Rozmowy wśród przyjaciół
sobota, 20 maja 2017

     Jul

     Inspiracją wpisu stało się parę znaczących słów pani Karoliny: "Jak pomyślę, ile fascynujących, niezwykłych osób poznałam jako redaktorka i ghost, to dochodzę do wniosku, że to najlepsza praca pod słońcem. Zatem możecie mi oficjalnie pozazdrościć".

     Pozazdrościłam. I nie, bo to samo mogę powiedzieć o mojej przygodzie z "Księżycem myśliwych": przyniosła mi w darze pięknych ludzi.

jb

 

Katarzyna Krenz, Podróż z nieznajomą

jeśli pozwolisz

na przemijanie

odejdziesz, odejdę

miniemy się po drodze

jak dwoje obcych ludzi

 

jeśli pozwolisz na milczenie

*

Malwina Szusta

          Fot. profil Fb Malwina Szusta

     Przyniosła też spektakularne wydarzenia, intrygujące przeżycia i emocjonujące spotkania. Choć w zarysie zamknę je w szkice, aby nie zasnęły spokojnie w pamięci. Uporządkować się nie pozwolą, pozostaną wirującym kalejdoskopem refleksji, strzępów rozmów, twórczych, wielobarwnych przypadków. Korowodem istot niespokojnych.

jb

     - Czas płynie niezatrzymanie i nie przynosi tego, co przynieść powinien. Liczę dni, godziny. Przyglądam się zmierzchom, zza których wyłaniają się świty. Jeden po drugim, jeden po drugim... - napisał w liście do mnie pewien Poeta. - Moja łódź się przemieszcza... - dodał. Ładnie powiedziane.

     Moją łódkę zacumowałam dzisiaj w porcie MALWY. Jest ich sześć. Sześć przyjaciółek, które w pewnym momencie życia połączyła wspólna pasja - malarstwo. http://www.malwy.com.pl/?page_id=94

jb

     Dekadę temu "zaczęły nieśmiało - od marzeń i planów. Jedna z nich, Kasia, zapragnęła, by jej malowniczy dom na Kaszubach stał się miejscem plenerów malarskich. Do wspólnego malowania namówiła swoją przyjaciółkę Sławkę, a potem kolejno Małgosię, Elę, Basię, Ewę. Tak powstał klub malujących kobiet" przedstawia MALWY w Magazynie Gdańskim Brygida Susko. Potem były plenery w pięknych miejscach w Polsce, we Włoszech i w Hiszpanii, wystawy zbiorowe i indywidualne, wspólne wizyty w muzeach i na wystawach. Dyskusje o sztuce, twórcze niepokoje i rozterki w poszukiwaniu własnych i wspólnej dróg rozwoju artystycznego. Wszystkiemu od lat towarzyszy niekłamana pasja i godna naśladowania radość życia.

jb

     Już drugi rok z rzędu towarzyszy mi kalendarz MALW, daje energię do działania i uśmiech. Miesiące zapamiętuję obrazami: "To styczeń był czy luty? Jednak styczeń, na ścianie widniała Simona Basi Faron. A imieniny obejdę z chabrami Sławki Ligęzy-Hill, co za kolory, jakie światło!".

jb

    

 

    



 

 

 

 

 

 

 

 

poniedziałek, 08 maja 2017

jb     Jul

    Zajrzałam z wierszem na poniedziałek. Na chwilę. Na wielkie miasto.

Joanna Lech, Co znaczy dobre

Bywa, że nie wierzy się słowom, które przychodzą
w zmęczeniu. Dla mnie to samo, co zwykle; kolejka, karnawał
i gorzki wstyd. Trzy dymki fleszy, tylko, że dalej nie wiemy,
co począć. Ta twoja przepaść, to jest żałosne. Znaczy urocze,
chciałem powiedzieć. Wszystko sprzedaje się teraz.

Ale za drzwiami się pali, kolego. W środku gotuje się krew.
Języki i noże. Żeby tak wejść i dać się zapomnieć. Bardzo to lubię,
wie pan? Po prostu zapomnieć. A już ci odjechał ostatni autobus.
I co ty tu jeszcze robisz, dziewczynko? Spalasz się w locie,
nie wiesz? Ogarnij się lepiej. To jest twój facet czy pies?

*

Helikopter, 11/2015

______________________________

Fot. Klaudyna Schubert

Klaudyna Schubert

02:44, julitczka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 maja 2017

Julita     Jul

     Niedawno nakładem Wydawnictwa Sic! ukazała się książka Elżbiety Isakiewicz "Niewyśnione historie". Zbiór miniatur literackich spotyka się z trafnymi, godnymi pozazdroszczenia recenzjami. Może dlatego, że recenzji zwykle nie określa się słowem "piękna", dla podkreślenia jej wyjątkowego znaczenia, wybrałam jedną z nich, współtworzącą niejako książkę. Najpierw kilka z niej myśli: „To polifoniczna opowieść o zmienności życia, jego kresie i wiecznej na ten kres niegotowości: historia ludzi, ich spotkań, ale także przedmiotów znaczących więcej niż można się domyślać”.
„To taka książka, którą powinno się czytać w odosobnieniu i ciszy, a jednocześnie serwować jej fragmenty bliskim sobie ludziom”.
„Te teksty mają dotykać bardzo głęboko, a jednocześnie robią to przejmująco subtelnie”.
„Książka do wielokrotnego czytania. Powolnego. Ujmująca i zaskakująco wieloznaczna”. Całość zaś tekstu cenionego recenzenta pana Jarosława Czechowicza udostępniam tutaj: http://krytycznymokiem.blogspot.com/2017/03/niewysnione-historie-elzbieta-isakiewicz.html    

