Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

Samograj

Julita Bielak     Jul

     Frycek, bo tak go odtąd nazywano, został. Pracował jako parobek u Sztulmowskiego, choć uporczywie milczał. Wykonywał polecenia, więc rozumiał, ale nie odzywał się wcale. Ani po polsku, ani po niemiecku. Nie dostawał pieniędzy, tylko jedzenie i dach nad głową. Mieszkał w komórce w stajni. Miał tam małe okienko, legowisko ze starych sienników, skrzynię z nutami przyniesionymi z domu pani Berg, a pod deskami w podłodze skrytkę na skrzypce. Grał w lesie. Ukrywał swój skarb. Nikt nie mógł wiedzieć, gdzie jest instrument.

Aida Amer, Kroniki z życia ptaków i ludzi, Nasza Księgarnia 2017.

Peter Tumlay

Fot. Peter Turnley

Irvin Klein

                    Fot. Irvin Klein

Cartier BressonW domu na półce stało trzytomowe wydanie nagrodzonej Noblem "Sagi rodu Forsyte'ów" Johna Galsworthy'ego, czytałam nie raz. Warstwa po warstwie budowałam trwały obraz dziejów trzech pokoleń zamożnej angielskiej rodziny, widziałam też słynną telewizyjną adaptację dzieła zrealizowaną w 1967 roku przez BBC; ach ten Soames, Irene, jak mogła! Biurko stało przy oknie, zawsze czytam przy biurku. Przez lata towarzyszył mi ten sam widok podwórza-studni szarej kamienicy doktorostwa Hanischów, jakaś szopa, gołębnik, pralnia. I ta sama postać drobnej starszej pani odzianej bez względu na porę roku w czarny płaszcz, na głowie niewielki kapelusz. Schodziła po drewnianych stromych schodach gospodarczego zabudowania, tam mieszkała samotnie. - Ta Niemka - mówili o niej ludzie. Teraz już nie wiem, dlaczego została w małym poznańskim miasteczku, nie wyjechała. Może i znałam kiedyś jej historię, uleciała. A może nikt nic o niej nie wiedział. Jak nie potrafię rysować, naszkicowałabym to brzydkie podwórze, tamte schody, sylwetkę starej kobiety, i płaszcz, i kapelusz choćby dzisiaj, taka siła i poczucie godności biły z postaci. Pewnego rodzaju zapamiętanie trwania w powziętym postanowieniu. Burzyła mój porządek dnia, niepokoiła zagadką. Bo o pani de Perriere wiedziałam dużo więcej, uczyła mnie gry na pianinie i angielskiego. Niewysoka, korpulentna, energiczna, z fryzurą wypisz wymaluj Edith Piaff, przemierzała postukując skórzanymi pantofelkami na obcasie uliczki miasta od jednego bęcwała muzycznego do drugiego. Równie zdecydowanie biła po palcach niezatemperowanym żółtym ołówkiem, bolało. A losy proste, gdy jej siostra poślubiła we Francji oficera wojska polskiego i małżonkowie zamieszkali w Krotoszynie, spakowała dobytek i zaryzykowała wspólne życie na obczyźnie. Tych osób, w oparciu o które mogłam tworzyć pierwszy obraz wielokulturowości, nie było w moim miasteczku aż tak wiele, dwie kobiety, uzupełniane bohaterami literackimi, musiały wystarczyć. Niekiedy zadowalamy się jedynie pobieżną znajomością zdarzeń z przeszłości, wiedząc jednak, że pewnego dnia zechcemy przemyśleć w spokoju i poznać dokładniej. Swego czasu w Rzeczy Krotoszyńskiej ukazał się artykuł Janusza Urbaniaka "O Elfriedzie, która czuła się Polką", w zadumę wprowadza decyzja 31-letniej Elfriedy Wojtkowiak z domu Scheide, która w 1947 roku postanowiła wrócić z Niemiec do Polski. Gdy pytano ją o narodowość zawsze odpowiadała, że jest Polką pochodzenia niemieckiego, rodzina Scheidów żyła w Krotoszynie od kilku pokoleń.

     Odrzucenie zaszczepionej w dzieciństwie religii albo światopoglądu wymaga więcej niż określonej miary odwagi i siły charakteru; trzeba ciągłego intelektualnego i emocjonalnego wysiłku, ponieważ człowiek, który zdecyduje się na taką przemianę, jeszcze po latach i dziesiątkach lat odkryje w sobie pozostałości wychowania. W najdalszych zakamarkach swojej pamięci odgrzebie wyuczone wcześniej schematy życia i myślenia, które niezrewidowane, przeżyły szmat czasu nie tracąc na wartości.

Monika Maron, Listy Pawła, Przeł. Anna Kryczyńska, MUZA SA 2001.

