Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

O człowieku, który wszędzie tak samo jest

el adam     Koliberek

I to wszystko

   Od wielu lat, dwudziestego piątego dnia stycznia. nachodzi mnie... Trudno określić, co: nie smutek, nie nostalgia, nic negatywnego. Refleksje, reminiscencje, chęć podsumowania tego, co się dzieje wokół mnie, co działo się rok, dwa, piętnaście, dwadzieścia osiem, więcej lat wstecz.

   Ktoś poprosił mnie, żebym napisała książkę o: "doświadczeniach na emigracji". Początkowo się do tego zapaliłam. Pomyślałam, że napiszę, żeby inni, choćby ten lub ta jedna inna osoba wiedziała, co to znaczy. Początkowo... Później przyszły wątpliwości. Kto to przeczyta? Komu potrzebne przeszłe historie, wpisane w rzeczywistość, która od dawna już nie istnieje? Historie owinięte w kokon plastikowych woreczków, w których przychodziły do mnie listy z tamtego świata. Otwarte, to było wiadome, bo poranione, rozdarte albo przecięte jakąś mini-gilotyną do otwierania cudzych listów.   

Elżbieta Adamczyk                

          Fot. Elżbieta Adamczyk

   Czy czytane? Tego nigdy się nie dowiem, chyba że dam ogłoszenie: Szukam osoby, która we wczesnych latach osiemdziesiątych bezprawnie czytała moje listy. Bezprawnie? Takie było prawo, z pieczęcią "O"-cenzurowano. Ocenzurowano, że co? że już nie nosi pieluch, że dobrze śpi, że chleb jest puchaty i niesmaczny, że ludzie dobrzy i jak rodzina, że mamy wszystko a nawet więcej, by się dzielić, że płaczę, bo jestem bezsilna, ale że codzienność jest naznaczona nadzieją. 

   Pierwsze telefoniczne rozmowy, tak rzadkie, tak wyczekiwane, tak krótkie - "ostrzegamy, rozmowa monitorowana". Trzaski w słuchawce mogły być zwykłymi trzaskami, statyką, bo przecież to daleko, tak daleko, że cud, że głos dochodzi, że dziecko nie rozumie jak to się dzieje, że tam po drugiej stronie...

  - O widzisz, ta niebieska plama, duuuuuża prawda? To jest Atlantyk, syneczku, takie jezioro albo jak staw, niedaleko hotelu, pamiętasz?
  Oczy robią się okrągłe, słucha cała malutka postać, nic nie rozumiejąc, albo wszystko, tego też nie będę nigdy wiedzieć do końca. Patrzy na rozłożoną mapę świata na dywanie.

  - I za tym dużym niebieskim oceanem. Powiedz: o-ce-an... Tam jest babcia i druga babcia i dziadziuś i drugi dziadziuś i Raduś i...

  W słuchawce trzeszczy. Łzy się powstrzymuje, bo jakże przy obcym płakać.
  - Mówi?
- Tak, ładnie mówi. Pełnymi zdaniami.
- To ciekawe, przecież jest jeszcze taki malutki.

  Głosy się załamują, to pewnie statyka, to wszystko przez to, że krasnoludki nie nadążają z wygładzaniem dźwięku. Rozmowy są banalne. Zwyczajne przestrogi, rady, podpowiedzi. Szkoda na banał czasu, szkoda każdej sekundy, ale Monitor robi swoje, paraliżuje i wygrywa. I mówimy o pogodzie, o zupkach, o nowych zabawkach. Uczucia są nieobecne, niewysłowione.

Elżbieta Adamczyk
  Lata całe mijają zanim ocean okaże się rzeczywistością. Przestrzenią, gdzieś w dole, pod, którą trzeba przespać, na której nic się nie dzieje, nawet statki znikają, rozpływają się w soli, a co dopiero ptaki, które bliżej lądu się trzymają.

  Ukradzione lata obdrapanych kolan, wypadających mlecznych zębów, za które tutaj płaci się centa, albo pięć, dziesięć i wróżka odwiedza śpiące szczerbate dzieci. Grzeczne, śpiące szczerbate dzieci. Okradam babcie, dziadków, innych ze skarbów codzienności, tego, co się im należy, jak innym dziadkom, babciom, żeby pójść na spacer ściskając małą dłoń, szukając kałuż... Czas, czas, czas... Są zegary - te najłatwiej go mierzą. Takie estetyczne kółka z hipnotyzującymi wskazówkami, kreseczki sekund, minut, godzin. Równiutko mierzą przemijanie kwadransa, upływanie słonecznego popołudnia, spaceru po ogromnym sklepie z tysiącami kolorowych piłek.

  A jak odmierzyć rok, dwa? Kalendarzem na ścianie? Jak zważyć? Bo i czas ma ciężar, ważkość. Jabłko waży jedno jabłko, ale gdy się mu przyjrzeć, doświadczyć… Ugryźć jabłko - dowiedzieć się, jaki ma smak, zakazany, wskazany, dobry, zły, połknąć kęs wiedzy. Zostaje ogryzek, pestki. 

   Elżbieta Adamczyk                  Rys. Elżbieta Adamczyk

   Nie jestem Mickiewiczem, Gombrowiczem, Szopenem, Miłoszem. Nigdy nie będę. Mogę jedynie opowiedzieć o niezwykłej zwyczajności uczenia się nowych miejsc, języków, ludzi, kultury, czasu, który odmierza się od innego punktu. Próbuję. Pewnie bez sensu albo z sensem skierowanym na mnie. Komu to potrzebne, kto to przeczyta? Sama do końca nie wiem, co mnie kusi, żeby o tym opowiadać. Czerwone jabłko, po które sięgam. Wgryzam się, smakuję, porównuję z innymi, uczę się, wiem. Wiem? Nie ma mnie do końca ani tu, ani tam. Ani jednym, ani drugim nie potrafię wytłumaczyć: Polska, USA, 'a czym się to je'? Dlatego rzadko o tym wspominam, rzadko mówię, że-tu-że-tam... Wolę opowiadać o człowieku wszędobylskim, bez granic, z duszą, ze środkiem, który jest wszędzie, o człowieku, który wszędzie tak samo jest, zwyczajnie jest. Ale, co roku nachodzi mnie... to coś i wtedy piszę znaki - hieroglify, które można odczytać z kluczem, albo bez, jeśli się dołoży posłowie.

  I to by było na tyle. And that's all. Dziękuję za spojrzenie.





Elżbieta Adamczyk, POSTscriptum, Antologia1/2018(10), Wrocław 2018. 



piątek, 25 stycznia 2019, julitczka

Polecane wpisy