Elżbieta Isakiewicz

          Fot. Elżbieta Isakiewicz Fb

     Mam niekłamaną przyjemność cieszyć się przyjazną gościnnością Elżbiety. Któregoś dnia zamieściła na Fb miniaturę literacką - opowieść z wagonu metra o duszy. Z założenia nic wielkiego podczas krótkiej podróży od stacji do stacji nie może się wydarzyć. Mogą się jedynie przeciąć czyjeś drogi, mężczyzny kreślącego w powietrzu kręgi, jakby dyrygował i kobiety z książką. Wymienią parę zdań, kobieta zapyta: - Co pan grał? - Karczowałem drogę - odpowie. - Co na niej było? - Trwogi. Jak się pomnożą, zawsze tak robię.
(Przykuci do smartfona, z uszami w słuchawkach, każdy w swoim kącie, oczy mają pochylone).
– W cudzej duszy jak w lesie – odezwie się po chwili kobieta. – Zna pan to powiedzenie Czechowa? – przebiega palcami po okładce książki, jakby wygrywała rytm zdania.
– O tak – westchnie mężczyzna. –  I las niekiedy wymaga karczowania.
Potem kobieta i mężczyzna mówią sobie do widzenia. Ona jedzie dalej, on wysiada.

z sieci

     Natychmiast zareagowałam: - Piękne. Pokrewne dusze, nie powinni byli się rozstać, nigdy! Takiej dziewczyny to on już nie znajdzie. - Dziwne - odpowiedziała Elżbieta. - Nie pomyślałam, że nie powinni się rozstać. Pomyślałam, że metro jest specyficznym środkiem lokomocji - za oknem nie ma krajobrazów, a ludzie siedzą naprzeciwko siebie i wtedy sami są krajobrazem. I niekiedy ( w tej niemej komunikacji) dochodzi do zdumiewających nagłych, także dobrych, spięć, interakcji, które nie mają ciągu dalszego - chyba że taki właśnie, jak owa miniaturka. A może masz rację, Jul, może powinni wysiąść razem...Może dane im będzie kiedyś powtórzyć odpędzanie trwóg w połączeniu z muzyką i Czechowem...

bresson               Fot. Henri Cartier-Bresson

     - Spójrz na dialog, El, proszę: - Co pan grał? - Karczowałem drogę. - Co na niej było? Widzisz, odpowiedziała natychmiast, na żywo, widząc go, niemalże czując, słysząc timbr głosu, wiedząc, jakie ma dłonie, plątaninę żyłek pod skórą. Nie SMSem, nie na w komentarzach na Fb, na Tweeterze, a w kontrakcji, w bezpośrednim oddziaływaniu na siebie. Nie powienien był wysiąść, już nie spotka takiej dziewczyny. Z książką. Zawróć pociąg, El, i od Czechowa ułóż opowieść jeszcze raz. Wersję: "on zostaje w pociągu" - nie pójdzie, nie dotrze, zarwie zajęcia, ale życie sobie ułoży. Aaaa, może powinni wysiąść razem - powiadasz El, tego nie brałam pod uwagę: Twoja dziewczyna wysiada, mój chłopak zostaje w pociągu, ciekawe, ciekawe... Na co Elżbieta: - Och, tak, znam tę fotografię. Dawno temu umieściłam ją pod wpisem zawierającym scenę z mojego "Kaprysu", czyli (przy)powieści o kobiecie i mężczyźnie, i teraz zastanawiałam się, czy jej nie powtórzyć. Widzisz jak podobnie wysnuwają się nasze skojarzenia? Czy to nie magia? A co nimi? Z kobietą z książką i karczującym trwogi? Pewne, że  dzięki Tobie, Jul, w mojej głowie będą się teraz rozwidlać potrójne scenariusze (on wysiada, ona nie, wysiadają razem, on zostaje, ona wysiada), sceny z jakiegoś innego życia, toczącego się jakby krok nad ziemią, może o jeden krok za daleko...

z sieci

     Wróciłam wieczorem. - Fotografia, aż podskoczyłam, El, na krześle, znasz ją, niebywałe. Co z nimi? Wysiadł? Po latach wraca na wciąż tę samą linię metra, rozpamiętuje, już wie, ile stracił. Dziewczyny zapomnieć nie może. Pojawiła się Elżbieta: - Ha! I tę fotografię znam - milion razy szukałam w głowie tematu pod nią - żeby tylko móc ją wykorzystać (no bo z kotem nie byłoby problemu, oczywiście).. I proszę - stało się! I bardzo nęci owo "co z nimi", Jul, to świetny pomysł z tym jego wychodzeniem, jego czujna obserwacja, rejestracja jego wrażeń (ale bez tzw. strumienia świadomości, to łatwizna i już było, tak można bez końca, bez dyscypliny warsztatu), jego wspomnień (karczowanie trwóg nie wzięło się przecież znikąd) - co jeszcze by się wydarzyło na tej stacji metra? Jesteś Kusicielką, och, jaką frapującą Kusicielką, Jul!

