Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

Ocet czterech złodziei

Julita Bielak     Jul

droga

popycha mnie przed sobą

kołysząc unosi w sobie

uśpioną

w dymie, w białym kurzu

koła pociągu dudnią

przestaję być tym

kim byłam

znikam w bieli, mgła

połyka mroźny świat

na moich oczach

*

Katarzyna Krenz, "Winterreise", "Z nieznajomą w podróży", TOWER PRESS, Gdańsk 2000.

     W podróży - szczególnie, powtarzam, gdy odjeżdżamy nocą - prześladuje nas teraźniejszość, która w bólach i mękach przemienia się na naszych oczach w przeszłość(...). Konduktor zawołał: "Proszę wsiadać!" Ktoś krzyknął. Znowu ktoś biegł tupocąc po betonie, ale w przeciwną niż przedtem stronę. Piękny, dźwięczny śmiech dziewczyny rozszedł się dokoła jak zapach kwiatów. Wiosną na łące. Wagon zatrzeszczał. Coś jęknęło jak potępiona dusza. Zamigotało światło prześwitujące przez źle zasuniętą roletę. Pociąg ruszył z głębokim westchnieniem.

Stanisław Dygat, "Podróż", PIW 1979.

Julita Bielak

   "Podróżować to żyć" - zakładał Hans Christian Andersen w jednej ze swoich baśni. Odjechać to, zdaniem pewnego francuskiego sentencjonalisty, nieco umrzeć. W takim razie każdy dzień jest podróżą, choć z umarłym lepiej nie podróżować.

     Wracałam pociągiem. Dworzec, i dawniej mało znany, gmatwał ścieżki, błądziłam. Wreszcie znalazłam właściwy peron, tor, godzinę odjazdu, kierunek, wagon. Uzbrojona w kubek kawy - nie ufam, nie ufam - wspięłam się po schodkach, miejsce, jest i miejsce. Zajęte jednak, ktoś już na nim siedzi. Wpadłam w panikę, pomyliłam zatem, to nie ten pociąg. Pewnie zaraz ruszy, dokąd nim pojadę?

     - Pani ma 36? - zaszczycił mnie gentleman z mojego miejsca przy oknie. Przystojny, świetnie ubrany, marynarka bez zarzutu, zadbane dłonie. - Bo my tu z przyjacielem rozmawiamy, więc nie zrobi pani różnicy, jeśli usiądzie pani na moim, o, tam. Szybkim spojrzeniem oceniłam sytuację: od środka, obok pani obsypanej okruszkami. Na stoliczku walały się ciastka, ciasteczka, ciastusia różnego autoramentu, znam szelest celofanowych opakowań. Podziękowałam za propozycję, krótko omówiłam wyższość oparcia głowy o szybę nad kiwającą się zmęczeniem w okruszonej pustce. Jednocześnie bladym uśmiechem obdarzałam sykającą pasażerkę, przy której stałam. Stałam i przeszkadzałam. Mężczyzna jeszcze coś próbował, gestykulował, byłam nieugięta. Nie po to godzinami słucham utworów Tomka Organka, by siadać gdzie popadnie.

z sieci

Fot. z sieci

     Po dłuższej chwili obaj panowie podnieśli się, opuścili fotele i wszystkim zgromadzonym w pojeździe oznajmili, że w takim razie idą do WARSu. - Bo tu będzie czytelnia - skwitowali z niesmakiem, w ręku trzymałam "Jeśli zimową nocą podróżny" Italo Calvino. Z naklejoną na 145 stronie - rozdział o dźwięku telefonu godzącym boleśnie jak strzała i nakazującym posłuszeństwo, natychmiastową odpowiedź na niechciany apel, niosącym głównie rozczarowanie - zakładką Kota Nakręcacza. Śmieszna, uparta staruszka. Że też taka w domu nie posiedzi, tylko diabli ją pociągami niosą. Żałowałam, że tylko z kawą i książką, a nie z wiatrówką.

     Pociąg ruszył. Ze mną w roli dobrej wróżki klaszczącej w dłonie i zarządzającej: "Wszystko na miejsca!".

