludzi i najwięcej ich się rodzi. We śnie najczęściej nachodzą nas koszmary, a kiedy się budzimy, ogarnia nas trwoga. Czas przed świtem, przed powrotem słońca, według wierzeń ludowych to najtrudniejsza część doby. W świetle księżyca zatarte kontury nie pozwalają na odróżnienie psa od wilka. Wroga od przyjaciela. Mówią o tym Francuzi, Anglicy, jest łacińskie przysłowie, film Bergmana oraz koreański "Time Between Dog and Wolf". I piosenka De Mono. Biorąc pod uwagę naszą, Katarzyny i moją, niechęć do spotkań "po nic" i rozmów o niczym (kot jest fałszywy, jagody zdrowe, niedziela - palmowa), nadałyśmy drugiej w nocy nowy wymiar. Elegancko powędrowałyśmy między rzeczywistościami.

     Elegancko i ze smakiem.

jb

     Od lat towarzyszy mi "Smakosz", magazyn kulinarny redagowany przez Przekrojowego redaktora Jana Kalkowskiego, autora kultowego Jednego dania. Przetrwał przeprowadzkowe pożogi. Numer pierwszy, pierwszy i ostatni, jedyny. Zachowałam, bo następny się nie ukazał, nie zdążył. A w numerze: "Pan Tadeusz" od kuchni, narodziny tortu Sachera, biografia autora "Fizjologii smaku", pocztówki z Włoch, Nowego Jorku, Krakowa i jak jeść pałeczkami. Wiersz Ludwika Jerzego Kerna, zwierzenia prywatnego restauratora, a także przepisy na kurczęta oraz na pasztet z zająca, jeśli ktoś popiera polowania, same frykasy.

     /.../lokaje, w zieleni i złocie liberii, w bieli upudrowanych włosów, wnieśli ogromne srebrne półmiski, na których piętrzyły się piramidy makaronu. Widok tych monumentalnych zapiekanek usprawiedliwiał w całej pełni okrzyki podziwu. Przyrumieniona na złoty kolor powierzchnia ciasta i bijący w nozdrza słodkawy aromat cynamonu stanowiły tylko preludium do delicji ukrywających się w środku; gdy nóż przecinał chrupiącą powłokę, najpierw dobywała się ze środka wonna para, a potem dopiero ukazywały się kurze wątróbki, cienkie plasterki jajek na twardo, szynki, kawałki pulardy i trufle zagłębione w tłustej, gorącej masie nitek makaronu, któremu esencjonalny sos mięsny nadawał ponętny kolor brunatnego zamszu. 

     Początek posiłku upływał, jak zwykle na prowincji, w milczeniu.

*Giuseppe Tomasi di Lampedusa, "Lampart".

     Zmysłowy opis może oddawać wyobrażenia smaku pocałunków, może też budzić kontrowersje, na ile tłusty makaron miewa dar przenoszenia w stan ekstazy.  "Tancredi szybko przeszedł do przekonania, że ten eksperyment jest w złym guście i zaniechał go, rezerwując sobie powrót do tych marzeń przy deserze".*

     Coś słodkiego wybrałam z "Pikniku w Prowansji" Elizabeth Bard, na razie wybrałam, jeszcze nie piekłam. Przyda się na Halloween. Jest to przepis, który niejaka Mary McCollough z Burlington w Massachussetts - niech wejdzie do historii - nadesłała w 1996 roku do listopadowego numeru magazynu "Bon Appettit" do rubryki: "Wymieńmy się przepisami". Wymieńmy się zatem w skrócie. Na spód ciasta wykorzystujemy półtorej szklanki pokruszonych imbirowych herbatników, 1/4 szklanki mielonych pekanów i 1/4 szklanki topionego masła. Mieszamy, masą wykładamy tortownicę o średnicy 23 cm, chłodzimy. Wypełnienie uzyskamy z upieczonej i przepuszczonej przez praskę około dwukilowej dyni, 700 g serka, szklanki brązowego cukru, imbiru, cynamonu, po szczypcie gałki muszkatołowej i goździków, laski wanilii, trzech jajek. Blendujemy ser z cukrem, dynią i przyprawami. Dodajemy po jednym jajku, za każdym razem starannie ucierając. Wlewamy do tortownicy, pieczemy godzinę i 15 minut. Na złoto. Czekamy aż wystygnie, nakładamy sobie spory kawałek na talerzyk, chwytamy w połowie trzonka widelczyk. Teraz można nas przestraszyć.