Piotr barącz                               Fot. Piotr Barącz

     Prowadziłyśmy rozmowę przez następnych parę wieczorów. Nie dokończyłyśmy jej, dziewczyna nadal jedzie metrem, chłopak kieruje się do wyjścia. Ich dialog powtarza się od początku, aby zatrzymać się w kadrze, bo główni aktorzy nie znają swoich ról. Akcja zatrzymuje się, zawisa, po czym toczy się według nakreślonych przez nas dróg: dziewczyna wysiada z chłopakiem, ona zostaje w metrze, wysiadają oboje. Czyj świat każde z nich przejmie? Porzucone miejsca, plany i marzenia mogą opowiedzieć o tym, kim jesteśmy, dokładniej i sugestywniej niż stan naszego posiadania i samopoczucia w danej chwili. Nie uporządkowałyśmy zdarzeń, przypadków, strzępów rozmowy, cieni dwuznaczności, kalejdoskopu decyzji. I to też jest historia. Niedokończona.

jbjb



czwartek, 27 kwietnia 2017

jb     Jul

Szyny, Tomas Transtromer, przełożył Czesław Miłosz

Druga w nocy, księżyc. Pociąg przystanął
pośrodku równiny. Daleko światełka miasta
mrugają, zimne, na horyzoncie.

Jak kiedyś ktoś zabrnie tak daleko w sen,
że, wróciwszy do pokoju,
już nigdy sobie nie przypomni, że był tam.

I jak kiedyś ktoś tak pogrąży się w chorobę,
że dni dawniej przeżyte są jak rój światełek
zimnych, wątłych, na horyzoncie.

Pociąg stoi zupełnie nieruchomo.
Druga. Pełnia księżyca, parę gwiazd

*

jb

     Katarzyna zajęła "miejsce przy oknie", tak jest napisane na bilecie uprawniającym nas do przejazdu pociągiem. Spragniona krajobrazu wpatruję się w kawałek blachy i - prowadząc typową podróżną rozmowę - przekonuję: - Według teorii „efektu motyla” – tak. Butterfly effect wymyślił Edward Lorenz, amerykański meteorolog i matematyk. To on doszedł do wniosku, że trzepot motyla gdzieś w Singapurze może spowodować burzę nad Karoliną Północną w USA. Ten z pozoru niewinny wpływ jednych wydarzeń na drugie, który może skutkować lawiną kolejnych, zaczęto nazywać właśnie efektem motyla (pewnie też dlatego, że tzw. atraktor Lorenza, graficzny układ trzech równań – przypomina nieco kształt motyla). Był rok 1960, a Lorenz zajmował się komputerowym prognozowaniem pogody. Wykorzystywał do tego specjalne równania. Był zaskoczony, kiedy wprowadzenie do nich różniącej się minimalnie liczby wyjściowej (dokładnie 0,506 i 0,506127), w miarę upływu czasu, zupełnie zmieniało całą symulację i prognozy na dalsze dni. To dlatego żaden szanujący się meteorolog nie poda długoterminowej pogody, bo wie, że nie jest w stanie określić bieżących warunków tak dokładnie, aby uniknąć błędu w dalszych obliczeniach. Milknę. Katarzyna coś czyta, notuje, za chwilę opowiada mi zadziwiającą historię z królem Władysławem Warneńczykiem w tle. Iława. - Obcięłam mamie włosy na Organka, na Tomasza Organka - wypalam. - Maszynką? - zdumiewa się Katarzyna. - Tak, tu, tu i tu, a czub zostawiłam. Śmiejemy się obie, chyba po raz pierwszy widzę, a nawet słyszę inny, niż stonowany, śmiech Katarzyny.

jbjb

   Na zaproszenie pani Natalii i jej uczniów jedziemy do Warszawy, przeżyjemy niezwykłą przygodę. Katarzyna wydrukowała mapę, jak dotrzeć uliczkami do szkoły, jestem pełna podziwu. Bo kogo zapytałabym o drogę, mijałyśmy jedynie koty za płotami i to małomówne. Tylko jeden na pytanie: - Jak jest? - ogłosił: "Oj, ciężko, ciężko. Felix od święta, dach przecieka". Reszta, w tym rudy, milczała. Za to pogoda ładna, ciepło, tulipany w pełnym rozkwicie. Na korytarzach szkoły witane jak dobre znajome - magia Facebooka - domawiamy z panią Natalią szczegóły spotkania i idziemy na kawę. Czujemy się jak na wagarach. "Bosko Włosko", jest, znalazłyśmy, zaserwowane espresso okazało się bosko włoskie, prawdziwe, przepyszne.

