Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

Kilka prostych szaleństw

jb     Jul

     Pilcher House, 18 lutego 1986.

     Szanowny Panie Doktorze Barnes (pisze to stara kobieta, prawie osiemdziesiąt jeden lat), zwykle czytam poważne DZIEŁA, natomiast jeśli chodzi o lekką lekturę do poduszki, sprawa w moim domu starców (widzi Pan, jestem tu stosunkowo od niedawna) wygląda tak, że regularnie z Czerwonego Krzyża dostajemy sporo "powieści". O czym są? Na przykład o szpakowatym chirurgu z bujną czupryną, niezrozumianym przez żonę, a najlepiej wdowcu, i ponętnej pielęgniarce, która podczas amputacji podaje mu piłę. Nawet w tych zamierzchłych czasach, kiedy miałam prawo być podatna na tego typu bajdy, wolałam czytać Darwina "O tworzeniu się gleby w następstwie działania dżdżownic". Pomyślałam więc, że lepiej pójdę do "bibloteki" (jak mówiła pewna mała dziewczynka) publicznej i zacznę systematycznie czytać powieści, poczynając od "A". Okazało się, że te pierwsze były głównie o chodzeniu do pubów i damskich biustach, więc szybko przeszłam dalej.

Julian Barnes, Cytrynowy stolik, tłum. Joanna Puchalska, Świat Książki 2013, str. 143.

z sieci

Fot. Paolo Corrdadini

jb

 z sieci

     Jesień czekała za drzwiami, niecierpliwiła się, przestępowała z deszczowej nogi na wietrzną. Wreszcie wpadła z furią, ale jak! Pogodowi nadwrażliwcy do dzisiaj szukają głowy po kątach. Niby meteopatia nie jest chorobą ani nawet przypadłością medyczną, ale potrafi dokuczyć: rozdrażnić, wybudzić, rozboleć. Umownie, na co nie przywołam żadnych autorytetów naukowych, zaliczana jest do hipochondrii, ta zaś - do zespołu nerwic. Czyli zasię choroba. Upierałabym się jednak przy czystej fizjologii, przy budowie błon komórkowych, jonizacji powietrza i mechanizmie reakcji organizmu, może i ewolucji, gdyby chciałoby mi się tego szukać. Ale nie chce. Przez nasz kraj położony na styku dwóch klimatów: kontynentalnego i atlantyckiego przechodzi rocznie 140 frontów atmosferycznych wywołujących zmiany aury. Jedną z nich, zapadaną i zawianą w chłodzie, przyniósł w darze pierwszy dzień jesieni. Przemeblował moje "poczytam" z mdlejących w upale, poplątanych narracji na subtelne opowiadania Barnesa. Z powieści na "A" przeszłam do "B". Nie, jeszcze nie Cioran (Życie przestaje być koszmarem, gdy człowiek powie sobie: „Mogę się zabić, kiedy tylko zechcę”), jeszcze nie czas. Do uroku smutku urastającego do miana wyższej godności też jeszcze nie dotarłam, na Sorena Kierkegaarda - "Czy to zrobisz, czy nie zrobisz, będziesz i tego, i tego żałował*" - rezerwuję sobie listopad. Na razie trwam przy najbardziej jesiennym ze wszystkich poetów, przy Georgu Traklu. Dla niego jesień trwa cały rok - nie jest stanem pogody, lecz stanem ducha. Przemijanie, rozkład, fizjologiczność naszych ciał, ale i całej przyrody napełnia go melancholią. Jesień, śmierć i apokalipsa na jednej nucie. Piękne!

Wrześniowy wieczór; smutno brzmią ciemne wołania pasterzy
Przez zmierzchającą wieś; ogień pryska w kuźni.
Staje dęba czarny koń; hiacyntowe loki dziewczyny
Łowią żądzę jego purpurowych chrapów.
Cicho zastyga na skraju lasu krzyk sarny
I żółte kwiaty jesieni
Chylą się niemo nad modrym obliczem stawu.
W czerwonym ogniu spłonęło drzewo; wzlatują nietoperze
                                                      z ciemnymi pyszczkami.

Georg Trakl, Pejzaż, tłum. Andrzej Lam

jb

z sieci

                                  Fot. Charles Spencelayh

     jbPoeci zazwyczaj nie jadają. Może czasem czegoś się napiją. Niewrażliwi na jedzenie mimo wszystko je dostrzegają, o czym znienacka w wierszach sygnalizują: "Słodka woń jabłek", "Pachną jabłka na komodzie", "Owoce głucho, miękko padają z jabłoni". Stąd tylko krok do szarlotki, pomocnej - tak uważam - zarówno w chorobie meteotropowej, jak i jesiennej depresji. Choć Trakl, jeśli już, wolałby pewnie strudel. Przydadzą się też jabłka posypane cukrem, skropione pejsachówką lub śliwowicą i na maśle usmażone w cieście z mąki, jajka i mleka.

