Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

Cisza, bezruch i figury

Julita Bielak     Jul

     Raventos zajął się nami serdecznie, on i potomek de Sonto oprowadzali nas przez dwa bardzo długie dni. Dni te były takie długie, ponieważ rozciągały się na większą część nocy. Mieli nawet już wtedy samochód, wieźli nas w góry i pokazywali nam wczesne kościoły. Pędziliśmy pod górę a potem na szczęście zjeżdżaliśmy nieco wolniej w dół i mniej więcej co dwie godziny jadaliśmy obiad. Kiedy wreszcie około dziesiątej wieczorem wracaliśmy do Barcelony powiadali, teraz wypijemy aperitif a potem zjemy obiad. Jadanie takiej ilości obiadów było dość męczące ale mimo to byłyśmy bardzo zadowolone.

Gertruda Stein, Autobiografia Alicji B. Toklas, tłum. Mira Michałowska, Alfa Warszawa 1994, str. 163.

     s sieci

     Ołówek panny Warren szalał po papierze. Teraz, gdy pan Savory się rozgadał, miała trochę czasu, aby spokojnie pomyśleć; nie było potrzeby zadawania mu pytań. Kreśliła w notesie bezsensowne, skomplikowane figury, co wyglądało tak, jakby w pośpiechu notowała słowa Savory'ego; zależało jej, aby nie przestał mówić. Bazgrolenie nie przeszkadzało jej jednak w myśleniu.

Graham Greene, Pociąg do Stambułu, tłum. Piotr Kuś, Albatros, Warszawa 2015, str. 90.

Joanna Kraśnicka

          Fot. Joanna Kraśnicka

     Co zapisywać, o czymże marzyć w tę ciemną, zimną listopadową noc? Tylko usiąść i płakać. Kochałam już tyle razy, radio wymyślone, gra. Dynamit mi niepotrzebny. O zapasach na zimę zatem, a raczej o jedzeniu, może jeszcze o katarze. Pod koniec jesieni ofiarą kataru staje się bowiem większość ludzi zamieszkujących w klimacie umiarkowanym.

z sieci

z sieci

 

Nie wiadomo, czy jest to wina niedostatków medycyny czy nosa. Obu ewentualności nie wykluczają na mieście i biadolą, że inne organy naszego ciała nie sprawiają nam kłopotów w sposób tak częsty i dokuczliwy. Porównanie nosa człowieka z nosami innych ssaków, konia, psa czy królika, wskazuje u tych zwierząt prostą drogę powietrza wychodzącego z płuc. Gdy pies kicha, powietrze wydobywa się po linii prostej, oczyszczając zarazem nos. Człowiecze przewody nosowe ewolucja ścieśniła i pokręciła, zmusiła do otwierania ust przy kichaniu. Urozmaiciła też naszą głowę o zatoki przynosowe wypełnione powietrzem. Łatwo ulegają zakażeniom, a co za tym idzie i zapaleniom dającym w efekcie przewlekłe powikłania. Istnieje pogląd, nie pomnę gdzie, że to wykrzywienie przewodów nosowych wynikło przez wieki z ogromnego rozrostu mózgu, który nadał organom głowy kształty odmienne niż u innych ssaków. Stąd krótka linia do sformułowania bezczelnej teorii, że mądrzy częściej i więcej kichają. Do czasu, gdy zmiecie ich z powierzchni ziemi ślepa uliczka ewolucji, a miejsce zajmą mniej lub zgoła bardziej wyspecjalizowane osobniki. Z nosami jak klarnet albo jak flet prosty. Zamażę jednak ten pociągający szkic naszych potomków, wyobraźnię i tak przesłaniają zwizualizowane niedawno przez Dorotę Masłowską błąkające się po Wonderlandzie zasmarkane małpy z kluczem na szyi i krokiem rajstop przy kolanach. Na więcej irracjonalnych szaleństw nie mam w fantazji miejsca.

z sieci

 z sieci

     Zanim medycyna kiedyś da sobie radę z katarem, zanim zakichamy się na śmierć, warto byłoby się posilić. Właśnie posilić, lubię to określenie, nie zjeść, a posilić, ma głębszy sens, usprawiedliwia. Mój niegdysiejszy szef w drodze powrotnej z Veert w Holandii nadrabiał drogi, aby zaczerpnąć sił przy sałatce kartoflanej. Tylko kartoflana, i tylko w Berlinie. Zawsze żałowałam, że nie przychodził mu do głowy Paryż, po śladach Ernesta Hemingwaya moglibyśmy trafić do kultowej Brasserie Lipp.