jb

     Wczesne popołudnie. Miłosz, Michał, Kasia, Julia, Malwina, Amelia i pozostałe "Robale" pani Natalii - jej uczniowie - już są, siedzą przy wielkim stole zastawionym smakołykami i napojami, jest i księżycowe ciasto z kraterami. Na ekranie widnieje obraz latarni morskiej, skądś dobiegają dźwięki muzyki Krzysztofa Komedy. Zaczynamy spotkanie. Powoli dowiadujemy się, kto, gdzie i dlaczego pierwszy raz odłożył "Księżyc myśliwych", ile przeczytał, co mu przeszkodziło w dalszej lekturze. Z zainteresowaniem słuchamy barwnych opowieści, wiadomo: "pola są zieleńsze w opisie niż w swej zieloności". Podziwiam dorosłość młodych ludzi, obycie, swobodę wypowiedzi, dojrzałość literacką. Są wspaniali, zaskakujący. Uważni - ich egzemplarze książki zdobią liczne zakładki - i wcale nie tacy bezkrytyczni. Potrafiący wprząc wyobraźnię, gdy dywagujemy, co działoby się w książce, gdyby akcja nie rozgrywała się na wyspie. Katarzyna odkrywa kulisy powstawania "Księżyca...", obie mówimy o listach, o oddaleniu, o Portugalii i Gdańsku, o tajnikach pozyskiwania bisioru, jedwabiu morskiego. Niedawno omawiali "Posłańca", "Paragraf 22", padają formułowane wnioski, porównania, trafne oceny.

jb

 

     W jednej z recenzji naszej książki znalazłam zdanie: Czas tu nie istnieje. Przenosi się, teleportuje raczej, od bohatera do bohatera, kołuje, zawraca, tylko po to, by za chwilę pędzić na przód. http://kotnakrecacz.pl/ksiezyc-mysliwych/.

jb     Zdumiona spoglądam na zegarek. Klubowe spotkanie jeszcze się toczy, gdy muszę je opuścić i gnać na dworzec. Taksówka wiezie mnie przez Pragę, przez ulicę Ząbkowską, za mną zostaje Radzymińska; w latach trzydziestych ubiegłego stulecia mieszkała tutaj moja mama, tu chodziła do szkoły. Nieładne. stare domy jawią mi się jako najpiękniejsze na świecie. Pan za kierownicą z dumą mówi o swoim bracie, o tym, jak na własnoręcznie wykonanej łodzi przepłynął Atlantyk, prezentuje zdjęcia kadłubu "Lilu" w telefonie. Historia zatacza koło, historie zazębiają się, nakładają na siebie. Dworzec Wschodni, wysiadam. "Ty jesteś taka moja mała Kate Moss// Chude masz ręce, chude nogi, a oczy// Oczywiście głębokie, że hej, hej, hej/.../" śpiewa w słuchawkach Organek. Wycieram nos.

jb

     Fotografii ze spotkania, tej najważniejszej, z uczniami, z uwagi na politykę prywatności, nie publikuję. A pani Natalii, Katarzynie, Robalom - dziękuję.

NSz

 

 

     

piątek, 14 kwietnia 2017

jb     Jul

     Zajrzałam do Altany z najlepszymi życzeniami Zdrowych, Spokojnych, Pogodnych Świąt.

     Nadchodząca Wielkanoc przywodzi myśl o babach. Pisze o nich
Jarosław Iwaszkiewicz w "Książce moich wspomnień", że:
"były to twory znacznej wysokości i równej cylindrycznej
powierzchowności".

Gdy wreszcie baby upiekły się – a
siedziały w piecu ze dwie godziny, przy czym cały czas trzeba było
chodzić na palcach i mówić szeptem – następował dramatyczny
moment wyjmowania z pieca. Wtedy trzeba było wytężyć całą uwagę
po to, aby się jeszcze gorące ciasto nie wykrzywiło, jak na
słynnym rysunku Andriollego. W tym celu wprost z form baby przekładało
się  na poduszki i dziewczęta kuchenne kołysały je na poduszkach
jak usypiające dzieci, dopóki ciasto nie ostygło. Niezapomniany
był to widok, kiedy grono kobiet z poważnymi minami kołysało owe
baby w obrzędowy sposób, jak gdyby od tego zależały losy świata.

Piwnica Pod Baranami

                          Fot. Piwnica Pod Baranami

     Parzone, puchowe, migdałowe, sakramenckie, podolskie. Fałdowane
i niepofałdowane. Z rodzinnych przekazów znam różne skomplikowane
operacje związane z pieczeniem bab. Największą hańbą dla
gospodyni było, jeżeli baby się nie udały. Mówiono o tym cały
rok, a nawet odmierzano czas takim wydarzeniem ( to było wtedy,
kiedy Jadwisi baby się nie udały). Gdy baby rosły nie wolno było
podnosić głosu ani trzaskać drzwiami. Drugi krytyczny moment
następował przy wyjmowaniu z pieca.