1/ Na zdjęciu widnieją: Wojciech Bonowicz, Monika Skowron, Dorota Gruszka, Karolina Macios, Katarzyna, ja i Księgarnia Pod Globusem w Krakowie.

Cytaty pochodzą s książki Katarzyny Krenz i Julity Bielak "Księżyc myśliwych",  Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2015. W tekście wykorzystano tez fragmenty wywiadów przeprowadzonych przez Marcina Wilka i Magdalenę Stępień. 

     







     

     

 

 

 

 

    

    

czwartek, 27 września 2018

jb     Jul

     Pilcher House, 18 lutego 1986.

     Szanowny Panie Doktorze Barnes (pisze to stara kobieta, prawie osiemdziesiąt jeden lat), zwykle czytam poważne DZIEŁA, natomiast jeśli chodzi o lekką lekturę do poduszki, sprawa w moim domu starców (widzi Pan, jestem tu stosunkowo od niedawna) wygląda tak, że regularnie z Czerwonego Krzyża dostajemy sporo "powieści". O czym są? Na przykład o szpakowatym chirurgu z bujną czupryną, niezrozumianym przez żonę, a najlepiej wdowcu, i ponętnej pielęgniarce, która podczas amputacji podaje mu piłę. Nawet w tych zamierzchłych czasach, kiedy miałam prawo być podatna na tego typu bajdy, wolałam czytać Darwina "O tworzeniu się gleby w następstwie działania dżdżownic". Pomyślałam więc, że lepiej pójdę do "bibloteki" (jak mówiła pewna mała dziewczynka) publicznej i zacznę systematycznie czytać powieści, poczynając od "A". Okazało się, że te pierwsze były głównie o chodzeniu do pubów i damskich biustach, więc szybko przeszłam dalej.

Julian Barnes, Cytrynowy stolik, tłum. Joanna Puchalska, Świat Książki 2013, str. 143.

z sieci

Fot. Paolo Corrdadini

jb

 z sieci

     Jesień czekała za drzwiami, niecierpliwiła się, przestępowała z deszczowej nogi na wietrzną. Wreszcie wpadła z furią, ale jak! Pogodowi nadwrażliwcy do dzisiaj szukają głowy po kątach. Niby meteopatia nie jest chorobą ani nawet przypadłością medyczną, ale potrafi dokuczyć: rozdrażnić, wybudzić, rozboleć. Umownie, na co nie przywołam żadnych autorytetów naukowych, zaliczana jest do hipochondrii, ta zaś - do zespołu nerwic. Czyli zasię choroba. Upierałabym się jednak przy czystej fizjologii, przy budowie błon komórkowych, jonizacji powietrza i mechanizmie reakcji organizmu, może i ewolucji, gdyby chciałoby mi się tego szukać. Ale nie chce. Przez nasz kraj położony na styku dwóch klimatów: kontynentalnego i atlantyckiego przechodzi rocznie 140 frontów atmosferycznych wywołujących zmiany aury. Jedną z nich, zapadaną i zawianą w chłodzie, przyniósł w darze pierwszy dzień jesieni. Przemeblował moje "poczytam" z mdlejących w upale, poplątanych narracji na subtelne opowiadania Barnesa. Z powieści na "A" przeszłam do "B". Nie, jeszcze nie Cioran (Życie przestaje być koszmarem, gdy człowiek powie sobie: „Mogę się zabić, kiedy tylko zechcę”), jeszcze nie czas. Do uroku smutku urastającego do miana wyższej godności też jeszcze nie dotarłam, na Sorena Kierkegaarda - "Czy to zrobisz, czy nie zrobisz, będziesz i tego, i tego żałował*" - rezerwuję sobie listopad. Na razie trwam przy najbardziej jesiennym ze wszystkich poetów, przy Georgu Traklu. Dla niego jesień trwa cały rok - nie jest stanem pogody, lecz stanem ducha. Przemijanie, rozkład, fizjologiczność naszych ciał, ale i całej przyrody napełnia go melancholią. Jesień, śmierć i apokalipsa na jednej nucie. Piękne!