Neal Slavin

                    Fot. Neal Slavin

     W "Drugim kocie w worku czyli z dziejów nazw i rzeczy" Władysław Kopaliński napomknął o wydanej w 1831 roku w Mediolanie książeczce ze wskazówkami dla podróżnych i turystów. Dotyczyły wprawdzie jazdy dyliżansem, ale upierać się będę, że wszystko mogłoby i teraz się przydać: puzdro średniej wielkości, aby je można było w powozie trzymać pod stopami, posiadające przegródki na dokumenty, pieniądze i kosztowności, nad nimi zaś drugą warstwę przegródek. Na wielką butlę z winem hiszpańskim, i drugą z wodą maltańską z kwiatu pomarańczowego oraz cukier. Obok mały moździerzyk marmurowy i dwie średnie butelki, jedna z octem czterech złodziei (od morowego powietrza; był to ocet winny, w którym moczono piołun, rozmaryn, szałwię i rutę), drugą z wódką portugalską; dwie flaszeczki, jedna z eterem, druga z solą trzeźwiącą; dwie puszki po herbacie, jedna z rumiankiem, druga z melisą. Kilka pakiecików z mielonym rabarbarem, kilka z sodą, zapasik gumy draganckiej sproszkowanej, sitko na mleczko migdałowe, garnek dobrego miodu, nieco siemienia lnianego, szafranu, bandaży ze starego, dobrego płótna, nie zapominając rzecz prosta o migdałach, cytrynie nabitej goździkami, czterech kawałkach kamfory, butelce wódki francuskiej i flaszce jałowcówki, a także o szprycy i paczce jagód jałowca. Koniecznie także mieć trzeba poduszkę wypchaną wełną i końskim włosiem, prześcieradło oraz koc, albo, jeśli nas na to stać, skórę reniferową.

     Dobrze, jeśli powozowi towarzyszą choćby dwaj forysie uzbrojeni w pistolety, pewniej jednak jechać z trzema lub czterema. Dobrą ochroną jest własny pistolet, choćby nie miało się zamiaru z niego korzystać. Należy go jednak ładować w zajazdach i to tak, aby pocztylion to widział.    Wiedziałam! Albo wiatrówka, albo sole trzeźwiące, bez tego już się nigdzie nie wybiorę. Bez octu czterech złodziei.

Saul Leiter

Fot. Saul Leiter

     Bliski mi Sandor Marai, pisarz wybitny, bardzo osobny losem i doświadczeniem, zawsze nie na miejscu, nie u siebie, zawsze w rozproszeniu, podróży, dyslokacji, przemieszczeniu ujawnił w tomie "W podróży": "Naród przedstawia się światu nie tylko poprzez dzieła sztuki, ale również przez dzieła swoich kucharzy i kucharek". Goethe podobnie mówił o poetach.

     Przez podróżnych, dworce, pociągi, dodam. Do każdego biletu, nawet tramwajowego, powinno być sprzedawane poczucie taktu. Lub dodawane obligatoryjnie gratis z obowiązkiem noszenia go w kieszonce z poszetką.

Thomas Leuther

          Fot. Thomas Leuthard

     Dochodziła dziesiąta, gdy pociąg, który do rana miał przemierzyć cały Półwysep Iberyjski, ruszył zostawiając za sobą jedno po drugim przytłumione dworcowe światła, i zanurzył się w ciemność.

Pascal Mercier, Nocny pociąg do Lizbony, przeł. Magdalena Jatowska, Noir Sur Blanc 2015.

     Przyniosłam dzisiaj "Pociąg do Stambułu" Grahama Greena w przekładzie Piotra Kusia, przypadkowy zakup. W najbliższe dni życiowy realizm wyciąga po mnie rękę, ale podejrzewam, że kiedyś zastaną mnie Państwo z lekturą w Orient Expressie, symbolu komfortu i bogactwa, jadącym z Ostendy do Stambułu. Przekażę wrażenia.

z sieci

    

 

    

    

 

    

środa, 13 września 2017, julitczka

Polecane wpisy

Komentarze
2017/09/15 05:25:20
Pociąg do Istanbułu?
U mnie na stoliku też G.Greene - Nasz człowiek w Hawanie.
Co do porad dla podróżujących dyliżansem - "puzdro średniej wielkości, aby je można było w powozie trzymać pod stopami".
Przypomniało mi się opowiadanie Zoszczenki, o podróży pociągiem. Z obawy przez rabusiami pasażer położył walizkę pod głową i zasnął. Obudziło go szarpanie za nogi. Ktoś próbował ukraść mu buty! Poderwał się, aby udaremnić kradzież. I wtedy ukradli mu walizkę.
Walizka pod stopami - TO JEST TO!
-
2017/09/16 01:13:07
Jesteś, Pharlapie, miło. I też z Greenem, niebywałe. Chciałam spokojnego czytania, ładnie wydanego, w twardej oprawie. Sprawdza się.
Walizką i butami rozbawiłeś mnie, przywołałeś stary dowcip: "Przez Plac Czerwony idzie Sasza w jednym bucie. Spotyka znajomego. - Sasza, sapog potieriał? - Niet, naszoł adin".