     Żeby ustrzec się przed niepowodzeniami, piekę szybką babkę: 125g mąki, 40g stopionego
masła, 60g cukru, 2 jajka, 2 łyżki śmietany, 8g drożdży
mieszam, pozwalam wyrosnąć, piekę pół godziny, polewam
kieliszkiem rumu. To nic, że może się nie udać, będzie
śmieszniej. Zawsze pozostaje pascha z równej ilości ucieranych
cierpliwie sera, cukru i masła z rodzynkami i czekoladowym sosem.

jb

Na stole Wielkanocnym musi znaleźć się choć jeden mazurek,
może „cygan”? Ucieramy pięć jaj, dosypując stopniowo trzy
filiżanki cukru i filiżankę mąki. Dodajemy jeszcze trzy pełne
filiżanki dużych małych rodzynków oraz migdałów. Mieszamy
dobrze i kładziemy na blasze grubą warstwą. Wstawiamy do niezbyt
gorącego pieca. Dekorujemy zgodnie z indywidualną fantazją.

A do szynki i pieczonego schabu - własnoręcznie tarty chrzan,
doprawiony, wymieszany ze śmietaną i posiekanym jajkiem na twardo.
Wszystko zaś najlepsze uzupełnione rodzinnym, choć chłodno, a, jak doniosła mi Krysia, w Wiżajnach spadł nawet śnieg, spacerem.

Fot. Peter Lindbergh:

Peter Lindgergh

środa, 12 kwietnia 2017

jb     Jul

       W opowiadaniu Haruki Murakamiego "Kino" do baru przychodzi mężczyzna w długim przeciwdeszczowym płaszczu, siada na stołku na końcu kontuaru, cichym głosem zamawia piwo, potem podwójną whisky i czyta grubą książkę. Przychodzi stosunkowo wczesnym wieczorem z książką pod pachą, kładzie ją na barze i czyta. Zawsze grubą książkę w sztywnej okładce, Kino nigdy nie widział go czytającego wydania kieszonkowe. Małomówny, odzywa się tylko wtedy, gdy składa zamówienie. Wyraz jego twarzy świadczy, że jest bardzo skupiony na czytaniu. Gdy czytanie go męczy, podnosi wzrok i przygląda się stojącym na półce butelkom. Zupełnie jakby badał wzrokiem jakieś rzadkie wypchane zwierzęta z dalekich krajów. Czyta jeszcze pół godziny, wstaje, płaci gotówką, sięga po popielaty płaszcz z wieszaka i wychodzi. Kino oddycha z ulgą po wyjściu klienta, lecz przez pewien czas czuje jeszcze jego obecność.

     Bo milczenie jest czasami wymowniejsze, niż potok wypowiadanych słów.

Z Vilmos

   Fot. Zsigmond Vilmos

 

 Nieobecność

Świt i zmierzch i znowu świt
Noc świetlista, ciemne dni
Oswoiłem wieczność, swoją nieobecność
Że mnie nie ma, nie wie nikt

Wreszcie się przestałem bać
Żyć nie muszę, mogę trwać
Tydzień, miesiąc, rok i wiek
Słyszę szum podziemnych rzek
Czasem tylko nagły lęk
Czy to popiół, czy to śnieg
Nie ma mnie i nie ma łez
Cierpi tylko ten, kto jest

Że mnie nie ma, nie wie nikt
Jest powietrze z grubych szyb
Czas wyrokiem nie jest
Lustro się starzeje
A ja się nie zmieniam w nim
Trwam jak kamień, nie jak dym

Jonasz Kofta

 

ea     Koliberek

 

interpunkcja

schowałam się pomiędzy
niebem ziemią dniem i nocą

esencją myśli filtrowanych
przez światło

jestem nieczułością na ilość
wydumanych obrazów

wykrzykników wpadających
w pustkę dopełniaczy

pod kloszem spojrzeń
nie udaję że jestem
przyszpilona
ważka
średnik któremu zgasły oczy

wielokropek wpółsłów
z wieńcem kropki

Wiersz i fotografia: Elżbieta Adamczyk
5 IV 2017

EA

czwartek, 30 marca 2017

elżbieta adamczyk     Koliberek

Ostatnio moje poranki zaczynają się od bardzo intensywnych
ćwiczeń.

Nasz Złodziej/ka Wiewiór/ka próbuje jeść nasiona ptaków z
karmnika dokładnie wtedy, gdy siadam przy śniadaniu.

Elżbieta

Widząc jej / jego działania wypadam na balkon i krzyczę na nią
/ niego, tupiąc mocno po deskach balkonu, robiąc przerażający - w
moim przekonaniu - hałas.

Oczywiście ona/on ucieka, żeby wrócić kiedy zasiadam do
lunchu.

----Następnego dnia należy powtórzyć ćwiczenia w tej samej
kolejności.

Elżbieta

My mornings nowadays begin with very vigorous exercise routine.

Our Thief Squirrel attempts to eat birds seeds from a feeder at
the exact time I sit at my breakfast.

So, seeing her/his actions I go out and yell at her/him and make
sure that I stomp on the balcony boards really hard, making frightful
- I am sure - noises.

...

Of course, she/he runs away only to return when I am sitting at my
lunch.