Wrześniowy wieczór; smutno brzmią ciemne wołania pasterzy
Przez zmierzchającą wieś; ogień pryska w kuźni.
Staje dęba czarny koń; hiacyntowe loki dziewczyny
Łowią żądzę jego purpurowych chrapów.
Cicho zastyga na skraju lasu krzyk sarny
I żółte kwiaty jesieni
Chylą się niemo nad modrym obliczem stawu.
W czerwonym ogniu spłonęło drzewo; wzlatują nietoperze
                                                      z ciemnymi pyszczkami.

Georg Trakl, Pejzaż, tłum. Andrzej Lam

jb

z sieci

                                  Fot. Charles Spencelayh

     jbPoeci zazwyczaj nie jadają. Może czasem czegoś się napiją. Niewrażliwi na jedzenie mimo wszystko je dostrzegają, o czym znienacka w wierszach sygnalizują: "Słodka woń jabłek", "Pachną jabłka na komodzie", "Owoce głucho, miękko padają z jabłoni". Stąd tylko krok do szarlotki, pomocnej - tak uważam - zarówno w chorobie meteotropowej, jak i jesiennej depresji. Choć Trakl, jeśli już, wolałby pewnie strudel. Przydadzą się też jabłka posypane cukrem, skropione pejsachówką lub śliwowicą i na maśle usmażone w cieście z mąki, jajka i mleka.

jb

     Choć ja ponad wszystko przedkładam proste jabłko pieczone z orzechem i cynamonem. Kruche ciasto z szarlotki i tak zawsze zostawiam na talerzyku. Znikają natomiast powidła w każdej postaci, do zrobienia których - tych ze wspomnień mojej mamy - potrzebne są następujące rzeczy: sad ze śliwkami węgierkami, pogoda w kwietniu lub w maju, gdy śliwy kwitną, pogoda w sierpniu i wrześniu, gdy śliwki dojrzewają, drabina, facet, który lubi się wspinać na drzewa  i odróżnia śliwkę robaczywą od nierobaczywej, duży sagan, kuchnia węglowa, kopyść do mieszania i dużo cierpliwości. Potem to już głupstwo. Śliwki należy przekrajać, usunąć pestki, wybierać tylko bardzo dojrzałe owoce. Wrzucić do garnka i postawić najpierw na ostrym ogniu, puszczą sok. Nie wolno dokładać śliwek, tylko te, co są. W miarę gotowania zmniejszyć ogień na tyle, aby masa tylko z lekka sympatycznie perkotała. No i przez dwa dni po minimum osiem godzin mieszać, i mieszać ad finitum. W połowie smażenia dodać cukier, jeśli chcemy przechowywać powidła aż do zimy. Co z reguły się nie udaje, szczególnie w domach, w których często bywają goście. Moich powideł nie słodzę wcale, dodaję jedynie goździki, laska wanilii też jest przyjemnym wariantem. A ten zapach! Stygnąć powinny powoli, najlepiej na blasze wygasłej kuchni węglowej, nieosiągalne marzenie. Takie krótkie życie i takie pogmatwane niczym układ gwiazd na niebie w środku zimowej nocy, a ja wymyślam sobie kuchnię węglową, jakby mało mi było emocji.

