Rozmowy wśród przyjaciół
Blog > Komentarze do wpisu

Dwie książki

 

 

 Żona Oburzona

Niedawno znów było głośno o polskim himalaizmie. To dyscyplina, która na pierwszych stronach gazet pojawia się tylko przy okazji wypraw w te najbardziej spektakularne miejsca. Wyraziste nagłówki krzyczą do nas, gdy coś udaje. Jeszcze mocniej kłują w oczy, gdy zdarza się tragedia...

Kiedyś pochłaniałam książki o himalaistach i historii tej dyscypliny. Z jednej strony brało się to z zauroczenia górami, choć najwyższe, w których byłam, to Tatry. Osobną sprawą było to, że marzyłam o tym, by czemuś się tak poświęcić, jak wspinacze. Umrzeć, robiąc to, co się kocha, to piękna śmierć - napisała Czerwonyberberys w komentarzu na moim blogu. To prawda, zgadzam się z tym. To jednak nadaje zdobywaniu wysokich szczytów wymiar bardzo... symboliczny? Romantyczny? Utrudnia spojrzenie na tę kwestię w sposób racjonalny.

Mam tylko dwie książki o tej tematyce w swojej biblioteczce, w czasach największej fascynacji pożyczałam je bowiem niemal na kilogramy z biblioteki. Te, które posiadam, kupiłam w ostatnich latach. Jedna jest świetna, druga... miała być dobra, mogłaby być dobra. Niestety nie jest.

Ucieczka na szczyt Bernadette McDonald powstała z fascynacji środowiskiem polskich himalaistów, którzy począwszy od lat 70 zaczęli zdobywać rozgłos na świecie dzięki swoim osiągnięciom. Ostatnia wyprawa na Broad Peak mogłaby stanowić ponury epilog tej książki. Autorka jest kanadyjską dziennikarką, zatem jej zdanie o naszych wspinaczach to spojrzenie osoby z zewnątrz. Zwłaszcza, że dziennikarka pokazuje swoich bohaterów na tle sytuacji społeczno-politycznej w Polsce. W książce stawia śmiałą tezę, że wspinaczka w tych najwyższych górach była sposobem na uniknięcie zniewolenia w kraju. Podchodzi jednak do tematu znacznie szerzej. Opisując losy kilkorga wspinaczy, przytacza fakty z ich biografii, które mogły popchnąć ich do takiej pasji. Na szczęście nie miałam poczucia, że autorka siliła się na tanie psychologizowanie. Opowieść Bernadette McDonald wypada bardzo autentycznie i przekonująco. Najwięcej uwagi poświęciła Wandzie Rutkiewicz, Krzysztofowi Wielickiemu, Wojciechowi Kurtyce i Jerzemu Kukuczce. Po lekturze tej książki stają się oni ludźmi z krwi i kości: z ogromną siłą walki, która czasem przeradzała się w nadmierną ambicję, z demonami przeszłości, które czasem utrudniały życie w górach, z błędnymi decyzjami podejmowanymi w imię obranego celu. Przyjaźń, bohaterstwo, poświęcenie to sprawy, które w tym środowisku wcale nie są takie oczywiste, wspinacze to ludzie, którzy mają swoje wady, niekiedy utrudniające współpracę. Po lekturze tej książki dotarło do mnie z wielką mocą, że wspinaczka to sport.