----You should repeat the exercise sequence next
day.
--------------------

Tekst i zdjęcia: Elżbieta Adamczyk.

el

czwartek, 16 marca 2017

jjj     Jul

     "Jako kilkunastoletni chłopiec mieszkałem w Komorowie pod Warszawą w domu moich dziadków Zdziechowskich. Dom był duży, pełen rodziny i różnych przytulonych przez babunię osób, a czasy jeszcze przedtelewizyjne. Królowało natomiast w naszym domu radio. Pamiętam cienki ołówek dziadzia, zaznaczający w niedzielne popołudnie, czego też będziemy słuchać w tym tygodniu. I pamiętam jeszcze , że właśnie głos Kazimierza Rudzkiego był jednym z głosów radiowych niesłychanie lubianych w naszej rodzinie. Babunia, przygłucha już nieco, podnosiła do ucha szylkretową trąbkę i słuchała z uśmiechem anegdot czytanych przez Kazimierza Rudzkiego wraz z Władysławem Grabowskim i Danutą Mancewicz (interludia fortepianowe Franciszki Leszczyńskiej). To wysoka klasa - mówiła po każdej wygłoszonej przez Rudzkiego dykteryjce - tylko że, kochani, nie dla hołoty...

Joanna Kraśnicka

                          Fot. Joanna Kraśnicka    

     Jak ja to wówczas odbierałem? Głos Rudzkiego kazał mi się zastanowić, że oto jest możliwe niesłychanie poważne przekazanie rzeczy ogromnie śmiesznych, a jednocześnie, że istnieją różne gatunki i piętra śmieszności. Że obok humoru czy śmieszności wprost istnieje humor czy śmieszność nie wprost i to się łączy z uważnym , szybkim myśleniem odbiorcy. Miałem rodzaj pawłowskiego odruchu na głos Kazimierza Rudzkiego - przystawałem zelektryzowany i maksymalnie wytężałem uwagę, aby po chwili wybuchnąć śmiechem. Kazimierz Rudzki był wówczas, w tych komorowskich zielonych latach, moim prawdziwym idolem. Był jednocześnie jednym z tych, którzy kształtowali rodzaj mojego poczucia humoru, choć wówczas nie bardzo jeszcze zdawałem sobie z tego sprawę.

     Pod koniec roku 63-go ruszyła w Warszawie w kawiarni U Ewy na ul. Konopnickiej impreza pod nazwą Giełda Piosenki. Kazimierz Rudzki chadzał regularnie na każdą z Giełd i zasiadał przy jednym stoliku z Ludwikiem Sempolińskim. Oczy wszystkich zwrócone były rzecz jasna na ten stolik: jak reaguje? - czy się śmieje? - czy bije brawo? Na jednej z takich imprez zaryzykowałem i z przerażeniem w oku wykonałem jeden ze swych śpiewanych felietonów, jak je później nazywano, pt. Niedziela na Głównym. Idąc podświadomie starym kabaretowym tropem obrażałem nieco snobistyczną publiczkę i oczywiście ogromnie się jej to podobało!

Szanowni państwo - oto projekt całkiem nowy,

jak zlikwidować kompleks Sali Kongresowej,

jak się nie załamywać i nie tonąć w spleenach,

oto recepta jedyna:

     Na wszystkie smutki - Niedziela na Głównym!

     Panie o słowiańskich oczach waliły brawo, a ja zbiegłszy w kulisę obserwowałem wiadomy stolik. Trwało to sekundę, bo wybiegłem się ukłonić. I wtedy Profesor Rudzki wstał, uciszył salę gestem dłoni i powiedział mniej więcej coś takiego: "Panie Wojciechu, to jest giełda, ale zabraniam panu sprzedawać tę piosenkę komukolwiek. Ma pan zawsze śpiewać ją sam". Dziś z perspektywy lat mogę stwierdzić, że był to jeden z momentów przesądzających o wyborze fachu, który wykonuję - śpiewającego autora".

Wspomnienia o Kazimierzu Rudzkim, Wojciech Młynarski, Zabraniam panu sprzedawać tę piosenkę, Czytelnik 1981.

Nermin Smajic

                    Fot. Nermin Smajic

     Odszedł.

     Z początków kariery Wojciecha Młynarskiego pamiętam koncert w Hali Stoczni, niełatwe do opanowania przez artystę wnętrze. Udźwignął, publiczność bijąc brawa wstała z miejsc. Przez lata trwałam przy Jego wrażliwości, kulturze, poczuciu humoru, dobrym smaku i pewnej nieuchwytnej lekkości języka.

     - To był człowiek barwny, przydający wdzięku środowisku coraz bardziej tracącemu wdzięk. Obserwując szarzyznę dzisiejszych publicznych i prywatnych zgromadzeń towarzyskich myślę sobie często, jak bardzo nam Go brak - mówił o Kazimierzu Rudzkim. Dzisiaj mówię to o Wojciechu Młynarskim ja.

Je m'en vais l' dimanche à Orly.
Sur l'aéroport, on voit s'envoler
Des avions pour tous les pays.
Pour l'après-midi... J'ai de quoi rêver.
Je me sens des fourmis dans les idées
Quand je rentre chez moi la nuit tombée.