     Wieje kolejny dzień. Wieje nocą. Przewiało mnie do "M".

     Nastrój mi się poprawiał, wracałem do lektury powieści czy jakiegoś nieszkodliwego czasopisma (zabroniłem sobie czytania gazet i słuchania wiadomości radiowych. Za każdym razem, idą do kina, dbałem o to, by wejść po skończeniu kroniki). Byle tylko nie dowiedzieć się niczego o losach świata. Nie pogłębiać tego strachu, tego przeczucia nieuchronnej katastrofy. Interesować się wyłącznie sprawami neutralnymi: modą, literaturą, kinem, musicalem. Wyciągnąć się na wielkim leżaku, zamknąć oczy, odprężyć się, zwłaszcza się odprężyć. Zapomnieć.

Patrick Modiano, Willa Triste, tłum. Joanna Polachowska, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2014, str.23.

     Mimo to czuję się podejrzana, winna, dziwna. Zostaję jednak długo i spaceruję po całej księgarni. Trochę to przerażające, jest tam tyle książek. Tak już mam, że zawsze zatrzymuję się przy książkach, które na różne sposoby doradzają czytelnikom, w jaki sposób osiągnąć szczęście, a przynajmniej spokój. Nie masz pojęcia - a może masz - ile ich jest. Nie mówię tego z pogardą. Uważam, że powinnam je czytać, choćby niektóre, ale potrafię jedynie się na nie gapić w osłupieniu.

Alice Munro, Coś, o czym chciałam ci powiedzieć, tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2017,str.149.

    Niekiedy we trójkę bawili się w pewną grę, którą Barbara wynalazła albo skądś przejęła. Gra nazywała się "Jabłka i pomarańcze" i była bardzo przydatna  czasie podróży samochodem, bo dawała dzieciom zajęcie. Polegała na dokonywaniu wyborów, od najłatwiejszych do najbardziej kłopotliwych. Zaczynało się od pytań podstawowych w rodzaju: "Masło orzechowe czy owsianka?". I dalej: "Masło orzechowe czy mus jabłkowy?", co było już trudniejsze. Naprawdę niełatwo było wybierać pomiędzy rzeczami , które się lubi, albo takimi, których się nie znosi. A pewne elementy ciężko było nieraz ze sobą porównać. W tej grze nie było zwycięzców. Cała przyjemność polegała na wymyślaniu jak najbardziej męczących wyborów i dokonywaniu ich. Zabawa dobiegała końca wtedy, gdy ktoś z grających krzyknął: "Rezygnuję! Nie mogę już tego znieść. Co za głupia gra. Nie chce mi się już niczego wymyślać!".

Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, tłum. Agnieszka Kuc, Wyd. Literackie Kraków 2013, str. 209.

*Soren Kierkegaard, Albo, albo, PWN, Warszawa 1982, str. 41.

04:18, julitczka
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 września 2018

jb     Jul

/.../ co było marzone, to już raczej nie.

zasypiamy głodni, budzimy się z trwogą.

nowe wersje końca podgrzewają grę: /.../

Julia Fiedorczuk, Psalm XIII, Psalmy. 1/

     Znieruchomiał przed szafą i z przechyloną na bok głową, patrzył z zachwytem na książki, jak głodne dziecko na talerz z ciastkami. Wyższa od niego o pół głowy Sonieczka stała z tyłu i była równie podniecona jak on. Obrócił się wreszcie w jej stronę, ucałował jej szczupłą dłoń i powiedział głosem niskim i wibrującym jak światło kwarcówki z okresu zakatarzonego dzieciństwa: - Niesamowite... Nie wierzę własnym oczom... Montaigne... Pascal... - i dodał z westchnieniem , trzymając ją za rękę: - I nawet w wydaniu elsevirowskim... - Tu jest dziewięć elsevirów - dumnie skinęła głową rozczulona Sonieczka, która miała całe księgoznawstwo w małym paluszku, a on dziwnie spojrzał na nią z dołu w górę, ale wyglądało to tak, jakby patrzył z góry w dół.