Druga książka to Góry na opak, czyli rozmowy o czekaniu Olgi Morawskiej. Trudno mi o niej pisać uczciwie, ciężko wystawiać recenzję z szacunku dla uczuć i emocji autorki i jej rozmówców. Ta książka to zapis spotkań Olgi Morawskiej - żony zmarłego tragicznie w Himalajach Piotra Morawskiego - z bliskimi innych polskich himalaistów. Zamysł był dobry. Zresztą kupując tę książkę, chciałam dowiedzieć się więcej właśnie o tym, co przeżywali bliscy tych, którzy w te wysokie góry szli. Być może redaktorzy, którzy współpracowali z autorką, mieli podobne odczucia jak ja i z szacunku dla jej przeżyć nie interweniowali mocniej? Bo dla mnie tej książce brakuje przede wszystkim dobrego zredagowania. Czytałam różne tzw. wywiady-rzeki, ale nie miałam do tej pory wrażenie, że mam przed sobą po prostu zapis rozmów. Tutaj czasami niejasne są pytania. W wielu wywiadach powtarzają się zresztą te same, co trąci niestety schematem. Czasami autorka tłumaczy coś swojemu rozmówcy z pozycji mądrzejszej i bardziej doświadczonej... Szanuję Olgę Morawską za fundację, którą założyła, za akceptację pasji męża. A jednak mam wrażenie, że ta książką się nie udała. Ale może nie miała się udać? Może miała przynieść ukojenie w żałobie? Na pewno książka jest pięknie wydana, mnóstwo w niej pięknych zdjęć z najwyższych pasm górskich. Ja jednak oczekiwałam czegoś więcej. 

Z innych książek o tej tematyce najbardziej utkwiła mi w pamięci historia Joe Simpsona Dotknięcie pustki. Być może niektórzy z Was kojarzą film Czekając na Joe. Jeśli nie znacie tej opowieści, to gorąco ją polecam. Kiedy ją czytałam, wydawało mi się, że wola walki i przeżycia może pokonać czasem wszystkie granice.

sobota, 16 marca 2013, zona.oburzona

Komentarze
2013/03/16 02:08:00
Dopiero czytając ten wpis zdałem sobie sprawę, że przeczytałem całkiem dużo książek o tematyce wspinaczkowej. Większość z nich to niestety dość sucha relacja z wypraw. W niewielu ujawnia się to o czym wspomniałaś - że himalaiści to też ludzie. W książce (chyba) Na jednej linie - o Wandzie Rutkiewicz, autorka Ewa Matuszewska , poświęciła sporo miejsca bezwzglednej rywalizacji o to kto zakwalifikuje się do zespołu atakującego szczyt. Z kolei Touching the Void (Dotknięcie pustki) świetnie prezentuje dylemat himalaisty (andyisty ?), który musi przeciąć linę łączącą go z wiszącym nad przepaścią partnerem.
-
2013/03/16 02:22:28
Trzymając się cienkiej liny himalaizmu pozwolę sobie na dygresję. Oto poczatek kazania, które słyszałem dwa razy w kościele:
Zapadł zmrok, alpinista odpadł od ściany i wisi na linie w ciemnościach i na mrozie. Wzywa pomocy - Boże ratuj! Słyszy głos: to ja twój Bóg, przetnij linę.
Pomocyyyy!! Ten sam głos - Już ci mówiłem, zaufaj mi, przetnij linę.
A teraz zakończenie.
Wersja pierwsza: Pomocy! Czy nie ma tu kogoś innego?
Wersja druga: grupa wedrowców idąca ściezką górską napotkała zwłoki zamarznietego alpinisty wiszące na linie półtora metra nad ziemią.
Pytanie: którą wersję powiedział polski, a którą australijski ksiądz?
-
2013/03/16 09:15:36
Stawiam na to, że wersję pierwszą opowiedział ksiądz australijski. Mam w ogóle wrażenie, że faktycznie słyszałam to kiedyś w kościele...