Gilbert Becaud, Dimanche a Orly.

     Każdy ma swoją niedzielę na Głównym, skąd pociągi odjeżdżają w nieznanym kierunku.

z sieci

          Fot. Montmarte 1958, z sieci.

poniedziałek, 06 marca 2017

jb     Jul

 

W ciemnych pokojach, w których moje dni mozolne         
przeżywam, ciągle chodzę od ściany do ściany,
próbując znaleźć okna. To będzie pociecha,
kiedy choć jedno okno wreszcie się otworzy.
Lecz żadnych okien nie ma albo ich nie umiem
znaleźć. I może lepiej, że ich nie znajduję.
Może światło okaże się nową tyranią.
Któż to wie, jakie rzeczy nieznane odsłoni.

Konstandinos Kawafis, Okna, przełożył Zygmunt Kubiak.

Barbara Rozmierska

     Rozmawiamy ze sobą w myślach, wydajemy sobie polecenia, załóż, zrób, pospiesz się, taka mała schiza, czyż nie? Codzienność, przedmioty nazywam głosem mamy - chusteczkę chowam do kieszonki, w czajniczku jest wodziczka, zima zawsze jest zimochą, a lato - latkiem. Głosu ojca nie pamiętam, rzadko się odzywał. Głos siostry znam, mówiłyśmy tym samym. I choć to od ćwierć wieku niemożliwe, pojawia się przy mnie. Widuję jej cień w Sopocie, wszędzie tam, gdzie kiedyś mieszkała, przy Czyżewskiego jeszcze z pierwszym mężem, rzeźbiarzem. Na 23 Marca słyszę stukot jej szpilek, czuję zapach pachnącego groszku. Zawsze kupowała świeży bukiecik, gdy wracałyśmy z plaży. To tu niepostrzeżenie wytaczaliśmy z bratem z garażu Warszawę, żeby nocą pojeździć po mieście. Barbara i Mietek pewnie się domyślali, przymykali oko. A może nie.

     Świetnie się ubierała, miała ten zmysł, równie dobrze gotowała. Ze smakiem dbała o wystrój mieszkania, na brzydki abażur zarzucała szal z kordonku, sama zrobiła, tworzyła klimat.

BR

     Weszła przebrana w szary kostium, skromny, ale elegancki. Na głowie miała granatowy beret, na nogach półbuty ze świńskiej skóry. Wyglądała jak pensjonarka, dziewczyna z dobrego domu w parę dni po maturze, nie miała w sobie nic z dziewczyny spod znaku półświatka i północka. Szła pośpiesznym i rzeczowym krokiem osoby, która po godzinach urzędowych opuszcza miejsce pracy. Naciągnęła na palce granatowe rękawiczki z cienkiej skóry, uśmiechnęła się do mnie i wzięła mnie pod rękę: - Idziemy? - przedstawia Lidkę Stanisław Dygat w "Pożegnaniach". Opis przypomina mi - wyznawczyni trampka - Baśkę, nie dbałość o szczegóły, a nastrój. Pewnie dlatego książkę zabieram ze sobą do kolejnych domów. Stawiam obok "Francuski szyk", "Jak być glam", "Chanel",  zaglądam rzadziej. Jak do kucharskich, tych niedawno kupionych. Wystarczają mi "Gawędy o jedzeniu" Marii Iwaszkiewicz. Czytam: "kapuśniak gotować dwie godziny albo lepiej - dwa dni", kiwam głową. Kuchnia potrzebuje czasu, serca i składników, jak nie dasz, to nie masz. Tort makowy silnie migdałowy, nasączony mocną esencją herbacianą ze spirytusem, przełożony czekoladowym kremem i migdałami ozdobiony, aromatyczny rosół - cztery piąte w garnku czegoś, jedna piąta wody, schab pieczony z maleńkimi kartofelkami albo pyzami. Tak gotowała Baśka. Po raz kolejny kleję grzbiet książki taśmą.

     Różniło nas - co masz, to dasz, a pokój z łóżkiem i krzesłem, też może być domem - wszystko.

BR

     Zapisuję kolejny zeszyt, szkicuję sopockie ulice, wywołuję z pamięci tamtych ludzi: Ewę, Jurka, Adę, Jasia, Andrzeja. Baśka zagląda mi przez ramię. - Czy to wtedy Ewa przyleciała z Paryża? Przecież wiesz, mieszkaliście w jednym domu, najpierw przy Dąbrowskiego, potem przy Słowackiego, nawet na jednym piętrze. Spotkania towarzyskie, gdy zaczynały się u Jurka, to u was się kończyły. I na odwrót. Albo tutaj, spójrz tutaj - z kolejki wysiedli Cybulski i Kobiela, obaj, na znak sympatii dla klasy robotniczej, w kufajkach. Schodzili Monte Cassino w dół czy szli do akademika przy Kościuszki? Tu zaś cały fragment poświęcony Andrzejowi Cybulskiemu, ceniłaś go wyjątkowo. Jest i Grand Hotel, specjalnie oglądnęłam film dokumentalny Marcela Łozińskiego "Moje miejsce", wynotowałam uwagi. Czytasz?