Ludmiła Ulicka, Sonieczka, tłum. Rita Bartosik, Philip Wilson KIP 2004.

     Ale potem powstały, jak mi się zdaje, biblioteki, które miały uniemożliwić czytanie, ukryć, chronić książki. Naturalnie te biblioteki miały także umożliwić odnajdywanie. Zawsze zadziwia nas, z jaką zręcznością piętnastowieczni humaniści odnajdywali zagubione manuskrypty. Gdzie je odnajdywali? W bibliotece. W bibliotekach, które służyły częściowo do ukrywania, ale również umożliwiały odnajdywanie.

Umberto Eco, O bibliotece, tłum. Adam Szymanowski, Świat Książki 2007.

biblio cave

Fot. Biblio Cave

z sieci

     Napisał do mnie pewien poeta: "/.../może jakiegoś wspólnego spotkania. Może na przykład pójścia razem na >Żywioły maski< na Placu Zdrojowym, gdzie moglibyśmy przyglądać się Malczewskiemu, Stryjeńskiej, Wyspiańskiemu, Boznańskiej, Cybisowi. Na przykład..., choć - widać na razie - nie jest nam to dane. Ale w przyszłych latach, gdy wiatry umilkną, nastaną chwile wytchnienia i nic nie będzie prześladować. Byle bym nie był o lasce. Szansa jest i powinniśmy w nią wierzyć, a nawet do niej dążyć".

jb

          Dedykacja z elementami kolażu na stronach przedtytułowej tomu Wszelki wypadek (1972). Po słowach "osobistym wyznaniem" strzałka wskazująca na wycięty z noweli Elizy Orzeszkowej Anastazja i wklejony do dedykacji fragment początkowego rozdziału: Kochany Wspaniały Frąckowiaku! Przyjmij tę książeczkę wraz z osobistym wyznaniem, które zrodziło się z tęsknoty za Tobą. Nie odpisuj mi, tylko kiedy będziesz znów w Krakowie, to zadzwoń do osoby, która jest Twoją wielbicielką. Nr tel. 34 347. Wisława maj, 72.

Wisława Szymborska, Zbigniew Herbert, Jacyś złośliwi bogowie zakpili z nas okrutnie, korespondencja 1955-1996, opracowanie edytorskie Ryszard Krynicki, Wydawnictwo a5, 2018. 

catherine denevue

Fot. Dean Loomis, Catherine Denevue 1961.

z sieci

     - Ależ od dawna jesteśmy o lasce - zakrzyknęłam rezolutnie, ja - na pewno. Nie dalej jak wczoraj towarzyszyły mi laskarskie emocje związane z wizytą u kardiologa i próbą wysiłkową. Do papierosów, mimo że od stóp do głów zlałam się Portofino i wypiłam pół butelki płynu do płukania ust - autobus szalał z zachwytu - niepytana przyznałam się na wejściu. - Nikotyna? Po co pani nikotyna! Jakieś zioło to rozumiem. Jak pani znajdzie dobre, to proszę i dla mnie przynieść. Nie podjęłam próby uśmiechu, sponiewierana weszłam na bieżnię. Pojawiła się pielęgniarka. - Doktorze, pan jej przyspieszy, będzie nam tak szła do jutra. - Biega pani maratony? - zapytał lekarz, bo ciśnienie ani drgnęło. Na granicy majaczenia bąknęłam coś o siłowni. Przemilczałam, że gibąsam, jak mawia Kapelusznik, salsation. Z przyklejonymi elektrodami, niedoubrana czułam się na wystarczająco straconej pozycji. Zawsze za mała albo za duża. - Pali papierosy, wstyd! - lekarz zakręcił się na krześle w stronę pielęgniarki. - Wstydzę się, doktorze, dlatego palę tylko w nocy. Bieżnia przyspieszyła, spoglądałam na siebie z boku, żałosny był to widok. - Źle pani sypia? - dociekała pielęgniarka - to iść do psychiatry, niech zapisze coś na sen. ("Próbujesz uczyć mnie latać, ja latam nieco inaczej, możesz się trochę przestraszyć"). - Nie chcę spać, chcę nocą czytać, pisać i pić herbatę. Woli pani noc? -  zainteresował się kardiolog. - Noc jest dobra, nie popycha, nie angażuje. Nocą cichnie wiatr. To co bolało, boli mniej. - Zmęczona umiarkowanie - zawyrokował pan doktor F. i wrócił do Onet Info.