     Do Lippa był mały kawałek drogi i każda mijana restauracja, którą mój żołądek spostrzegał równie szybko, jak oczy i nos, czyniła z tego spaceru dodatkową przyjemność. W brasserie było mało ludzi i kiedy zasiadłem na ławie pod ścianą, mając za plecami lustro, a przed sobą stolik, i kelner zapytał, czy chciałbym piwa, poprosiłem o distingue, duży szklany kufel litrowy, i o sałatkę z kartofli. Piwo było bardzo zimne i wyborne w smaku. Pommes a l'huile były jędrne, zamarynowane, a oliwa przepyszna. Posypałem kartofle czarnym pieprzem i namoczyłem chleb w oliwie. Po pierwszym, obfitym hauście piwa piłem i jadłem bardzo powoli. Wytarłem chlebem wszystką oliwę i sos i popijałem z wolna piwo, aż zaczęło tracić swój chłód, a wtedy je dokończyłem.

Ernest Hemingway, Ruchome święto, tłum. Bronisław Zieliński, Czytelnik, Warszawa 1966.

     Niebezpiecznie jest czytać Hemingwaya nocą, niebezpiecznie jest kartkować książki kucharskie, także tę wieloletniej towarzyszki życia Gertrudy Stein. Przepisy zawarte w "Książce kucharskiej Alicji B. Toklas", Amerykanki polskiego pochodzenia, noszą w sobie cały gastronomiczny świat i własny smak Alicji.  Bywają trudne, czasami dyskusyjne. Zapisałam kiedyś recepturę sałatki, czy robiłam, pewnie tak. Wyłania się z zamglonego zaoknia z karteczką "zjedz mnie". Nawet co dwie godziny albo gdy sił nie staje. Ziemniaki ugotuję na parze w mundurkach, jeszcze ciepłe obrane i pokrojone w talarki wrzucę do miski z sosem skomponowanym z musztardy francuskiej, pieprzu, estragonu, pietruszki, trybuli, szczypiorku, zmiksowanego solonego śledzia, startego jabłka oraz bulionu, najlepiej wołowego. Wymieszam, odstawię na parę godzin. Może coś mi przypomni. Prowadzona słowami Johna Ashberry'ego: "gdy raz mieszkało się w Paryżu, nie można mieszkać nigdzie indziej, nawet w Paryżu", nie przywiązuję się do nadziei.

     Stanął przed nami i wyrecytował: "Pip ma zostać wychowany na dżentelmena, innymi słowy na młodzieńca o wielkich nadziejach". Usłyszeliśmy w tych słowach Dickensa. Poczuliśmy przypływ radości. Na brodatej twarzy pana Wattsa pojawił się szeroki uśmiech. Wyciągnął na powierzchnię nienaruszony fragment. Słowo w słowo. Dokładnie tak, jak je napisał pan Dickens, a nie w postaci naszych na wpół zapamiętanych, na wpół zrekonstruowanych fragmentów. Rozejrzał się po naszych zachwyconych twarzach.

Lloyd Jones, Pan Pip, tłum. Jacek Konieczny, WAB Warszawa, str. 140. 

z sieci

Deszcz stracił na sile, padał

coraz słabiej, niemal

przepraszająco, aż wreszcie ustał,

jakby pogoda przyznawała,

że właściwie sama nie wie,

co w nią wstąpiło.

"Kiedy odszedłeś", Jojo Moyes.

    

 

 

 

    

poniedziałek, 26 listopada 2018, julitczka

Polecane wpisy

  • W szumie jedwabi

    Koliberek Jul Gdzie jesteśmy? W ironiach których nikt nie chwyci, krótkotrwałych i nieakceptowanych, w trywialnych pointach które kwitują metafizykę niedor

  • Karty przy orderach

    Jul Potem zatańczyliśmy wokół choinki po to, by Monika mogła wpaść w zachwyt i być taka szczęśliwa, jak szczęśliwym i zachwyconym powinno się być w jej wieku w

  • Krótkim kopiowym ołówkiem

    Jul Jesienią północna Fryzja tonie we mgle. Kontury się zacierają, brunatne liście są tak nasiąknięte wilgocią, że przestają szeleścić. Wilgoć wnika w mury dom