Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

Jego były Czerwone maki

pharlap   pharlap

 

W dniu dzisiejszym upływa 69. rocznica zatknięcia polskiej flagi na ruinach klasztoru Monte Cassino. 

Oto wspomnienie jednego z uczestników tej kampanii:
".. kiedy sztandar polski zawisł nad Monte Cassino i ta wiadomość doszła do nas pod wieczór. [..] i wtedy przypomniałem sobie przyrzeczenie, które dałem generałowi Andersowi w Kairze. Spytał mnie [...] dlaczego do tej pory nie powstała w naszej armii pieśń, która by pozostała [..] dla przyszłych pokoleń. Powiedziałem mu, że taka pieśń na pewno powstanie - ale w specjalnych okolicznościach, w ogniu bitwy, że coś musi się stać... Przypomniała mi się ta rozmowa własnie wtedy. A nieco później wpadł do mojego pokoju Feliks Ref-Ren-Konarski... Był zdyszany, zdenerwowany. Powiedział: "Fredziu, napisałem tekst Czerwone maki na Monte Cassino. Zaraz musisz siąść i napisać do niego muzykę. Jutro jest uroczystość z okazji zwycięstwa i na wieczór to musi byc gotowe".
Przeczytałem ten tekst raz i drugi i przeszły mnie ciarki. To było tak znakomicie i muzykalnie napisane, że czytając go w głowie miałem już melodię.."

Alfred Schutz w audycji Radia Wolna Europa - grudzień 1990.
Żródło cytatu: książka Bogumiły Żongołłowicz - Jego były Czerwone maki - patrz TUTAJ.
 

nuty

Żródło fotografii - jak wyżej.

Tytuł tego wpisu jest nieco przesadzony gdyż, jak mówili Starsi Panowie, piosenkę tworzy "kompozytor i ten drugi".  Ja, z przekory, wspomnę o tym trzecim - pierwszym wykonawcy.

Oto jego wspomnienie:
"W nocy [...] obudził mnie Ref-Ren: Gidek, otwórz oczy! No, obudź się! Napisałem z Schutzem nową piosenkę... na jutrzejszy występ. Musisz się nauczyc do rana, bo ty ją będziesz śpiewał...
Zrobiliśmy jeden olbrzymi afisz ze słowami, aby żołnierze mogli nam towarzyszyć... i pojechaliśmy na szczyt. Żołnierze usiedli na ziemi, za sobą mieli dymiące jeszcze ruiny klasztoru, my patrzyliśmy na nie stojąc frontem do oddziałów...
[...] na zakończenie, z kartką w ręku - nowa piosenka: Czerwone maki na Monte Cassino. Początkowo ze wzruszenia nie mogłem wydobyć głosu...".

Gwidon Borucki w liście do brata Ludwika. Żródło - jak w poprzednim cytacie. 

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje zawarte w książce Jego były Czerwone maki autorstwa Bogumiły Żongołłowicz...

Gwidon Borucki  przybył do Australii w 1959 roku jako Guido Lorraine w celu wykonania głównej roli w musicalu Grab me gondola - 3 lata wcześniej brał udział w prapremierze tego utworu w Londynie. Wkrótce osiadł na stałe w Melbourne i tutaj zmarł (31 grudnia 2009 r). Nie miałem okazji poznać go osobiście, ale jego obecność w życiu naszego miasta nie mogła pozostać niezauważona. Występował w australijskich programach radiowych i telewizyjnych, prowadził restaurację artystyczną Polonaise, pracował w agencji handlu nieruchomościami a następnie założył własną agencję. Prócz tego zorganizował i występował w wielu, wielu, programach estradowych dla Polonii. Mój najbliższy kontakt z panem Gwidonem to polonijna zabawa sylwestrowa, podczas której pełnił on rolę gospodarza, konferansjera, wodzireja i jednoosobowej orkiestry. Chyba na żadnej zabawie czy balu orkiestra nie miała tak krótkich przerw. Tancerze padali ze zmęczenia a pan Gwidon (wtedy już chyba po 80-tce) grał i śpiewał, i grał, i grał.

Zastanawiałem się czy nie opisać jego drogi życiowej, ale uznałem, że jest zbyt skomplikowana. Podobnie jak drogi życiowe innych poznanych tu przez mnie weteranów pól bitewnych II Wojny Światowej. Lwów, Syberia, Kazachstan, Persja, Palestyna, Afryka... Za dużo jak na jedno życie.

W rocznicowym dniu lepiej pozostać przy piosence.

sobota, 18 maja 2013, pharlap
Tagi: piosenka

Polecane wpisy

Komentarze
2013/05/18 10:03:24
tak, to byli ludzie z napedem zyciowym!
-
2013/05/18 10:32:28
Mnie wydaje się, że to były czasy, które postawiły przed ludźmi nadludzkie wymagania. Zadziwiające, że tyle osób zdołało im sprostać.
-
2013/05/18 14:28:09
Nie mogę czytać tej opowieści bez wzruszenia... bez łez wzruszenia...
-
2013/05/18 23:38:42
To bardzo piękny tekst, Pharlapie. Przybliżyłeś okoliczności powstania pieśni, przez co obchodzimy rocznicę w sposób wyjątkowy, człowieczy. Piszesz, że czasy postawiły ludziom nadludzkie wymagania i potrafili im sprostać. Tak, bo takie otrzymali wychowanie, takie były domy i szkoły kultywujące duch romantyzmu.
Do niewielu polskich współczesnych filmów powracam, ale do "Jutro idziemy do kina" w reżyserii Michała Kwiecińskiego - tak. Na nowo przeżywam wzruszenie losami trzech przyjaciół, maturzystów z 1938 roku - ekranowych Andrzeja, Piotra i Jerzego. U progu życia, z zagrażającą wojną w tle, są pełni wiary, że nic złego nie może ich spotkać, bo przecież jeszcze tyle w życiu chcą zrobić i doświadczyć. Reżyser zaznacza ich dni romantyczną aurą, ułańską fantazją, postawą z goła rycerską. Roztacza obraz młodzieży urodziwej, ale i nie wolnej od wad i przywar. Uwypukla ugruntowane zdanie młodych ludzi także i na temat polskiej historii.
- Bo u nas historia pisana jest na kolanach. Wszyscy nasi bohaterowie muszą być w niej święci - wypowiada się Jerzy.
Wspomnienie tamtych, bezpowrotnych lat, brutalnie przerwanych przez wojnę, stanowi pewnego rodzaju manifest przeciwko jej koszmarowi i szaleństwu.


-
2013/05/19 01:24:25
To niesamowite jak dużo siły, tego napędu życiowego miały takie osoby. których los nie oszczędzał.

Juliczko, bardzo lubię wspomniany przez Ciebie film.
-
2013/05/20 00:32:18
Miło, Żono.Oburzona, że muzycznie i filmowo bywa nam po drodze. Po trudnym dniu, spokojnemu wieczorowi towarzyszy Amy Winehouse z płytą "FRANK".
-
2013/05/22 16:37:51
Dla mnie, Pharlapie, "Czerwone maki na Monte Cassino" pozostana Jego, to znaczy Feliksa Konarskiego, czyli Ref-Rena, czyli naszego chicagowskiego pana Felka.