Z ulgą opuściłam gabinet.

jb

          ... że w Maximusie gibąsam salsation, przemilczałam.

     Podejrzewam, że świat jest nie tylko dziwniejszy niż sądzimy, ale dziwniejszy niż możemy sądzić. Mogłabym teraz pójść dalej tym tropem i zagłębić się w rozważania. Prowadzić, jak w przeniesionych na deski teatru "Rosyjskich konfiturach" Ludmiły Ulickiej, niekończące się rozmowy o życiu. Trwać w poszukiwaniach czegoś utraconego - czasu, ludzkich relacji, nadziei, iluzji. Zastanawiać się, czy więcej w życiu zyskujemy, czy gubimy. Jak w bibliotece - ukrywamy czy odnajdujemy. Wydajemy bogato czy potocznie, podręcznie. Ale ja tam, do poradni sercowej, jutro wracam. Pozostaję więc, żeby się nie zgubić, nastrojona jej atmosferą. Dalece. Miasto, przystanek autobusowy przy jednej z głównych ulic. Podchodzi pani, przygląda mi się intensywnie, pyta: - Haszło? - Czerwony Kapturek - odpowiadam spokojnie, bo ludzie są wprawdzie różni, lecz wszyscy pragną akceptacji. Jednak panią to płoszy, odsuwa się, udaje, że grzebie w torebce, właśnie tak - że grzebie. I wtedy nadjeżdża "H".

z sieci

*/Tsundoku (z japońskiego) - kupujesz kolejne tomy po to, aby je przeczytać, a nie zbierać, jednak wciąż brakuje ci czasu na lekturę. Podobno, nie sprawdzałam, ładnie brzmi po prostu.

1/ Recenzja Kingi Młynarskiej - dziękuję za Psalmy, piękne i równie pięknie przez Fundację na rzecz Kultury i Edukacji wydane - tutaj: http://dajprzeczytac.blogspot.com/search/label/Fiedorczuk#!/2018/05/ksiazki-poetyckie-nominowane-do-nagrody.html

    

 

 

 

02:19, julitczka
Link Dodaj komentarz »
piątek, 31 sierpnia 2018

Julita Bielak     Jul

     Frycek, bo tak go odtąd nazywano, został. Pracował jako parobek u Sztulmowskiego, choć uporczywie milczał. Wykonywał polecenia, więc rozumiał, ale nie odzywał się wcale. Ani po polsku, ani po niemiecku. Nie dostawał pieniędzy, tylko jedzenie i dach nad głową. Mieszkał w komórce w stajni. Miał tam małe okienko, legowisko ze starych sienników, skrzynię z nutami przyniesionymi z domu pani Berg, a pod deskami w podłodze skrytkę na skrzypce. Grał w lesie. Ukrywał swój skarb. Nikt nie mógł wiedzieć, gdzie jest instrument.

Aida Amer, Kroniki z życia ptaków i ludzi, Nasza Księgarnia 2017.