Tadeusz Sumiński

     "Kroniki z życia ptaków i ludzi" o rodzinach Sztulmowskich z Podlasia i Stuhlmacherów z Prus Wschodnich oraz "Listy Pawła" trafiły do mnie prawie tego samego dnia; "Kroniki..." podarowała mi pani Kinga z Przeczytane. Napisane, "Listy...", z miłości do epistolografii, kupiłam. Za pomocą listów odnalezionych w rodzinnych szpargałach, a pisanych w 1942  z getta bełchatowskiego przez dziadka autorki, Monika Maron wyjaśnia mechanizm budowania legend rodzinnych, ożywia pamięć, przetwarza duchową rzeczywistość żydowsko-polsko-niemieckiej rodziny sprzed kilkudziesięciu lat. Małgorzata Kulisiewicz, w tomie ofiarowanym mi również przez panią Kingę z Przeczytane. Napisane, zawarła m. in. wiersz "Kino-życie", w którym pochyla się nad bełchatowskim lasem wyrosłym na żydowskim cmentarzu.             Fot. Tadeusz Sumiński

     I tak oto wszystko zamyka się na zakładkę: Kroniki, Elfrieda, Listy, Fleur Galsworthy'ego i Natasza z "Wojny i pokoju", Kot, pani de Perriere, muzyka. Wszystko się dopełnia. Na ziemi nie ma pustych miejsc. Wiedziała o tym Halina Poświatowska, kiedy zapisała: "Jeszcze raz obejmuję spojrzeniem ściany, kolorowe kawałki płótna, wystające grzbiety książek na półce. Myślę poprzez narastający w uszach szum. Czy wszystko pozostanie tak samo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki odwykną od dotyku moich rąk, czy suknie zapomną o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojej śmierci - zapomną. Nie łudźmy się, przyjacielu, ludzie pogrzebią nas w pamięci równie szybko, jak pogrzebią w ziemi nasze ciała. Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie pozostanie po nich nawet puste miejsce. Na ziemi nie ma pustych miejsc". (H. Poświatowska, Opowieść dla przyjaciela, Kraków 1966, str. 115).

Julita Bielak

     Przedwojenni Zofia i Henryk z równie przedwojenną warszawsko-sopocką Baśką, wojennym świętokrzysko-malborskim Andrzejem i powojenną wielkopolsko-gdańską mną. Rodzina. Troje uczestników zajścia opatrzyło już, w zaskakującym porządku, swoje pamiętniki napisem "koniec". Brat i ja zapełniamy ostatnie strony, choć co i rusz jawi się nam nowy rozdział. Na scenę wkraczają nasze wnuki, piszą nowe życie. Albo, jak Alicja, która jeszcze pisać nie potrafi, rysuje: kotek, piesek, kwiatek, serce... i ja, cała na czarno z deszczową chmurą na twarzy. Czy sięgną kiedyś do korzeni? Uzmysłowią sobie, że po pradziadku płyną w nich krople tatarskiej krwi? Powinni, łatwiej będzie im zrozumieć, dlaczego nagle "wskakują na koń" i pędzą przed siebie hen daleko, hen w step. Wolność przede wszystkim. I rodzina, ta z nadania oraz ta wybrana po drodze, bo przyjaciel to też rodzina. 

Julita Bielak

Julita Bielak

 

.../ W mojej kuchni

kawa pachnie tak nieziemsko.

 

Smakujemy nasze życie

powoli i dokładnie,

każdym kęsem dzieląc się z przyjaciółmi,

 

zanim odejdą

poza horyzont naszego stołu.

*

Małgorzata Kulisiewicz, Smaki życia, Kot Wittgeinsteina i inne wiersze, Poezja, tom XIX, recenzja pani Kingi Młynarskiej, doskonała - tutaj:

http://dajprzeczytac.blogspot.com/#!/2018/05/kot-wittgensteina-i-inne-wiersze.html

 

 

 

 

 

piątek, 31 sierpnia 2018, julitczka

Polecane wpisy

  • W szumie jedwabi

    Koliberek Jul Gdzie jesteśmy? W ironiach których nikt nie chwyci, krótkotrwałych i nieakceptowanych, w trywialnych pointach które kwitują metafizykę niedor

  • Karty przy orderach

    Jul Potem zatańczyliśmy wokół choinki po to, by Monika mogła wpaść w zachwyt i być taka szczęśliwa, jak szczęśliwym i zachwyconym powinno się być w jej wieku w

  • My w rzeczach2

    Jul Równo rok temu w spokojny, słoneczny dzień pożegnaliśmy na Srebrzysku Mamę. Fot. Wojtek Pierunek Biegło się z całych sił – no i się dobiegło. Zbiera