     Nie odpowiada.

BR

     Włączam radio. ’Cos for twenty-four years I’ve been living next door to Alice - śpiewają Smokie, przywiozła ich płytę z Londynu, uwielbiała tę piosenkę. Tylko ja o tym wiedziałam, jak bardzo.

     Jej wnuczka ma na imię Alicja.

BR

- Czy nie mógłby pan mnie poinformować, którędy powinnam pójść? - mówiła dalej.
-To zależy w dużej mierze od tego, dokąd pragnęłabyś zajść - odparł Kot-Dziwak.
-Właściwie wszystko mi jedno.
-W takim razie również wszystko jedno, którędy pójdziesz.
-Chciałabym tylko dostać się dokądś - dodała Alicja w formie wyjaśnienia.
-Ach, na pewno tam się dostaniesz, jeśli tylko będziesz szła dość długo.
 Alicja nie znalazła na to odpowiedzi, zaczęła więc z innej beczki:
-A kto mieszka tutaj w okolicy?
-W tym kierunku mieszka Kapelusznik - rzekł Kot zataczając krąg prawą łapa, - A w tym (ten sam ruch lewą) - Szarak. Możesz odwiedzić któregoś z nich: obaj są zwariowani.
-Ale ja nie chciałabym mieć do czynienia z wariatami - rzekła Alicja.
-O, na to nie ma już rady - odparł Kot. - Wszyscy mamy tutaj bzika. Ja mam bzika, ty masz bzika.
-Skąd może pan wiedzieć, że ja mam bzika? - zapytała Alicja.
-Musisz mieć. Inaczej nie przyszłabyś tutaj.

Lewis Carrol, Alicja w krainie czarów.

     Baśka o tym nie wie, nie wie, że ma wnuki.

     Wie?

     Alicja kiedyś o niej opowie?

BR

("I wtedy zauważyłem brak przecinka...", opublikuję wpis, dopiero wtedy zobaczę błędy, jak zwykle).
 

    

    

    

 

piątek, 03 marca 2017

m     Jul

     Pan listonosz, który doręczył mi dzisiaj "Młokosa" Fiodora Dostojewskiego, zastał mnie nad "Książką twarzy" Marka Bieńczyka. Za brawurę uznałam połączenie lektury obu tomów, klasyka poczeka. Bo wiem, że niegdyś "Młokosa" nie czyta się lekko, Dostojewski zawarł w nim sporo rozważań i przemyśleń o filozofii, wielkich ideach, Rosji, relacji ojciec-syn, mistycyzmie, dramacie egzystencjalnym człowieka, moralnej prawdzie, dobru i złu w konstrukcji z powtarzającą się frazą kierowaną bezpośrednio do czytelnika:

     Przeskakuję okres niemal dwumiesięczny: niech czytelnik będzie spokojny, wszystko stanie się zrozumiałe dzięki późniejszym wyjaśnieniom. Teraz o czymś zupełnie innym. /.../ Dlatego, jeżeli niekiedy zwracam się w notatkach do czytelnika, to jest to tylko zwrot retoryczny. Mój czytelnik jest postacią fikcyjna.

Konstantin Korowin

          Konstantin Korowin, Przy stole, 1888.

     Ale jest, siedzi tu, kartkuje strony i raduje go ponowny przekład powieści, docenia twardą oprawę. Na lata. Przeczyta, powoli, uważnie.

     W myśl fragmentu zbioru esejów Bieńczyka:

     Kiedy dziś rano zobaczyłem w pewnym instytucie urzędniczkę - prawdopodobnie w ciężkiej depresji - odpowiadąjącą przez paręnaście minut na wszelkie pytania i prośby repliką Bartleby'ego, tą jedną z najsłynniejszych replik w dziejach literatury, "wolałabym nie", pomyślałem, że Melville musiał usłyszeć swoje zdanie realnie i że uderzył go jego niezwykły potencjał, burzycielska siła. Czy bez lektury jego opowiadania zareagowałbym równie silnie (w instytucie zamarłem na krześle) na odpowiedzi urzędniczki? Tego nie wiem; być może nie, ale w każdym razie mogłem doświadczyć bezpośrednio działania tej formuły, poczuć w jednej chwili jej podmuch przenikający aż do trzewi i zgrozę, jaką wywołuje.

     Niektórzy będą twierdzili, że uwagę Melville'a przyciągnęła oryginalna forma odmowy, wyrażona rodzajem niedopełnionej przerzutni: "I would prefer not to". Również po polsku zdanie "wolał(a)bym nie" czymś takim jest, odmową, która nie precyzuje się do końca i której brak precyzji połączony z osobliwą delikatnością wzmaga siłę; odmowa przestaje dotyczyć konkretnej rzeczy, staje się "nie" uogólnionym, mówionym wszystkiemu.

moje

     - Odłożysz analizę cudowności zdań Raymonda Chandlera, którego ma Bieńczyk, i słusznie, za jednego z największych stylistów naszych czasów i rzucisz się na "Młokosa"? - Wolałabym nie. Kierując jednocześnie podziękowania dla Lubię czytać za piękny podarunek.

    

    

    

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Tagi