Peter Tumlay

Fot. Peter Turnley

Irvin Klein

                    Fot. Irvin Klein

Cartier BressonW domu na półce stało trzytomowe wydanie nagrodzonej Noblem "Sagi rodu Forsyte'ów" Johna Galsworthy'ego, czytałam nie raz. Warstwa po warstwie budowałam trwały obraz dziejów trzech pokoleń zamożnej angielskiej rodziny, widziałam też słynną telewizyjną adaptację dzieła zrealizowaną w 1967 roku przez BBC; ach ten Soames, Irene, jak mogła! Biurko stało przy oknie, zawsze czytam przy biurku. Przez lata towarzyszył mi ten sam widok podwórza-studni szarej kamienicy doktorostwa Hanischów, jakaś szopa, gołębnik, pralnia. I ta sama postać drobnej starszej pani odzianej bez względu na porę roku w czarny płaszcz, na głowie niewielki kapelusz. Schodziła po drewnianych stromych schodach gospodarczego zabudowania, tam mieszkała samotnie. - Ta Niemka - mówili o niej ludzie. Teraz już nie wiem, dlaczego została w małym poznańskim miasteczku, nie wyjechała. Może i znałam kiedyś jej historię, uleciała. A może nikt nic o niej nie wiedział. Jak nie potrafię rysować, naszkicowałabym to brzydkie podwórze, tamte schody, sylwetkę starej kobiety, i płaszcz, i kapelusz choćby dzisiaj, taka siła i poczucie godności biły z postaci. Pewnego rodzaju zapamiętanie trwania w powziętym postanowieniu. Burzyła mój porządek dnia, niepokoiła zagadką. Bo o pani de Perriere wiedziałam dużo więcej, uczyła mnie gry na pianinie i angielskiego. Niewysoka, korpulentna, energiczna, z fryzurą wypisz wymaluj Edith Piaff, przemierzała postukując skórzanymi pantofelkami na obcasie uliczki miasta od jednego bęcwała muzycznego do drugiego. Równie zdecydowanie biła po palcach niezatemperowanym żółtym ołówkiem, bolało. A losy proste, gdy jej siostra poślubiła we Francji oficera wojska polskiego i małżonkowie zamieszkali w Krotoszynie, spakowała dobytek i zaryzykowała wspólne życie na obczyźnie. Tych osób, w oparciu o które mogłam tworzyć pierwszy obraz wielokulturowości, nie było w moim miasteczku aż tak wiele, dwie kobiety, uzupełniane bohaterami literackimi, musiały wystarczyć. Niekiedy zadowalamy się jedynie pobieżną znajomością zdarzeń z przeszłości, wiedząc jednak, że pewnego dnia zechcemy przemyśleć w spokoju i poznać dokładniej. Swego czasu w Rzeczy Krotoszyńskiej ukazał się artykuł Janusza Urbaniaka "O Elfriedzie, która czuła się Polką", w zadumę wprowadza decyzja 31-letniej Elfriedy Wojtkowiak z domu Scheide, która w 1947 roku postanowiła wrócić z Niemiec do Polski. Gdy pytano ją o narodowość zawsze odpowiadała, że jest Polką pochodzenia niemieckiego, rodzina Scheidów żyła w Krotoszynie od kilku pokoleń.

     Odrzucenie zaszczepionej w dzieciństwie religii albo światopoglądu wymaga więcej niż określonej miary odwagi i siły charakteru; trzeba ciągłego intelektualnego i emocjonalnego wysiłku, ponieważ człowiek, który zdecyduje się na taką przemianę, jeszcze po latach i dziesiątkach lat odkryje w sobie pozostałości wychowania. W najdalszych zakamarkach swojej pamięci odgrzebie wyuczone wcześniej schematy życia i myślenia, które niezrewidowane, przeżyły szmat czasu nie tracąc na wartości.

Monika Maron, Listy Pawła, Przeł. Anna Kryczyńska, MUZA SA 2001.

