Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

Sterana miłością

Julita Bielak     Jul

biernie
wynurzam się z bloku
na goły chodnik

blada wiosna
przezroczysta

jestem stare palto!

pręd-ko do swojego bunkra
na dziewiąte piętro

Miron Białoszewski, 3 kwietnia.

Elliot Erwitt

          Fot. Elliott Erwitt

     Kiedy król Pyrrus postanowił wkroczyć do Italii, Kineasz, roztropny doradca, chcąc mu dać uczuć czczość jego ambicji, spytał: "Powiedz mi, panie, w jakimż celu podejmujesz tę wielką wyprawę?" "Aby się stać panem Italii" - odparł tamten bez namysłu. "A później - ciągnął Kineasz - kiedy to się spełni?" "Wkroczę - odparł król - do Galii i Hiszpanii". "A potem?" "Podbiję Afrykę; a w końcu, kiedy świat cały rzucę sobie pod stopy, odpocznę i będę żył w swobodzie i w weselu." "Na Boga, panie,  - rzekł wówczas Kineasz - powiedzcie mi co przeszkadza, byście już teraz tak żyli, jeżeli macie ochotę? Czemu nie zawijasz dziś do tego portu, do którego rzekomo dążysz, i czemu nie oszczędzisz sobie tylu trudów i niebezpieczeństw, którymi się odeń odgradzasz?"

Michel de Montaigne, Próby, przeł. Tadeusz Żeleński (Boy), PIW, 1985.

     Każdemu wedle jego natury kształtuje się dola. Statki w porcie znajdują bezpieczeństwo, ale nie po to statki się projektuje i buduje. Od miesiąca, ciągle na nowo i ciągle niepewnie, powoli przedzieram się przez 3-tomowe dzieło Montaigne'a, przyznam, z pewnym upodobaniem właściwym stanowi ducha. Czasem nie trzeba siły, by przy czymś trwać, czasem trzeba siły, by to puścić. A jest się czego trzymać. Czysto ludzkich prawd dotyczących człowieka i jego powołania, prób uporania się z własnym istnieniem, mądrości życiowej i kultury duszy, a wszystko wśród zagadek wszechświata. I ciszy, eseje brzmią ciszą. Są ludzie, którzy słyszą barwnie, widzą dźwięki kolorami. Synestetami byli m. in. Rimski-Korsakow, Vladimir Nabokov, Franciszek Liszt. Ja - czytam muzycznie, podkładam ścieżkę dźwiękową, wystukuję rytm. Przez Próby przechodzę w kompletnej ciszy, to dla mnie novum.

Atrhur Elgort

Fot. Arthur Elgort

Ostatni dzień lata

                     Fot. kadr z filmu "Ostatni dzień lata" w reżyserii Tadeusza Konwickiego.

Pierre Boulat

     Może paść pytanie, dlaczego utknęłam w wieży zamkowej hen gdzieś na południu Francji i przysłuchuję się XVI-wiecznym rozważaniom, a nie śledzę perypetii współczesnych literackich kochanków. Wierzę w miłość, na pewno w pierwszą miłość, ustawiającą w jakiś sposób życie. Wierzę także w istnienie Yeti. Wiecznie zakochana - jak nie w realu, to w idolu - wzrastająca z towarzyszeniem sentymentalnej literatury i  romantycznego kina oraz poezji, tej zdyszanej, pachnącej i kolorowej, zatrzymującej się na powierzchni przeżyć poezji Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej i późniejszej, choć nie kontynuatorki - poezji Poświatowskiej, behawioralnej, sensualnej, nie czytam już o miłości. Nie szukam specjalnie, przyjmuję, jeśli się trafi, coś o kurze, coś o ziarnie. Bo wiem? Wiem więcej, niż miałam na to ochotę? Bo kosztuje utratę wolności? Bo za dużo obiecuje? Bo widziałam więcej katastrof niż szczęśliwych lotów i lądowań? Bo cichutko, coraz ciszej nucę Grochowiakiem: "Podaj mi rączkę trumienko. Konik wędzidło gryzie, chrapami świszcze". Miłość nie jest aż tak słodka, jak przedstawiano ją nam, gdy byliśmy młodzi – w literaturze sentymentalnej, w kinie - mówi Paulinie Reiter Amos Oz w wywiadzie opublikowanym w grudniu 2017 w "Wysokich obcasach". Miłość łączy skrajne poświęcenie ze skrajnym egoizmem. Zawiera w sobie jednocześnie potrzebę, by poświęcić się dla ukochanej osoby, a także by tę ukochaną osobę posiąść. By dominować i zostać zdominowanym. Więc miłość ma zapewne wiele twarzy, lecz słodka nie jest. Ten obraz pary trzymającej się za ręce, idącej w stronę zachodu słońca przez ukwiecone pole, najlepiej boso...