jb

     Choć ja ponad wszystko przedkładam proste jabłko pieczone z orzechem i cynamonem. Kruche ciasto z szarlotki i tak zawsze zostawiam na talerzyku. Znikają natomiast powidła w każdej postaci, do zrobienia których - tych ze wspomnień mojej mamy - potrzebne są następujące rzeczy: sad ze śliwkami węgierkami, pogoda w kwietniu lub w maju, gdy śliwy kwitną, pogoda w sierpniu i wrześniu, gdy śliwki dojrzewają, drabina, facet, który lubi się wspinać na drzewa  i odróżnia śliwkę robaczywą od nierobaczywej, duży sagan, kuchnia węglowa, kopyść do mieszania i dużo cierpliwości. Potem to już głupstwo. Śliwki należy przekrajać, usunąć pestki, wybierać tylko bardzo dojrzałe owoce. Wrzucić do garnka i postawić najpierw na ostrym ogniu, puszczą sok. Nie wolno dokładać śliwek, tylko te, co są. W miarę gotowania zmniejszyć ogień na tyle, aby masa tylko z lekka sympatycznie perkotała. No i przez dwa dni po minimum osiem godzin mieszać, i mieszać ad finitum. W połowie smażenia dodać cukier, jeśli chcemy przechowywać powidła aż do zimy. Co z reguły się nie udaje, szczególnie w domach, w których często bywają goście. Moich powideł nie słodzę wcale, dodaję jedynie goździki, laska wanilii też jest przyjemnym wariantem. A ten zapach! Stygnąć powinny powoli, najlepiej na blasze wygasłej kuchni węglowej, nieosiągalne marzenie. Takie krótkie życie i takie pogmatwane niczym układ gwiazd na niebie w środku zimowej nocy, a ja wymyślam sobie kuchnię węglową, jakby mało mi było emocji.

     Wieje kolejny dzień. Wieje nocą. Przewiało mnie do "M".

     Nastrój mi się poprawiał, wracałem do lektury powieści czy jakiegoś nieszkodliwego czasopisma (zabroniłem sobie czytania gazet i słuchania wiadomości radiowych. Za każdym razem, idą do kina, dbałem o to, by wejść po skończeniu kroniki). Byle tylko nie dowiedzieć się niczego o losach świata. Nie pogłębiać tego strachu, tego przeczucia nieuchronnej katastrofy. Interesować się wyłącznie sprawami neutralnymi: modą, literaturą, kinem, musicalem. Wyciągnąć się na wielkim leżaku, zamknąć oczy, odprężyć się, zwłaszcza się odprężyć. Zapomnieć.

Patrick Modiano, Willa Triste, tłum. Joanna Polachowska, Wydawnictwo ZNAK, Kraków 2014, str.23.

     Mimo to czuję się podejrzana, winna, dziwna. Zostaję jednak długo i spaceruję po całej księgarni. Trochę to przerażające, jest tam tyle książek. Tak już mam, że zawsze zatrzymuję się przy książkach, które na różne sposoby doradzają czytelnikom, w jaki sposób osiągnąć szczęście, a przynajmniej spokój. Nie masz pojęcia - a może masz - ile ich jest. Nie mówię tego z pogardą. Uważam, że powinnam je czytać, choćby niektóre, ale potrafię jedynie się na nie gapić w osłupieniu.

Alice Munro, Coś, o czym chciałam ci powiedzieć, tłum. Bohdan Maliborski, Świat Książki, Warszawa 2017,str.149.

    Niekiedy we trójkę bawili się w pewną grę, którą Barbara wynalazła albo skądś przejęła. Gra nazywała się "Jabłka i pomarańcze" i była bardzo przydatna  czasie podróży samochodem, bo dawała dzieciom zajęcie. Polegała na dokonywaniu wyborów, od najłatwiejszych do najbardziej kłopotliwych. Zaczynało się od pytań podstawowych w rodzaju: "Masło orzechowe czy owsianka?". I dalej: "Masło orzechowe czy mus jabłkowy?", co było już trudniejsze. Naprawdę niełatwo było wybierać pomiędzy rzeczami , które się lubi, albo takimi, których się nie znosi. A pewne elementy ciężko było nieraz ze sobą porównać. W tej grze nie było zwycięzców. Cała przyjemność polegała na wymyślaniu jak najbardziej męczących wyborów i dokonywaniu ich. Zabawa dobiegała końca wtedy, gdy ktoś z grających krzyknął: "Rezygnuję! Nie mogę już tego znieść. Co za głupia gra. Nie chce mi się już niczego wymyślać!".

Alice Munro, Przyjaciółka z młodości, tłum. Agnieszka Kuc, Wyd. Literackie Kraków 2013, str. 209.

*Soren Kierkegaard, Albo, albo, PWN, Warszawa 1982, str. 41.

czwartek, 27 września 2018, julitczka

Polecane wpisy

  • W szumie jedwabi

    Koliberek Jul Gdzie jesteśmy? W ironiach których nikt nie chwyci, krótkotrwałych i nieakceptowanych, w trywialnych pointach które kwitują metafizykę niedor

  • Karty przy orderach

    Jul Potem zatańczyliśmy wokół choinki po to, by Monika mogła wpaść w zachwyt i być taka szczęśliwa, jak szczęśliwym i zachwyconym powinno się być w jej wieku w

  • My w rzeczach2

    Jul Równo rok temu w spokojny, słoneczny dzień pożegnaliśmy na Srebrzysku Mamę. Fot. Wojtek Pierunek Biegło się z całych sił – no i się dobiegło. Zbiera