Tadeusz Sumiński

     "Kroniki z życia ptaków i ludzi" o rodzinach Sztulmowskich z Podlasia i Stuhlmacherów z Prus Wschodnich oraz "Listy Pawła" trafiły do mnie prawie tego samego dnia; "Kroniki..." podarowała mi pani Kinga z Przeczytane. Napisane, "Listy...", z miłości do epistolografii, kupiłam. Za pomocą listów odnalezionych w rodzinnych szpargałach, a pisanych w 1942  z getta bełchatowskiego przez dziadka autorki, Monika Maron wyjaśnia mechanizm budowania legend rodzinnych, ożywia pamięć, przetwarza duchową rzeczywistość żydowsko-polsko-niemieckiej rodziny sprzed kilkudziesięciu lat. Małgorzata Kulisiewicz, w tomie ofiarowanym mi również przez panią Kingę z Przeczytane. Napisane, zawarła m. in. wiersz "Kino-życie", w którym pochyla się nad bełchatowskim lasem wyrosłym na żydowskim cmentarzu.             Fot. Tadeusz Sumiński

     I tak oto wszystko zamyka się na zakładkę: Kroniki, Elfrieda, Listy, Fleur Galsworthy'ego i Natasza z "Wojny i pokoju", Kot, pani de Perriere, muzyka. Wszystko się dopełnia. Na ziemi nie ma pustych miejsc. Wiedziała o tym Halina Poświatowska, kiedy zapisała: "Jeszcze raz obejmuję spojrzeniem ściany, kolorowe kawałki płótna, wystające grzbiety książek na półce. Myślę poprzez narastający w uszach szum. Czy wszystko pozostanie tak samo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki odwykną od dotyku moich rąk, czy suknie zapomną o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci - zapomną. Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci równie szybko, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie pozostanie po nich nawet puste miejsce. Na ziemi nie ma pustych miejsc". (H. Poświatowska, Opowieść dla przyjaciela, Kraków 1966, str. 115).

Julita Bielak

     Przedwojenni Zofia i Henryk z równie przedwojenną warszawsko-sopocką Baśką, wojennym świętokrzysko-malborskim Andrzejem i powojenną wielkopolsko-gdańską mną. Rodzina. Troje uczestników zajścia opatrzyło już, w zaskakującym porządku, swoje pamiętniki napisem "koniec". Brat i ja zapełniamy ostatnie strony, choć co i rusz jawi się nam nowy rozdział. Na scenę wkraczają nasze wnuki, piszą nowe życie. Albo, jak Alicja, która jeszcze pisać nie potrafi, rysuje: kotek, piesek, kwiatek, serce... i ja, cała na czarno z deszczową chmurą na twarzy. Czy sięgną kiedyś do korzeni? Uzmysłowią sobie, że po pradziadku płyną w nich krople tatarskiej krwi? Powinni, łatwiej będzie im zrozumieć, dlaczego nagle "wskakują na koń" i pędzą przed siebie hen daleko, hen w step. Wolność przede wszystkim. I rodzina, ta z nadania oraz ta wybrana po drodze, bo przyjaciel to też rodzina. 

Julita Bielak

Julita Bielak

 

.../ W mojej kuchni

kawa pachnie tak nieziemsko.

 

Smakujemy nasze życie

powoli i dokładnie,

każdym kęsem dzieląc się z przyjaciółmi,

 

zanim odejdą

poza horyzont naszego stołu.

*

Małgorzata Kulisiewicz, Smaki życia, Kot Wittgeinsteina i inne wiersze, Poezja, tom XIX, recenzja pani Kingi Młynarskiej, doskonała - tutaj:

http://dajprzeczytac.blogspot.com/#!/2018/05/kot-wittgensteina-i-inne-wiersze.html

 

 

 

 

 

04:01, julitczka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
Tagi