Ja kojarzę jeszcze oprócz "Na jednej linie" drugą książkę Wandy Rutkiewicz i Ewy Matuszewskiej - "Karawana do marzeń".
-
2013/03/16 15:52:08
Alpinizm, taternizm, himalaizm to sport, tak, to prawda. Ale zarazem coś więcej albo - inaczej. W tym sporcie, podobnie jak w żeglarstwie, nawet jeśli w głębi duszy każdemu marzy się wielkie osiągnięcie (zdobycz - jak w polowaniu?), istotą jest samo zmaganie z siłami natury. I z własną słabością, która dotyczy nie tylko siły mięśni i energii, ale też hartu ducha, odwagi i... braterstwa. Hart ducha dotyka istotnego punktu etycznego: czy w sporcie chodzi wyłącznie o pragnienie wytrwania i zdobycia "łupu"? Otwiera się tu pole dla istotnego dylematu: bo wytrwać i zdobyć samemu to jedno, a działać w zespole i czuć się odpowiedzialnym za towarzyszy - to całkiem coś innego. Żywioł bywa surowym przeciwnikiem i jeszcze surowszym sędzią. Przypomina się największe osiągnięcie polskiego żeglarstwa: regaty żaglowców (The Tall Ships' Races czyli Operation Sail), w których komendant "Daru Pomorza", kapitan Kazimierz Jurkiewicz, oddał pewną palmę pierwszeństwa, by pośpieszyć na pomoc jednostce wzywającej pomocy.
-
2013/03/16 20:05:44
wazne tylko zeby himalaizm byl pawdziwym sportem, prawdziwa pasja i poszanowaniem do gor i dla ich mieszkancow, a nie turystycznym wyzyskiem, bo wtedy nie mozna mowic ani o alpinizmie ani o taternictwie a juz napewno nie o himalaizmie.
-
2013/03/17 00:49:17
Również znam jedynie Tatry, stąd takie albumy na półce. Była jeszcze książka Wawrzyńca Żuławskiego, pożyczona/ wpis na Qrze o pożyczniu książek- pozdrawiam Ewo Mario/, pożyczona - nie wróciła. Szkoda, bo wiem, że nieraz przerzuciłabym parę stron. Na marginesie - żal w ten sam sposób zaginionego albumu wydanego bardzo małym nakładem z bodajże 10-lecia istnienia Piwnicy Pod Baranami. Z tekstami Wiesława Dymnego, Piotra Skrzyneckiego, piosenkami, nutami. Przepadł.
Himalaizmem interesowałam się z temperamentem zwykłego zjadacza chleba. Na tyle, by na samym początku lektury wpisu, przy pierwszym zdaniu o "Ucieczce na szczyt" od razu pomyśleć o Wandzie Rutkiewicz. Bo podziwiałam.
Przychylam się do stwierdzenia, Zono. Oburzona, że może napisanie i wydanie ksiązki "Góry na opak" miało ukoić smutek żałoby.
-
2013/03/17 11:36:06
Żona Oburzona odpowiedziała prawidłowo - ten przekorny epilog wygłosił ksiądz australijski. Dlatego bardzo lubię chodzic do australijskiego kościoła.
-
2013/03/23 00:30:29
Żono!
Byłam dziś na wielkim kiermaszu książki w tutejszej polskiej księgarni, nakupiłam sporo za śmieszne pieniądze.
Kiedy zobaczyłam książkę Bernadette McDonald "Freedom Climbers. The Golden Age of Polish Climbing", wiedziałam, co to jest - opisana przez Ciebie "Ucieczka na szczyt". Nie wiem, od czego zacznę lekturę, bo i tak mam w domu kilka ciekawych pozycji do przeczytania (w tym dwie pożyczone), a wśród moich dzisiejszych nabytków jest "Oflag" Sadzewicza, którego nie miałam w rękach od czasu, gdy przeczytałam go w dzieciństwie.
Ale do "Freedom Climbers" będę przynajmniej zaglądać, zanim przyjdzie ich kolej.
Dziękuję za zwrócenie mojej uwagi na tę książkę.
-
2013/03/23 07:24:29
Powsinogo, mam nadzieję, że będziesz zadowolona :) Często mi się zdarza, że po natknięciu się na książkę, którą gdzieś ktoś zarekomendował i ciekawie opisał, kupuję ją od razu. I dotyczy to też sytuacji, gdy może nawet niekoniecznie tematyka książki wcześniej mnie interesowała. Tę książkę polecał kiedyś w radiowej Trójce redaktor Nogaś, więc poleciałam do księgarni tego samego dnia, zwłaszcza, że tematyka mnie ciekawiła. U mnie na półce też trochę musiała dojrzeć.