     Prosto ku instytucji małżeństwa, nie bez kozery instytucją zwanego. Powinno funkcjonować jak sprawnie zarządzane przedsiębiorstwo i tak się w globalnym kapitalizmie dzieje. W nim chadza się tylko w butach, z ratami kredytów do spłacenia stąpa twardo po ziemi. Gdzie tu miejsce na wzniosłe uczucie, szaleńcze emocje, na bose stopy. Na makatkę i owszem.

     Z okazji przeprowadzki w aleję Rothschildów Johann Isidor podarował swojej Betsy błękitne lniane makatki wyszyte drobnym ściegiem krzyżykowym. Zdobił je napis: "Nie uskarżaj się na poranek, znój i pracę niosący - wspaniale bowiem jest dbać o ludzi, których się kocha". Prezent kazał opakować w delikatny jedwabny papier i wręczył Betsy ze słowami: "Na pamiątkę pierwszego wspólnego śniadania przy alei Rothschildów".  - Ach, jak ten papier szeleści - zauważyła. (...) Uśmiechając się, wyobrażała sobie ze szczegółami, że jej mąż dla uczczenia przeprowadzki do nowego mieszkania nie podarował jej praktycznej makatki, ale ciemnozielony kapelusik z kremowym strusim piórem, który już od dwóch tygodni podziwiała w nowo otwartym sklepie z nakryciami głowy przy Kaiserstrasse. Przywołała się do porządku - tego rodzaju próżność przystoi w najlepszym razie młodej dziewczynie, która nie poznała jeszcze co to powaga życia i wyrzeczenie.

Stefanie Zweig, Dom przy alei Rothschildów, tłum. Anna Kierejewska, Wydawnictwo Marginesy, 2015.

Julita Bielak

     Pobędę zatem jeszcze chwilę, dwie w zacisznym, wolnym od natłoku życia towarzyskiego gabinecie Montaigne'a, jestem dobra tylko w tym, co lubię. Rozszyfruję kolejną łacińską sentencję, Próby roją się od cytatów łacińskich, spotykam je niemal na każdej stronie. Nie służą jedynie ozdobie, filozof, uważający łacinę za swój język ojczysty, wyznaje bowiem, że w chwilach silnych wzruszeń pierwsze słowa jakie nieświadomie wyrywają mu się z ust, to są słowa łacińskie. Usuwając się od życia publicznego, Montaigne był zdecydowany żyć tylko dla siebie, dla swej wygody i swego spokoju. Samotność jednak, której tak pragnął, sprawiła mu prawdziwą niespodziankę: utrzymanie ładu duchowego, uporządkowanie swych myśli okazało się rzeczą jeszcze trudniejszą niż borykanie się ze sprawami publicznymi. Wymagało specjalnej sztuki, którą będzie nazywał, idąc za starożytnymi, mądrością, ale dla której znajdzie określenie bardziej oryginalne - kulturę duszy. Pobędę i pomyślę.

Julita Bielak

     Twierdzi Pan, że nie boi się Pan umierania pod warunkiem, że nie skończy się ono śmiercią. Brzmi dość kazuistycznie. W każdym razie może Pan nawet nie zauważyć, że już się to stało. Mojej przyjaciółce Daphne Charteris umieranie zajęło sporo czasu. "Czy już umarłam?" - pytała, ewentualnie: "Od jak dawna nie żyję?". Jej ostatnie słowa brzmiały: "Już od jakiegoś czasu jestem martwa. Nie czuję różnicy".

Julian Barnes, Cytrynowy stolik, tŁum. Joanna Puchalska, Świat Książki 2013.

 

 

środa, 09 maja 2018, julitczka

Polecane wpisy

  • My w rzeczach2

    Jul Równo rok temu w spokojny, słoneczny dzień pożegnaliśmy na Srebrzysku Mamę. Fot. Wojtek Pierunek Biegło się z całych sił – no i się dobiegło. Zbiera

  • Cisza, bezruch i figury

    Jul Raventos zajął się nami serdecznie, on i potomek de Sonto oprowadzali nas przez dwa bardzo długie dni. Dni te były takie długie, ponieważ rozciągały się n

  • Przy dziennonocnej lampie, tylko ją zapalić

    Jul Korf wynalazł dziennonocną lampę, która, jeśli tylko ją zapalić, nawet najjaśniejszy dzień w noc zamienia. Kiedy ją przedstawił na uczonym forum, nikt rzec